Pokazywanie postów oznaczonych etykietą france. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą france. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2024

BLUT AUS NORD - Disharmonium - Nahab [2023] ~ RECENZJA

H. P. Lovecraft to pisarz, którego dziedzictwo w stopniu na tyle dużym przesiąknęło kulturę popularną, że ma się wrażenie, że zaraz macka Cthulhu wyskoczy ze świeżo otworzonej lodówki (to naprawdę może się zdarzyć, jeśli nie czyścicie lodówki przez wystarczająco długi czas; proszę, czyście wasze lodówki). Spuścizna to zaiste imponująca, będąca nieskończoną pożywką dla tak podatnego na estetyzację gatunku, jakim jest Metal. Odniesienia do Samotnika z Providence pojawiają się w tytułach, tekstach i oczywiście na okładkach. Jednak - moim zdaniem - mało kto próbuje zrobić coś z Lovecraftem na poważnie w warstwie muzycznej. Jest oczywiście PORTAL, trafnie określający tworzone przez siebie dźwięki jako "Horror Death Metal", przy czym jest to horror abstrakcyjny, niewypowiedziany, brzmiący jak gdyby muzyka Australijczyków rzeczywiście trafiła na moment do wymiaru zamieszkiwanego przez Przedwiecznych i poddana została siłom niemożliwej geometrii, a następnie przetransportowana została z powrotem do świata śmiertelników*. BLUT AUS NORD swoją najświeższą serią albumów Disharmonium daje nura w to nieziemskie uniwersum i udowadnia, że jest kolejnym projektem godnym zasiąść w panteonie tych odważnych, którzy wyciągnęli dalekie konsekwencje z obcowania z twórczością Lovecrafta. Czyni to jednak w inny sposób niż PORTAL, mniej abstrakcyjno-konceptualny, a bardziej operujący dźwiękowymi teksturami. Pierwsze opus, Undreamable Abysses, było niczym eteryczna podróż przez pulsujące, oddychające, obślizgłe tunele alterujące świadomość; miało się poczucie obcowania z jakąś daleką obecnością, zamieszkującą rozległe przestrzenie koloru czerwieni i manifestującą się pod postacią zawodzeń, chórów, dźwięków przypominających dmący przez te niewyśnione otchłanie wiatr. Bezmiar tej czerwonej sieci korytarzy zawierał w sobie zarazem posmak przygody i ekstazy, a to ze względu na melodyjne tu gdzieniegdzie, epickie gitarowe zagrywki, będące jeszcze zakorzenione jedną nogą w komiksowej odsłonie Metalu. To trip ku nieznanemu, wstrząsający i niebezpieczny, lecz wciąż ekscytujący. Nahab to klaustrofobia. To stan, gdzie istoty z okładki zaczynają cię prześladować. I nie zamierzają, kurwa, odpuścić. 


Zapowiada się niewinnie. Album inicjuje minutowe intro, będące zarazem jednym z trzech zawartych na nim interludiów, o tajemniczych tytułach "Hidden Dream Opus" (#1, #2 i #3). To pierwsza zmiana w stosunku do poprzedniczki - szersze wykorzystanie niepokojącego, budującego grozę ambientu. Pojawia się on nie tylko w tych przerywnikach, lecz stanowi także integralną część niektórych pełnoprawnych utworów ("The Endless Multitude", "The Black Vortex", "Forgotten Aeon"). I jest to chyba najbardziej lovecraftowski ambient, jaki słyszałem do tej pory. Jak na moje ucho, ewokuje on tę morską, portową, mulisto-solną otoczkę o rybim odorze, którą Mistrz tak sugestywnie przedstawił w Dagonie czy Widmie nad Innsmouth. Nie jest przypadkiem, że po raz pierwszy Nahab wszedł mi, gdy słoneczna aura opuściła na jeden dzień pewną niewielką nadmorską miejscowość, w której wówczas rezydowałem, zastępując ją szarością, strugami deszczu i wędrującą na naprzeciwległych wzgórzach mgłą. Przechadzałem się wówczas nad przystanią opstrzoną latarniami i goszczącą różnej wielkości łajby, kołyszące się na wodzie i zapewne przy tym skrzypiące (mnie soniczny terror dochodzący ze słuchawek nie pozwolił tego stwierdzić z całą pewnością). Wyobrażałem sobie wtedy, jak w środku tych bardziej wiekowych ucztują sobie ryboludzie, przy akompaniamencie niezrozumiałych pomruków i dźwięków wychodzących z ich skrzeli. Rybacka wioska opuszczona przez boga i ofiary dla Dagona, wiecie. I sól, całe morze soli. Te krótkie, niemetalowe fragmenty to cisza przed burzą, to, jak to kłębowisko patologii jawi się przechadzającemu się, nieświadomemu zagrożenia spacerowiczowi. 

