W poprzednim wpisie na warsztat wziąłem dwie pierwsze płyty Brytyjczyków. To zdecydowanie najpotężniejsze i najtrudniejsze do przetrawienia kolosy w ich twórczości. Począwszy od wydanej w 1999r. "Metamorphogenesis" w muzyce ESOTERIC zaszły pewne zmiany. Oczywiście nie zatraciła ona tych cech, które wypunktowałem w pierwszej części tego wpisu - absolutnie. Nadal są to dźwięki szalenie opresyjne i przytłaczające, powoli przyduszające słuchacza i odbierające mu witalne siły. Jednak pod względem realizacji i produkcji swoich nagrań zespół wspiął się na poziom wyżej. Jest znacznie czytelniej i profesjonalniej, przez co dość gęsta muzyka może w końcu w pełni dotrzeć do słuchacza - mamy tu, jakby nie patrzeć, do czynienia z trzema gitarami, do tego podpartymi ambientowymi tłami etc. Ponadto do formuły zespołu wkradło się znacznie więcej melodii, a przeważająca większość "hooków" (o ile można o nich w ogóle mówić w tym przypadku) zawarta jest w przeciągniętych partiach gitary prowadzącej. ESOTERIC stał się nieco bardziej przystępny, co jednak w niczym nie ujmuje jakości ich utworów. Przeciwnie, od wydania trójki muzyka ta stała się bardziej ubarwiona i wielowarstwowa, a dzięki dużemu (momentami) stężenia melodyjnych partii jej wydźwięk emocjonalny jest silniejszy.
1999 - Metamorphogenesis
Zarówno ten album, jak i jej następca, to jedyne długograje w dyskografii ESOTERIC nie będące wydawnictwami dwupłytowymi. "Zaledwie" 44 minuty to dla tego zespołu jak mrugnięcie okiem, hehe. Gdybym miał polecić jeden materiał dobrze podsumowujący styl tej bandy to zdecydowanie wybrałbym ten. Można powiedzieć, że to ESOTERIC w pigułce. Mimo znacznie mniejszej objętości nie rzekłbym, że jest to rzecz o wiele łatwiej przyswajalna niż dwie pierwsze. "Metamorphogenesis" jest cholernie dusznym albumem, który mimo bycia w dużej mierze opartym o gitarowe melodie, skrupulatnie zaciska pętlę na twojej szyi. Riffy epatują jakimś trującym miazmatem, a leady są jakby kwaśne i wywołują poczucie otępienia. Ściany w pokoju zbliżają się do siebie i masz wrażenie nieuchronnej zagłady. To w zasadzie muzyczny ekwiwalent niezbyt fajnego tripu. Słuchając "Metamorphogenesis" można poczuć coś w rodzaju odurzenia. Sporo tu dysonansowych zagrywek, partie perkusji są momentami gęste, rytmy połamane, a wokale są huczącym gdzieś w tle dodatkowym instrumentem.
Niełatwo przebić się przez ten album - czasem mam wrażenie, że jest tu pięć nałożonych na siebie warstw gitar, każda gra coś innego, a razem zbijają się w szumiący ci w głowie rój os. Tak jest na przykład w środkowej części finałowego "Psychotropic Transgression". Ale to głównie dwa pierwsze utwory stanowią o sile tego materiału. "Dissident" bez żadnych wstępów rzuca cię na głęboką wodę, w wir psychodelicznego horroru, by po kilku minutach zwooooooolnić i sączyć jad w twe żyły. Ta partia to kwintesencja duchoty o której wspomniałem. Atmosfera staje się naprawdę miażdżąca, czujesz ciśnienie rozsadzające ci czaszkę, a riff przypomina rytmiczne walenie młotem w ścianę. Stopniowo jednak tempo wzmaga się, napięcie rośnie, wszystko zmierza do nieuchronnej kulminacji - końcówka to już niemal death metal, by po chwili zginąć w odmętach ambientowego szumu. Zaś "The Secret of the Secret" to momentami zadziwiająco piękny i "słoneczny" kawałek (acz uważaj, bo łatwo tu o udar), który w drugiej połowie eksploduje w najlepszy chyba popis gitarzystów w dziejach ESOTERIC. Nagrać tak długie solo, które do tego cały czas trzyma w napięciu - po prostu wow.
Najlepsze utwory: "Dissident", "The Secret of the Secret"
2008 - The Maniacal Vale
"The Maniacal Vale" z miejsca okrzyknięty został jednym z najlepszych, a zarazem najambitniejszych albumów w historii doom metalu. ESOTERIC powraca do tradycji wydawania dwupłytowych niszczycieli i dobrze, bo dopiero w tym formacie można prawdziwie poczuć miażdżącą moc tej muzyki.
To arcydzieło to dojście do ściany w kwestii nagrania muzyki prawdziwie apokaliptycznej i rozdzierającej ludzką duszę na strzępy. Nie mam żadnych wątpliwości, że otwierający całość "Circle" jest absolutnie najlepszym utworem, jaki ten zespół stworzył. Tu jest wszystko - powolne kroczenie ku nieuchronnej zagładzie, emocjonalne solo, psychodeliczne i huczące w głowie gitarowe tła jak nieprzyjemny helikopter po libacji alkoholowej, wrażenie postępującego terroru wspomaganego storturowanymi wokalami Chandlera, deathmetalowe echa z "Metamorphogenesis" czy wreszcie wybitna końcówka, która brzmi, jakby filary ziemskiego świata właśnie się załamywały. Nie sposób opisać słowami, co dzieje się w tym utworze mniej więcej od 16 minuty. Sposób budowania napięcia; powoli wyłaniający się z ambientowego chaosu mistyczny motyw gitarowy, który za chwilę wybrzmi na tle riffu przywodzącego na myśl przesuwające się płyty tektoniczne, powodujące niszczycielskie trzęsienia ziemi; wreszcie ten sam motyw zanika, by po jakimś czasie pojawić się ponownie, nie pozostawiając ani strzępu nadziei ludzkości i zwielokrotniając niszczycielski wydźwięk całości. A to dopiero pierwsza z siedmiu kompozycji!
Prawdę mówiąc, "Circle" stawia poprzeczkę tak wysoko, że żaden z pozostałych utworów nie jest mu w stanie dorównać. Nie zmienia to faktu, że "Beneath this Face" z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem przechodzącym w furiackie blast beaty również robi ogromne wrażenie, tak jak i stonowany, nieco tajemniczy "Quickening" w dużej mierze oparty na klawiszach, z przepiękną końcówką; wreszcie zamykający pierwszy krążek "Caucus of Mind" - tak jak na dwóch pierwszych albumach będący odstępującym od konwencji deathmetalowym wyziewem w stylu Morbid Angel, ze świdrującą, chaotyczną solówką na czele. "Over and over and over again... over... over..." - istne zagłębienie się w umysł szaleńca.
I znowu mamy kontrast, bo dysk drugi otwiera wręcz post-rockowy wstęp, którego można by się na płycie ESOTERIC nie spodziewać. "Silence" szybko jednak przechodzi w o wiele mroczniejsze i niepokojące tony, a przełamujący lekki i niebiański wstęp riff w piątej minucie jest jednym z najbardziej posępnych w karierze zespołu. "The Order of Destiny" zaskakuje nietypowymi beatami perkusyjnymi i świetnym, nieco bardziej konwencjonalnym solo, a najdłuższy w zestawie "Ignotum per Ignotius" to kompozycja zdecydowanie najbardziej przestrzenna i dochodząca jakby gdzieś z oddali, wieńcząca jednak dzieło w sposób niemal równie intensywny, co końcówka "Circle". Ma się wrażenie, że utwór ten jest perfekcyjnym kontrapunktem do pierwszego, a jednocześnie spaja się z nim, tworząc album mający początek i koniec w tym samym punkcie. Co zresztą fajnie odwzorowuje tematykę "The Maniacal Vale" - szaleńczą spiralę powtarzanych czynności, z których człowiek nie potrafi się wyzwolić.
Mówiąc krótko - 12/10. Zdecydowanie najbardziej różnorodny materiał zespołu, który w pełnej krasie pokazuje, na co stać tych panów, a do tego po prostu najbardziej kruszący emocjonalnie. Gdybym miał zostawić na półce jeden jedyny album ESOTERIC, zdecydowanie wybrałbym "The Maniacal Vale".
Najlepsze utwory: "Circle", "Beneath This Face", "The Order of Destiny"
2019 - A Pyrrhic Existence
A tu po prostu zachęcam przeczytać recenzję, którą skrobnąłem jakiś czas temu. Tl;dr - jest to rzecz najbardziej zbliżona wydźwiękiem do "The Maniacal Vale" właśnie, więc musi być zajebista. Kontynuuje też "progresywną" ścieżkę zespołu, zapoczątkowaną na poprzednim materiale ("Paragon of Dissonance" z 2011), ale jest moim zdaniem odważniejszy, obfity w arcyciekawe patenty i odjazdy, a do tego uderza w znacznie bardziej niepokojące i dysonansowe tony, co mnie osobiście odpowiada bardziej niż nieco "lżejszy" w wydźwięku poprzednik.
Najlepsze utwory: "Descent", "Culmination"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 lutego 2020
niedziela, 23 lutego 2020
ESOTERIC, czyli egzystencjalny rollercoaster w postaci doom metalu
Brytyjski ESOTERIC to w moim mniemaniu zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. Stanowiąc jednego z prekursorów funeral doom metalu, wypracował sobie w tej niszy całkowicie autonomiczne i unikatowe brzmienie, które daleko wychodzi poza utarte ramy gatunku. Jakościowo wyprzedzając prawdopodobnie każdą inną kapelę czy też projekt parający się pogrzebowymi marszami. A wreszcie będąc bezgranicznie bezkompromisowym w kwestii podejścia do potencjalnej grupy odbiorców. Jeżeli otwierasz swoje albumy utworami trwającymi circa 20 minut, to wiedz, że prawdopodobnie słucha cię jedynie garstka szaleńców. W końcu kto ma dziś czas na takie kolosy, kiedy tzw. attention span jest krótszy niż kiedykolwiek? Błogosławieni jednak ci, którzy przetrwają tę morderczą wspinaczkę, wszak na końcu drogi odnajdą nieopisaną satysfakcję z obcowania z Muzyką głęboką, sugestywną i poruszającą za serce - mimo skąpania w oceanie mroku i egzystencjalnego terroru.
