Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 listopada 2020

Recenzja INQUISITION - Black Mass for a Black Grave

 Recenzję świeżo wydanego albumu INQUISITION mógłbym w zasadzie skwitować, że poszli w tanie melodyjki, zatracili cały swój kosmogoniczny mistycyzm i w ogóle sprzedali swoje oblicze bóstwu hamburgerowego black metalu. Jedno z tych stwierdzeń byłoby niedopowiedzeniem, drugie - bzdurą, trzecie zaś sugerowałoby, że nie znam wystarczająco wcześniejszych materiałów zespołu. Sami zdecydujcie, co do czego przyporządkować.


Jedno jest pewne - odpalam "Black Mass for a Mass Grave" i od pierwszych sekund wybrzmiewa sztandarowy styl Inquisition. Jestem zwolennikiem tezy, że Dagon zdołał wypracować całkiem unikalny styl gry na wiośle i jakkolwiek może się on podobać lub nie - nie sposób odmówić mu charakteru. Druga sprawa jest taka, że bohaterowie dzisiejszego wpisu tak naprawdę zawsze grają to samo, tzn. rdzeń muzyki nie zmienia się diametralnie z płyty na płytę. Nie można tu wskazać jakiegoś "Pure Holocaust" i przyrównać do "Sons of Northern Darkness". Różnice polegają na rozłożeniu akcentów i uwypukleniu pewnych aspektów ich wizji black metalu. Tak więc "Invoking the Majestic Throne of Satan" jest chyba najbardziej klasycznym dziełem, któremu blisko do tradycyjnego dziedzictwa gatunkowego Norwegii, zaś "Obscure Verses for the Multiverse" flirtuje z dziwnymi, powykręcanymi melodiami, dla mnie wywołującymi np. skojarzenia ze sceną francuską. 

Każdy z poprzednich albumów cechowała jednakże typowa dla Inquisition dynamika, polegająca na balansowaniu pomiędzy wolnymi, płynącymi i snującymi się niczym mgła fragmentami melancholijnymi, średnimi tempami z charakterystycznym - nie boję się użyć tego słowa - groove'm, wreszcie - momentami, gdzie do głosu dochodzą blasty Incubusa, również grane na specyficzną modłę jednoczesnego uderzania werbla i hi-hata. To wyważenie i płynne lawirowanie między nastrojami sprawiało, że albumy te są niezwykle plastyczne i angażujące. Obawiam się, że w przypadku najnowszego albumu nastąpiło pewne zachwianie tych proporcji. W połączeniu z niespotykanym do tej pory stężeniem melodii i ogólnym "epickim" wydźwiękiem całości... cóż, rozumiem ludzi mających problem z przebrnięciem przez ten materiał.

"Spirit of the Black Star" to flagowy otwieracz, stricte w stylu Inquisition. Nie widzę powodu, dla którego utwór ten miałby komuś nie przypasować. Tu dominują szybkie i agresywne patenty, które - niestety - na dobrą sprawę powrócą jedynie w ostatnim "Beast of Creation and Master of Time", wyłączywszy naprawdę pojedyncze fragmenty innych utworów. Singlowy "Luciferian Rays" to z kolei znacznie bardziej luzacki utwór, dryfujący w akompaniamencie z deka nachalnej, acz w ostatecznym rozrachunku fajnej melodii składającej się na motyw przewodni. W środku pojawiają się takie morsko-żeglarskie motywy, ale nie szanty, tylko raczej odwzorowanie zadumy żeglarza patrzącego w spienione fale (i nie jest to tylko wywołana teledyskiem autosugestia; co do teledysku samego w sobie, odłóżmy go na bok...). Wbrew pozorom utwór ten nie jest reprezentatywny dla całości, bo owszem, cała późniejsza część albumu jest melodyjna, ale w inny sposób.

Jeżeli miałbym jakoś nakreślić ogólny wydźwięk tej płyty, to jest on taki lajtowy, niebiański, wyluzowany. Zdaje sobie sprawę, że w przypadku black metalu brzmi to mocno pejoratywnie, ale w jakiś sposób materiał ten broni się - nie wywołuje żenady i można go słuchać nie chowając się pod łóżkiem z obawy, że starsi koledzy usłyszą. Ogólne wibracje przywodzą mi nieco na myśl "Hallucinogen" Blut aus Nord - tam też jakby spuścili z tonu, zaprawili rockowymi riffami, a jednak nie było to rozmemłane. Kompletnie nie rozumiem głosów, że Inquisition zatraciło tożsamość - jest tu masa harmonii charakterystycznych dla trzech poprzednich albumów, a gdy przebić się przez domagające się atencji nonszalanckie melodie, solówki i barwne pejzaże, dostrzeżemy wcale niebanalne riffy Dagona, które oczywistością nigdy nie grzeszyły. Problematyczna jest jednak długość płyty w połączeniu z nadmiarem wolnych i średnich temp. Gdzieś tak w środku, w okolicach "Majesty of the Expanding Tomb", trochę zanika suspens.