"Mental Paralysis" (cóż za adekwatny tytuł!) uderza nieszczęśnika istną lawiną dysharmonijnych gitar wspomaganych frenetyczną perkusyjną kanonadą. Ten pierwszy riff jest jak opętanie, paraliż właśnie, nakładany na ofiarę splot pajęczych winorośli, eksponowanych przez centralną postać na okładce. Elektryczne porażenie i następujące po nim spazmy, nasilające się w makabrycznej progresji akordów, która za chwilę ustępuje drugiej rundzie tortur. A potem sączący się do głowy jad, w postaci kroczących, dysonansowych riffów w średnim tempie, będących sporym udziałem tej płyty. Tak, utwór ten znakomicie wprowadza w atmosferę krążka, stanowiąc zarazem zręczną jego syntezę. Towarzyszą mu niepokojące gitarowe melodie, o barwie podobnej jak na Undreamable Abysses, lecz chłodniejsze, dziwniejsze, bardziej creepy, strumieniowane w kierunku słuchacza niczym wiązka hipnotyzujących fal. Właśnie, creepy. Z jakim okresem BaN kojarzy wam się to słowo? Dla mnie z tym z lat 2001-2007, czyli zawierającym m.in. dzieła takie jak The Work Which Transforms God, MoRT czy Odinist - The Destruction of Reason by Illumination. I Nahab jest dla mnie w pewnym sensie kontynuacją tamtej ery, a jednocześnie czymś zupełnie nowym. Inne jest brzmienie, inne jest podejście do kompozycji, inna, bo znacznie bardziej techniczna, zapuszczająca się momentami w jazzowe terytoria, jest technika gry na perkusji (wydaje mi się, że to NIE automat, jak na większości wydawnictw BaN - ale macki urwać nie dam). 

Oczywiście Nahab, jako przynależący do serii Disharmonium, zdradza pewne podobieństwa z poprzedniczką. Przede wszystkim chodzi tu o sposób wykorzystania wokali, będących serią charków, mruków, jęków, zawodzeń i całej masy innych dźwięków - nie składających się wszakże w słowa, a całościowo powodujących, że ponownie jest to album w zasadzie instrumentalny i wybitnie skoncentrowany na tworzeniu atmosfery dźwiękowymi teksturami. Zaskoczyło mnie jednak - i z początku chyba rozczarowało - jak bardzo różni się płynącymi z niego odczuciami. Pewnie, finał "The Ultimate Void of Chaos" jest strukturalnie lustrzanym odbiciem "Keziah Mason", a morderczy, ultraszybki "Forgotten Aeon" pragnie zmiażdżyć słuchacza w równie bezlitosny sposób jak "The Apotheosis of the Unnamable". Nahab nie oferuje jednak takiej przestrzeni jak Undreamable Abysses, jest znacznie bardziej duszną płytą, nastawioną na sianie chaosu - czego emanacją może być pierwsza minuta "The Crowning Horror", z atonalnymi gitarami wyjącymi jak syreny i obrzydliwymi charkotami rzygającymi czarną flegmą. Ponadto jest mniej zwarty i monolityczny, nie ma takiego flow, bo jest po prostu inaczej skonstruowany - nie dość, że zawiera ambientowe przerywniki, to cechuje go większa różnorodność utworów, zarówno w obrębie ich samych, jak i względem siebie. Słuchając Undreamable Abysses miałem wrażenie obcowania z jednym długim, podzielonym na siedem części utworem; tu ono nie występuje. Wspomniany ambient mistrzowsko wykorzystany jest w drugiej połowie "The Endless Multitude", jednym z moich ulubionych utworów na płycie, gdzie wraz z minimalistyczną, opartą na cicho akcentowanych talerzach perkusją skrupulatnie buduje napięcie przed erupcją rozszerzającej się entropii - ośmiu napierających na słuchacza fal następujących w finale, okraszonych iście przygnębiającą, lovecraftowską właśnie melodią. Wyzbędźcie się wszelkiej nadziei; ta zrywana będzie z was kawałek po kawałku niczym płaty skóry, z tym że wasi oprawcy operują w psychicznym, mentalnym wymiarze, doprowadzając was stopniowo do stanu niepoczytalności.