Myli się jednak ten, kto odgórnie założy, że przeciąganie kompozycji do tak (pozornie) groteskowych długości jest jedynie celem samym w sobie. Utwory ESOTERIC zwyczajnie potrzebują tyle czasu, aby rozwinąć się i dotrzeć do - zwykle miażdżącej - kulminacji. Poszczególne motywy zyskują na sile rażenia, gdy płyną nieśpiesznie, w tle zaś następuje zagęszczenie wokaliz, efektów czy linii melodycznych. Dzięki temu muzyka ta jest mocno plastyczna, a postępujące szaleństwo da poczuć się na własnej skórze. Są to dźwięki zazwyczaj przerażająco powolne i ciężkie, do tego (zwłaszcza na wczesnych albumach) przepełnione jakby oniryczną atmosferą pomieszaną z narkotycznym letargiem. Słowem - prawdziwa przeprawa przez pole minowe. Dołóżmy silny nacisk na wszelkiego rodzaju efekty specjalne, szumy, hałasy, nakładające się na siebie wokale, syntezatorowe czy ambientowe tła. Z tych zespół słynął już od debiutanckiej "Epistemological Despondency", a gdy Greg Chandler postanowił uwolnić się od niepotrafiących zrealizować wizji zespołu producentów i wziął sprawy w swoje ręce, ten aspekt muzyki ESOTERIC jeszcze mocniej zyskał na sile.
Od tego czasu każde kolejne wydawnictwo stanowi realizacyjny majstersztyk, który pozwala w pełni cieszyć się kompleksową aranżacyjnie i wielowarstwową muzyką. Bo badać i odkrywać te albumy na nowo można latami. Wydane w 2008 roku opus magnum zespołu ("The Maniacal Vale") nadal potrafi mnie zaskoczyć czymś, czego nie doszukałem się w żadnym z poprzednich odsłuchów. Przede wszystkim jednak MIAŻDŻY mnie pod kątem emocjonalnym. Słuchając ESOTERIC doświadczyłem i nadal będę doświadczać prawdopodobnie jedne z najsilniejszych muzycznych doznań w ogóle. Ich funeral doom to nie bezsensowne zamulanie oparte na mieleniu jednego riffu w nieskończoność i garach w rytmie 20 BPM, a prawdziwy egzystencjalny rollercoaster. Od horroru, lęku i pustki aż po triumf, wewnętrzny spokój i poczucie spełnienia. To dzięki tym kontrastom tak bardzo jeżą mi się włosy na skórze, gdy słyszę "The Secret of the Secret", "Circle" czy "Descent". A poza tym jest to zwyczajnie kurewsko ciekawe muzycznie, czerpiąc inspiracje od wykonawców często daleko wykraczających poza metal. A nawet w jego obrębie zdarzają się tu erupcje wściekłości i szybkości będące oldschoolową deathmetalową jazdą, czy - z drugiej strony - wycieczki w rejony post/sludge rodem z Neurosis. Nawet zważywszy więc, że przeważająca część materiału ESOTERIC to wydawnictwa dwupłytowe zawierające ~100 minut muzyki, to nie sposób się nudzić ani przez moment. To ogromne osiągnięcie.
Ten wpis chciałbym zadedykować moim ulubionym albumom tej brytyjskiej hordy. Zważywszy, że "ulubione" oznacza w tym przypadku aż pięć płyt może delikatnie zdradzać, że ESOTERIC uwielbiam :) Zalecam więc zaparzenie sobie herbaty, bo post ten długością dorównywać będzie czasowi trwania przeciętnej płyty omawianego zespołu. Jedziemy!
1994 - Epistemological Despondency
Już na pierwszym LP szóstka młodzieńców z Birmingham mogła pochwalić się niepowtarzalnym stylem, nawet w obrębie wciąż raczkującego jeszcze funeral doomu. To nagranie z muzyką jeszcze bardziej opresyjną i klaustrofobiczną niż ikoniczny debiut Winter. To także prawdopodobnie jedyna płyta, która potrafiła wywołać we mnie przerażenie. Do dzisiaj pamiętam, jak podczas jednego z nocnych odsłuchów z otępionego pół-snu wyrwałem się zlany potem. Jest to zdecydowanie najcięższy materiał zespołu, najbardziej surowy i toporny aranżacyjnie, aczkolwiek pod tym względem i tak o milę lepszy niż większość wydawnictw z ekstremalnym doomem w tym czasie. Już otwierający całość "Bereft" po kilku minutach obcowania z ważącym tysiąc ton riffem, zamienia się w graniczącą z noise kakofonię pisków, sprzężeń, elektroniki i szaleńczych wokaliz, gotową w mig odsiać każdego słuchacza z przypadku. Growl Chandlera jest potworny i odhumanizowany, do tego często zwielokrotniony czy przechodzący do maniakalnego krzyku. Co ciekawe, druga połowa płyty zawiera akcenty przywodzące na myśl stoner doom - są tam fragmenty charakterystyczne dla klasycznego grania, z chwytliwymi solówkami na czele. Jednak już wieńczący całość "Awaiting My Death" to ponowny skok w otchłań rozpaczy i depresji, nie pozostawiający ani promyka nadziei. Mocne cholerstwo.
Podobnie jak na następnym albumie, jest tu trochę niedostatków produkcyjnych i amatorszczyzny. Perkusja momentami brzmi jak przesypywanie kartofli, aczkolwiek ja należę do zwolenników brzmienia takiego "Failures for Gods", więc i w tym przypadku nie mam z tym żadnego problemu :D
Najlepsze utwory: "Bereft", "Lamented Despondency"
1997 - The Pernicious Enigma
Drugi album ESOTERIC, jeśli nie jest najlepszym w dyskografii, to zdecydowanie najbardziej potężnym i monumentalnym, a także najtrudniejszym do przebrnięcia. Niemal 2 godziny (!) muzyki równie przytłaczającej co na debiucie, z totalnie gęstym klimatem dającym się kroić nożem, samplami z Czasu Apokalipsy (arcydzieła równie opresyjnego) i utrzymanej w większości w ślimaczych tempach, acz uświadczyć można tu i blasty. "The Pernicious Enigma" jest jednak wydawnictwem znacznie bardziej atmosferycznym i, hmm, wielobarwnym. Wspomniany w drugim paragrafie oniryczny/narkotyczny klimat najbardziej daje się odczuć właśnie tutaj. Gitary potrafią brzmieć prawdziwie magicznie, przenosząc słuchacza do jakby całkowicie alternatywnej rzeczywistości i tworząc senne pejzaże. Czasem wręcz ciężko stwierdzić, czy to wiosło, czy już syntezator albo jakiś klawisz - tak niepowtarzalne są zastosowane tu efekty i modyfikacje brzmienia. Wystarczy posłuchać 4 pierwszych minut otwierającego album "Creation (Through Destruction") by całkowicie odpłynąć w jakieś nieopisane rejony ludzkiego umysłu. To już jest poziom wyżej niż utrzymany głównie w odcieniach szarości debiut. Zawarty tu materiał jest bardziej zróżnicowany i zwyczajnie ciekawszy. Wspomnieć warto o "NOXBC9701040", improwizowanym utworze przypominającym wręcz jakiś psychodeliczny jam, z sekundy na sekundę coraz intensywniejszy i gęściejący. Solidny lot w kosmos. Takich odniesień do space rocka jest tu zresztą więcej, np. w wieńczącym całość "Passing Through Matter", które w końcówce przenosi słuchacza w rejony mglistego niebytu. Niesamowita rzecz.
Zdecydowanie nie polecam tego albumu na pierwszy kontakt z muzyką zespołu, bo można się solidnie odbić. Na pewno nie jest to rzecz do codziennego słuchania - okej, to cecha chyba każdej płyty ESOTERIC, ale tutaj jest ona nasilona najbardziej. W żadnym wypadku nie powinno też lecieć w tle, bo to zwyczajnie nie ma sensu. Najlepiej położyć się, zgasić światło i powoli przejść przez portal do innego świata. Pod względem rozmachu jest to na pewno jeden z najpotężniejszych albumów metalowych ever i wymaga odpowiednio tyle cierpliwości. Zapewniam jednak, że po stokroć warto.
Warto wspomnieć, że jakiś czas temu wydana została zremasterowana wersja z tej pozycji. Brzmienie jest czytelniejsze i klarowniejsze, a do tego uwydatniono i podkreślono niektóre efekty, które wcześniej ginęły w miksie. Słuchałem tylko raz, ale udało mi się dostrzec kilka patentów, których nie wyłowiłem wcześniej. Chyba jednak wolę oryginalny sound - ta surowość i niedostatki realizacyjne jakoś wkomponowują mi się w to przytłaczające człowieka monstrum.
Najlepsze utwory: "Creation (Through Destruction)", "A Worthless Dream", "Passing Through Matter" (z fajną niespodzianką na końcu, mogącą przyprawić o nieoczekiwany zawał serca, hehe)
Z racji tego, że wpis ten zaczyna przypominać tasiemca, zakończę w tym momencie i pozostałe trzy pozycje zostawię na część drugą. Powinna ona pojawić się niebawem. Stay tuned!
Myli się jednak ten, kto odgórnie założy, że przeciąganie kompozycji do tak (pozornie) groteskowych długości jest jedynie celem samym w sobie. Utwory ESOTERIC zwyczajnie potrzebują tyle czasu, aby rozwinąć się i dotrzeć do - zwykle miażdżącej - kulminacji. Poszczególne motywy zyskują na sile rażenia, gdy płyną nieśpiesznie, w tle zaś następuje zagęszczenie wokaliz, efektów czy linii melodycznych. Dzięki temu muzyka ta jest mocno plastyczna, a postępujące szaleństwo da poczuć się na własnej skórze. Są to dźwięki zazwyczaj przerażająco powolne i ciężkie, do tego (zwłaszcza na wczesnych albumach) przepełnione jakby oniryczną atmosferą pomieszaną z narkotycznym letargiem. Słowem - prawdziwa przeprawa przez pole minowe. Dołóżmy silny nacisk na wszelkiego rodzaju efekty specjalne, szumy, hałasy, nakładające się na siebie wokale, syntezatorowe czy ambientowe tła. Z tych zespół słynął już od debiutanckiej "Epistemological Despondency", a gdy Greg Chandler postanowił uwolnić się od niepotrafiących zrealizować wizji zespołu producentów i wziął sprawy w swoje ręce, ten aspekt muzyki ESOTERIC jeszcze mocniej zyskał na sile.
