sobota, 28 marca 2020

case study #1: Dlaczego późny NILE jebie zgniłym faraonem?

Jak się miewał metal śmierci podczas późnych lat 90-tych, nie trzeba mówić. Po trwającej dobre 4-5 lat złotej erze, kiedy światło dzienne ujrzała cała masa fenomenalnych krążków, nastał czas, nomen omen, rozkładu i agonii. W Stanach death dotarł niemalże do mainstreamu, ale nie zasiadł tam na dłużej, bowiem na horyzoncie czaiły się takie zjawiska jak symfoniczny black metal czy nu metal...


"Festivals of Atonement"

Z tymi czas obszedł się okrutnie, co nie zmienia faktu, że dla słuchaczy Death, Obituary czy Morbid Angel nastał okres posuchy. Dobra, ale po co w ogóle prawię o takich oczywistościach? Ano dlatego, że wtedy na scenę wjeżdża NILE i już niedługo ma się okazać, że narobi trochę zamieszania. Wydane w 1994r. pierwsze demo przechodzi raczej bez echa (aczkolwiek polecam je obadać, jeśli nie znacie - można się mocno zdziwić co grała horda Karla Sandersa na początku), ale już rok później ukazuje się mocno obiecujące EP "Festivals of Atonement", na którym pojawiają się pierwsze unikalne pomysły mające zapowiedzieć późniejszą drogę zespołu. Prawdziwą zawieruchą jest jednak zdradzający fascynacje Lovecraftem debiut, skąpany w piaskach Egiptu. W 1998r. wychodzi "Amongst the Catacombs of Nephren-Ka" i zapoczątkowuje odrodzenie gatunku.



"Amongst the Catacombs of Nephren-Ka"

Ależ to jest strzał! Trwający zaledwie 33 minuty album z muzyką szalenie porywczą, bezkompromisową i brutalną, a zarazem cholernie sugestywną i momentami z filmowym wręcz rozmachem. NILE już na tym etapie to świetni muzycy - w trwających przeważnie 2-3 minuty ciosach prezentują techniczne łamańce, nieoczekiwane zmiany tempa i pokręcone riffy. Do tej mieszanki zespół dodaje jednak rzecz całkowicie wcześniej niespotykaną - tzw. "egipskie wstawki", które później staną się zarazem ich znakiem rozpoznawalnym, jak i - spoilerując - przekleństwem. Owszem, taki Nocturnus już 8 lat wcześniej połączył klawiszowe wtręty rodem z filmów s-f z technicznym death metalem, ale tutaj mamy i orientalne instrumenty, orkiestrowe aranżacje (na czele z genialnym wstępem do "Ramses, Bringer of War", inspirowanym angielskim kompozytorem Gustavem Holstem), i wrzaski obdzieranej ze skóry kobiety, i śpiewy tybetańskich mnichów - a wszystko to spójnie zaimplementowane w deathmetalowy rdzeń muzyki, nie powodując zgrzytania zębów! Tutaj po prostu "siadło" wszystko. Jest to rzecz niesamowicie świeża i żywiołowa, przepełniona kreatywnym duchem, także w tradycyjnej warstwie death metalu - owszem, sporo tu inspiracji Morbid Angel czy Suffocation, jednak NILE już tutaj prezentuje całkiem oryginalne riffy, do tego podparte świetnymi aranżami. Trzech wokalistów - do tego łatwych do odróżnienia - też robi robotę. A taki "Die Rache Krieg Lied der Assyriche"? Przecież to brzmi jak maszerujący przez pustynię legion, skandujący swój wojenny okrzyk, wspierany przez mitologiczne kreatury, gotowy siać pożogę i zniszczenie.



"Black Seeds of Vengeance"

Pod kątem historycznym, jest to zdecydowanie najważniejsza płyta NILE. Jednak już dwa lata później ma przyjść coś jeszcze potężniejszego, jeszcze bardziej monumentalnego i klimatycznego! "Black Seeds of Vengeance" to moim skromnym zdaniem opus magnum zespołu - a zarazem chyba najtrudniejszy do strawienia album. Poziom brutalności sięga momentami cienkiej granicy absurdu, nigdy jednak nie mamy tu do czynienia z przesadą, czyniącą muzykę nieakceptowalną. Podczas gdy debiut to batalistyczny wpierdol, dwójka NILE jest jak leżenie na stole ofiarnym w jakiejś zasyfionej komnacie wewnątrz piramidy. Z sarkofagów powstają zmumifikowane ciała, słychać syk węży i basowy pomruk kruszący wazy, a tobie za chwilę wykroją serce. To zdecydowanie najmroczniejszy materiał zespołu, zawierający zarazem takie szlagiery jak utwór tytułowy (z ikoniczną końcówką, świetnie działającą jako zamknięcie koncertu), "Masturbating the War God" (zajebisty tytuł) - w którym jest i miejsce na obłędne zwolnienia, i na podniosłe orkiestracje - czy pierwszą "epicką" kompozycję w dziejach zespołu, a mowa tu o 9-minutowym, wielowątkowym "To Dream of Ur", który jest zarazem kwintesencją wszystkiego, co w NILE najlepsze. Złowieszcze inkantacje na tle rytualnych bębnów przeplatane masywnymi wjazdami podpartymi podwójną stopą, majestatyczne solo, powoli snująca się, atmosferyczna końcówka (kurwa, ten zespół naprawdę potrafił kiedyś grać w wolnych tempach!). Do tego najlepsza produkcja spośród całej dyskografii - ani wcześniej, ani później nie mieli tyle dynamiki w brzmieniu. I jak grają blasty, to nawet werbel słychać! (co wcale nie jest takie oczywiste w przypadku późniejszych płyt). Warto też zauważyć, że to pierwszy materiał z Dallasem Toler-Wadem, który zagości w NILE na ponad 15 lat. Już tutaj wnosi swoje zajebiste wokale, a nawet pisze jeden z najchwytliwszych numerów na płycie, czyli "Multitude of Foes".



"In Their Darkened Shrines"

Myślał ktoś, że nie da się jeszcze "bardziej"? To się grubo mylił, bo wydany w 2002r. "In Their Darkened Shrines" to dzieło tak rozbuchane, tak przepełnione barokowym przepychem i ornamentyką, że już bardziej się nie da. Brzmi to trochę strasznie, jednak mimo tej całej przesady i bycia "over the top" ten album broni się doskonale. Pod względem rozmachu i ambicji to zdecydowanie najwznioślejszy materiał zespołu. Znajdziemy tu m. in. arcyklimatyczny "Sarcophagus" (i jeszcze bardziej mi smutno, że ostatnimi czasy stronią od wolnych utworów), EPICKI, narracyjny "Unas, the Slayer of the Gods" z genialnymi partiami deklamowanymi ("Unas hath taken possession of the hearts of the gods" i tak dalej...) czy czteroczęściowy utwór tytułowy, na czele z wieńczącym całość w pięknym stylu "Ruins", w którym popisy na leadach są po prostu fenomenalne. Kiedyś uważałem ten album za najlepszy w dziejach NILE, teraz jednak jawi mi się jako troszkę za długi - jeden czy dwa utwory można by wyciąć. Jest to taka dawka Nilu, po której trzeba nieco odetchnąć. Nie zmienia to faktu, że to nadal kawał świetnej muzyki, a zarazem przykład zespołu w szczycie swej chwały i mocy twórczej.



"Annihilation of the Wicked"

Tym razem bardziej się już nie dało. Trójka NILE to bariera, za którą prawdopodobnie znaleźlibyśmy już groteskę i autoparodię. Na szczęście zrozumieli to i członkowie zespołu - w nieco odświeżonym składzie. Przede wszystkim do załogi dołączył grający w niej do dzisiaj bębniarz George Kollias. "Annihilation of the Wicked" to najbardziej bezpośredni album Egiptologów od czasów debiutu. Jeżeli komuś nie odpowiadała zbyt "kinowa" formuła poprzedniej płyty i zbytnie skupienie się na aranżach spoza metalu, to tutaj otrzyma za to pełną rekompensatę. "Annihilation..." posiada pewną przewagę nad późniejszymi płytami, że nadal zawiera ten pierwiastek innowacyjności i unikalnego klimatu z pierwszych dzieł zespołu - osiąga to po prostu innymi środkami. To płyta na wskroś deathmetalowa, cholernie brutalna i osiągająca momentami iście demoniczne prędkości, a także najbardziej nastawiona na tnące niczym żyleta riffy. Gitary bywają obłędnie szybkie, oparte na downpickingu ("The Burning Pits of Duat"), czasem zaś serwują sugestywne melodie, powodujące iż naprawdę czujesz palący żar pustyni (końcówka "User Maat-Re"). Koniecznie wspomnieć też trzeba o ikonicznym pojedynku na solówki w "Cast Down the Heretic" - to niemal trzy minuty uczty dla uszu. Mimo że nie ma na "Annihilation..." tak monumentalnych kompozycji jak wspomniane wcześniej "To Dream of Ur" czy "Unas...", to i tak znajdzie się tu miejsce dla trzech utworów trwających ponad 8 minut - co więcej, wszystkie one trzymają w napięciu i cudownie budują klimat. Duża w tym zasługa wyjących niczym wojenne rogi melodii, stanowiących kulminację tych kawałków.