Całość utrzymana jest w przeważająco średnich tempach, gdzie również wybrzmiewają nieco bardziej (ale naprawdę, tylko trochę) tradycyjnie metalowo brzmiące riffy, tak jak chociażby w singlowym "Queen of the Dead Dimension" (który zawiera też pokaźną dawkę tych pełzających, upiornych melodii). Te inwokacje zgrozy i rozpaczy przeplatane są oczywiście rzeźnickimi przyśpieszeniami, które wywindowują do ekstremum najbardziej bezkompromisowe momenty takiego Odinist, potęgując inherentnie zawartą w nich dawkę obłędu. Podoba mi się, jak bezpardonowe są te odjazdy, czy to we wspomnianym już "Forgotten Aeon", prującym jakby całe sklepienie niebieskie waliło się na głowy wskutek przebudzenia przedwiecznych mocy, czy np. w "The Black Vortex" - istotnie brzmiącym, jakby zasysało sparaliżowaną zdobycz w wir niedającego się powstrzymać szaleństwa (to przepełniające zgrozą intro!), pieczętując na eony jej oblicze w grymasie z munchowskiego Krzyku. Utwór ten zawiera najbardziej eksperymentalne partie gitar na płycie, brzmiące zaprawdę niczym rój wściekłych os, osaczających (nomen omen) zatapiającego się w mulistym wirze nieszczęśnika. W pewnym momencie szarańcza milknie, ustępując ciszy (powietrze!) i podążającym za nią czymś w rodzaju błyskawicznego perkusyjnego solo, które w większym stopniu pełni jednak funkcję kapitalnego przejścia do kolejnej części utworu, składającej się we wprowadzających w trans, buchających miazmatów ewokowanych przez snujące się gitary i trucicielskie szepty poczwar z okładki. Pamiętam jak bardzo zaskakująca była to dla mnie zagrywka, ta pauza; nie spodziewałem się jej zupełnie, a wytrąciła mnie ona z letargu dysonansów, przypominając zarazem, że takie chwyty - będące zręcznym narzędziem operowania zarówno dynamiką płyty, jak i uwagą słuchacza - odróżniają mistrzów od rzemieślników. 

I na koniec ten przepyszny, portowy ambiencik, płynnie wprowadzający do najbardziej zrelaksowanej i dającej chwilę wytchnienia kompozycji na płycie, a mianowicie "Nameless Rites". Kroczącej melancholii towarzyszy zarazem atmosfera nieuchronności, schwytana ofiara nie może bowiem uniknąć swego fatalnego losu, polegającego na doświadczeniu horroru bycia świadkiem przywoływania niepojętego bytu w nienazwanym rytuale. To przeżycie musi jednak zawierać w sobie zdumienie i wzruszenie, zachodzi bowiem przy dźwięku chwytającej za serce, wysuwającej się na pierwszy plan gitary prowadzącej. Ta zawiera w sobie anielski, a jednocześnie krańcowo apokaliptyczny pierwiastek - piękno kończącego się świata i kontemplacji nadciągającej asteroidy w akompaniamencie seraficznego hymnu. To wyjątkowy, jedyny taki moment na płycie i perełka w dyskografii BLUT AUS NORD, niechybnie spoczywająca obok niepowtarzalnego "Our Blessed Frozen Cells", uosobienia katharsis. Nie trwa długo, więc należy zatopić się w nim i dać mu się całkowicie pochłonąć, zwłaszcza że po nim następuje mrok nisko strojonego, morbidowskiego riffu - istny, emanujący grozą walec, przebudzona bestia pochłaniająca wszystko na swojej drodze niczym czarna śnieżna kula. Potem już tylko trzecie interludium i dwa nie biorące jeńców wygary, końcówka jest bowiem skumulowana i intensywna. 