Od tego czasu każde kolejne wydawnictwo stanowi realizacyjny majstersztyk, który pozwala w pełni cieszyć się kompleksową aranżacyjnie i wielowarstwową muzyką. Bo badać i odkrywać te albumy na nowo można latami. Wydane w 2008 roku opus magnum zespołu ("The Maniacal Vale") nadal potrafi mnie zaskoczyć czymś, czego nie doszukałem się w żadnym z poprzednich odsłuchów. Przede wszystkim jednak MIAŻDŻY mnie pod kątem emocjonalnym. Słuchając ESOTERIC doświadczyłem i nadal będę doświadczać prawdopodobnie jedne z najsilniejszych muzycznych doznań w ogóle. Ich funeral doom to nie bezsensowne zamulanie oparte na mieleniu jednego riffu w nieskończoność i garach w rytmie 20 BPM, a prawdziwy egzystencjalny rollercoaster. Od horroru, lęku i pustki aż po triumf, wewnętrzny spokój i poczucie spełnienia. To dzięki tym kontrastom tak bardzo jeżą mi się włosy na skórze, gdy słyszę "The Secret of the Secret", "Circle" czy "Descent". A poza tym jest to zwyczajnie kurewsko ciekawe muzycznie, czerpiąc inspiracje od wykonawców często daleko wykraczających poza metal. A nawet w jego obrębie zdarzają się tu erupcje wściekłości i szybkości będące oldschoolową deathmetalową jazdą, czy - z drugiej strony - wycieczki w rejony post/sludge rodem z Neurosis. Nawet zważywszy więc, że przeważająca część materiału ESOTERIC to wydawnictwa dwupłytowe zawierające ~100 minut muzyki, to nie sposób się nudzić ani przez moment. To ogromne osiągnięcie.
Ten wpis chciałbym zadedykować moim ulubionym albumom tej brytyjskiej hordy. Zważywszy, że "ulubione" oznacza w tym przypadku aż pięć płyt może delikatnie zdradzać, że ESOTERIC uwielbiam :) Zalecam więc zaparzenie sobie herbaty, bo post ten długością dorównywać będzie czasowi trwania przeciętnej płyty omawianego zespołu. Jedziemy!
1994 - Epistemological Despondency
Już na pierwszym LP szóstka młodzieńców z Birmingham mogła pochwalić się niepowtarzalnym stylem, nawet w obrębie wciąż raczkującego jeszcze funeral doomu. To nagranie z muzyką jeszcze bardziej opresyjną i klaustrofobiczną niż ikoniczny debiut Winter. To także prawdopodobnie jedyna płyta, która potrafiła wywołać we mnie przerażenie. Do dzisiaj pamiętam, jak podczas jednego z nocnych odsłuchów z otępionego pół-snu wyrwałem się zlany potem. Jest to zdecydowanie najcięższy materiał zespołu, najbardziej surowy i toporny aranżacyjnie, aczkolwiek pod tym względem i tak o milę lepszy niż większość wydawnictw z ekstremalnym doomem w tym czasie. Już otwierający całość "Bereft" po kilku minutach obcowania z ważącym tysiąc ton riffem, zamienia się w graniczącą z noise kakofonię pisków, sprzężeń, elektroniki i szaleńczych wokaliz, gotową w mig odsiać każdego słuchacza z przypadku. Growl Chandlera jest potworny i odhumanizowany, do tego często zwielokrotniony czy przechodzący do maniakalnego krzyku. Co ciekawe, druga połowa płyty zawiera akcenty przywodzące na myśl stoner doom - są tam fragmenty charakterystyczne dla klasycznego grania, z chwytliwymi solówkami na czele. Jednak już wieńczący całość "Awaiting My Death" to ponowny skok w otchłań rozpaczy i depresji, nie pozostawiający ani promyka nadziei. Mocne cholerstwo.
Podobnie jak na następnym albumie, jest tu trochę niedostatków produkcyjnych i amatorszczyzny. Perkusja momentami brzmi jak przesypywanie kartofli, aczkolwiek ja należę do zwolenników brzmienia takiego "Failures for Gods", więc i w tym przypadku nie mam z tym żadnego problemu :D
Najlepsze utwory: "Bereft", "Lamented Despondency"
1997 - The Pernicious Enigma
Drugi album ESOTERIC, jeśli nie jest najlepszym w dyskografii, to zdecydowanie najbardziej potężnym i monumentalnym, a także najtrudniejszym do przebrnięcia. Niemal 2 godziny (!) muzyki równie przytłaczającej co na debiucie, z totalnie gęstym klimatem dającym się kroić nożem, samplami z Czasu Apokalipsy (arcydzieła równie opresyjnego) i utrzymanej w większości w ślimaczych tempach, acz uświadczyć można tu i blasty. "The Pernicious Enigma" jest jednak wydawnictwem znacznie bardziej atmosferycznym i, hmm, wielobarwnym. Wspomniany w drugim paragrafie oniryczny/narkotyczny klimat najbardziej daje się odczuć właśnie tutaj. Gitary potrafią brzmieć prawdziwie magicznie, przenosząc słuchacza do jakby całkowicie alternatywnej rzeczywistości i tworząc senne pejzaże. Czasem wręcz ciężko stwierdzić, czy to wiosło, czy już syntezator albo jakiś klawisz - tak niepowtarzalne są zastosowane tu efekty i modyfikacje brzmienia. Wystarczy posłuchać 4 pierwszych minut otwierającego album "Creation (Through Destruction") by całkowicie odpłynąć w jakieś nieopisane rejony ludzkiego umysłu. To już jest poziom wyżej niż utrzymany głównie w odcieniach szarości debiut. Zawarty tu materiał jest bardziej zróżnicowany i zwyczajnie ciekawszy. Wspomnieć warto o "NOXBC9701040", improwizowanym utworze przypominającym wręcz jakiś psychodeliczny jam, z sekundy na sekundę coraz intensywniejszy i gęściejący. Solidny lot w kosmos. Takich odniesień do space rocka jest tu zresztą więcej, np. w wieńczącym całość "Passing Through Matter", które w końcówce przenosi słuchacza w rejony mglistego niebytu. Niesamowita rzecz.
Zdecydowanie nie polecam tego albumu na pierwszy kontakt z muzyką zespołu, bo można się solidnie odbić. Na pewno nie jest to rzecz do codziennego słuchania - okej, to cecha chyba każdej płyty ESOTERIC, ale tutaj jest ona nasilona najbardziej. W żadnym wypadku nie powinno też lecieć w tle, bo to zwyczajnie nie ma sensu. Najlepiej położyć się, zgasić światło i powoli przejść przez portal do innego świata. Pod względem rozmachu jest to na pewno jeden z najpotężniejszych albumów metalowych ever i wymaga odpowiednio tyle cierpliwości. Zapewniam jednak, że po stokroć warto.
Warto wspomnieć, że jakiś czas temu wydana została zremasterowana wersja z tej pozycji. Brzmienie jest czytelniejsze i klarowniejsze, a do tego uwydatniono i podkreślono niektóre efekty, które wcześniej ginęły w miksie. Słuchałem tylko raz, ale udało mi się dostrzec kilka patentów, których nie wyłowiłem wcześniej. Chyba jednak wolę oryginalny sound - ta surowość i niedostatki realizacyjne jakoś wkomponowują mi się w to przytłaczające człowieka monstrum.
Najlepsze utwory: "Creation (Through Destruction)", "A Worthless Dream", "Passing Through Matter" (z fajną niespodzianką na końcu, mogącą przyprawić o nieoczekiwany zawał serca, hehe)
Z racji tego, że wpis ten zaczyna przypominać tasiemca, zakończę w tym momencie i pozostałe trzy pozycje zostawię na część drugą. Powinna ona pojawić się niebawem. Stay tuned!
piątek, 17 stycznia 2020
BOLT THROWER - dywizja pancerna miażdżąca wszystko na swojej drodze
Brytyjski BOLT THROWER to ekipa, która już na stałe zapisała się w panteonie bogów death metalu. Zasługa to nie tylko wspaniałej muzyki, ale także godnego podziwu podejścia i samokrytyki w stosunku do własnej twórczości. Otóż po wydaniu "Those Once Loyal" w 2005 roku - jak się okazało, będącego łabędzim śpiewem grupy - zespół co prawda miał szczątki materiału na kolejną płytę, lecz panowie (i panie!) uznali, że nie dorównuje on poziomem do poprzedniczki i nie są z niego zadowoleni. Karierę studyjną zakończyli więc, będąc na fali wznoszącej. Pewnie mogliby nagrać kolejny album, pewnie nawet nieźle by się sprzedał, a tu nie i chuj. To, ile innych hord, zwłaszcza uprawiających sztukę metalu śmierci właśnie, mogłoby się od nich uczyć, przemilczmy, bo nie chcę tu szafować nazwami.
Zaryzykuję stwierdzenie, że wypracowany dość wcześnie styl zespołu jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych na scenie w ogóle. Nie ukrywam, że precyzyjnie i bezbłędnie trafia w czuły punkt mojego gustu. Muzyka Bolt Throwera jest niczym powoli przetaczająca się dywizja pancerna, nieubłaganie miażdżąca wszystko na swojej drodze. Kurewski ciężar i ciągłe parcie do przodu, którego nic nie jest w stanie zatrzymać. Ale jest tu coś jeszcze. Riffy tego zespołu są cholernie chwytliwe i zapadające w pamięć, co wychodzi im naturalnie, bez uporczywej nachalności. Perkusja (na czele z charakterystycznymi przejściami na werblu Whale'a) nadaje utworom niesamowitej dynamiki, zwielokratniając ich siłę rażenia i sprawiając wrażenie nieuchronnej zagłady. Do tego wojenna otoczka - wszak wojna to nie tylko miliony trupów na koncie przywódców, to także honor, męstwo i braterstwo, a te tematy zespół również potrafi oddać bezbłędnie dzięki melodyjnym leadom. Jest w tym pewna nuta melancholii, którą najlepiej podsumowuje świetna okładka "...for Victory" z 1994r. Wspomnieć trzeba też koniecznie o charyzmatycznych wokalach Karla Willetsa, który zawzięcie growluje kolejne frazy, a zarazem jest niesamowicie czytelny. To jest właśnie kwintesencja deathmetalowego wyziewu - bezpłciowym klonom jadącym pod tzw. cookie monstera mówimy NIE.
W tym wpisie chciałbym podsumować dyskografię zespołu, układając płyty w kolejności od mojej ulubionej do tej, którą lubię najmniej, ale wciąż bardzo, bardzo. Bo słabym materiałem BOLT THROWER się nie splamił i jest to niezaprzeczalny fakt.