Z elementów ewidentnie irytujących wymienić należy trącącą banałem (i, nie bójmy się tego powiedzieć - power metalem) galopadę w "Extinction of Darkness and Light", co prawda kontrastowaną dysharmonijnym zwolnieniem, ale jednak pozostawiającą pewien niesmak. Na szczęście kolejny utwór wykorzystuje swą motoryczność w znacznie bardziej angażujący sposób, nadaje też płycie żywiołu wyraźnym podkręceniem obrotów. Wyróżnić też muszę całkiem mroczny w porównaniu do reszty "Necromancy Through a Buried Cosmos" czy powodujący skojarzenia z monumentalnym doom/viking metalem rosyjskiego Scald "My Spirit Shall Join the Constellation of Stars". Ten drugi pięknie trzyma w napięciu pomimo 7-minutowego czasu trwania, w drugiej połowie subtelnie zwiększając obroty i atakując mieszanką chwytliwego riffu oraz fajnie zaaranżowanych wokali.

Do samych melodii nie mam zastrzeżeń. Są na poziomie, w pewien sposób nawet zmysłowe. Falują niczym wstęgi, na których zawieszone są latarnie i złote klucze pasujące do drzwi będących portalami do wyimaginowanych światów. Słuchacz kroczy sobie ścieżką z gwiezdnego pyłu, nieśpiesznie, mając czas na decyzję, który klucz jest dla niego najodpowiedniejszy. Gdzieś tam przebiegnie kot, a stwór z dziwną twarzą poczęstuje go mufinką, słodką, ale nie wywołującą odruchu wymiotnego nadmiarem lukru. Taka z lekka baśniowo-poduszkowa jest ta płyta, to fakt - kusi jednak jakąś tajemnicą, jak każdy materiał Inquisition. Wciąż kryją się za tym niezbadane uniwersa. 

Wyrzuciłbym bym więc ze dwa utwory, skondensował to jakoś, dodał więcej rzeźnickich temp. Jestem pewien, że wtedy "Black Mass for a Mass Grave" miałaby więcej zwolenników, wszak pod pozostałymi względami jest to Inquisition jak każde inne. Czy jest to najsłabszy album zespołu? Pewnie tak. Czy kiepski? W żadnym wypadku. Jest kilka wpadek, w ostateczności jednak - to dobry album, miejscami bardzo dobry. Panowie poszli w nieco innym kierunku, nie zatracając zarazem tego, co wypracowywali przez przeszło dwie dekady. Rezultat może zrażać purystów - i ja też nie będę wynosił tego albumu na ołtarze, bo zwyczajnie na to nie zasługuje, za to chętnie do niego wrócę raz na jakiś czas.


piątek, 18 września 2020

Recenzja PRECAMBRIAN - Tectonics

 Na początek krótki wykład o historii naszej Ziemi, poprzedzony moim niezwykle wnikliwym, 20-minutowym researchem. Prekambr uznawany jest za najdłuższy okres w dziejach tejże planety, trwający od jej powstania ponad 4,5 miliarda lat temu do mniej więcej 541 milionów lat temu. Można się domyślić, że działo się sporo. Ot, woda się skropliła i powstały oceany, zaczęły formować się kontynenty, w Ziemię uderzył obiekt wielkości Marsa, a powodowany tym odłam części skorupy stał się - według jednej z teorii - Księżycem. Pojawiły się pierwsze, jednokomórkowe formy życia, z czasem ewoluujące w coraz bardziej zaawansowane organizmy, pod koniec eonu przypominające już dzisiejsze zwierzęta - na co istnieją dowody w postaci skamielin. W międzyczasie następowały liczne zmiany klimatyczne, owocujące np. w kriogen - erę globalnego zlodowacenia. Wzmożona aktywność wulkaniczna prawdopodobnie skutkowała zjawiskiem tzw. zimy wulkanicznej, drastycznie obniżając temperaturę globu. Kilkaset milionów lat po zakończeniu prekambru, następuje największe masowe wymieranie w dziejach Ziemi, zwane wymieraniem permskim - potencjalne przyczyny nadal pozostają hipotezami. Doskonały grunt pod black metalowy album.