"Ithyphallic"

Tak naprawdę każda z tych czterech płyt wyróżnia się na swój sposób i nie miałbym żadnego problemu, by ktoś miał którąkolwiek z nich postawić na piedestale - mnie najbardziej odpowiada akurat zatęchły grób z "Black Seeds of Vengeance". Potem stało się jednak coś niedobrego. Gdzieś znikła ta magia, a kolejne albumy - z różnych powodów - zaczęły trącić myszką. Dlaczego?

  • Brzmienie. Okej, nigdy może nie było perfekcyjne. Najbliżej ideału jest wg mnie właśnie na dwójce. Nie każdemu musi odpowiadać striggerowany werbel na debiucie czy lekko nasterydowana produkcja "Annihilation...". Jednak już "Ithyphallic" - choć to moim skromnym zdaniem bardzo dobry krążek, z ciekawymi pomysłami - mocno cierpi z powodu płaskiego i dziwnie przymulonego brzmienia. "At the Gates of Sethu" było zaś cholernie czyste i sterylne. Z kolei to co zaprezentowane jest na dwóch ostatnich płytach to już całkowita porażka i antyteza tego, jak brzmieć powinien death metal. Kwintesencja spierdolenia modern metalu właśnie.
  • Perkusja. Ja wiem, że Kollias jest uważany za ścisłą czołówkę metalowych pałkerów, ale jak dla mnie jego gra nie umywa się do tego, co prezentowali wszyscy trzej poprzedni bębniarze NILE. Pete Hammoura - BOMBA, jego zabawy rytmiką na "Amongst..." to coś pięknego. Z tego co pamiętam to doznał jakiejś kontuzji i potem już tylko nagrał swoje partie do "To Dream of Ur". Wielka szkoda. Derek Roddy - może nie miał tak charakterystycznego stylu, ale wciąż w tej ultra-gęstej rąbaninie potrafił zawrzeć masę ciekawych przejść. Zaś Tony Laureano na trójce to po prostu mistrzostwo świata - nie będę mówił więcej, wystarczy posłuchać środkowej partii otwierającego utworu. Ascetyzmu i elegancji tu za grosz, można wręcz doszukiwać się pewnego "overplayu", ale w tak pięknym stylu - mogę to przyjmować garściami. Zaś George Kollias napierdala nudne blasty w 280 BPM, zwłaszcza na ostatnich płytach. Na Anihilacji i płycie z fallusem jeszcze można było zawiesić ucho na jego popisach, potem już tak średnio. Ten punkt jednak łączy się z poprzednim - jeśli perkusja brzmi jak gówno, to niestety ciężej też wyłapać poukrywane smaczki.
  • Tak zwane egipskie wstawki. Mam wrażenie, że tak mniej więcej od czasów "Those Whom the Gods Detest" mamy do czynienia z nieustannym recyklingiem już używanych patentów. Ot, wstawić jeden czy dwa utwory na środku płyty z jakimś tam niezapadającym w pamięć plumkaniem - zapewne służy to po prostu przełamaniu monotonii, która w przypadku technicznego brutal death metalu może się dość łatwo wkraść; to zrozumiałe. Gdzie jednak podziały się takie przerywniki jak "Die Rache Krieg Lied der Assyriche", "Whisper in the Ear of the Dead", pierwsza część "In Their Darkened Shrines" czy cała wręcz końcówka "Black Seeds..."? Robiły one równie duże wrażenie co właściwa, metalowa część tej muzyki. Nie mówiąc już o umiejętnie wkomponowanych samplach, użyciu gongów etc. - ten pierwiastek jakby zaniknął w późniejszej twórczości NILE, bądź jak już wspomniałem nosi znamiona dość leniwego recyklingu motywów. Owszem, część tego orientalizmu zachowała się chociażby w gitarowych skalach, jednak i tym brakuje jakiegoś polotu znanego choćby z "Annihilation...". Mam wrażenie, że zespół stał się zwyczajnym technicznym death metalem jakich wiele.
  • Urozmaicenie temp. Tu muszę oddać trochę czci i honoru płytom post-"Annihilation...", bo takie "Eat of the Dead", "4th Arra of Dagon" czy "The Chaining of the Iniquitous" to fenomenalne utwory. Ale znowu, dwie ostatnie to niemal ciągła sieka bez wytchnienia, oczywiście z Dżordżem napierdalającym swoje blasty niemal do porzygu. A ja chciałbym dla odmiany, żeby NILE nagrał prawdziwie klimatyczną płytę death/doomową, bo wolne granie im naprawdę wychodzi(ło). 

"Those Whom the Gods Detest"

I tu muszę mimo wszystko pochwalić "Ithyphallic". Ma ona wprawdzie swoje bolączki - wspomniane już brzmienie, trochę zbyt dużo Dallasa na wokalach (przez co wkrada się monotonia), pierwsza połowa nieco słabsza od drugiej. ALE! Moim zdaniem dość skutecznie łączy ona rozbudowane wątki z poprzedniczki (dwa kolosy spajające album) z względnie prostymi ciosami w ryj, jakimi są pozostałe utwory. Jest prosto, bez zbytniego kombinowania, to po prostu fajne śmierć-metalowe utwory. Ba, czasem wręcz istne killery! W "Laying Fire Upon Apep" odpala się w pewnym momencie genialny riff, który w połączeniu z szarżą na bębnach tworzy niepohamowaną maszynę do headbangingu. Końcówka "The Essential Salts" zawiera jeden z najbardziej charakterystycznych motywów w dziejach NILE (i to jest dobra orientalna wstawka, kurwa jego mać!), zaś "Even the Gods Must Die" muzycznym rozmachem realizuje obiecaną przez tytuł wizję, do tego zamieniając się w ostatnich minutach coś na kształt solowych płyt Sandersa. Świetna sprawa. Cholera, przygotowując się do tego tekstu łapię się na tym, że coraz bardziej mi ta płyta siedzi. Nie jest to rzecz wielka jak cztery pierwsze, ale bogowie Egiptu przyłożyli jednak swoją rękę do tego materiału. 

"At the Gate of Sethu"

"At The Gate of Sethu" to nie do końca udany eksperyment, ale szanuję tę płytę za to, że pojawiają się tam śmiałe próby wprowadzenia czegoś nowego do konwencji Nilu, ot choćby czyste wokale. Fajnie wypadają tam też te prostsze, bardziej rytmiczne utwory w stylu "Lashed to a Slave Stick" z czwórki. Szczerze to rajcuje mnie ta płyta bardziej niż teoretycznie znacznie lepsza i esencjonalna "Those Whom the Gods Detest", która dla mnie jednak mocno męczy bułę pod koniec i zawiera spore znamiona tej tech/brutal "zwyczajności", która mnie zwyczajnie nudzi. "What Should Not Be Unearthed" jarała mnie po premierze, ale to chyba skutek genialnego koncertu, który zagrali wtedy w Progresji. Tu już niestety wszystkie cztery wymienione wcześniej punkty mają swoje zastosowanie i dość szybko płyta ta opuściła mą półkę. Zaś "Vile Nilotic Rites" to już kompletne rozminięcie się z tym, czego w metalu szukam. Jak dla mnie nadaje się niestety do spuszczenia w faraońskim kiblu. 

"What Should Not Be Unearthed"

A Wam jak siedzą ostatnie dokonania Sandersa i spółki? Zachęcam do gorącej i żywiołowej dyskusji - mam nadzieję, że pojechanie po ostatnich przeciętniakach kogoś zaboli i sprowokuje, żebyśmy poobrzucali się nieco błotem! :)

"Vile Nilotic Rites"

PS pragnąłbym zauważyć znaczący spadek jakości okładek dwóch ostatnich płyt. Przypadek? Nie sondze. 

sobota, 29 lutego 2020

ESOTERIC, czyli egzystencjalny rollercoaster w postaci doom metalu pt 2

W poprzednim wpisie na warsztat wziąłem dwie pierwsze płyty Brytyjczyków. To zdecydowanie najpotężniejsze i najtrudniejsze do przetrawienia kolosy w ich twórczości. Począwszy od wydanej w 1999r. "Metamorphogenesis" w muzyce ESOTERIC zaszły pewne zmiany. Oczywiście nie zatraciła ona tych cech, które wypunktowałem w pierwszej części tego wpisu - absolutnie. Nadal są to dźwięki szalenie opresyjne i przytłaczające, powoli przyduszające słuchacza i odbierające mu witalne siły. Jednak pod względem realizacji i produkcji swoich nagrań zespół wspiął się na poziom wyżej. Jest znacznie czytelniej i profesjonalniej, przez co dość gęsta muzyka może w końcu w pełni dotrzeć do słuchacza - mamy tu, jakby nie patrzeć, do czynienia z trzema gitarami, do tego podpartymi ambientowymi tłami etc. Ponadto do formuły zespołu wkradło się znacznie więcej melodii, a przeważająca większość "hooków" (o ile można o nich w ogóle mówić w tym przypadku) zawarta jest w przeciągniętych partiach gitary prowadzącej. ESOTERIC stał się nieco bardziej przystępny, co jednak w niczym nie ujmuje jakości ich utworów. Przeciwnie, od wydania trójki muzyka ta stała się bardziej ubarwiona i wielowarstwowa, a dzięki dużemu (momentami) stężenia melodyjnych partii jej wydźwięk emocjonalny jest silniejszy.