TYGRYS KRÓLEWSKI
1) 1991 - War Master
Trójka Brytyjczyków to płyta z gatunku tzw. przejściowych. W tym przypadku mamy tu kompromis pomiędzy nuklearną dewastacją z dwóch pierwszych, a chwytliwym riffowaniem i solidną dawką groove'u z późniejszych. "War Master" ma po prostu idealnie wyważone proporcje. Utwory zapadają w pamięć, zachowując solidną dawkę brutalności i agresji. Ostały się tu jeszcze blasty i chaotyczne, krótkie solówki, tak charakterystyczne dla wczesnej twórczości zespołu, generalnie prym wiedzie jednak granie, które później stanie się wizytówką BT. Ale właśnie dzięki temu, że jest tu jeszcze ten pierwiastek nieokiełznanej dzikości, dużo morderczych przyspieszeń, tak bardzo lubię tę płytę. Kompozycyjnie - same hity, bez ani jednego wypełniacza. Najlepsze wokale w dysko. No i nadal wisi nad tym apokaliptyczny, wisielczy klimat, zwiastujący zagładę ludzkości. "Mankind shall never survive!" Zwyczajnie uwielbiam ten krążek, ścisła czołówka gatunku i największe stężenie genialnych riffów ever.
Najlepsze utwory: "What Dwells Within", "Profane Creation", "Afterlife"
TYGRYS
2) 2005 - Those Once Loyal
"Those Once Loyal" to niezmiernie rzadki przypadek płyty pochodzącej z późnego okresu działalności zespołu, która nie tylko dorównuje pierwszym materiałom, ale wręcz je przewyższa. To w zasadzie esencja i wizytówka stylu BT. Idealny czas trwania, ponownie brak wypełniaczy - bardzo równy album. Masywne brzmienie na czele z tektonicznym basem Jo Bench. Tak jak dwie poprzedzające ten krążek płyty mogą wydawać się momentami nieco ospałe i leniwe, tak tutaj ponownie znajdziemy miejsce na rozpędzone i nie biorące jeńców momenty - np. w "Last Stand of Humanity". Co tu więcej dodać? Jest tu wszystko, za co kocham ten zespół. Riffowanie - MASA. Eleganckie melodie. Przepotężny ciężar, jak w środkowej partii "Entrenched". No i nie wyobrażam sobie lepszego zwieńczenia kariery niż "When Cannons Fade". Ta końcówka jest po prostu ikoniczna, a zarazem bardzo smutna, biorąc pod uwagę niespodziewaną śmierć Martina Kearnsa 11 lat później.
Najlepsze utwory: "The Killchain" (jakbym miał kogoś przekonywać do tego zespołu, pokazałbym mu ten numer), "Granite Wall", "Salvo", "When Cannons Fade"
3) 1992 - The IVth Crusade
Dla wielu Czwarta Krucjata jest właśnie opus magnum zespołu. To tutaj tak naprawdę na dobre wykrystalizował się styl BT, by bez przełomowych już zmian przesiąkał w kolejne materiały. To niewątpliwy klasyk i płyta wyróżniająca się na tle złotej ery death metalu. To najbardziej dociążony album ekipy, najbardziej walcowaty i miażdżący. Pojawiają się echa doom metalu, posępne melodie, atmosfera jest gęsta jak skurwesyn. Średnie tempa na tej płycie po prostu zabijają. To pewnie byłby mój faworyt, gdyby nie to, że jest odrobinę za długi. Końcówka może już nieco się dłużyć - 53 minuty to jednak sporo, jak na mimo wszystko dość jednostajne łojenie. Nie zmienia to faktu, że mamy to do czynienia z istną potęgą, a otwierający płytę riff to już czysta legenda. Nie mówiąc już o genialnym, ponurym "As The World Burns" z dramatyczną końcówką. Ciary na plecach za każdym razem! Robi wrażenie także outro, w którym zespół rozlicza się z historią minionych wieków - świetne zwieńczenie monumentalnego albumu.
Najlepsze utwory: "The IVth Crusade", "Where Next to Conquer", "As the World Burns"
4) 1989 - Realm of Chaos: Slaves to Darkness
Wieczna wojna - te dwa słowa dobrze odwzorowują zawartość dwójki BT. Ten album to po prostu pierdolona pożoga. Czerpiący inspirację od warhammerowskich bogów chaosu, to zdecydowanie najbardziej zaciekła i bezkompromisowa płyta zespołu. Fragmenty czystej furii przeplatają się z jazdą w średnich tempach, która zmusi do machania łbem nawet martwego. Gitary są cholernie nisko zestrojone, przez co "Realm of Chaos" zdaje się ważyć kilkaset ton. Trudno wskazać bardziej ekstremalny metalowy album przed 1989. No i jest tu potencjalnie największy hit zespołu - mowa tu oczywiście o Pożeraczu Światów, który zarazem idealnie podsumowuje przepis na sukces tej płyty. Najpierw zaatakujemy cię jednym z najbardziej chwytliwych riffów w historii death metalu, a potem zmiażdżymy cię grindowym butem. Kocham.
Najlepsze utwory: "Eternal War", "Through the Eye of Terror", "World Eater"
PANTERA
5) 1994 - ...for Victory
Ostatni album pochodzący z klasycznej ery zespołu jest w najprostszym ujęciu połączeniem masywności poprzedniczki z bardziej agresywnym "War Master". To także najbardziej melodyjny materiał jak do tej pory - acz zaznaczyć trzeba, że są to melodie wyważone i nielukrowane, sprawiające też, że "...for Victory" ma nieco bardziej melancholijną i "osobistą" atmosferę - dobrze oddaje tragiczny żywot żołnierza i stanowi odbicie warstwy tekstowej. Teoretycznie jest tu więc wszystko, co mogłoby się składać na szczytne pierwsze miejsce, ale w drugiej połowie pojawiają się tu nieco słabsze utwory - zarówno "Silent Demise", jak i "Forever Fallen" trochę odstają od reszty i nie wyróżniają się niczym szczególnym. To jednak niewielka wada, bo są tu i momenty absolutnie WYBITNE - np. w tytułowym kawałku, gdy zespół, po wywołaniu przez Karla (którego wokal jest tym razem bardziej szorstki i suchy) "for victory", rozpędza się i nic nie jest w stanie tej pancernej bestii zatrzymać. Doskonały przykład, jak dużo robią tu bębny - kanonady na werblu nadają reszcie niesamowitego kopa.
Najlepsze utwory: "...for Victory", "Lest We Forget", "Armageddon Bound"
6) 1988 - In Battle There is No Law
Debiut Brytyjczyków to 30 minut soundtracku do świata po nuklearnej wojnie. Surowy, brudny i nieokrzesany, dobrze zdradzający punkowe korzenie zespołu, co odwzorowuje także świetna okładka. Zespół pędzi tu najczęściej do przodu z zawrotną prędkością, a Karl wyrzyguje kolejne frazy z młodzieńczym wigorem, urokliwie urywając końcówki słów. Typowy, acz świetny debiut. Już na tym etapie pojawiają się zalążki grania, jakim ta horda będzie nas raczyć na późniejszych albumach. Bardzo energiczny performance, większość utworów zapada w pamięć, a płyta jest krótka, przez co zachęca do jej katowania.
Najlepsze utwory: "In Battle There is No Law", "Forgotten Existence", "Concession of Pain"
PANZER IV
7) 1998 - Mercenary
Tutaj mam szczególny sentyment, bo pochodzący z tej płyty "Behind Enemy Lines" jest pierwszym utworem zespołu, jaki poznałem. Dość szybko się zakochałem i zacząłem sprawdzać resztę, a potem poszło już z górki. "Mercenary" to typowy późny Bolt Thrower - jazda głównie w średnich tempach, bez porywczych przyśpieszeń, dużo ciężaru i grania na tle podwójnej centralki. Nie zmienia to faktu, że jest to materiał zachowawczy, który do ustabilizowanej formuły zespołu nie wnosi praktycznie nic. Nadal jednak słucha się tego bardzo dobrze, a jakże. Rozumiem jednak ludzi, dla których wieje tu nudą - jeśli stawiać taki zarzut wobec tego zespołu, to ten krążek (i następny) mógłby być tego potwierdzeniem. Z drugiej strony, puszczam im wtedy kapitalny refren z "No Guts, No Glory" i mówię: wypierdalać. I już dla samego tego utworu warto "Mercenary" posłuchać.
Najlepsze utwory: "Laid to Waste", "Behind Enemy Lines", "No Guts, No Glory"
8) 2001 - Honour - Valour - Pride
Jedyna rzecz bez Willetsa na wokalu, którego zastąpił na ten czas znany m. in. z Benediction Dave Ingram. Nie ukrywam, że absencja głosu przez tyle lat stojącego na czele bandy boli. Dave to oczywiście świetny śpiewak i z powodzeniem próbuje wpasować się w muzykę zespołu, ale to jednak nie to samo. Poza tym - co tu dużo mówić? To, co powiedziałem o "Mercenary", można zastosować i tutaj, bo poza wokalistami wiele tych płyt nie różni. Brak tu naprawdę wyróżniającego się hitu, choć dobrych utworów nie brakuje. Z tych powodów HVP musiało znaleźć się na końcu. Zaznaczyć należy, że jest to rzecz leżąca i tak o wiele wyżej niż ostatnie dokonania Memoriam, zespołu, który co prawda stara się odtworzyć chwałę BT, ale wychodzi mu to dość średnio. Niestety.
Najlepsze utwory: "Contact - Wait Out", "Inside the Wire", "7th Offensive"
I to by było na tyle. Podsumowując - na pewno jedna z lepszych dyskografii w gatunku. Bez wyraźnego gniota, za to z co najmniej pięcoma albumami, które są bezwzględnymi klasykami. Świetny wynik. I prawdę mówiąc, pozycje z pierwszej połowy listy mógłbym poprzestawiać w losowy sposób i wielkiej różnicy by to nie zrobiło. Niech to będzie dowodem na wielkość zespołu. Hail the Mighty Bolt Thrower!
"On countless worlds
The earth shakes
As the forces of chaos
Are trying to gain control
About to be unleashed
A devastating weapon
A power to end lives
There is no time for peace
Only the eternal war"
A Wy jak byście poukładali te płyty?
PS użyłem nazw niemieckich czołgów, bo są bardziej cool. :)
Zaryzykuję stwierdzenie, że wypracowany dość wcześnie styl zespołu jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych na scenie w ogóle. Nie ukrywam, że precyzyjnie i bezbłędnie trafia w czuły punkt mojego gustu. Muzyka Bolt Throwera jest niczym powoli przetaczająca się dywizja pancerna, nieubłaganie miażdżąca wszystko na swojej drodze. Kurewski ciężar i ciągłe parcie do przodu, którego nic nie jest w stanie zatrzymać. Ale jest tu coś jeszcze. Riffy tego zespołu są cholernie chwytliwe i zapadające w pamięć, co wychodzi im naturalnie, bez uporczywej nachalności. Perkusja (na czele z charakterystycznymi przejściami na werblu Whale'a) nadaje utworom niesamowitej dynamiki, zwielokratniając ich siłę rażenia i sprawiając wrażenie nieuchronnej zagłady. Do tego wojenna otoczka - wszak wojna to nie tylko miliony trupów na koncie przywódców, to także honor, męstwo i braterstwo, a te tematy zespół również potrafi oddać bezbłędnie dzięki melodyjnym leadom. Jest w tym pewna nuta melancholii, którą najlepiej podsumowuje świetna okładka "...for Victory" z 1994r. Wspomnieć trzeba też koniecznie o charyzmatycznych wokalach Karla Willetsa, który zawzięcie growluje kolejne frazy, a zarazem jest niesamowicie czytelny. To jest właśnie kwintesencja deathmetalowego wyziewu - bezpłciowym klonom jadącym pod tzw. cookie monstera mówimy NIE.