Im dłużej słucham Nahab, tym bardziej początkowy niedosyt - będący zapewne rezultatem oczekiwań, nasuwających się porównań do poprzedniego albumu, jak i niesprzyjającej aury - zamienia się jeśli nie w zachwyt, to coś w rodzaju podziwu połączonego z nieodpartą potrzebą częstego wracania do tego materiału. Chyba dałem się sparaliżować. Nahab to ścieżka dźwiękowa do postępującego koszmaru, jest niczym zapis stanów świadomości, jakie zachodzą w przerażającym porażeniu sennym. Na pewno jest to album z charakterem, kolejna wyróżniająca się pozycja w imponującym katalogu BaN, odnosząca się do jego bogatego dorobku, a jednocześnie proponująca coś własnego; pozycja, która - gdy już kliknie - nie puszcza i zapewnia masę satysfakcjonującego słuchowiska na długie godziny. Jest coś wybitnie masochistycznego w rozkoszowaniu się udręką i opresyjną atmosferą, jaką serwuje ten materiał, choć preferuję krążki, które bardziej kładą nacisk na afirmację Uniwersum aniżeli udowadnianie mi, jak przerażającym potrafi być miejscem (i dlatego bardziej podobają mi się Niewyśnione Otchłanie - tak, dla mnie to mimo wszystko dziwacznie pozytywna płyta). Ale dobrze - na zakończenie recenzji podkreślę jeszcze, że Nahab uderza w fajny, newralgiczny, trudno uchwytny punkt pomiędzy konceptualną zwartością tudzież monolitycznością, a byciem po prostu zestawem ośmiu przemyślanych i zaskakująco różnorodnych jak na doktrynę siania strachu kompozycji (i trzech interludiów). Choć oczywiście nie widzę innej opcji, by słuchać tego eposu w całości. W międzyczasie czekam na kolejną odsłonę Disharmonium, zastanawiając się, w jaki sposób Vindsval, W. D. Feld i GhÖst podejdą raz jeszcze do Niesamowitego.

[*] - Należy jednak podkreślić, że tworzone przez PORTAL uniwersum jest autorskie i znacznie wykracza poza twórczość Lovecrafta jedynie, która to stanowi zaledwie drobną galaktykę w tym przepastnym wszechświecie.

piątek, 11 października 2019

Recenzja BLUT AUS NORD - Hallucinogen

BLUT AUS NORD - Hallucinogen

To, że Blut aus Nord ma bogatą i różnorodną dyskografię wie każdy, kto choć trochę czasu poświęcił temu projektowi. Nie będę zresztą się powtarzał, bo temat ten omówiłem już w dwóch wpisach jakiś czas temu, do lektury których serdecznie zachęcam :) 

To w zasadzie jeden z zespołów mojego życia, więc premiera nowego albumu nie mogła przejść mi koło nosa. Przyznam jednak, że po wydanym dwa lata temu "Deus Salutis Meae" miałem pewne obawy - wszak album ten sprawiał wrażenie jedynie recyklingu starych i znanych już patentów. Vindsval chyba sam dobrze zdał sobie sprawę, że z mroczno-industrialnej twarzy swojego dziecka nie wydobędzie już nic przełomowego czy chociaż kreatywnego - zresztą kojarzę post na FB sprzed paru miesięcy, w którym było coś o "nowej drodze". "Hallucinogen" faktycznie zdaje się otwierać nową furtkę w katalogu BaN, bo w takim stylu jeszcze panowie nie jechali. A i przyznam, że obrania takiej ścieżki się nie spodziewałem. Bynajmniej nie jestem rozczarowany!


Co my tu mamy? W najprostszym ujęciu sprawy jest to duchowy spadkobierca "Memoria Vetusta II", acz zdecydowanie mniej leśno-pogański, zaś bardziej mistyczny i rozmarzony. Black metalu w tradycyjnym sensie tego pojęcia jest tu mało - najwięcej w samej strukturze utworów, która zostaje hipnotyczna i transowa. Sprawa generalnie ma się tak, że jest tu sporo autocytatów, kilka zagrywek jest podejrzanie znajomych, a jednocześnie Blut aus Nord nigdy w ten sposób nie grał. Całość jest zaskakująco wręcz świeża i pełna życia. Tak, to zdecydowanie najbardziej "normalna" płyta zespołu i najbardziej ze wszystkich czuć na niej dzieło ludzkich rąk. To zasługa nie tylko analogowej perkusji(zastosowanej dopiero po raz drugi, jeśli patrzeć na długograje), ale i kapitalnej dynamiki riffowania. W zasadzie po raz pierwszy ktoś mógłby mi powiedzieć, że płytę nagrało czterech kolesi stanowiących zespół i bym w to uwierzył. To także pierwszy raz, kiedy BaN tak bardzo zbliżył się do klasyki gatunku - dużo jest tu zagrywek utrzymanych w duchu heavy metalu, solówki są przebojowe i zagrane z aroganckim wigorem(jakże typowym dla lat 70 i 80), ale co ciekawe, jest tu też sporo progresywnego thrashu spod znaku Coronera czy Voivod. Gitarowo jest to bardzo urozmaicona płyta, czerpiąca garściami z różnych źródeł. Vindsval chciał chyba zresztą to podkreślić, bo przeważająca część materiału jest instrumentalna - w tle wybrzmiewają tylko chórki(dobrze znane z poprzednich albumów), które jednak współgrają i zlewają się z resztą.