1999 - Metamorphogenesis

Zarówno ten album, jak i jej następca, to jedyne długograje w dyskografii ESOTERIC nie będące wydawnictwami dwupłytowymi. "Zaledwie" 44 minuty to dla tego zespołu jak mrugnięcie okiem, hehe. Gdybym miał polecić jeden materiał dobrze podsumowujący styl tej bandy to zdecydowanie wybrałbym ten. Można powiedzieć, że to ESOTERIC w pigułce. Mimo znacznie mniejszej objętości nie rzekłbym, że jest to rzecz o wiele łatwiej przyswajalna niż dwie pierwsze. "Metamorphogenesis" jest cholernie dusznym albumem, który mimo bycia w dużej mierze opartym o gitarowe melodie, skrupulatnie zaciska pętlę na twojej szyi. Riffy epatują jakimś trującym miazmatem, a leady są jakby kwaśne i wywołują poczucie otępienia. Ściany w pokoju zbliżają się do siebie i masz wrażenie nieuchronnej zagłady. To w zasadzie muzyczny ekwiwalent niezbyt fajnego tripu. Słuchając "Metamorphogenesis" można poczuć coś w rodzaju odurzenia. Sporo tu dysonansowych zagrywek, partie perkusji są momentami gęste, rytmy połamane, a wokale są huczącym gdzieś w tle dodatkowym instrumentem.




Niełatwo przebić się przez ten album - czasem mam wrażenie, że jest tu pięć nałożonych na siebie warstw gitar, każda gra coś innego, a razem zbijają się w szumiący ci w głowie rój os. Tak jest na przykład w środkowej części finałowego "Psychotropic Transgression". Ale to głównie dwa pierwsze utwory stanowią o sile tego materiału. "Dissident" bez żadnych wstępów rzuca cię na głęboką wodę, w wir psychodelicznego horroru, by po kilku minutach zwooooooolnić i sączyć jad w twe żyły. Ta partia to kwintesencja duchoty o której wspomniałem. Atmosfera staje się naprawdę miażdżąca, czujesz ciśnienie rozsadzające ci czaszkę, a riff przypomina rytmiczne walenie młotem w ścianę. Stopniowo jednak tempo wzmaga się, napięcie rośnie, wszystko zmierza do nieuchronnej kulminacji - końcówka to już niemal death metal, by po chwili zginąć w odmętach ambientowego szumu. Zaś "The Secret of the Secret" to momentami zadziwiająco piękny i "słoneczny" kawałek (acz uważaj, bo łatwo tu o udar), który w drugiej połowie eksploduje w najlepszy chyba popis gitarzystów w dziejach ESOTERIC. Nagrać tak długie solo, które do tego cały czas trzyma w napięciu - po prostu wow.

Najlepsze utwory: "Dissident", "The Secret of the Secret"

2008 - The Maniacal Vale

"The Maniacal Vale" z miejsca okrzyknięty został jednym z najlepszych, a zarazem najambitniejszych albumów w historii doom metalu. ESOTERIC powraca do tradycji wydawania dwupłytowych niszczycieli i dobrze, bo dopiero w tym formacie można prawdziwie poczuć miażdżącą moc tej muzyki. 

To arcydzieło to dojście do ściany w kwestii nagrania muzyki prawdziwie apokaliptycznej i rozdzierającej ludzką duszę na strzępy. Nie mam żadnych wątpliwości, że otwierający całość "Circle" jest absolutnie najlepszym utworem, jaki ten zespół stworzył. Tu jest wszystko - powolne kroczenie ku nieuchronnej zagładzie, emocjonalne solo, psychodeliczne i huczące w głowie gitarowe tła jak nieprzyjemny helikopter po libacji alkoholowej, wrażenie postępującego terroru wspomaganego storturowanymi wokalami Chandlera, deathmetalowe echa z "Metamorphogenesis" czy wreszcie wybitna końcówka, która brzmi, jakby filary ziemskiego świata właśnie się załamywały. Nie sposób opisać słowami, co dzieje się w tym utworze mniej więcej od 16 minuty. Sposób budowania napięcia; powoli wyłaniający się z ambientowego chaosu mistyczny motyw gitarowy, który za chwilę wybrzmi na tle riffu przywodzącego na myśl przesuwające się płyty tektoniczne, powodujące niszczycielskie trzęsienia ziemi; wreszcie ten sam motyw zanika, by po jakimś czasie pojawić się ponownie, nie pozostawiając ani strzępu nadziei ludzkości i zwielokrotniając niszczycielski wydźwięk całości. A to dopiero pierwsza z siedmiu kompozycji!



Prawdę mówiąc, "Circle" stawia poprzeczkę tak wysoko, że żaden z pozostałych utworów nie jest mu w stanie dorównać. Nie zmienia to faktu, że "Beneath this Face" z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem przechodzącym w furiackie blast beaty również robi ogromne wrażenie, tak jak i stonowany, nieco tajemniczy "Quickening" w dużej mierze oparty na klawiszach, z przepiękną końcówką; wreszcie zamykający pierwszy krążek "Caucus of Mind" - tak jak na dwóch pierwszych albumach będący odstępującym od konwencji deathmetalowym wyziewem w stylu Morbid Angel, ze świdrującą, chaotyczną solówką na czele. "Over and over and over again... over... over..." - istne zagłębienie się w umysł szaleńca. 

I znowu mamy kontrast, bo dysk drugi otwiera wręcz post-rockowy wstęp, którego można by się na płycie ESOTERIC nie spodziewać. "Silence" szybko jednak przechodzi w o wiele mroczniejsze i niepokojące tony, a przełamujący lekki i niebiański wstęp riff w piątej minucie jest jednym z najbardziej posępnych w karierze zespołu. "The Order of Destiny" zaskakuje nietypowymi beatami perkusyjnymi i świetnym, nieco bardziej konwencjonalnym solo, a najdłuższy w zestawie "Ignotum per Ignotius" to kompozycja zdecydowanie najbardziej przestrzenna i dochodząca jakby gdzieś z oddali, wieńcząca jednak dzieło w sposób niemal równie intensywny, co końcówka "Circle". Ma się wrażenie, że utwór ten jest perfekcyjnym kontrapunktem do pierwszego, a jednocześnie spaja się z nim, tworząc album mający początek i koniec w tym samym punkcie. Co zresztą fajnie odwzorowuje tematykę "The Maniacal Vale" - szaleńczą spiralę powtarzanych czynności, z których człowiek nie potrafi się wyzwolić.

Mówiąc krótko - 12/10. Zdecydowanie najbardziej różnorodny materiał zespołu, który w pełnej krasie pokazuje, na co stać tych panów, a do tego po prostu najbardziej kruszący emocjonalnie. Gdybym miał zostawić na półce jeden jedyny album ESOTERIC, zdecydowanie wybrałbym "The Maniacal Vale".

Najlepsze utwory: "Circle", "Beneath This Face", "The Order of Destiny"

2019 - A Pyrrhic Existence



A tu po prostu zachęcam przeczytać recenzję, którą skrobnąłem jakiś czas temu. Tl;dr - jest to rzecz najbardziej zbliżona wydźwiękiem do "The Maniacal Vale" właśnie, więc musi być zajebista. Kontynuuje też "progresywną" ścieżkę zespołu, zapoczątkowaną na poprzednim materiale ("Paragon of Dissonance" z 2011), ale jest moim zdaniem odważniejszy, obfity w arcyciekawe patenty i odjazdy, a do tego uderza w znacznie bardziej niepokojące i dysonansowe tony, co mnie osobiście odpowiada bardziej niż nieco "lżejszy" w wydźwięku poprzednik.