Wystarczy trochę wyobraźni, by uzmysłowić sobie skalę i rozmiar tamtych wydarzeń. Śmiem twierdzić, że stały za tym siły potężniejsze niż Szatan (no chyba że w wyobrażeniu metafizycznym), tak bardzo opiewany w tekstach hord parających się czarnym metalem. PRECAMBRIAN, na czele z weteranem sceny, niejakim R. Saenką - widocznie zainteresowanym historią nie tylko rodzimej Ukrainy - postanawia tym siłom hołdować, daleko wykraczając poza gatunkową strefę komfortu. 

A przynajmniej pod względem oprawy tematyczno-estetycznej, bo muzycznie jest na wskroś klasycznie i tradycyjnie. "Tectonics" to równo 30 minut - ni sekundy dłużej, ni krócej, za czym pewnie stoi jakaś geologiczna symbolika, choć równie dobrze mogą to być moje wyimaginowane domysły - esencjonalnego, wypranego z jakichkolwiek ozdobników black metalu na modłę jednego z poprzednich projektów Romana. Chciałoby się wręcz rzec: umarł Hate Forest, niech żyje Hate Forest! Jeżeli tak jak ja uważasz "Purity" za wykładnię black metalu w siedmiu hymnach riffem, możesz już przestać czytać tę recenzję i kupić debiut Precambrian w ciemno. To te same wibracje, równie starożytne i trącące potęgą znacznie wykraczającą poza jakiekolwiek dokonania człowieka.

"Archaebacteria" to zdecydowanie najbardziej bezkompromisowy i chamski wstęp, jaki ostatnio słyszałem. Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wrzucony zostałem w sam środek szalejącej zamieci, lawiny lodowych brył spadających mi na mordę, cios za ciosem. To wyrokujące dwie sekundy, decydujące kto przeżyje - doskonały odsiewacz wypudrowanych słuchaczy ładnego black metalu (nie mam nic do ładnego black metalu, sam czasem lubię posłuchać). Taki zresztą jest pełen album: brak zbędnych dodatków, klimatycznych interludiów, akordów granych na nieprzesterowanej gitarze. Jest pięć kompozycji opartych tylko (a przede wszystkim aż) na przeszywającej głębi black metalowego riffu, wielowarstwowego i patrzącego w czeluść będącą miejscem zamieszkania niepoznanych sił odległych eonów. Skrajnie nieludzkie i odrażające wokale - lawirujące między dwoma trybami, szorstkim i przywodzącym na myśl kąpiel w basenie zdobionym drutami kolczastymi, oraz brutalnym niczym pieśń zderzających się płyt tektonicznych - a także surowość perkusyjnych blach, zwracają na siebie uwagę, również z powodu wysokiego umieszczenia w miksie, ale to w tych przybrudzonych gitarach, jakby otulonych warstwą pokrywy lodowej, kryje się istota i sens "Tectonics".

Subtelne progresje nisko strojonych riffów, brzmiących złowieszczo i momentami kreujących (luźne) skojarzenia z opartym na tremolo death metalem - to drugi na płycie "Fossilization", obfity w charakterystyczny patent stanowiący jakby część wspólną materiału, będący elementem jej naturalnego cyklu: ustępująca na moment perkusja pozwala wybrzmieć głębokim, nienawistnym growlom, by za chwilę powrócić do ofensywy złożonej z kanonady blastów. W dużej mierze cały ten album stanowi nieprzerwaną nawałnicę, manifestację chaosu kaprysów natury znacznie potężniejszych i nieprzyjaznych człowiekowi, bardzo zaś satysfakcjonujące jest wyławianie z tej śnieżnej burzy poszczególnych patentów melodycznych, delikatnie zarysowanych gdzieś w tle i konsekwentnie powracających w poszczególnych utworach, przez co jawią się one jako spójne i przemyślane, nie będące jedynie zlepkiem (co prawda kapitalnych) riffów. Objawiają się też lata doświadczeń członków zespołu - doskonale wiedzą bowiem, który motyw pociągnąć i jak długo, by całkowicie zanurzyć słuchacza w kojąco repetytywnej atmosferze, gdy czas istotnie zdaje się być mierzony w milionach lat, stając się czymś w rodzaju abstrakcyjnego konceptu.