Koncept zdaje się obracać wokół grzybowych wycieczek tu i tam(wspaniała okładka!). To, czy muzyka współgra z tą wizją(a przynajmniej jej stereotypową wersją), jest już kwestią dyskusyjną. Ja odbieram "Hallucinogen" jako bardzo rozmarzony, lekki album. Ma on dla mnie wręcz optymistyczny wydźwięk i pozytywnie nastraja mnie do życia. Na szczęście nie jest to rzecz rozwodniona i bez pazura, a im dalej w las, tym więcej grzybów - druga połowa albumu zdaje się zapowiadać powolny zjazd, a w ostatnim utworze ekstaza zastąpiona jest goryczą. Bardzo fajnie skonstruowana jest ta płyta - kolejność utworów idealnie oddaje tę dynamikę: na początku jest super, ale potem do umysłu wkraczają mroczniejsze, niepokojące myśli. Wyróżniłbym przede wszystkim "Sybelius" za genialny flow i najbardziej chwytliwe motywy na płycie, "Mahagma" za natchnioną i pełną uniesienia atmosferę i "Hallucinahlia" za psychodeliczne wjazdy na gitarach, ale słabego utworu tu nie uświadczycie. Jest tu też trochę ambientów, momentów wyciszenia, plumkania, lecz są to fragmenty dobrze wyważone i nie rozwleczone. 

Co najpiękniejsze, słuchając "Hallucinogen", autentycznie czuję, że artysta miał radość z tworzenia tej muzyki. Czuję otwarty umysł, wolność i ocean niezliczonych możliwości. Nie jest to epokowe dzieło, ale jest niewymuszone i przepełnione kreatywną energią. Vindsval tu i ówdzie puszcza oczko do swoich starych materiałów(przede wszystkim do wspomnianej już MV II), ale całościowo serwuje słuchaczowi solidny powiew świeżości. Z pozycji laika, który takiego niebiańskiego klimacenia na codzień nie słucha, jest to rzecz co najmniej bardzo dobra. Kto wie, może jest to wtórne i odtwórcze? Tak czy inaczej, mam solidnego banana na twarzy, gdy zarzucam "Hallucinogen" na słuchawki, a co najlepsze, album rozsądnie dawkuje przebojowość i nie rzuca od razu wszystkich kart na stół, dzięki czemu nie obawiam się o jego żywotność. 


niedziela, 29 września 2019

Dlaczego BLUT AUS NORD wspaniałym zespołem(zespołem?) jest. Część druga


Dlaczego Blut aus Nord wspaniałym zespolem jest? Część druga

Wiecie co? W przerwie między tą częścią a poprzednią zdążyłem nieco osłuchać się z “Hallucinogen”, najnowszym wypustem niniejszego projektu. I siłą rzeczy, lista musi urosnąć do 7 pozycji... co poradzę? “Nie chcem, ale muszem!”...

Lecimy jednak po kolei.

2006 - MorT



Pierwsza dekada obecnego stulecia to w dyskografii BaN niemal całkowita dominacja mechanicznej i odhumanizowanej muzyki, mającej dużo wspólnego z industrialem. Tradycyjny black metal poszedł w odstawkę, rozpoczęła się era eksperymentowania. “MorT” stanowi apogeum tych poszukiwań i dla kogoś, kto niewiele zapuszczał się poza rejony muzyki metalowej może stanowić wielkie awangardowe dzieło. Mamy tu do czynienia z utworami opatrzonymi bardzo luźną formą, pozornie bez żadnej struktury, ładu i składu. Muzycznie zaś jest to rozwinięcie wątków zapoczątkowanych na „The Work Which Transforms God” i następującej po niej epce. Nie uświadczycie tu klasycznie rozumianych riffów, jest za to dryfowanie po bezkresnych oceanach gitarowych sprzężeń, dysonansów i pojedynczych pociągnięć za struny. Do tego totalnie niezrozumiałe wokale, często przepuszczone przez przester, i stukający w nieregularnym rytmie automat perkusyjny. Tworzy to niezły surrealistyczny klimat. To płyta ciekawa, ale nie za bardzo wiem, kto i w jakich okolicznościach miałby jej słuchać. Dla ortodoksyjnego metalowca jest zbyt „nienormalna”, dla kogoś poszukującego prawdziwego eksperymentu – mimo wszystko zbyt bezpieczna i zachowawcza. Bo po oswojeniu się z nietypową formą zaprezentowanych tu utworów, okazuje się, że są one całkiem przystępne, że czasem nawet jest na czym zawiesić ucho, a po piątym odsłuchu wyłania się tu nawet pewien porządek. Tak czy inaczej, musiałem uwzględnić tę pozycję, bo jest po prostu dość wyróżniająca się. Ale żeby tego słuchać? Tak średnio.