Najlepsze utwory: "Descent", "Culmination"

niedziela, 23 lutego 2020

ESOTERIC, czyli egzystencjalny rollercoaster w postaci doom metalu

Brytyjski ESOTERIC to w moim mniemaniu zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. Stanowiąc jednego z prekursorów funeral doom metalu, wypracował sobie w tej niszy całkowicie autonomiczne i unikatowe brzmienie, które daleko wychodzi poza utarte ramy gatunku. Jakościowo wyprzedzając prawdopodobnie każdą inną kapelę czy też projekt parający się pogrzebowymi marszami. A wreszcie będąc bezgranicznie bezkompromisowym w kwestii podejścia do potencjalnej grupy odbiorców. Jeżeli otwierasz swoje albumy utworami trwającymi circa 20 minut, to wiedz, że prawdopodobnie słucha cię jedynie garstka szaleńców. W końcu kto ma dziś czas na takie kolosy, kiedy tzw. attention span jest krótszy niż kiedykolwiek? Błogosławieni jednak ci, którzy przetrwają tę morderczą wspinaczkę, wszak na końcu drogi odnajdą nieopisaną satysfakcję z obcowania z Muzyką głęboką, sugestywną i poruszającą za serce - mimo skąpania w oceanie mroku i egzystencjalnego terroru.


Myli się jednak ten, kto odgórnie założy, że przeciąganie kompozycji do tak (pozornie) groteskowych długości jest jedynie celem samym w sobie. Utwory ESOTERIC zwyczajnie potrzebują tyle czasu, aby rozwinąć się i dotrzeć do - zwykle miażdżącej - kulminacji. Poszczególne motywy zyskują na sile rażenia, gdy płyną nieśpiesznie, w tle zaś następuje zagęszczenie wokaliz, efektów czy linii melodycznych. Dzięki temu muzyka ta jest mocno plastyczna, a postępujące szaleństwo da poczuć się na własnej skórze. Są to dźwięki zazwyczaj przerażająco powolne i ciężkie, do tego (zwłaszcza na wczesnych albumach) przepełnione jakby oniryczną atmosferą pomieszaną z narkotycznym letargiem. Słowem - prawdziwa przeprawa przez pole minowe. Dołóżmy silny nacisk na wszelkiego rodzaju efekty specjalne, szumy, hałasy, nakładające się na siebie wokale, syntezatorowe czy ambientowe tła. Z tych zespół słynął już od debiutanckiej "Epistemological Despondency", a gdy Greg Chandler postanowił uwolnić się od niepotrafiących zrealizować wizji zespołu producentów i wziął sprawy w swoje ręce, ten aspekt muzyki ESOTERIC jeszcze mocniej zyskał na sile. 


Od tego czasu każde kolejne wydawnictwo stanowi realizacyjny majstersztyk, który pozwala w pełni cieszyć się kompleksową aranżacyjnie i wielowarstwową muzyką. Bo badać i odkrywać te albumy na nowo można latami. Wydane w 2008 roku opus magnum zespołu ("The Maniacal Vale") nadal potrafi mnie zaskoczyć czymś, czego nie doszukałem się w żadnym z poprzednich odsłuchów. Przede wszystkim jednak MIAŻDŻY mnie pod kątem emocjonalnym. Słuchając ESOTERIC doświadczyłem i nadal będę doświadczać prawdopodobnie jedne z najsilniejszych muzycznych doznań w ogóle. Ich funeral doom to nie bezsensowne zamulanie oparte na mieleniu jednego riffu w nieskończoność i garach w rytmie 20 BPM, a prawdziwy egzystencjalny rollercoaster. Od horroru, lęku i pustki aż po triumf, wewnętrzny spokój i poczucie spełnienia. To dzięki tym kontrastom tak bardzo jeżą mi się włosy na skórze, gdy słyszę "The Secret of the Secret", "Circle" czy "Descent". A poza tym jest to zwyczajnie kurewsko ciekawe muzycznie, czerpiąc inspiracje od wykonawców często daleko wykraczających poza metal. A nawet w jego obrębie zdarzają się tu erupcje wściekłości i szybkości będące oldschoolową deathmetalową jazdą, czy - z drugiej strony - wycieczki w rejony post/sludge rodem z Neurosis. Nawet zważywszy więc, że przeważająca część materiału ESOTERIC to wydawnictwa dwupłytowe zawierające ~100 minut muzyki, to nie sposób się nudzić ani przez moment. To ogromne osiągnięcie.

Ten wpis chciałbym zadedykować moim ulubionym albumom tej brytyjskiej hordy. Zważywszy, że "ulubione" oznacza w tym przypadku aż pięć płyt może delikatnie zdradzać, że ESOTERIC uwielbiam :) Zalecam więc zaparzenie sobie herbaty, bo post ten długością dorównywać będzie czasowi trwania przeciętnej płyty omawianego zespołu. Jedziemy!

1994 - Epistemological Despondency

Już na pierwszym LP szóstka młodzieńców z Birmingham mogła pochwalić się niepowtarzalnym stylem, nawet w obrębie wciąż raczkującego jeszcze funeral doomu. To nagranie z muzyką jeszcze bardziej opresyjną i klaustrofobiczną niż ikoniczny debiut Winter. To także prawdopodobnie jedyna płyta, która potrafiła wywołać we mnie przerażenie. Do dzisiaj pamiętam, jak podczas jednego z nocnych odsłuchów z otępionego pół-snu wyrwałem się zlany potem. Jest to zdecydowanie najcięższy materiał zespołu, najbardziej surowy i toporny aranżacyjnie, aczkolwiek pod tym względem i tak o milę lepszy niż większość wydawnictw z ekstremalnym doomem w tym czasie. Już otwierający całość "Bereft" po kilku minutach obcowania z ważącym tysiąc ton riffem, zamienia się w graniczącą z noise kakofonię pisków, sprzężeń, elektroniki i szaleńczych wokaliz, gotową w mig odsiać każdego słuchacza z przypadku. Growl Chandlera jest potworny i odhumanizowany, do tego często zwielokrotniony czy przechodzący do maniakalnego krzyku. Co ciekawe, druga połowa płyty zawiera akcenty przywodzące na myśl stoner doom - są tam fragmenty charakterystyczne dla klasycznego grania, z chwytliwymi solówkami na czele. Jednak już wieńczący całość "Awaiting My Death" to ponowny skok w otchłań rozpaczy i depresji, nie pozostawiający ani promyka nadziei. Mocne cholerstwo.


Podobnie jak na następnym albumie, jest tu trochę niedostatków produkcyjnych i amatorszczyzny. Perkusja momentami brzmi jak przesypywanie kartofli, aczkolwiek ja należę do zwolenników brzmienia takiego "Failures for Gods", więc i w tym przypadku nie mam z tym żadnego problemu :D

Najlepsze utwory: "Bereft", "Lamented Despondency"

1997 - The Pernicious Enigma

Drugi album ESOTERIC, jeśli nie jest najlepszym w dyskografii, to zdecydowanie najbardziej potężnym i monumentalnym, a także najtrudniejszym do przebrnięcia. Niemal 2 godziny (!) muzyki równie przytłaczającej co na debiucie, z totalnie gęstym klimatem dającym się kroić nożem, samplami z Czasu Apokalipsy (arcydzieła równie opresyjnego) i utrzymanej w większości w ślimaczych tempach, acz uświadczyć można tu i blasty. "The Pernicious Enigma" jest jednak wydawnictwem znacznie bardziej atmosferycznym i, hmm, wielobarwnym. Wspomniany w drugim paragrafie oniryczny/narkotyczny klimat najbardziej daje się odczuć właśnie tutaj. Gitary potrafią brzmieć prawdziwie magicznie, przenosząc słuchacza do jakby całkowicie alternatywnej rzeczywistości i tworząc senne pejzaże. Czasem wręcz ciężko stwierdzić, czy to wiosło, czy już syntezator albo jakiś klawisz - tak niepowtarzalne są zastosowane tu efekty i modyfikacje brzmienia. Wystarczy posłuchać 4 pierwszych minut otwierającego album "Creation (Through Destruction") by całkowicie odpłynąć w jakieś nieopisane rejony ludzkiego umysłu. To już jest poziom wyżej niż utrzymany głównie w odcieniach szarości debiut. Zawarty tu materiał jest bardziej zróżnicowany i zwyczajnie ciekawszy. Wspomnieć warto o "NOXBC9701040", improwizowanym utworze przypominającym wręcz jakiś psychodeliczny jam, z sekundy na sekundę coraz intensywniejszy i gęściejący. Solidny lot w kosmos. Takich odniesień do space rocka jest tu zresztą więcej, np. w wieńczącym całość "Passing Through Matter", które w końcówce przenosi słuchacza w rejony mglistego niebytu. Niesamowita rzecz.


Zdecydowanie nie polecam tego albumu na pierwszy kontakt z muzyką zespołu, bo można się solidnie odbić. Na pewno nie jest to rzecz do codziennego słuchania - okej, to cecha chyba każdej płyty ESOTERIC, ale tutaj jest ona nasilona najbardziej. W żadnym wypadku nie powinno też lecieć w tle, bo to zwyczajnie nie ma sensu. Najlepiej położyć się, zgasić światło i powoli przejść przez portal do innego świata. Pod względem rozmachu jest to na pewno jeden z najpotężniejszych albumów metalowych ever i wymaga odpowiednio tyle cierpliwości. Zapewniam jednak, że po stokroć warto.