W tym wpisie chciałbym podsumować dyskografię zespołu, układając płyty w kolejności od mojej ulubionej do tej, którą lubię najmniej, ale wciąż bardzo, bardzo. Bo słabym materiałem BOLT THROWER się nie splamił i jest to niezaprzeczalny fakt.
TYGRYS KRÓLEWSKI
1) 1991 - War Master
Trójka Brytyjczyków to płyta z gatunku tzw. przejściowych. W tym przypadku mamy tu kompromis pomiędzy nuklearną dewastacją z dwóch pierwszych, a chwytliwym riffowaniem i solidną dawką groove'u z późniejszych. "War Master" ma po prostu idealnie wyważone proporcje. Utwory zapadają w pamięć, zachowując solidną dawkę brutalności i agresji. Ostały się tu jeszcze blasty i chaotyczne, krótkie solówki, tak charakterystyczne dla wczesnej twórczości zespołu, generalnie prym wiedzie jednak granie, które później stanie się wizytówką BT. Ale właśnie dzięki temu, że jest tu jeszcze ten pierwiastek nieokiełznanej dzikości, dużo morderczych przyspieszeń, tak bardzo lubię tę płytę. Kompozycyjnie - same hity, bez ani jednego wypełniacza. Najlepsze wokale w dysko. No i nadal wisi nad tym apokaliptyczny, wisielczy klimat, zwiastujący zagładę ludzkości. "Mankind shall never survive!" Zwyczajnie uwielbiam ten krążek, ścisła czołówka gatunku i największe stężenie genialnych riffów ever.
Najlepsze utwory: "What Dwells Within", "Profane Creation", "Afterlife"
TYGRYS
2) 2005 - Those Once Loyal
"Those Once Loyal" to niezmiernie rzadki przypadek płyty pochodzącej z późnego okresu działalności zespołu, która nie tylko dorównuje pierwszym materiałom, ale wręcz je przewyższa. To w zasadzie esencja i wizytówka stylu BT. Idealny czas trwania, ponownie brak wypełniaczy - bardzo równy album. Masywne brzmienie na czele z tektonicznym basem Jo Bench. Tak jak dwie poprzedzające ten krążek płyty mogą wydawać się momentami nieco ospałe i leniwe, tak tutaj ponownie znajdziemy miejsce na rozpędzone i nie biorące jeńców momenty - np. w "Last Stand of Humanity". Co tu więcej dodać? Jest tu wszystko, za co kocham ten zespół. Riffowanie - MASA. Eleganckie melodie. Przepotężny ciężar, jak w środkowej partii "Entrenched". No i nie wyobrażam sobie lepszego zwieńczenia kariery niż "When Cannons Fade". Ta końcówka jest po prostu ikoniczna, a zarazem bardzo smutna, biorąc pod uwagę niespodziewaną śmierć Martina Kearnsa 11 lat później.
Najlepsze utwory: "The Killchain" (jakbym miał kogoś przekonywać do tego zespołu, pokazałbym mu ten numer), "Granite Wall", "Salvo", "When Cannons Fade"
3) 1992 - The IVth Crusade
Dla wielu Czwarta Krucjata jest właśnie opus magnum zespołu. To tutaj tak naprawdę na dobre wykrystalizował się styl BT, by bez przełomowych już zmian przesiąkał w kolejne materiały. To niewątpliwy klasyk i płyta wyróżniająca się na tle złotej ery death metalu. To najbardziej dociążony album ekipy, najbardziej walcowaty i miażdżący. Pojawiają się echa doom metalu, posępne melodie, atmosfera jest gęsta jak skurwesyn. Średnie tempa na tej płycie po prostu zabijają. To pewnie byłby mój faworyt, gdyby nie to, że jest odrobinę za długi. Końcówka może już nieco się dłużyć - 53 minuty to jednak sporo, jak na mimo wszystko dość jednostajne łojenie. Nie zmienia to faktu, że mamy to do czynienia z istną potęgą, a otwierający płytę riff to już czysta legenda. Nie mówiąc już o genialnym, ponurym "As The World Burns" z dramatyczną końcówką. Ciary na plecach za każdym razem! Robi wrażenie także outro, w którym zespół rozlicza się z historią minionych wieków - świetne zwieńczenie monumentalnego albumu.
Najlepsze utwory: "The IVth Crusade", "Where Next to Conquer", "As the World Burns"
4) 1989 - Realm of Chaos: Slaves to Darkness
Wieczna wojna - te dwa słowa dobrze odwzorowują zawartość dwójki BT. Ten album to po prostu pierdolona pożoga. Czerpiący inspirację od warhammerowskich bogów chaosu, to zdecydowanie najbardziej zaciekła i bezkompromisowa płyta zespołu. Fragmenty czystej furii przeplatają się z jazdą w średnich tempach, która zmusi do machania łbem nawet martwego. Gitary są cholernie nisko zestrojone, przez co "Realm of Chaos" zdaje się ważyć kilkaset ton. Trudno wskazać bardziej ekstremalny metalowy album przed 1989. No i jest tu potencjalnie największy hit zespołu - mowa tu oczywiście o Pożeraczu Światów, który zarazem idealnie podsumowuje przepis na sukces tej płyty. Najpierw zaatakujemy cię jednym z najbardziej chwytliwych riffów w historii death metalu, a potem zmiażdżymy cię grindowym butem. Kocham.
Najlepsze utwory: "Eternal War", "Through the Eye of Terror", "World Eater"
PANTERA
5) 1994 - ...for Victory
Ostatni album pochodzący z klasycznej ery zespołu jest w najprostszym ujęciu połączeniem masywności poprzedniczki z bardziej agresywnym "War Master". To także najbardziej melodyjny materiał jak do tej pory - acz zaznaczyć trzeba, że są to melodie wyważone i nielukrowane, sprawiające też, że "...for Victory" ma nieco bardziej melancholijną i "osobistą" atmosferę - dobrze oddaje tragiczny żywot żołnierza i stanowi odbicie warstwy tekstowej. Teoretycznie jest tu więc wszystko, co mogłoby się składać na szczytne pierwsze miejsce, ale w drugiej połowie pojawiają się tu nieco słabsze utwory - zarówno "Silent Demise", jak i "Forever Fallen" trochę odstają od reszty i nie wyróżniają się niczym szczególnym. To jednak niewielka wada, bo są tu i momenty absolutnie WYBITNE - np. w tytułowym kawałku, gdy zespół, po wywołaniu przez Karla (którego wokal jest tym razem bardziej szorstki i suchy) "for victory", rozpędza się i nic nie jest w stanie tej pancernej bestii zatrzymać. Doskonały przykład, jak dużo robią tu bębny - kanonady na werblu nadają reszcie niesamowitego kopa.
Najlepsze utwory: "...for Victory", "Lest We Forget", "Armageddon Bound"
6) 1988 - In Battle There is No Law
Debiut Brytyjczyków to 30 minut soundtracku do świata po nuklearnej wojnie. Surowy, brudny i nieokrzesany, dobrze zdradzający punkowe korzenie zespołu, co odwzorowuje także świetna okładka. Zespół pędzi tu najczęściej do przodu z zawrotną prędkością, a Karl wyrzyguje kolejne frazy z młodzieńczym wigorem, urokliwie urywając końcówki słów. Typowy, acz świetny debiut. Już na tym etapie pojawiają się zalążki grania, jakim ta horda będzie nas raczyć na późniejszych albumach. Bardzo energiczny performance, większość utworów zapada w pamięć, a płyta jest krótka, przez co zachęca do jej katowania.
Najlepsze utwory: "In Battle There is No Law", "Forgotten Existence", "Concession of Pain"
PANZER IV
7) 1998 - Mercenary
Tutaj mam szczególny sentyment, bo pochodzący z tej płyty "Behind Enemy Lines" jest pierwszym utworem zespołu, jaki poznałem. Dość szybko się zakochałem i zacząłem sprawdzać resztę, a potem poszło już z górki. "Mercenary" to typowy późny Bolt Thrower - jazda głównie w średnich tempach, bez porywczych przyśpieszeń, dużo ciężaru i grania na tle podwójnej centralki. Nie zmienia to faktu, że jest to materiał zachowawczy, który do ustabilizowanej formuły zespołu nie wnosi praktycznie nic. Nadal jednak słucha się tego bardzo dobrze, a jakże. Rozumiem jednak ludzi, dla których wieje tu nudą - jeśli stawiać taki zarzut wobec tego zespołu, to ten krążek (i następny) mógłby być tego potwierdzeniem. Z drugiej strony, puszczam im wtedy kapitalny refren z "No Guts, No Glory" i mówię: wypierdalać. I już dla samego tego utworu warto "Mercenary" posłuchać.
Najlepsze utwory: "Laid to Waste", "Behind Enemy Lines", "No Guts, No Glory"
8) 2001 - Honour - Valour - Pride
Jedyna rzecz bez Willetsa na wokalu, którego zastąpił na ten czas znany m. in. z Benediction Dave Ingram. Nie ukrywam, że absencja głosu przez tyle lat stojącego na czele bandy boli. Dave to oczywiście świetny śpiewak i z powodzeniem próbuje wpasować się w muzykę zespołu, ale to jednak nie to samo. Poza tym - co tu dużo mówić? To, co powiedziałem o "Mercenary", można zastosować i tutaj, bo poza wokalistami wiele tych płyt nie różni. Brak tu naprawdę wyróżniającego się hitu, choć dobrych utworów nie brakuje. Z tych powodów HVP musiało znaleźć się na końcu. Zaznaczyć należy, że jest to rzecz leżąca i tak o wiele wyżej niż ostatnie dokonania Memoriam, zespołu, który co prawda stara się odtworzyć chwałę BT, ale wychodzi mu to dość średnio. Niestety.