Najlepszy utwór: wszystkie. I żaden. „V” miał najbardziej chwytliwe motywy, z tego co kojarzę.

2009 – Memoria Vetusta II: Dialogue with the Stars


Vindsval postanawia po latach powrócić do pierwotnej, “leśnej” formuły zespołu. Nie tak łatwo jednak wyzbyć się wpływów tego, co grało się przez jakieś 10 lat, o nie. W rezultacie powstaje coś, co – naturalnie – jest kontynuacją pierwszej „Memorii Vetusty” w połączeniu z „Odinist”, najbardziej tradycyjną(tj. skonwencjonalizowaną pod względem formy) płytą okresu eksperymentalnego. Generalnie jednak, wracamy na łono natury, by – zgodnie z tytułem – wpatrywać się w gwiazdy. Bo jest to album bardzo transcendentalny, pozwalający wznieść się w powietrze, przepełniony magią i rzeczywiście taki „astralny”. Niektóre z zawartych tu melodii jest naprawdę niesamowitych, zupełnie nie z tego świata. Słucha się tego naprawdę lekko – posunąłbym się do stwierdzenia, że to najbardziej relaksacyjno-kontemplacyjna płyta tego zespołu. Melodyjna, podparta licznymi chórkami i klawiszami, ale bez takiej charakterystycznej przaśności, znanej choćby z płyt wczesnego Satyricon. Są szyszki, ale nie ma wiochy. Pojawia się też trochę surowizny i nieoczywistych zagrywek, będących – jak już wspomniałem – rezultatem ścieżki, jaką podążał zespół przez lata. Ogólnie – jedno ze szczytowych osiągnięć atmosferycznej odmiany black metalu i płyta, przy której naprawdę można zapomnieć o rzeczywistym, często niefajnym świecie. Taki portal do sennego świata marzeń, przynajmniej dla mnie.

Najlepszy utwór: Disciple’s Liberation(Lost in the Nine Worlds). I dający najlepszy pogląd na to, jak brzmi cała płyta.

2012 – 777 – Cosmosophy


Dwie pierwsze pozycje w „siódemkowej trylogii” traktuję raczej w ramach ciekawostki do okazjonalnego odsłuchu – to solidne rzemiosło, któremu jednak brakuje boskiej interwencji. Każda kolejna próbuje odejść nieco od rdzenia black metalowej muzyki, jednak czynią to zbyt zachowawczo, boją się podjąć zdecydowanego kroku. Na „Cosmosophy” w końcu Vindsval wyzwolił się z oków wypracowanego stylu i rzucił się na nieznane wody. Powstał album znowuż bardzo atmosferyczny, zabierający słuchacza w podobne rejony co opisywana powyżej „Memoria Vetusta II”, osiągając to jednak przy pomocy dość odmiennych środków. Płyta to senna, leniwa, nigdzie się nie spiesząca – perkusyjne beaty osiągają co najwyżej średnie tempo. Gitary piłują w charakterystycznym dla tego projektu stylu, a w tle pobrzmiewają – w jeszcze większej dawce niż zwykle – klawisze, nadające całości takiego „niebiańskiego” tonu. Vindsval postanowił zaś pośpiewać i wychodzi mu to dość nieporadnie, acz wpasowuje się w konwencję. Utwory są długie, transowe i hipnotyczne, zbudowane trochę na modłę post rocka/metalu – długo zajmuje im rozkręcenie się, acz zmierzają do satysfakcjonującej i emocjonującej kulminacji. Malkontenci powiedzą, że „Cosmosophy” to rzecz rozwodniona i bez pazura, moim zdaniem zaś to bardzo udany album, nie licząc jednego fragmentu, w którym mamy do czynienia z czymś w rodzaju francuskiego rapu. Nie to, że nie lubię francuskiego rapu, ale pasuje on tu trochę jak pięść do nosa.  

Najlepszy utwór: „Epitome XVI” – i chyba jedyny, w którym zachowały się jakieś strzępy black metalu.