Zgrabnie poutykane melodie, gdzieś tam majaczące w oddali, nie stroszące się zbędnie i cierpliwie czekające na wyłowienie przez uważnego odbiorcę, wyraźniej rosną niczym piętrzące się lodowce w "Cryogenian", stanowiąc bardziej konwencjonalny fragment, bliski w motoryce do wspomnianego już Hate Forest i zawierający nawet szczątkową nutkę melancholii. Od tej pory album będzie balansował między tym podejściem, a niezmordowanie przypominającymi o swej obecności erupcjami wściekłości zmiatającymi wszelkie życie z powierzchni Ziemi, osiągającymi swe apogeum w finale usianego sztormem crashów "Volcanic Vinter". Utwór ten stanowi wizytówkę filozofii towarzyszącej debiutowi Precambrian - kompozycje zagęszczają się, osiągają swoje ekstremum i bezceremonialnie kończą się, bez zapowiedzi, początkowo wywołując konfudujące i ambiwalentne odczucia. Z czasem dostrzeżesz jednak, że właśnie wtedy powinny ustać. Zresztą pochwalić należy i ogólną długość materiału, stanowiącą niezaprzeczalny walor zachęcający do katowania przycisku replay przez następne 4 miliardy lat - a mimo że "Tectonics" za każdym razem jest takie samo, to posiada tę charakterystyczną cechę esencjonalnych albumów black metalowych: te miliony zazębiających się, nieuchwytnych warstw kryjących się gdzieś w oddali, mogących być penetrowanych w nieskończoność.

Delikatne urozmaicenie stanowi troszkę, ale to dosłownie troszeczkę, bardziej wyrafinowana perkusyjna zagrywka w ostatnim już utworze sławiącym kres całego niemal ówczesnego życia - ten wwiercający się w głowę, wygrywany na ride'ach rytm, w bardziej rozwiniętej formie uskuteczniany przez naszego rodzimego Darkside'a. W przeciwieństwie do jego macierzystego zespołu, muzyka nadal pozostaje surowa i nieokrzesana, zgrzytliwa i chropowata niczym na trójce Gorgoroth, tak więc bez obaw. "P-Tr. Extinction" swoim motywem przewodnim wywołuje skojarzenia z "The Immortal Ones", stanowiąc chyba najbardziej tradycyjny w wydźwięku black metalowy utwór na płycie, nieco bardziej okiełznany - będący jakby powrotem do naturalnego cyklu po kataklizmie. I tym akcentem urwę niniejszą recenzję (rozmiarowo - w przeciwieństwie do omawianego albumu - wymknęła się już bowiem spod kontroli), wzorem zawartych na "Tectonics" kompozycji: nie potrzebujących szczególnie wymyślnych kropek nad i, by porażać swą emocjonalną intensywnością.

wtorek, 15 września 2020

Recenzja BLACK CURSE - Endless Wound

 Zreflektowałem się, iż na mym blogu - koncentrującym się przecież przede wszystkim na spowitym czernią metalu śmierci bądź odwrotnie - nie ma jeszcze recenzji prawdopodobnie najgorętszego i najbardziej nośnego albumu z ekstremą w tym roku. Pragnę więc zatuszować tę drobną wpadkę, choć cała ta sytuacja ma również dobre strony - emocje związane z debiutem BLACK CURSE opadły, można więc podejść do tego materiału z pewną dozą zdrowej rezerwy, występującej w moich tekstach w ilościach raczej deficytowych (biorąc pod uwagę niezaprzeczalną dominację entuzjastycznych recenzji). Czy oznacza to, że pierwszy pełnoprawny krążek zespołu o składzie mogącym przywoływać skojarzenia niemal z supergrupą (Blood Incantation, Spectral Voice, Primitive Man, Vasaeleth - kurwa, biorąc pod uwagę CV nie dziwię się, że rzecz skupiła wokół siebie taką uwagę) jest przereklamowany, a zachwyty przesadzone? Zapraszam do dalszej lektury!