Warto wspomnieć, że jakiś czas temu wydana została zremasterowana wersja z tej pozycji. Brzmienie jest czytelniejsze i klarowniejsze, a do tego uwydatniono i podkreślono niektóre efekty, które wcześniej ginęły w miksie. Słuchałem tylko raz, ale udało mi się dostrzec kilka patentów, których nie wyłowiłem wcześniej. Chyba jednak wolę oryginalny sound - ta surowość i niedostatki realizacyjne jakoś wkomponowują mi się w to przytłaczające człowieka monstrum.

Najlepsze utwory: "Creation (Through Destruction)", "A Worthless Dream", "Passing Through Matter" (z fajną niespodzianką na końcu, mogącą przyprawić o nieoczekiwany zawał serca, hehe)

Z racji tego, że wpis ten zaczyna przypominać tasiemca, zakończę w tym momencie i pozostałe trzy pozycje zostawię na część drugą. Powinna ona pojawić się niebawem. Stay tuned!


wtorek, 18 lutego 2020

Recenzja MONASTERIUM - Church of Bones

Kiedy najwięksi epigoni gatunku nie spełniają wygórowanych oczekiwań, celebrując powrót oryginalnego wokalisty płytą zwyczajnie nieporywającą - chyba nie muszę mówić, kogo mam na myśli - z pomocą przychodzi krakowska ekipa kultywująca tradycyjny, epicki doom metal. Wraz z wydaniem "Church of Bones" nie powinno być wątpliwości, że uczeń przerósł nieco podstarzałego już mistrza.


Na drugim pełniaku MONASTERIUM zagłębia się w strefę sacrum, ale przy akompaniamencie ciemności i rozrzuconych wokół kości umarłych. Mamy więc charakterystyczną dla tego grania dawkę patosu (akceptowalną i nie wywołującą odruchu wymiotnego - żeby nie było), w tle słychać jednak płonące stosy, a w powietrzu roznosi się swąd spalonych żywcem heretyków. Dominują odniesienia do chrześcijaństwa oraz w mniejszym stopniu do mitologii, więc jeśli marzyłeś kiedykolwiek o wyprawie na Ziemię Świętą i wyrzynaniu niewiernych pogan, to byłby to świetny podkład muzyczny.

Brakowało mi płyty utrzymanej w ryzach podniosłego doom metalu, zawierającej zarazem porządną dawkę mroku i posępnego wydźwięku. Oczywiście uwielbiam klasyczne albumy Candlemass z Marcolinem w składzie, tam jednak dominuje dostojność i wręcz rajskie piękno. Tu zaś tańczymy ze Śmiercią i jest to odwzorowane także w warstwie muzycznej. Kiedy słucham takiego "Embrace the Void", rzeczywiście czuję, że umiera ostatnia nadzieja. Podlane jest to pewną dawką dramatyzmu, podbijaną głównie przez manierę wokalisty. Przyznam, że zwłaszcza gdy wchodzi on w wysokie rejestry, jest tu pewne pole do poprawy, jednak ogólnie wokalizy są całkiem nienaganne i dobrze wpasowują się w konwencję zespołu. Za to same refreny to mistrzostwo świata. W praktycznie każdym utworze znajdą się chwytliwe wersy, które można nucić praktycznie bez końca. Co najlepsze, mimo że "Church of Bones" jest łatwo przyswajalne i szybko wchodzi do głowy, to wcale nie wylatuje z niej po dwóch tygodniach. To są po prostu świetnie napisane kompozycje, w których bez przerwy jest na czym zawiesić ucho. Teksty zaś są na tyle dobrze zarysowane, że wcale nie trzeba być profesorem filozofii, by podchwycić ogólny vibe i wsiąknąć w płytę jeszcze bardziej.

Mimo że dominuje ciemność, a same utwory osiągają tempa co najwyżej średnie, to w żadnym wypadku nie można powiedzieć o zamulaniu. A to pojawi się świetna solówka dla przełamania nastroju (i znowuż - casus praktycznie każdego numeru, naprawdę), a to wjazd na podwójnej stopie czy też nieco bardziej heavy metalowe akcenty. Moim absolutnym faworytem jest trzeci na płycie "Liber Loagaeth", nieco balladowy (?), ze wstępem przywodzącym na myśl... religijny black metal w stylu Deathspell Omega, z okresu "Si Monumentum...". Pobrzmiewają mi tu też echa Primordial. W każdym razie, praca gitarzystów jest tu fenomenalna. Wyróżniają się także dobrze nakreślający atmosferę utwór tytułowy, sugestywny i dynamiczny "La Danse Macabre", powoli rozwijający skrzydła "Ferrier of the Underworld" z rewelacyjnym motywem przewodnim czy też najbardziej rozbudowany i epicki "The Last Templar", będący dialogiem między ostatnim wielkim mistrzem templariuszy a skazującym go na śmierć królem. Do tego utworu zespół zaprosił zresztą gościnnego wokalistę (Leo Stivala z Forsaken), co doskonale kreuje narracyjne zabarwienie całości. Słowa wypowiadanej klątwy zdają się być autentyczne.

W warstwie aranżacyjnej oraz produkcyjnej nie mam nic do zarzucenia. Gitary są solidnie dociążone, co jest w zasadzie najważniejsze w tego typu graniu. "Church of Bones" to świetna płyta w niszy, w której pozostało jeszcze sporo do wyeksploatowania, więc tym bardziej cieszy mnie, że zupełnie przypadkowo zapoznałem się z tym materiałem. Co mogę jeszcze powiedzieć? Zostaje zarzucić ten krążek po raz kolejny i szarżować z okrzykiem "Deus vult!" na ustach. Czysta rekomendacja, zwłaszcza dla fanów Candlemass oraz Solitude Aeturnus, szukających jednak wycieczki w pustkę i ognie piekielnie, aniżeli niebiańskie zastępy.

środa, 22 stycznia 2020

Recenzja MORTIFERUM - Disgorged from Psychotic Depths

Lubię, gdy płyta pretendująca do miana death/doom metalowej od samego początku atakuje mnie bębnami brzmiącymi, jak wbijanie gwoździ do trumny. To znaczy, że zespół odrobił lekcje. Patrząc na okładkę, słusznie można domyślić się, że odsłuchowi będzie towarzyszył kojący odór zgnilizny. Czyli brzmieniowo - kosa. Stylistycznie - również. Lecz jest jeszcze jeden, znacznie mniej oczywisty element, który sprawia, że amerykański MORTIFERUM nagrał prawdopodobnie najlepszy album w tej stylistyce od czasów debiutu Spectral Voice.



"Disgorged from Psychotic Depths" to 36 minut miażdżącego walca wspomaganego grobowymi pomrukami, który choć brzmi mniej ezoterycznie i transendentalnie niż "Eroded Corridors of Unbeing", a bardziej podkreśla przytłaczającą atmosferę rozkładu i zepsucia, to skojarzenie w tym kierunku jest generalnie dość trafne. Mamy tu jazdę głównie w powolnych i średnich tempach, urozmaicaną czasem raptownymi erupcjami wściekłości, blastów i chaotycznych, jazgotliwych solówek. Styl riffowania przynosi na myśl takie hordy jak Incantation czy Disma, zaś pojawiające się tu i ówdzie melodie mają cudowny fiński posmak(patrz: "Inhuman Effigy"), przez co materiał jeszcze bardziej zyskuje na ponurym, posępnym klimacie. Jest to więc gulasz przyrządzony ze znanych składników, wedle sprawdzonej formuły. I tak traktowałem ten album podczas pierwszych odsłuchów - czerpiący dobre inspiracje, ale niewiele więcej. Na pierwszy rzut oka (ucha) nie było tu nic specjalnego dla mnie.

Pomału jednak zaczęło do mnie docierać, jak cholernie dobrymi kompozytorami są ci goście. To właśnie ten aspekt, o którym wspomniałem na początku. Przez te pół godziny z hakiem niewiele jest prawdziwych momentów "wow", wyłączywszy może kapitalne solo w pierwszym utworze, znakomicie podkreślane nabiciami na perkusji, lecz jest za to pięć prawdziwie równych i porządnie zbudowanych kompozycji (oraz interludium). Dopiero po uważnym wsłuchaniu się można zauważyć, jak dobrze skonstruowane są te kawałki, jak dynamiczne, jaki towarzyszy im flow. Przejścia pomiędzy poszczególnymi partiami wychodzą z nieskrępowaną naturalnością, zespół operuje zmianami tempa z wyczuciem godnym gatunkowych weteranów, a utwory cały czas trzymają w napięciu, zmierzając ku nieuchronnej konkluzji. Te finały są tu fenomenalne, będąc logiczną kulminacją tego, co działo się przez poprzednie minuty - niech to będzie wspomniane już solo w otwieraczu, atmosferyczna końcówka "Putrid Ascencion" z subtelnym syntezatorem w tle czy początkowo wręcz pogrzebowo-marszowy, coraz bardziej nabierający jednak prędkości "Funereal Hallucinations". Wspomniałem już, że gary są wyprodukowane kapitalnie (co słychać najbardziej w tych najszybszych momentach, co już w ogóle jest fenomenem - brawa dla realizatora), nie mniej istotny jest jednak styl gry pałkera, który skutecznie dba o żywotność nawet najdłużej zapętlonych riffów i sprawia, że cały czas się tu coś dzieje. 