Najlepsze utwory: "Contact - Wait Out", "Inside the Wire", "7th Offensive"
I to by było na tyle. Podsumowując - na pewno jedna z lepszych dyskografii w gatunku. Bez wyraźnego gniota, za to z co najmniej pięcoma albumami, które są bezwzględnymi klasykami. Świetny wynik. I prawdę mówiąc, pozycje z pierwszej połowy listy mógłbym poprzestawiać w losowy sposób i wielkiej różnicy by to nie zrobiło. Niech to będzie dowodem na wielkość zespołu. Hail the Mighty Bolt Thrower!
"On countless worlds
The earth shakes
As the forces of chaos
Are trying to gain control
About to be unleashed
A devastating weapon
A power to end lives
There is no time for peace
Only the eternal war"
A Wy jak byście poukładali te płyty?
PS użyłem nazw niemieckich czołgów, bo są bardziej cool. :)
niedziela, 24 listopada 2019
Recenzja ESOTERIC - A Pyrrhic Existence
Uwaga - objętość tej recenzji będzie wprost proporcjonalna do objętości płyt omawianego zespołu. Czyli - jeśli ktoś jeszcze nie wie, z czym ma do czynienia - spora. Rozsądek nakazywałby podzielić ją na dwie części, tak jak albumy Esoteric... Idź więc, drogi czytelniku, zaparzyć sobie herbatę, albo i dwie, rozsiądź się wygodnie i najlepiej zarzuć sobie jeszcze na słuchawki album będący tematem tego wpisu. Miłego!
Brytyjski Esoteric to zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. W przeszło 25-letniej karierze większość wydanych pod tą nazwą albumów to dwupłytowe kolosy, nierzadko składające się na około 100 minut(!) muzyki, i to muzyki przerażająco powolnej, ciężkiej i po prostu "siadającej na banię" niczym niezła dawka środków odurzających. Innymi słowy, nie są to dźwięki proste w odbiorze. Słuchanie Esoteric wymaga sporej dawki cierpliwości i zaangażowania, ale gdy już poświęci się im te kilka godzin, wynagradzają to z podwójną nawiązką. Testem wytrwałości był także czas oczekiwania na nowy materiał, bo przerwa między "A Pyrrhic Existence" a poprzednim "Paragon of Dissonance" wyniosła 8 lat. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że zdecydowanie warto było czekać.
Nie dziwi mnie, że zajęło to wszystko tak długi okres, wszak najnowsze dzieło Brytyjczyków - jak zwykle zresztą - jest przebogate pod kątem zawartości, obfite w niełatwo dające się wyłapać detale i wielowarstwowe. Zapraszam na kolejną wyczerpującą podróż po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Kontemplację bezsensu egzystencji czas zacząć.
Otwierający album "Descent" bez zbędnych interludiów wrzuca słuchacza na głęboką wodę - a topić się będzie on przez ponad 27 minut, przez co pierwszy utwór na tej płycie oficjalnie stał się najdłuższym w dyskografii zespołu. Ostrzegałem, że nie będzie lekko. Od samego początku tempo jest iście funeralne, w tle pobrzmiewają kołyszące się szumy, melodyka wywołuje poczucie niepokoju niczym na bad tripie, a gdy wchodzą wokale - czas zdaje się stawać w miejscu, jesteś zawieszony w stanie nie-bycia, bezwładny i sparaliżowany. Takie wstępy lubię - nieprzystępne, będące istnym sprawdzianem dla odbiorcy: "pękasz, czy brniesz w to dalej?". Ja oczywiście wybieram tę drugą opcję, dzięki czemu po krótkim, łączonym ataku histerycznego wrzasku i zalewającego ze wszystkich stron hałasu w końcu wybrzmiewają nieco bardziej pozytywne tony. Brzdękająca gitara z pogłosem stanowi mostek do tej dynamiczniejszej części kompozycji, która porusza się w wypracowanym na ostatnich dwóch albumach standardzie. Nowością jest - i ten element będzie prawdziwy także dla kolejnych utworów - jakby nieco bardziej rytmiczne podejście do wokali Grega. Mam wrażenie, że nigdy jeszcze w takim stopniu nie współbrzmiały one z gitarami i perkusją.
W tym zaledwie pierwszym, niemal półgodzinnym monstrum, zawiera się tyle pomysłów, że można by nimi obdarzyć całe katalogi innych hord. Esoteric udowadnia, że pod kątem pisania rozbudowanych i progresywnych kompozycji nie mają sobie równych, jeśli chodzi o szeroko pojęty doom metal. "Descent" to jakby kilka numerów złączonych w jedność, spojonych momentami wyciszenia, skonstruowany niemal na miarę post-rocka. Ma się wrażenie, że pierwsze 20 minut było wielkim build-upem do fenomenalnej końcówki, zwieńczonej najwyższej klasy solówkami, tak charakterystycznych dla doszlifowanego w ostatnich latach stylu zespołu. Emocje sięgają zenitu, a całość nabiera niesamowitego, bombastycznego wręcz rozmachu, podkreślanego niepohamowanymi kanonadami na perkusji. Fenomenalnie skonstruowany utwór.
Na pierwszy z dwóch dysków składa się też - pomijając rytualno-ambientowy przerywnik w stylu ostatnich dokonań Urfaust - wspaniale nawiązujący do ikonicznego już opus magnum zespołu(mam na myśli "The Maniacal Vale" z 2008 roku) "Rotting in Dereliction". O ile "Descent" pozostawił mnie w swego rodzaju niepewności, w jakim kierunku podąży pozostała część materiału, tak następujący po nim kawałek rozwiał wszelkie wątpliwości - panie i panowie, mamy tu powrót do tych cudownie powykręcanych, skąpanych w surrealistycznej atmosferze, wywołujących egzystencjalny terror momentów. Groza, lęk, niepokój. Echa "Beneath This Face" ze wspomnianego już albumu, łącznie z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem, w którym dominują blast beaty i szaleńcze, świdrujące gitary, wwiercające się w twoją głowę niczym skalpel podczas lobotomii. Zwiastujące nadejście zagłady, apokaliptyczne melodie. Stopniowe podkręcanie tempa, budowanie napięcia, wybuch. Ale i stonerowe, wyluzowane niemal(!) partie gitary prowadzącej w końcówce, klasyczne w swoim wydźwięku, tym razem nawiązujące do najwcześniejszych lat zespołu, wręcz relaksujące, rozrzedzające gęste powietrze i wykreowaną wcześniej duchotę. Ogółem - geniusz, a zarazem Esoteric w pigułce.
Brytyjski Esoteric to zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. W przeszło 25-letniej karierze większość wydanych pod tą nazwą albumów to dwupłytowe kolosy, nierzadko składające się na około 100 minut(!) muzyki, i to muzyki przerażająco powolnej, ciężkiej i po prostu "siadającej na banię" niczym niezła dawka środków odurzających. Innymi słowy, nie są to dźwięki proste w odbiorze. Słuchanie Esoteric wymaga sporej dawki cierpliwości i zaangażowania, ale gdy już poświęci się im te kilka godzin, wynagradzają to z podwójną nawiązką. Testem wytrwałości był także czas oczekiwania na nowy materiał, bo przerwa między "A Pyrrhic Existence" a poprzednim "Paragon of Dissonance" wyniosła 8 lat. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że zdecydowanie warto było czekać.
Nie dziwi mnie, że zajęło to wszystko tak długi okres, wszak najnowsze dzieło Brytyjczyków - jak zwykle zresztą - jest przebogate pod kątem zawartości, obfite w niełatwo dające się wyłapać detale i wielowarstwowe. Zapraszam na kolejną wyczerpującą podróż po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Kontemplację bezsensu egzystencji czas zacząć.
Otwierający album "Descent" bez zbędnych interludiów wrzuca słuchacza na głęboką wodę - a topić się będzie on przez ponad 27 minut, przez co pierwszy utwór na tej płycie oficjalnie stał się najdłuższym w dyskografii zespołu. Ostrzegałem, że nie będzie lekko. Od samego początku tempo jest iście funeralne, w tle pobrzmiewają kołyszące się szumy, melodyka wywołuje poczucie niepokoju niczym na bad tripie, a gdy wchodzą wokale - czas zdaje się stawać w miejscu, jesteś zawieszony w stanie nie-bycia, bezwładny i sparaliżowany. Takie wstępy lubię - nieprzystępne, będące istnym sprawdzianem dla odbiorcy: "pękasz, czy brniesz w to dalej?". Ja oczywiście wybieram tę drugą opcję, dzięki czemu po krótkim, łączonym ataku histerycznego wrzasku i zalewającego ze wszystkich stron hałasu w końcu wybrzmiewają nieco bardziej pozytywne tony. Brzdękająca gitara z pogłosem stanowi mostek do tej dynamiczniejszej części kompozycji, która porusza się w wypracowanym na ostatnich dwóch albumach standardzie. Nowością jest - i ten element będzie prawdziwy także dla kolejnych utworów - jakby nieco bardziej rytmiczne podejście do wokali Grega. Mam wrażenie, że nigdy jeszcze w takim stopniu nie współbrzmiały one z gitarami i perkusją.
W tym zaledwie pierwszym, niemal półgodzinnym monstrum, zawiera się tyle pomysłów, że można by nimi obdarzyć całe katalogi innych hord. Esoteric udowadnia, że pod kątem pisania rozbudowanych i progresywnych kompozycji nie mają sobie równych, jeśli chodzi o szeroko pojęty doom metal. "Descent" to jakby kilka numerów złączonych w jedność, spojonych momentami wyciszenia, skonstruowany niemal na miarę post-rocka. Ma się wrażenie, że pierwsze 20 minut było wielkim build-upem do fenomenalnej końcówki, zwieńczonej najwyższej klasy solówkami, tak charakterystycznych dla doszlifowanego w ostatnich latach stylu zespołu. Emocje sięgają zenitu, a całość nabiera niesamowitego, bombastycznego wręcz rozmachu, podkreślanego niepohamowanymi kanonadami na perkusji. Fenomenalnie skonstruowany utwór.
Na pierwszy z dwóch dysków składa się też - pomijając rytualno-ambientowy przerywnik w stylu ostatnich dokonań Urfaust - wspaniale nawiązujący do ikonicznego już opus magnum zespołu(mam na myśli "The Maniacal Vale" z 2008 roku) "Rotting in Dereliction". O ile "Descent" pozostawił mnie w swego rodzaju niepewności, w jakim kierunku podąży pozostała część materiału, tak następujący po nim kawałek rozwiał wszelkie wątpliwości - panie i panowie, mamy tu powrót do tych cudownie powykręcanych, skąpanych w surrealistycznej atmosferze, wywołujących egzystencjalny terror momentów. Groza, lęk, niepokój. Echa "Beneath This Face" ze wspomnianego już albumu, łącznie z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem, w którym dominują blast beaty i szaleńcze, świdrujące gitary, wwiercające się w twoją głowę niczym skalpel podczas lobotomii. Zwiastujące nadejście zagłady, apokaliptyczne melodie. Stopniowe podkręcanie tempa, budowanie napięcia, wybuch. Ale i stonerowe, wyluzowane niemal(!) partie gitary prowadzącej w końcówce, klasyczne w swoim wydźwięku, tym razem nawiązujące do najwcześniejszych lat zespołu, wręcz relaksujące, rozrzedzające gęste powietrze i wykreowaną wcześniej duchotę. Ogółem - geniusz, a zarazem Esoteric w pigułce.