"Endless Wound" to 38 minut istnego konglomeratu niemal wszystkiego, co w ostatnich latach wydarzyło się w szeroko pojętym death/doom/black metalu, wszystkich tych gruzach, jaskiniach i kryptach - dobrze ci znanych, skoro czytasz ten tekst. Album ten łączy masywność, ciężar i nośność DM z chorobliwą aurą skąpanego w czerni doom metalu, będącego istnym sosem z fińskich grzybów podawanych pacjentom miejscowego psychiatryka na obiad. Pod tym względem całość przypomina unikatową atmosferę pełniaka Swallowed - który lat kilka temu także wywołał spore poruszenie w podziemiu - choć tam jednak panowie poszli nieco dalej, nie bojąc się spuścić wyhodowanej abominacji ze smyczy. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

"Charnel Rift" otwiera album z niemałym przytupem, sprzedając zarazem wszystkie jego najlepsze cechy w kompaktowym i wizytówkowym formacie - to taki death/black metalowy sales pitch. Jeśli ten utwór cię nie przekonał, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że pozostawienie krążka w odtwarzaczu (w celu zapewnienia kolejnym kompozycjom możliwości autoprezentacji) niczego już nie zmieni. Jakie składniki tworzą to danie? Na pewno świetna produkcja - zmasowana, z deka przybrudzona, lecz czytelna, pozwalająca zdekodować płynące fale dźwiękowe nawet względnym amatorom tej kuchni. Z kolei nasze podniebienie wyłechtane zostanie kalejdoskopem smaków - od zahaczającego o war metal gruzu, poprzez poprzedzone apetycznie rzężącym basem zwolnieniem mającym rodowód datujący wstecz do diSEMBOWELMENT, aż po rytmiczne, naznaczone piętnem starej szkoły riffowanie. Tak, to wszystko w pierwszym daniu, zdecydowanie najlepszym spośród całego menu, choć nie oznacza to, że reszta jest be. 

Inicjalne wrażenie jest takie, że panowie pobrali lekcje w nie byle jakich technikach gastronomicznych, a potrawę tę smażyli pod ścisłą kuratelą death/black metalowego master chefa. Przygotowali danie będące ucztą dla stałych klientów, którzy nie przybyli w celu redefiniowania swego kulinarnego gustu, tylko by wpierdolić rasowego schaboszczaka. Jak już wspominałem, debiut Black Curse składa się z dobrze znanych i przemaglowanych patentów, choć puzzle te zostały ułożone w układankę iście po mistrzowsku i z zegarmistrzowską precyzją. Powiem więcej, wracając jednocześnie do kucharskiego porównania - talerz został mi podany przez seksowną kelnerkę, która nie tylko nienachalnie upewniła się, czy mi smakuje, a jeszcze po wszystkim zaproponowała drinka w promocyjnej cenie. Jest po prostu pięknie. Mój delikatny dyskomfort polega jedynie na tym, że lubię czasem pobrudzić sobie ręce, pofatygować się i przygotować posiłek samemu - wszak satysfakcja z jedzenia bywa wtedy znacznie większa. Tu zaś dostaję wszystko podane na tacy, o najwyższych walorach smakowych, bez większych zaskoczeń. Z drugiej strony, czy naprawdę oczekiwałem przekroczenia Rubikonu?

Słuchając "Endless Wound" mam nieustanne wrażenie towarzyszącego mi choróbska, przejawiającego się pod postacią kakofonicznych, jazgotliwych strzępach solówek, przywodzących na myśl zły narkotykowy zjazd przeprowadzonych przez krzywe zwierciadło "melodii" - w świetnym finale "Enrupted by Decay" jakby rodem wyjętych z pełniaka Spectral Voice - oraz absolutnie fenomenalnych wokali, srogo wykolejonych i mających znamiona zwyrodniałego obłędu. Te szaleńcze wrzaski, w większości przynależące raczej do domeny black metalu, fragmentami przechodzące w ultra-niski grobowy wyziew ("Crowned in (Floral) Vice"), innym razem w przeszywające, trącące grozą szepty (niedalekie od debiutu Beherit), istne recytacje wersów Necronomiconu, wreszcie osiągające apogeum w końcówce "Seared Eyes", gdzie struny głosowe pana o ksywce Gravetorn przytłaczane są przez zaciskającą się na jego szyi pętlę, nadal wydając dźwięki - to absolutnie najlepszy punkt albumu, stanowiący jego niezaprzeczalny wyróżnik i pierwiastek nakazujący mi przymykać oko na wtórność pozostałych elementów składowych omawianego dzieła. Na pewno nie można przejść obok tych wokali obojętnie, są one antytezą monotonii i zlewającego się z instrumentami bulgotu, koniec końców - jednymi z pierwszorzędnych, jeśli o ekstremalnym metalu ostatniej dekady mówimy. 