2019 – Hallucinogen


Za tę listę zabierałem się od dość długiego czasu, i szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że znajdzie się na niej coś z ostatnich lat. Prawdę mówiąc, po wydaniu dość przeciętnego „Deus Salutis Mae” w 2017 zacząłem powoli spisywać ten projekt na straty i mówić, że nic przełomowego się już w tych rejonach nie wydarzy. I w sumie miałem rację, bo „Hallucinogen” wielkim przełomem nie jest. Jest za to bardzo solidnym odświeżeniem formuły, a zarazem wpuszczeniem świeżego powietrza w nieco już być może skostniałą muzykę zespołu. No i łączy w sobie najlepsze cechy „MV II” i „Cosmosophy”, więc musi być dobry, nie?

O tym jednak w pełnoprawnej recenzji, która – mam nadzieję – pojawi się już na dniach. A tymczasem dzięki za pozostanie ze mną do końca. Te siedem albumów jest odpowiedzią na postawione w tytule posta pytanie. A w ogóle co Ty tu jeszcze robisz?! Masz tyle dobrej muzyki do nadrobienia, sio!

niedziela, 22 września 2019

Dlaczego BLUT AUS NORD wspaniałym zespołem(zespołem?) jest

Często zachwycam się francuską sceną black metalową. Trzeba jednak zauważyć, że ta ma dwa oblicza. Jedno melodyjne, utrzymane w duchu średniowiecza - a więc syf, kiła i czarna śmierć(peste nua, wiadomo), do tego nutka nacjonalistycznego zacięcia. Ja zwykle mam na myśli tę drugą stronę, mroczniejszą i odhumanizowaną. Chodzi mi o takie hordy, jak Aosoth, Deathspell Omega, Spektr czy wreszcie bohater dzisiejszego wpisu, Blut aus Nord. 

Lecz BaN twarz ma niejedną i to jest w tym projekcie najlepsze. Mówię projekcie, bo tworu tego nigdy na żywo nie widziano(a przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo), a poza mastermindem Vindsvalem - śmiem wątpić, że ktokolwiek tam jeszcze ciągnie za sznurki, mimo że pewne źródła mówią inaczej. Przejdźmy jednak do rzeczy. Blut aus Nord wspaniałe jest, bo po pierwsze zajebiście mi się słucha wielu płyt z całkiem pokaźnej dyskografii, a po drugie dyskografia ta jest tak zajebiście zróżnicowana i bogata, że w tym poście(rozbitym na dwie części, nadmieńmy) zmuszony jestem pozachwycać się aż nad sześcioma(!) pozycjami. Przez te 25 lat funkcjonowania Vindsval i jego wyimaginowani przyjaciele flirtowali z wieloma nurtami czarnej sztuki, często zapuszczając się jednak poza hermetyczne rejony gatunku. I za to cześć i chwała. Jedziemy.

1995 - Ultima Thulee



"Ultima Thulee" jest po prostu podręcznikową definicją debiutanckiego albumu. To rzecz miejscami tak nieporadna, tak rozpadająca się w szwach, a jednocześnie mająca w sobie tyle uroku i młodzieńczego wigoru, że nie potrafię jej zwyczajnie nie kochać. Rzecz ma się tak. 15-letni(!) Vindsval zafascynowany jest zimowymi krajobrazami, nordycką mitologią, no i co dla nas najważniejsze, muzyką Burzum. Zgodnie z najlepszymi wzorcami, nagrywa gitary chujowym mikrofonem, nie stać go na garowego, więc programuje gary samemu, a do tej mieszanki dodaje ambientowe przerywniki brzmiące momentami jak grudniowe kolędy. Efekt? Jeden z najlepszych debiutów, a zarazem moim zdaniem najwspanialsza fuzja black metalu i dungeon synthu(nie licząc oczywiście wspomnianego już Burzum). No i perfekcyjne wręcz zgranie ogólnego konceptu(w tym okładki) z muzyką. Lodowaty chłód, zamieć, napierdalający po ryju śnieg, ty kroczący przez półmetrowe zaspy. Uwielbiam.

Najlepszy utwór: no "cienszka" sprawa, ale niech będzie "The Plain of Ida".

PS: ostatnie minuty ostatniego utworu - disco music jak się patrzy!