A to dopiero połowa! Ja tam zacieram ręce, że jeszcze taaaaki kawał muzyki przede mną. "Consuming Lies" rozpoczyna drugi kompakt zdecydowanie najpiękniejszym - tak, i na takie emocje jest tu miejsce! - motywem na płycie, melodyjnym i melancholijnym na miarę Evoken. Szybko okazuje się, że i w tym pięknie jest nuta dysonansu, a do tego za chwilę znienacka wyskakuje deathmetalowe podkręcenie obrotów, z niespotykaną kiedykolwiek wcześniej w tym zespole dawką groove'u. To jeden z najbardziej chwytliwych i nośnych momentów w karierze Esoteric, napędzany chodzącą jak w zegarku podwójną stopą, no i nie po raz pierwszy zdradzający zamiłowane tej ekipy do eksperymentatorstwa z brzmieniem swoich instrumentów - takiego odjechanego efektu na gitarze jeszcze nie słyszałem! Wrażenie robi także masywna, sypiąca gruzem na głowę słuchacza końcówka, gdzie subtelne akcenty na hi-hacie podkreślają ciężar wieńczącego riffu.
Przedostatni już w zestawie "Culmination" to chyba najodważniejsza i najambitniejsza z zawartych na "A Pyrrhic Existence" kompozycji, która podobnie jak środkowy utwór na pierwszym dysku czerpie garściami z wydanego w 2008 roku arcydzieła zespołu. Wygrywane tu dźwięki w bliźniaczy sposób zasiewają w umyśle nutę niepewności i zgrozy, tworząc momentami wizję upadającego gatunku ludzkiego. Mamy tu też - kolejne już! - przejście w rejony nie obce zespołom death metalowym, wykręcone solówki rodem z Autopsy, ale też luźno plumkające w tle szarpnięcia za struny, przypominające te rzekomo improwizowane momenty z "The Pernicious Enigma". A ostatnie minuty to już w ogóle odjazd, awangardowe riffy, istny skręt w stronę ambient metalu, psychodeliczny roller coaster. Wszystko powoli się wycisza, w tle słychać jęki rozpaczy... po czym wjeżdża finałowy już numer, którego pierwsza - optymistycznie brzmiąca! - część tworzy złudne poczucie radosnego triumfu, zwycięstwa, odzyskania kontroli nad swoim życiem i ponownego nadania sensu wszystkiemu, a potem JEB, dostajesz młotem przypominającym ci, że to wszystko fałsz i iluzja.
"With this endless weight, tied/Like an albatross around my neck/It never relents/I exist only for the sake of existence". Bębny wygrywają marszowy rytm, a ty uczestniczysz w procesji idącej na zatracenie. Rytuał samounicestwienia. I dużo Neurosis.
O brzmieniu nie będę się rozpisywał, bo i po co. Jest najwyższej klasy i doskonale współgra z samą muzyką. Czyste, selektywne, organiczne, naturalne, nieco "suche", acz nieprzesadnie. Pod tym względem mamy kontynuację z poprzedniego albumu. Najważniejsze, że wszystkie te szczegóły, detale na drugim i trzecim planie nie giną w miksie, a jednocześnie prym wiedzie metalowy rdzeń, gitary i perkusja. W ogóle pana garowego muszę pochwalić, bo chyba nigdy partie tego instrumentu nie były tak ciekawe i urozmaicone - a to funeral doom, gdzie nie ma zbyt wiele pola do popisu pod tym względem. A jednak, patrzcie - da się. O wokalach nawet nie będę wspominał - Greg Chandler to w tej kwestii klasa sama w sobie i tak jest praktycznie od debiutu. Niesamowicie kreatywne podejście do sprawy.
"A Pyrrhic Existence" to wspaniałe dopełnienie i tak już bogatej dyskografii zespołu, które zręcznie odwołuje się do wcześniejszych jego dzieł - narkotycznych początków(głównie "The Pernicious Enigma"), monumentalnej ścieżki dźwiękowej do kończącego się świata("The Maniacal Vale") i wpuszczającego nieco światła oraz progresywnych akcentów "Paragon of Dissonance". Tak jak jednak ten ostatni był jak dla mnie nieco zbyt lekki i dryfujący po morzu przestrzennych pasaży, tak tutaj proporcje są po prostu idealne. A jednocześnie nie jest to jedynie sprawne połączenie elementów składających się na poprzednie płyty - najnowszy Esoteric ma swój indywidualny charakter, a niespotykanych wcześniej zagrywek jest tu pod dostatkiem. Powiedziałbym, że to najdynamiczniejsza pozycja tych gości jak do tej pory - manipulowania tempami czy zmian konwencji w obrębie jednego utworu nie uświadczyliśmy jeszcze na taką skalę. Równie doskonale album ten operuje zróżnicowaniem emocji - istna sinusoida nastrojów, dobrze reflektująca zresztą warstwę tekstową. Podsumowując - dzieło kompletne, całkowicie wynagradzające długi czas posuchy w zespole. A że przesłucha je zaledwie garstka masochistów? To dla odmiany nic nowego :) Może to i dobrze.
Przedostatni już w zestawie "Culmination" to chyba najodważniejsza i najambitniejsza z zawartych na "A Pyrrhic Existence" kompozycji, która podobnie jak środkowy utwór na pierwszym dysku czerpie garściami z wydanego w 2008 roku arcydzieła zespołu. Wygrywane tu dźwięki w bliźniaczy sposób zasiewają w umyśle nutę niepewności i zgrozy, tworząc momentami wizję upadającego gatunku ludzkiego. Mamy tu też - kolejne już! - przejście w rejony nie obce zespołom death metalowym, wykręcone solówki rodem z Autopsy, ale też luźno plumkające w tle szarpnięcia za struny, przypominające te rzekomo improwizowane momenty z "The Pernicious Enigma". A ostatnie minuty to już w ogóle odjazd, awangardowe riffy, istny skręt w stronę ambient metalu, psychodeliczny roller coaster. Wszystko powoli się wycisza, w tle słychać jęki rozpaczy... po czym wjeżdża finałowy już numer, którego pierwsza - optymistycznie brzmiąca! - część tworzy złudne poczucie radosnego triumfu, zwycięstwa, odzyskania kontroli nad swoim życiem i ponownego nadania sensu wszystkiemu, a potem JEB, dostajesz młotem przypominającym ci, że to wszystko fałsz i iluzja.
"With this endless weight, tied/Like an albatross around my neck/It never relents/I exist only for the sake of existence". Bębny wygrywają marszowy rytm, a ty uczestniczysz w procesji idącej na zatracenie. Rytuał samounicestwienia. I dużo Neurosis.
O brzmieniu nie będę się rozpisywał, bo i po co. Jest najwyższej klasy i doskonale współgra z samą muzyką. Czyste, selektywne, organiczne, naturalne, nieco "suche", acz nieprzesadnie. Pod tym względem mamy kontynuację z poprzedniego albumu. Najważniejsze, że wszystkie te szczegóły, detale na drugim i trzecim planie nie giną w miksie, a jednocześnie prym wiedzie metalowy rdzeń, gitary i perkusja. W ogóle pana garowego muszę pochwalić, bo chyba nigdy partie tego instrumentu nie były tak ciekawe i urozmaicone - a to funeral doom, gdzie nie ma zbyt wiele pola do popisu pod tym względem. A jednak, patrzcie - da się. O wokalach nawet nie będę wspominał - Greg Chandler to w tej kwestii klasa sama w sobie i tak jest praktycznie od debiutu. Niesamowicie kreatywne podejście do sprawy.
"A Pyrrhic Existence" to wspaniałe dopełnienie i tak już bogatej dyskografii zespołu, które zręcznie odwołuje się do wcześniejszych jego dzieł - narkotycznych początków(głównie "The Pernicious Enigma"), monumentalnej ścieżki dźwiękowej do kończącego się świata("The Maniacal Vale") i wpuszczającego nieco światła oraz progresywnych akcentów "Paragon of Dissonance". Tak jak jednak ten ostatni był jak dla mnie nieco zbyt lekki i dryfujący po morzu przestrzennych pasaży, tak tutaj proporcje są po prostu idealne. A jednocześnie nie jest to jedynie sprawne połączenie elementów składających się na poprzednie płyty - najnowszy Esoteric ma swój indywidualny charakter, a niespotykanych wcześniej zagrywek jest tu pod dostatkiem. Powiedziałbym, że to najdynamiczniejsza pozycja tych gości jak do tej pory - manipulowania tempami czy zmian konwencji w obrębie jednego utworu nie uświadczyliśmy jeszcze na taką skalę. Równie doskonale album ten operuje zróżnicowaniem emocji - istna sinusoida nastrojów, dobrze reflektująca zresztą warstwę tekstową. Podsumowując - dzieło kompletne, całkowicie wynagradzające długi czas posuchy w zespole. A że przesłucha je zaledwie garstka masochistów? To dla odmiany nic nowego :) Może to i dobrze.
środa, 20 listopada 2019
Recenzja THE DEATHTRIP - Demon Solar Totem
To zadziwiające, jak bardzo pierwsze wrażenie może wywieść kogoś na manowce. I jak bardzo pewne utwory zyskują, gdy słuchane są w kontekście całego albumu, a nie w odosobnieniu. Jeszcze bardziej zdumiewająca jest sytuacja, gdy rzecz "nie mająca podjazdu do debiutu" zaczyna się z nim zrównywać... a może nawet przewyższać. Poznajcie moją przygodę z THE DEATHTRIP, który kilka dni temu wypuścił w świat swój drugi pełnoprawny longplay.
"Deep Drone Master" to fenomenalny album z jednymi z najlepszych wokali w historii black metalu w ogóle - i mówię to bez słowa przesady. Zasługa to niejakiego Aldrahna, postaci znanej i zasłużonej dla sceny, potrafiącej sprawić, że z wypiekami na twarzy sięgam po każdy materiał z jego nazwiskiem we wkładce. Niesamowita ekspresja i zdolność do nadawania utworom płynnej narracji - czujesz, jakbyś faktycznie był w jakimś spowitym mgłą lesie, a po jego najskrytszych zakamarkach oprowadzał cię jakiś zakapturzony gość i opowiadał zajmujące historie(podobnego porównania użyłem już w recenzji "Belus"; taka to muzyka i takie skojarzenia wywołuje). Dlatego gdy wydało się, że na nowej płycie tegoż osobnika zabraknie, już zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Potem zespół udostępnił dwa single. Momenty przypominające debiut zlewają się z przeciętniactwem nie zapadającym w pamięć, a w tle jeszcze jakieś czyste zaśpiewy... co to ma być, do cholery?