Wyłączając jednak ten aspekt muzyki, reszta jawi się jako nieco bezpieczna, momentami przewidywalna i szepcąca do twego uszka: "hej, już to gdzieś słyszałeś, hihi!". Może to grozić po prostu szybkim zmęczeniem materiału, zwłaszcza że chwytliwych i zapadających w pamięć od pierwszego odsłuchu fragmentów tu nie brakuje. Debiut Black Curse jest jakby idealnie, co do centymetra, skrojony pod gusta człowieka od lat włóczącego się po meandrach gruzu, szeroko pojętego death/black metalu, fińskiego doomu i war metalu razem wziętych. Jeśli jednak przestać się nad tym zastanawiać oraz założyć filtr nie przepuszczający jakichkolwiek oczekiwań w związku z byciem zaskoczonym - "Endless Wound" słucha się niezmiernie przyjemnie. To naprawdę dobrze skonstruowany materiał, robiący wrażenie zarówno pod kątem stylistycznym, jak i kompozycyjnym. Misternie upleciony utwór tytułowy stopniowo gęstnieje i nabiera chorobliwej flegmy, przechodzi w duszny mostek na filarach rytualnego bębnienia, by w końcu uwolnić budowane napięcie mięsiście i nonszalancko szarpanym riffem, przypieczętowanym perkusyjną kanonadą. Tego typu satysfakcjonujących konkluzji jest na omawianej płycie multum.

Finałowa kompozycja, adekwatnie zresztą zatytułowana, w pierwszej połowie zaciekła i intensywna, ze świetnym motywem gitarowym akcentowanym przez fanatyczne nabicia na crashach (w ogóle zestaw perkusyjny jest tu barbarzyńsko dewastowany) przerwanym przez będący przełamaniem konwencji rytmiczny wtręt - przywołujący skojarzenie z pierwszym utworem - w końcówce przeradza się w hipnotyczny, zapętlony riff okraszony narastającym jazgotem w tle (co w kontekście płyty jest oczywiście komplementem). Epilog ten jawi się jako dość stonowany w zestawieniu z całą resztą, z drugiej strony całkiem dobitny i wyczerpujący. Dobre zakończenie zwięzłego albumu, następujące właśnie w momencie, w którym należy postawić kropkę nad i. Recenzję tę skwitowałbym następująco: chciałbym, aby tak brzmiał ostatni, nieco mnie rozczarowujący Teitanblood. W ostatecznym rozrachunku debiut Black Curse, choć konwencjonalny i wyrachowany w swoim szaleństwie, jest świetnym albumem, który na pewno zapisze się w historii gatunkowego podziemia (umownego, bo wtórujący mu rozgłos daleko poza podziemie wykroczył). I jakkolwiek masochistycznie to brzmi: chciałbym bowiem się z "Endless Wound" bardziej pomęczyć w celu późniejszego zdublowania towarzyszącej odsłuchowi satysfakcji, bardzo mi się ten album podoba.

piątek, 14 sierpnia 2020

Recenzja SPIRIT POSSESSION - Spirit Possession

Jeżeli regularnie zatracałeś się w podróżach do dziewiątego kręgu piekieł, ale od czasu zawieszenia działalności przez wysłanników diabła na Ziemi (panów z niemieckiego Katharsis) nie jesteś już tam mile widziany, mam dla ciebie dobrą wiadomość. Wraz z debiutem amerykańskiego SPIRIT POSSESSION wrota pandemonium znów są otwarte, a rzesze wyznawców czekają na ponowne opętanie. Jeśli do tego uważasz, że mariaż ducha pierwszej fali black metalu z współczesnymi walorami kompozycyjnymi - wzorem Funereal Presence - to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ostatnimi czasy spotkała infernalną operę Lucyfera, to możesz już podpisywać cyrograf.


Celowo posługuję się mogącymi brzmieć śmiesznie i niedorzecznie dla osób spoza środowiska kliszami, bo o ile nie wątpię w autentyczność składającego się na bohaterów wpisu duetu - bo takiej muzyki nie można tworzyć, nie mając choćby szczątkowych koneksji z Szatanem - to panowie balansują na granicy komiksowej estetyki gatunku (w pozytywnym tego słowa znaczeniu; w końcu metal to od zawsze mniej lub bardziej zabawa konwencją, próba obrazowego przedstawienia pewnych, nieraz bluźnierczych idei), na co składa się zarówno doskonale oddająca zawartość muzyczną okładka, spora doza tradycyjnego, skąpanego w black/thrash metalowym sosie riffowania oraz solidna dawka kultowego "ugh!" i przepuszczonego przez krzywe zwierciadło "hey!". Słowem - stara szkoła kipi i wylewa się z tego obfitego w potępione dusze kotła. Wiedźmy tańczą na sabacie, a ich zwierzchnik zapewnia im z tego tytułu dobrą zabawę - w końcu kto powiedział, że gloryfikacja Pana musi być śmiertelnie nudna i nieustannie poważna?