I taki właśnie jest ten album - nieoczywisty i powoli odkrywający swe niuanse przed słuchaczem. Jest to sama esencja, może bez spektakularnych fajerwerków, za to z totalnym oddaniem tego, o co w tym graniu tak naprawdę chodzi. Tu działa wszystko, nawet ten niespełna minutowy przerywnik, mający w sobie jakąś nutkę romantyzmu i hiszpańskiego brzmienia - piękno kontrastuje z czarną śmiercią, która przyjdzie wraz z ostatnim utworem. I do pełni szczęśnia brakuje mi tylko jakiejś wyrazistej kropki nad i, spektakularnego, dramatycznego zwieńczenia - "Disgorged from Psychotic Depths" kończy się, hmm, może nie nagle, ale w stylu "dobra, zrobiliśmy swoje, koniec". Może to i lepiej? Nie ma zbędnego przedłużania, materiał urywa się w momencie, w którym powinien, a krótki czas trwania zachęca do odpalenia krążka jeszcze raz. Klasa i jeszcze raz klasa. Więcej takich pozornie "standardowych" albumów proszę!

piątek, 17 stycznia 2020

BOLT THROWER - dywizja pancerna miażdżąca wszystko na swojej drodze

Brytyjski BOLT THROWER to ekipa, która już na stałe zapisała się w panteonie bogów death metalu. Zasługa to nie tylko wspaniałej muzyki, ale także godnego podziwu podejścia i samokrytyki w stosunku do własnej twórczości. Otóż po wydaniu "Those Once Loyal" w 2005 roku - jak się okazało, będącego łabędzim śpiewem grupy - zespół co prawda miał szczątki materiału na kolejną płytę, lecz panowie (i panie!) uznali, że nie dorównuje on poziomem do poprzedniczki i nie są z niego zadowoleni. Karierę studyjną zakończyli więc, będąc na fali wznoszącej. Pewnie mogliby nagrać kolejny album, pewnie nawet nieźle by się sprzedał, a tu nie i chuj. To, ile innych hord, zwłaszcza uprawiających sztukę metalu śmierci właśnie, mogłoby się od nich uczyć, przemilczmy, bo nie chcę tu szafować nazwami.

Zaryzykuję stwierdzenie, że wypracowany dość wcześnie styl zespołu jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych na scenie w ogóle. Nie ukrywam, że precyzyjnie i bezbłędnie trafia w czuły punkt mojego gustu. Muzyka Bolt Throwera jest niczym powoli przetaczająca się dywizja pancerna, nieubłaganie miażdżąca wszystko na swojej drodze. Kurewski ciężar i ciągłe parcie do przodu, którego nic nie jest w stanie zatrzymać. Ale jest tu coś jeszcze. Riffy tego zespołu są cholernie chwytliwe i zapadające w pamięć, co wychodzi im naturalnie, bez uporczywej nachalności. Perkusja (na czele z charakterystycznymi przejściami na werblu Whale'a) nadaje utworom niesamowitej dynamiki, zwielokratniając ich siłę rażenia i sprawiając wrażenie nieuchronnej zagłady. Do tego wojenna otoczka - wszak wojna to nie tylko miliony trupów na koncie przywódców, to także honor, męstwo i braterstwo, a te tematy zespół również potrafi oddać bezbłędnie dzięki melodyjnym leadom. Jest w tym pewna nuta melancholii, którą najlepiej podsumowuje świetna okładka "...for Victory" z 1994r. Wspomnieć trzeba też koniecznie o charyzmatycznych wokalach Karla Willetsa, który zawzięcie growluje kolejne frazy, a zarazem jest niesamowicie czytelny. To jest właśnie kwintesencja deathmetalowego wyziewu - bezpłciowym klonom jadącym pod tzw. cookie monstera mówimy NIE.

W tym wpisie chciałbym podsumować dyskografię zespołu, układając płyty w kolejności od mojej ulubionej do tej, którą lubię najmniej, ale wciąż bardzo, bardzo. Bo słabym materiałem BOLT THROWER się nie splamił i jest to niezaprzeczalny fakt.

TYGRYS KRÓLEWSKI

1) 1991 - War Master


Trójka Brytyjczyków to płyta z gatunku tzw. przejściowych. W tym przypadku mamy tu kompromis pomiędzy nuklearną dewastacją z dwóch pierwszych, a chwytliwym riffowaniem i solidną dawką groove'u z późniejszych. "War Master" ma po prostu idealnie wyważone proporcje. Utwory zapadają w pamięć, zachowując solidną dawkę brutalności i agresji. Ostały się tu jeszcze blasty i chaotyczne, krótkie solówki, tak charakterystyczne dla wczesnej twórczości zespołu, generalnie prym wiedzie jednak granie, które później stanie się wizytówką BT. Ale właśnie dzięki temu, że jest tu jeszcze ten pierwiastek nieokiełznanej dzikości, dużo morderczych przyspieszeń, tak bardzo lubię tę płytę. Kompozycyjnie - same hity, bez ani jednego wypełniacza. Najlepsze wokale w dysko. No i nadal wisi nad tym apokaliptyczny, wisielczy klimat, zwiastujący zagładę ludzkości. "Mankind shall never survive!" Zwyczajnie uwielbiam ten krążek, ścisła czołówka gatunku i największe stężenie genialnych riffów ever.



Najlepsze utwory: "What Dwells Within", "Profane Creation", "Afterlife"

TYGRYS

2) 2005 - Those Once Loyal


"Those Once Loyal" to niezmiernie rzadki przypadek płyty pochodzącej z późnego okresu działalności zespołu, która nie tylko dorównuje pierwszym materiałom, ale wręcz je przewyższa. To w zasadzie esencja i wizytówka stylu BT. Idealny czas trwania, ponownie brak wypełniaczy - bardzo równy album. Masywne brzmienie na czele z tektonicznym basem Jo Bench. Tak jak dwie poprzedzające ten krążek płyty mogą wydawać się momentami nieco ospałe i leniwe, tak tutaj ponownie znajdziemy miejsce na rozpędzone i nie biorące jeńców momenty - np. w "Last Stand of Humanity". Co tu więcej dodać? Jest tu wszystko, za co kocham ten zespół. Riffowanie - MASA. Eleganckie melodie. Przepotężny ciężar, jak w środkowej partii "Entrenched". No i nie wyobrażam sobie lepszego zwieńczenia kariery niż "When Cannons Fade". Ta końcówka jest po prostu ikoniczna, a zarazem bardzo smutna, biorąc pod uwagę niespodziewaną śmierć Martina Kearnsa 11 lat później.




Najlepsze utwory: "The Killchain" (jakbym miał kogoś przekonywać do tego zespołu, pokazałbym mu ten numer), "Granite Wall", "Salvo", "When Cannons Fade"

3) 1992 - The IVth Crusade

Dla wielu Czwarta Krucjata jest właśnie opus magnum zespołu. To tutaj tak naprawdę na dobre wykrystalizował się styl BT, by bez przełomowych już zmian przesiąkał w kolejne materiały. To niewątpliwy klasyk i płyta wyróżniająca się na tle złotej ery death metalu. To najbardziej dociążony album ekipy, najbardziej walcowaty i miażdżący. Pojawiają się echa doom metalu, posępne melodie, atmosfera jest gęsta jak skurwesyn. Średnie tempa na tej płycie po prostu zabijają. To pewnie byłby mój faworyt, gdyby nie to, że jest odrobinę za długi. Końcówka może już nieco się dłużyć - 53 minuty to jednak sporo, jak na mimo wszystko dość jednostajne łojenie. Nie zmienia to faktu, że mamy to do czynienia z istną potęgą, a otwierający płytę riff to już czysta legenda. Nie mówiąc już o genialnym, ponurym "As The World Burns" z dramatyczną końcówką. Ciary na plecach za każdym razem! Robi wrażenie także outro, w którym zespół rozlicza się z historią minionych wieków - świetne zwieńczenie monumentalnego albumu.




Najlepsze utwory: "The IVth Crusade", "Where Next to Conquer", "As the World Burns"

4) 1989 - Realm of Chaos: Slaves to Darkness

Wieczna wojna - te dwa słowa dobrze odwzorowują zawartość dwójki BT. Ten album to po prostu pierdolona pożoga. Czerpiący inspirację od warhammerowskich bogów chaosu, to zdecydowanie najbardziej zaciekła i bezkompromisowa płyta zespołu. Fragmenty czystej furii przeplatają się z jazdą w średnich tempach, która zmusi do machania łbem nawet martwego. Gitary są cholernie nisko zestrojone, przez co "Realm of Chaos" zdaje się ważyć kilkaset ton. Trudno wskazać bardziej ekstremalny metalowy album przed 1989. No i jest tu potencjalnie największy hit zespołu - mowa tu oczywiście o Pożeraczu Światów, który zarazem idealnie podsumowuje przepis na sukces tej płyty. Najpierw zaatakujemy cię jednym z najbardziej chwytliwych riffów w historii death metalu, a potem zmiażdżymy cię grindowym butem. Kocham.