Pierwszy pełnoprawny odsłuch wywołuje lekkie zaciekawienie, ale generalnie jasne jest, że jest sporo gorzej. Magia nazwy sprawia jednak, że tak łatwo nie odpuszczam. Załączam "Demon Solar Totem" po raz drugi i trzeci, tym razem zwracając uwagę na podobieństwo stylistyczne w kwestii riffowania. Przecież tu się wcale wiele nie zmieniło - gitary to wciąż klasyczna Norwegia, w najlepszym tych słów znaczeniu. Wokale też całkiem zgrabnie naśladują manierę Aldrahna momentami, pomijając chóry i podniosłe deklamacje, generalnie jest dobrze. Jakieś takie inne te kompozycje, mniej bezpośrednie i hiciarskie, bardziej nastawione na klimacenie chyba...
A potem czwarty odsłuch, już w otoczeniu drzew, a nie czterech ścian. O kurwa! Tym razem weszło na dobre. Okazuje się, że "Demon Solar Totem" to zwyczajnie album stosujący nieco inne środki wyrazu niż poprzedni. To już nie jest zbiór genialnych piosenek, to zwarty monolit, nieco mniej oczywisty i zawierający niewiele jawnych punktów zaczepienia, lecz całościowo znów zabierający mnie we niezapomnianą podróż. Skąpany w psychodelicznym sosie, w oparach szamańskiego uniesienia, gęsty i hipnotyzujący. Niejednokrotnie wolniejszy, snujący się bez pośpiechu, konsekwentnie kreując narkotyczno-grzybową atmosferę. Po wsiąknięciu w te dźwięki, nawet odmienny styl śpiewania zdaje się bezbłędnie wpasowywać w konwencję - a zawodzenie niczym jak w "En Ring Til A Herske" legendarnego Burzum pozwala poczuć prawdziwą magię. Skoro już wspomniałem tę nazwę, to idźmy za ciosem - "Surrender to a Higher Power" to przecież "Jesus Tod" anno domini 2019, tu wszystko się zgadza, nieustanna kanonada na podwójnej stopie, podobnie zapętlony cudowny riff, 7 minut mija nie wiadomo kiedy, istne zakrzywienie czasoprzestrzeni. W drugiej połowie atakuje minimalistyczny na modłę "Transilvanian Hunger" i najwścieklejszy przedostatni już na płycie utwór, by chwilę potem ustąpić wieńczącym dzieło rozbudowanemu zamykaczowi. A nie wspomniałem o "Angel Fossils", osiągającym w pewnym punkcie wspaniałą, bezpretensjonalną podniosłość, czy kapitalnie wprowadzającym w klimat albumu utworze tytułowym z silnie wpadającym w pamięć refrenem...
"Demon Solar Totem" to nadal hołd złożony klasykom lat 90, hołd absolutnie najwyższej klasy, który podobnie jak w przypadku pierwszego albumu, doskonale oddaje i rozumie ESENCJĘ tego grania. Tym razem uderza w nieco inne aspekty, te bardziej uduchowione i mistyczne, ale przecież to właśnie jest nieodłączny element sprawiający, że ta muzyka tak bardzo oddziaływała(i wciąż oddziałuje) na naszą wyobraźnię. "Vintage Telepathy" to absolutnie zjawiskowy przykład w tej kwestii i nie wiem, czy nie najlepszy na płycie utwór.
A przede wszystkim mamy tu potęgę riffu. Album ten gitarami stoi, po prostu. Bierze najlepsze wzorce z Darkthrone, Burzum i Ulver i dodaje szczyptę - w sam raz - indywidualnego sznytu, tych eterycznych, charakterystycznych melodii, błąkających się niczym widma na granicy nocnego mroku i porannego blasku. No i ten album oddycha. Jest w nim przestrzeń. Nie ma zbitej papki i miliona zbędnych ozdobników. Sam rdzeń, dużo miejsca, w które mogą wsiąknąć te fenomenalne gitarowe pasaże.
Całkowicie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że od pozycji typu "sprawdzę, bo muszę, ale nie jestem pozytywnie nastrojony" urośnie to do rangi potencjalnej płyty roku. I jeszcze raz - potwierdza to, że szeroko pojęty pierwszy kontakt jest niezbyt reprezentatywny dla tego, z czym mamy do czynienia. "Demon Solar Totem" to rzecz z kategorii, która musi się przetrawić, ale jak już pójdzie to jest tylko lepiej i lepiej. I trzeba odrzucić uprzedzenia, że będzie tak samo jak w 2014, bo nie będzie. A przynajmniej stylistycznie, bo jakościowo jest to spokojnie ta sama półka. Geniusz!
"Deep Drone Master" to fenomenalny album z jednymi z najlepszych wokali w historii black metalu w ogóle - i mówię to bez słowa przesady. Zasługa to niejakiego Aldrahna, postaci znanej i zasłużonej dla sceny, potrafiącej sprawić, że z wypiekami na twarzy sięgam po każdy materiał z jego nazwiskiem we wkładce. Niesamowita ekspresja i zdolność do nadawania utworom płynnej narracji - czujesz, jakbyś faktycznie był w jakimś spowitym mgłą lesie, a po jego najskrytszych zakamarkach oprowadzał cię jakiś zakapturzony gość i opowiadał zajmujące historie(podobnego porównania użyłem już w recenzji "Belus"; taka to muzyka i takie skojarzenia wywołuje). Dlatego gdy wydało się, że na nowej płycie tegoż osobnika zabraknie, już zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Potem zespół udostępnił dwa single. Momenty przypominające debiut zlewają się z przeciętniactwem nie zapadającym w pamięć, a w tle jeszcze jakieś czyste zaśpiewy... co to ma być, do cholery?
Pierwszy pełnoprawny odsłuch wywołuje lekkie zaciekawienie, ale generalnie jasne jest, że jest sporo gorzej. Magia nazwy sprawia jednak, że tak łatwo nie odpuszczam. Załączam "Demon Solar Totem" po raz drugi i trzeci, tym razem zwracając uwagę na podobieństwo stylistyczne w kwestii riffowania. Przecież tu się wcale wiele nie zmieniło - gitary to wciąż klasyczna Norwegia, w najlepszym tych słów znaczeniu. Wokale też całkiem zgrabnie naśladują manierę Aldrahna momentami, pomijając chóry i podniosłe deklamacje, generalnie jest dobrze. Jakieś takie inne te kompozycje, mniej bezpośrednie i hiciarskie, bardziej nastawione na klimacenie chyba...
A potem czwarty odsłuch, już w otoczeniu drzew, a nie czterech ścian. O kurwa! Tym razem weszło na dobre. Okazuje się, że "Demon Solar Totem" to zwyczajnie album stosujący nieco inne środki wyrazu niż poprzedni. To już nie jest zbiór genialnych piosenek, to zwarty monolit, nieco mniej oczywisty i zawierający niewiele jawnych punktów zaczepienia, lecz całościowo znów zabierający mnie we niezapomnianą podróż. Skąpany w psychodelicznym sosie, w oparach szamańskiego uniesienia, gęsty i hipnotyzujący. Niejednokrotnie wolniejszy, snujący się bez pośpiechu, konsekwentnie kreując narkotyczno-grzybową atmosferę. Po wsiąknięciu w te dźwięki, nawet odmienny styl śpiewania zdaje się bezbłędnie wpasowywać w konwencję - a zawodzenie niczym jak w "En Ring Til A Herske" legendarnego Burzum pozwala poczuć prawdziwą magię. Skoro już wspomniałem tę nazwę, to idźmy za ciosem - "Surrender to a Higher Power" to przecież "Jesus Tod" anno domini 2019, tu wszystko się zgadza, nieustanna kanonada na podwójnej stopie, podobnie zapętlony cudowny riff, 7 minut mija nie wiadomo kiedy, istne zakrzywienie czasoprzestrzeni. W drugiej połowie atakuje minimalistyczny na modłę "Transilvanian Hunger" i najwścieklejszy przedostatni już na płycie utwór, by chwilę potem ustąpić wieńczącym dzieło rozbudowanemu zamykaczowi. A nie wspomniałem o "Angel Fossils", osiągającym w pewnym punkcie wspaniałą, bezpretensjonalną podniosłość, czy kapitalnie wprowadzającym w klimat albumu utworze tytułowym z silnie wpadającym w pamięć refrenem...
"Demon Solar Totem" to nadal hołd złożony klasykom lat 90, hołd absolutnie najwyższej klasy, który podobnie jak w przypadku pierwszego albumu, doskonale oddaje i rozumie ESENCJĘ tego grania. Tym razem uderza w nieco inne aspekty, te bardziej uduchowione i mistyczne, ale przecież to właśnie jest nieodłączny element sprawiający, że ta muzyka tak bardzo oddziaływała(i wciąż oddziałuje) na naszą wyobraźnię. "Vintage Telepathy" to absolutnie zjawiskowy przykład w tej kwestii i nie wiem, czy nie najlepszy na płycie utwór.
A przede wszystkim mamy tu potęgę riffu. Album ten gitarami stoi, po prostu. Bierze najlepsze wzorce z Darkthrone, Burzum i Ulver i dodaje szczyptę - w sam raz - indywidualnego sznytu, tych eterycznych, charakterystycznych melodii, błąkających się niczym widma na granicy nocnego mroku i porannego blasku. No i ten album oddycha. Jest w nim przestrzeń. Nie ma zbitej papki i miliona zbędnych ozdobników. Sam rdzeń, dużo miejsca, w które mogą wsiąknąć te fenomenalne gitarowe pasaże.
Całkowicie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że od pozycji typu "sprawdzę, bo muszę, ale nie jestem pozytywnie nastrojony" urośnie to do rangi potencjalnej płyty roku. I jeszcze raz - potwierdza to, że szeroko pojęty pierwszy kontakt jest niezbyt reprezentatywny dla tego, z czym mamy do czynienia. "Demon Solar Totem" to rzecz z kategorii, która musi się przetrawić, ale jak już pójdzie to jest tylko lepiej i lepiej. I trzeba odrzucić uprzedzenia, że będzie tak samo jak w 2014, bo nie będzie. A przynajmniej stylistycznie, bo jakościowo jest to spokojnie ta sama półka. Geniusz!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