Siedem kompozycji składających się na 35 minut muzyki urzekło mnie już samymi tytułami. "Deity of Knives and Pointed Apparitions", "Eleven Mouths" czy mój ulubieniec "Amongst Inverted Castles and Holy Laughter" - same nazwy wywołują już nie do końca zdrową dozę fascynacji, poczucie obcowania z groteskowym, nie dającym się objąć rozumiem zdeformowanym bytem, a na pewno już upewniają mnie w twierdzeniu, że mamy tu do czynienia z manifestacją powykręcanego we wszystkie strony - niczym kończyny osobnika poddawanego egzorcyzmom - koszmaru w postaci dźwiękowej. Liczne z zawartych tu gitarowych patentów brzmią, jakby dla muzyków sufit był podłogą, a ściany pokoju składały się z popękanych luster, od których nieustannie odbijają się przybierające postać zjaw fale dźwiękowe, razem przeobrażających się w demoniczną aberrację. Ten strumień negatywnej energii panowie A. i S. są jednak w stanie ujarzmić i skoncentrować w spójny, tradycyjnie blackmetalowy atak, a wirujące niczym w malstromie duchy skierować w konkretnym kierunku, by opętywały kolejnych i kolejnych potencjalnych kultystów.

Charakterystyczna atmosfera hymnicznej i majestatycznej podróży po 30 latach historii black metalu, którą tak zgrabnie kreuje p. Bestial Devotion (Negative Plane, wspomniane już Funereal Presence) jest tu wyczuwalna, choć całość ma inny wydźwięk - nie epickiej eskapady, a raczej zabłoconego i obdartego z jakiejkolwiek szlachetności zejścia w sam głąb hadesu. Towarzyszące temu wizje nie są jednak szare i jednowymiarowe, a obfite w feerię barw i spotkań. Wyrzygiwane z morderczą konsekwencją, zwielokrotnione wokale, momentami brzmiące jak jęki upadłych aniołów z frontu "Hell Awaits", wiązki mefistofelicznych, krótkich solówek - o ile można tak je nazwać - brzmiących jak błyskawiczny szturm wypuszczonych z magicznego pudełka upiorów i "kołyszące się" melodie, którym daleko do kanonu piękna - to chleb powszechni omawianego albumu. Inspirowane teutońską szkołą grania metalu riffy nieustannie zachęcają do rytmicznego kiwania głową, a jednak nigdy nie popadają w banał festiwalowego koncertu dla przeciętnego bywalca Oktoberfestu.

Spirit Possession czerpie garściami z czynników składających się na esencję metalu lat 80 i dodaje do tego coś, co wykiełkowało dopiero lata później - ortodoksyjne, zakrawające na religijny fanatyzm podejście do hołdowania Diabłu, w którym miejsca na zabawę już raczej nie ma. Przedostatni na płycie "Swallowing Throne" doskonale oddaje to podejście: fuzja inspirowanego Hellhammer/Celtic Frost napierdalania na tle nadających prędkości salw podwójnej stopy z maniakalnym, dewocyjnym wręcz podejściu Katharsis, transformującym black metal w stronę prawdziwie niebezpiecznego zjawiska. Aurę szaleństwa potęgują wszelkie wokalne czy gitarowe wstawki, kilkusekundowe wtręty, podsycające ogień piekielny falsety, nawiedzone przejawy spuszczenia Bestii z łańcucha. Ani na moment jednak słuchacz nie zostaje wciągnięty w bańkę jałowego mielenia dysonansów czy zbytecznego przeciągania struny. Utwory trzymane są w ryzach i nigdy nie oddalają się od rdzenia tejże muzyki; trwają tyle, ile mają trwać, by nieustannie i skutecznie zatruwać twój umysł. Skupiają się tylko na tym, w taki sposób, abyś po zakończeniu satanistycznego seansu wcisnął przycisk "repeat".