Najlepsze utwory: "Eternal War", "Through the Eye of Terror", "World Eater"

PANTERA

5) 1994 - ...for Victory

Ostatni album pochodzący z klasycznej ery zespołu jest w najprostszym ujęciu połączeniem masywności poprzedniczki z bardziej agresywnym "War Master". To także najbardziej melodyjny materiał jak do tej pory - acz zaznaczyć trzeba, że są to melodie wyważone i nielukrowane, sprawiające też, że "...for Victory" ma nieco bardziej melancholijną i "osobistą" atmosferę - dobrze oddaje tragiczny żywot żołnierza i stanowi odbicie warstwy tekstowej. Teoretycznie jest tu więc wszystko, co mogłoby się składać na szczytne pierwsze miejsce, ale w drugiej połowie pojawiają się tu nieco słabsze utwory - zarówno "Silent Demise", jak i "Forever Fallen" trochę odstają od reszty i nie wyróżniają się niczym szczególnym. To jednak niewielka wada, bo są tu i momenty absolutnie WYBITNE - np. w tytułowym kawałku, gdy zespół, po wywołaniu przez Karla (którego wokal jest tym razem bardziej szorstki i suchy) "for victory", rozpędza się i nic nie jest w stanie tej pancernej bestii zatrzymać. Doskonały przykład, jak dużo robią tu bębny - kanonady na werblu nadają reszcie niesamowitego kopa. 



Najlepsze utwory: "...for Victory", "Lest We Forget", "Armageddon Bound"

6) 1988 - In Battle There is No Law

Debiut Brytyjczyków to 30 minut soundtracku do świata po nuklearnej wojnie. Surowy, brudny i nieokrzesany, dobrze zdradzający punkowe korzenie zespołu, co odwzorowuje także świetna okładka. Zespół pędzi tu najczęściej do przodu z zawrotną prędkością, a Karl wyrzyguje kolejne frazy z młodzieńczym wigorem, urokliwie urywając końcówki słów. Typowy, acz świetny debiut. Już na tym etapie pojawiają się zalążki grania, jakim ta horda będzie nas raczyć na późniejszych albumach. Bardzo energiczny performance, większość utworów zapada w pamięć, a płyta jest krótka, przez co zachęca do jej katowania. 



Najlepsze utwory: "In Battle There is No Law", "Forgotten Existence", "Concession of Pain"

PANZER IV

7) 1998 - Mercenary

Tutaj mam szczególny sentyment, bo pochodzący z tej płyty "Behind Enemy Lines" jest pierwszym utworem zespołu, jaki poznałem. Dość szybko się zakochałem i zacząłem sprawdzać resztę, a potem poszło już z górki. "Mercenary" to typowy późny Bolt Thrower - jazda głównie w średnich tempach, bez porywczych przyśpieszeń, dużo ciężaru i grania na tle podwójnej centralki. Nie zmienia to faktu, że jest to materiał zachowawczy, który do ustabilizowanej formuły zespołu nie wnosi praktycznie nic. Nadal jednak słucha się tego bardzo dobrze, a jakże. Rozumiem jednak ludzi, dla których wieje tu nudą - jeśli stawiać taki zarzut wobec tego zespołu, to ten krążek (i następny) mógłby być tego potwierdzeniem. Z drugiej strony, puszczam im wtedy kapitalny refren z "No Guts, No Glory" i mówię: wypierdalać. I już dla samego tego utworu warto "Mercenary" posłuchać.



Najlepsze utwory: "Laid to Waste", "Behind Enemy Lines", "No Guts, No Glory"

8) 2001 - Honour - Valour - Pride

Jedyna rzecz bez Willetsa na wokalu, którego zastąpił na ten czas znany m. in. z Benediction Dave Ingram. Nie ukrywam, że absencja głosu przez tyle lat stojącego na czele bandy boli. Dave to oczywiście świetny śpiewak i z powodzeniem próbuje wpasować się w muzykę zespołu, ale to jednak nie to samo. Poza tym - co tu dużo mówić? To, co powiedziałem o "Mercenary", można zastosować i tutaj, bo poza wokalistami wiele tych płyt nie różni. Brak tu naprawdę wyróżniającego się hitu, choć dobrych utworów nie brakuje. Z tych powodów HVP musiało znaleźć się na końcu. Zaznaczyć należy, że jest to rzecz leżąca i tak o wiele wyżej niż ostatnie dokonania Memoriam, zespołu, który co prawda stara się odtworzyć chwałę BT, ale wychodzi mu to dość średnio. Niestety.



Najlepsze utwory: "Contact - Wait Out", "Inside the Wire", "7th Offensive"

I to by było na tyle. Podsumowując - na pewno jedna z lepszych dyskografii w gatunku. Bez wyraźnego gniota, za to z co najmniej pięcoma albumami, które są bezwzględnymi klasykami. Świetny wynik. I prawdę mówiąc, pozycje z pierwszej połowy listy mógłbym poprzestawiać w losowy sposób i wielkiej różnicy by to nie zrobiło. Niech to będzie dowodem na wielkość zespołu. Hail the Mighty Bolt Thrower! 

"On countless worlds
The earth shakes
As the forces of chaos
Are trying to gain control
About to be unleashed
A devastating weapon
A power to end lives
There is no time for peace
Only the eternal war"


A Wy jak byście poukładali te płyty?

PS użyłem nazw niemieckich czołgów, bo są bardziej cool. :)

niedziela, 12 stycznia 2020

Podsumowanie roku 2019


No i kolejny rok za nami. To jak zwykle świetna okazja, żeby - wstępnie - podsumować to, co się działo, zrobić wykaz najlepszych/najczęściej słuchanych płyt, powspominać najlepsze koncerty, powróżyć z fusów, która horda zrobi nam najlepiej w roku nadchodzącym i zreflektować się nad ogólną kondycją muzyki metalowej. Choć już teraz mogę powiedzieć - i nie będzie to chyba zaskoczeniem - że metal ma się lepiej niż kiedykolwiek!

Płyta roku.

I. MOJE ULUBIONE PŁYTY ROKU 2019

Sprostować trzeba dwie rzeczy. Raz, że uświadomiłem sobie niedawno, że robienie list "płyt roku" chwilę po jego zakończeniu lub wręcz jeszcze w trakcie, mija się z celem. Czas boleśnie obnaża niedoskonałość niektórych płyt, a innymi razy wręcz przeciwnie - sprawia, że dojrzewają jak wino. I jakbym teraz miał spojrzeć np. na rok 2014 czy 2015 to zupełnie inne albumy znalazły by się na szczycie - często te, które początkowo mnie odrzuciły. Inne z kolei, tak mocno katowane w okolicach premiery, teraz grzecznie grzeją tylko miejsce na półce. Dwa, że nie silę się na tworzenie obiektywnej listy "najlepszych" płyt. To raczej taka wypadkowa tego, czego najczęściej słuchałem - więc musi być dobre - i tego, w czym wyczuwam największą muzyczną wartość, definiowaną w sumie przez moje gusta. No więc jedziemy!

ESOTERIC - A Pyrrhic Existence

Bez zaskoczeń. Wiedziałem, że stanowisko płyty roku jest obsadzone już w momencie zapowiedzi "A Pyrrhic Existence" i chyba tylko pierdolnięcie meteorytu w Wyspy Brytyjskie mogłoby to zmienić. To zdecydowanie muzyka dla cierpliwych, ale wynagradzająca tę przeprawę przez pole minowe w każdym calu. Arcyciekawa podróż przez horror ludzkiej egzystencji. Jeśli - co nie będzie mnie dziwić - tzw. funeral doom nigdy ci nie podchodził, bo nuży cię przeciąganie kawałków do 30 minut dla zasady i spełnienia "gatunkowych konwenansów", to tutaj nie ma nic z tych rzeczy. Muzyka Esoteric żyje, oddycha, płynie przez nią krew. To, w jaki sposób ci goście piszą kawałki, determinuje ich czas trwania, a nie na odwrót. Mistrzostwo świata i przy okazji jedna z najlepszych pozycji w dyskografii zespołu.