1996 - Memoria Vetusta I - Fathers of the Icy Age


Dobra. Koniec żartów. Tym razem na warsztat bierzemy, bo ja wiem, wczesne Bathory i Immortal? Dodajemy też szczyptę własnego charakteru, jakiś taki industrialno-chłodny, niepokojący pierwiastek, będący poniekąd zapowiedzią późniejszego kierunku. Rezultat jest taki, że powstaje album, przynajmniej dla mnie, ponadczasowy. Ale po kolei. Minął jedynie rok, a progres jest przepotężny. Utwory mają znacznie lepszą konstrukcję, są spójne i konsekwentne(tu partie nie-metalowe mają postać głównie intra i outra, brak tu pojawiających się z dupy ambientowych przerywników w środku kawałka :D), jeden riff płynnie przechodzi w drugi, a całość ma kapitalny flow. Jest to też znacznie bardziej żywiołowe, dynamiczne i przede wszystkim agresywne. Urzekają mnie też melodie na tej płycie. Kreują atmosferę nie z tego świata, będąc jednocześnie nieprzesłodzonymi. Są naprawdę unikalne, a do tego podkreślane przez genialny bas, grający w tle swoje własne partie, nienaśladujące jedynie gitar, jak to zwykle bywa. Unosi się nad tym pogański duch, dawka romantyzmu, pogoni za czymś nieuchwytnym, jest to też rzecz silnie złączona z naturą. Powiem tak - wstańcie sobie kiedyś w spowity mgłą wrześniowy brzask i przespacerujcie się po lesie, mając tę płytę jako soundtrack. Tak najprościej to skumać.

Najlepszy utwór: "Sons of Wisdom, Master of Elements". Jeden z najlepszych riffów w dziejach, powiadam.

2003 - The Work Which Transforms God


Załóżmy, że jest jeszcze era bez jutubów, torrentów i takich tam. Ktoś posłuchał sobie dwóch powyższych albumów, po czym przychodzi do niego stary kumpel i mówi "ej, na bazarze zgarnąłem nowego cdka BaN, dawaj posłuchamy". Wkłada płytę do odtwarzacza, po tym ten pierwszy śmieje się, że ruskie zrobili kumpla w chuja i nagrali mu jakiś inny zespół. Sprawa jest generalnie taka, że w 2001 roku dokonała się sroga wolta stylistyczna, która zaowocowała wydaniem "The Mystical Beast of Rebellion". Płyta dla zespołu ważna, choć prawdziwa burza nastała dwa lata później. Otóż skończyło się hasanie po lesie, zbieranie szyszek i sławienie Odyna. Teraz budzisz się w psychiatryku. Zewsząd 4 ściany i kurewski mrok. W głowie kotłują ci się przerażające wizje, a w uszach masz rój os. Za drzwiami słyszysz obłąkane krzyki, jęki i niezrozumiałe pomruki. Do tego miewasz sny, w których znajdujesz się w opuszczonym, post-industrialnym zakładzie pracy, po nim zaś goni cię biomechaniczna kreatura zaprogramowana, by zabijać. Pomiędzy tym horrorem, na jawie, dostrzegasz jednak strzępy światła. Dostrzegasz Piękno i Boga pokazującego ci swe oblicze, upajasz się w tej krótkotrwałej dozie mistycyzmu. I taka właśnie jest ta płyta. Absolutnie genialne arcydzieło, doskonale operujące potężnym narzędziem - kontrastem. Rzecz potrafiąca mrozić krew w żyłach, a za chwilę wzruszać. A czysto instrumentalnie? Człowieku, co tu się odpier... to nie są riffy, to luźne plamy dźwiękowe odpowiadające umysłowi szaleńca, do tego wspomagane bębnami z potężnym pogłosem i nieludzkimi samplami(te z "Inner Mental Cage" naprawdę napawają zgrozą). W tle echa, chóry potępionych dusz, co jakiś czas charkot i rzyg z ust wokalisty, sam już się zastanawiasz, czy z tobą jest coś nie tak, czy z twórcą tej abominacji, czy takie coś mógł nagrać zdrowy psychicznie człowiek? "The Work Which Transforms God" to dzieło zimne, bezduszne, odhumanizowane, a jednocześnie cholernie natchnione i utrzymane w duchu religijnego uniesienia. Taką płytę nagrywasz raz w życiu, ot co.

Najlepszy utwór: kurwa... wszystkie. "The Choir of the Dead" dla tej schizofrenicznej części, "Our Blessed Frozen Cells" dla tej pięknej. Zwłaszcza ten drugi to po prostu nieopisane przeżycie.

Aha, czysto historycznie, jest to pozycja ważniejsza niż cokolwiek nagranego pod szyldem Deathspell Omega, aczkolwiek tu narażam się na gniew purystów :D

Część druga: KLIK