BÖLZER - Lese Majesty

Gdyby decydowała liczba odsłuchów, to szwajcarski duet byłby zdecydowanie na samym szczycie. Względnie krótki czas trwania tej EPki sprzyja takiemu stanowi rzeczy, a przy okazji po raz kolejny potwierdza, że panowie czują się w tym formacie jak ryba w wodzie. Dostrzegam pewne wady tej muzyki, ale w obliczu radości, jaką czerpię z każdej sesji - nie mają one znaczenia. "Lese Majesty" to kontynuacja ścieżki obranej na debiucie, ale jeszcze potężniej, z jeszcze większym rozmachem i z dbałością o detale. Aranżacyjnie jest to bez dwóch zdań najlepszy materiał zespołu, a "Ave Fluvius! Danu be Praised!" to w tym momencie mój ulubiony ich utwór. Zaangażowanie, szczerość i pasja aż kipią z tej muzyki.


NOCTURNUS AD - Paradox

Najlepszy powrót w death metalu ever? Nie widzę kontrowersji w tym stwierdzeniu. To nie tylko niesamowicie sentymentalny album, totalnie nie należący do swoich czasów, ale zachowujący przy tym jakość praktycznie dorównującą ikonicznemu "The Key". Ta płyta brzmi, jakby została nagrana w 1992, po czym zespół wysłał ją w przestrzeń kosmiczną i po 27 latach sobie o niej przypomniał. Niesamowicie charakterystyczna rzecz, w stylu wykonywanym w zasadzie tylko przez Nocturnus właśnie. Kicz i nieporadność są nieodłącznymi elementami tej muzyki, a przy tym brzmi to bardziej autentycznie niż niejedno "lepsze muzycznie" deathmetalowe wydawnictwo.


Najlepszy powrót zza grobu(w tym przypadku - z orbity).

THE DEATHTRIP - Demon Solar Totem

Kapitalny hołd złożony norweskim klasykom. Tym razem uderza w bardziej uduchowione, mistyczne, skąpane w oparach szamańskiego uniesienia rejony. Bardzo klimatyczna, snująca się powoli niczym poranna mgła rzecz. Mniej oczywista niż debiut - za pierwszym razem odrzuca, ale mimo wszystko każe słuchać siebie dalej. A potem jest tylko lepiej i lepiej.

Moja recenzja - klik

EHDLER - Nordabetraktelse

Z kategorii albumów, które wzięły mnie z zaskoczenia, ten stoi zdecydowanie najwyżej. Najlepszy, klasyczny las roku 2019. Hipnotyzuje i wciąga jak diabli. A jednocześnie nie jest to jedynie zapętlenie dwóch riffów - jest tu miejsce na zmiany tempa, rockowe czy thrashowe wkręty, są i zaśpiewy w stylu Isengard. Cholernie angażujący album, który zostaje z człowiekiem na dłużej.

Moja recenzja - klik

Zwycięzca w kategorii "black metal".

BLUT AUS NORD - Hallucinogen

Najświeższa rzecz, jaka wyszła spod rąk francuskiego mistrza co najmniej od czasów "Cosmosophy". Vindsval zreflektował się chyba, że rytualne industriale się zaczynają trochę przejadać i nagrał rzecz z totalnie innej mańki. Niesamowicie lekki, przestrzenny i wręcz "niebiański" album, w dużej mierze instrumentalny. W tle chóry i zawodzenia. Dużo luzu, polotu, bezceremonialnego zasypywania rockowymi solówkami, które jednak nie burzy odbioru całości. A przy tym wciąż blackmetalowe struktury utworów. Czy jest to jakiś mega psychodeliczny album? No nie bardzo, kto spodziewał się takiego obrotu spraw, mógł się zawieść. Dużo tu zaś stanu, hmm, takiej euforii.

Moja recenzja - klik

BLOOD INCANTATION - Hidden History of the Human Race

Tu się nie będę rozwodził, bo o tej płycie powiedziano już bardzo dużo i nic ciekawego bym nie dodał. To już jest jeden ze współczesnych klasyków. Będzie się o tym albumie mówić w takim samym tonie jak o "Graves of the Archangels" czy "Nekropsalms".

Moja recenzja - klik

Na tym zamknę zestawienie pt. "najlepsi z najlepszych". Jest jednak duża szansa, że dołączą do niej płyty następujących hord: MORTIFERUM, DRASTUS, YELLOW EYES, ATARAXIE, HAGZISSA. To pozycje, których słuchałem jeszcze zdecydowanie za mało, ale widzę w nich spory potencjał i chce mi się do nich wracać i je badać.


Wszyscy się zachwycają, to co, mam być gorszy? Ale poważnie, obecność w niemal każdym podsumowaniu jest w pełni zasłużona.

II. SŁUCHANE Z PRZYJEMNOŚCIĄ, ALE DO NAJLEPSZYCH TROCHĘ BRAKUJE

To z kolei rzeczy, które na przestrzeni roku słuchałem z jakąś tam regularnością i generalnie mi się podobały, ale albo po prostu nie dorastają do pięt powyższym, albo kuleje nieco ich replay value i czuję, że niewiele już tam dla mnie zostało do odkrycia. Albo - jak np. w przypadku DsO - cholernie doceniam tę muzykę, ale to jednak nie do końca moja bajka i zawsze znajdę coś, czego chce mi się posłuchać bardziej.

MGŁA - Age of Excuse
DOOMBRINGER - Walpurgis Fires
DEUS MORTEM - Kosmicide
DEATHSPELL OMEGA - The Furnaces of Palingenesia
MAYHEM - Daemon
TEITANBLOOD - The Baneful Choir

Z tej listy najbardziej podoba mi się Mgła. "Age of Excuse" to najbardziej agresywny materiał zespołu od czasów EPek i być może najlepszy ich pełniak. Ciężko mi to ocenić, bo każda ich płyta jest po prostu bardzo równa, a jednocześnie żadna nie robi mi w dłuższej perspektywie totalnej sieki z mózgu. Tak samo jak w przypadku poprzedniej, po premierze zachwycałem się niesamowicie, a potem jednak okazywało się, że trochę nie chce mi się do tego wracać. Bardzo dobry jest też Doombringer, choć debiut - mimo, że znacznie mniej oryginalny - podobał mi się jednak bardziej i zawierał w sobie większe pokłady dynamiki. Mam wrażenie, że swój pełny potencjał panowie zrealizują dopiero na trójce. Teitanblood, choć całościowo pozostawia niedosyt, postanowiłem uwzględnić na liście, bo w tej kategorii mało jest naprawdę wyróżniającego się grania. A pomysłu na swoją muzykę nie mogę Hiszpanom odmówić.

III. ROZCZAROWANIA

Prawdziwych rozczarowań tak naprawdę nie mam, bo i oczekiwań nie było za wiele. Na początku myślałem, że The Deathtrip, ale co o tej płycie sądzę, już dobrze wiesz. Żadna z hord, na które prawdziwie czekałem, nie zawiodła. Może chciałbym, żeby Black Cilice nagrało lepszy album? Tomb Mold też popłynął w morze gatunkowego, lekko jałowego mielenia w stylu "meat and potatoes death metal", po całkiem zjawiskowej dwójce. Trójka Krypts ma miażdżące, zalatujące death/doomową klasyką momenty, całość jednak trochę się rozjeżdża i ginie w nawale nieco nieumiejętnego budowania atmosfery. Generalnie jednak nie boli mnie to praktycznie w ogóle.

IV. NAJLEPSZE KONCERTY

Na wielu nie byłem, więc ten paragraf trochę miją się z celem. Najmilej wspominam wrocławski Into the Abyss fest, na którym ZMIAŻDŻYŁ Primordial, zdewastował Godflesh i kurewsko miło zaskoczył Doombringer. Ponadto zniszczył mnie gig Immolation w Berlinie i niejako sprawił, że odkryłem ten zespół na nowo.

V. OCZEKIWANIA I MUZYCZNE POSTANOWIENIA NOWOROCZNE

  • Nowe płyty STARGAZER, AUTOPSY, DEAD CONGREGATION, ADVERSARIAL, SWALLOWED i pewnie o czymś jeszcze zapomniałem
  • Ulcerate nagrywa lepszy album niż miałkie "Shrines of Paralysis"
  • To niemożliwe, ale Incantation wydaje album choć zbliżony poziomem do "Vanquish in Vengeance"
  • Koncerty Esoteric, Evoken, Autopsy i Ved Buens Ende gdzieś w pobliżu
  • Uda mi się zobaczyć Mercyful Fate i Iron Maiden
  • Więcej czasu poświęcę poszczególnym materiałom, a mniej skupiać się będę na gonieniu króliczka i usilnym byciu "na bieżąco". Nie jest źle, ale zawsze może być lepiej
  • Słuchać mniej, ale bardziej aktywnie
  • Znowu będzie tak dużo zajebistych płyt!
No i to tyle. Zamknięty rok uważam w ogólnym rozrachunku za bardzo udany. Zachęcam do dyskusji i wymiany spostrzeżeń, a tymczasem hails! Oby 2020 był równie dobry(chociaż nie będzie, bo śmiem twierdzić, że w tym roku premiery nowego albumu Esoteric nie będzie, hehe).

Za wszystkie pominięte płyty przepraszam, za wszelkie grzechy żałuję.