Płyta ta być może nie zrewolucjonizuje oblicza metalu, wypełni jednak część niszy, która nadal nie jest zbyt regularnie eksploatowana. Debiut Spirit Possession to opętane dziecko bezwzględnej, wczesnej Aury Noir, sypiącej z rękawa mięsistymi black/thrashowymi riffami oraz zelotów z Katharsis, momentami niańczone przez piewcę okultystycznych tradycji z Funereal Presence. Dziecko to nie jest rozwydrzonym bachorem, nie wiedzącym czego chce, a bezwzględną maszyną przeznaczoną do szerzenia chaosu i niczego więcej. Sama treść, bez zbędnych ozdobników czy mostków prowadzących do niezbyt satysfakcjonujących konkluzji. Recenzowany dziś debiut uświadamia mi, jak bardzo chciałbym, by takiego grania było więcej. Hails!

sobota, 25 lipca 2020

HATE FOREST - Purity, czyli wykładnia black metalu w siedmiu hymnach riffem

Istnieją pewne albumy, będące po prostu destylatem pewnej myśli przewodniej. Czystym, nieskażonym jakimkolwiek zbędnym pierwiastkiem ekstraktem. Gdy mówimy o black metalu, z łatwością da się wskazać kilka oczywistych przykładów - jeśli czytasz tego bloga to z dużą dozą prawdopodobieństwa wiesz, o jakich wydawnictwach mowa. Ze stanowczą pewnością siebie stwierdzam, że "Purity" ukraińskiego HATE FOREST to materiał w pełni zasługujący na miano wykładni black metalu, choć nie tak ikoniczny - po prostu wyszedł zbyt późno. Gdyby pojawił się w 1996, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.


Hate Forest może być kojarzony jako "poboczny projekt kolesi z Drudkh", choć w rzeczywistości powstał znacznie wcześniej. Dla mnie zespół ten to przede wszystkim dwie płyty, obie wydane w 2003 - omawiane dzisiaj "Purity" oraz o znacznie odmiennym charakterze, acz nadal co najmniej bardzo dobre "Battlefields", czyli zabarwione militarystycznymi akcentami, dość unikatowe spojrzenie na black metal - być może i o tej płycie pojawi się w przyszłości tekst. Oba te materiały cechuje pewna doza odhumanizowanej atmosfery oraz przeszywająca do szpiku kości dosadność przekazu i efektywność w sugestywnym przedstawieniu pewnych obrazów. Tak jak w przypadku "Battlefields" mamy wizję opuszczających dom rodzinny mężczyzn wyruszających na wojnę i walkę o wyznawane wartości, zarazem opłakiwanych przez zatęsknione żony i matki, tak "Purity" stanowi manifestację szarości, martwej natury, pustynnienia wszelkich aspektów życia, ale także przezwyciężenia śmierci. Zarazem tytuły obu tych płyt są niesamowicie trafne i precyzyjnie opisujące zawartość muzyczną. "Purity" to istotnie czysty, okrojony do samej esencji, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników BLACK METAL.

Składający się z siedmiu utworów (z czego ostatni "Cromlech" stanowi instrumentalne outro) album ten stanowi dobitny dowód, że nieziemski klimat da się stworzyć, używając w zasadzie jedynie gitar. Głębia każdego występującego na "Purity" riffu jest wręcz porażająca - to ten rodzaj strumienia negatywnej energii, przywodzący na myśl dziesiątki splecionych ze sobą gitarowych warstw tańczących w chaotycznym rytmie, składających się na sharmonizowany ideał. Słuchając takiego "Domination" czy "Elder Race" można wręcz zatopić się w tych dźwiękach: kryje się w nich coś nieprzeniknionego i pochłaniającego niczym czarna dziura, od której nie ma ucieczki. A przecież czysto aranżacyjnie nie ma tu jakichkolwiek fajerwerków. Ot, zaprogramowany na prostolinijne stukanie rytmów automat perkusyjny, swą mechaniczną bezdusznością uwydatniający tę uschniętą krainę będącą tematem albumu. Akcentujący riffy, wyraźnie zaznaczony w miksie klekoczący bas. Bestialskie, odhumanizowane growle tworzące wrażenie siły, której nie sposób się nie podporządkować - chciałoby się częściej słyszeć tak dobre wokale w black metalu. To wszystko stanowi jednak jedynie (i aż) dopełnienie doskonałych partii gitar.

Na całą tę destrukcyjną otoczkę przypada kilka fragmentów bardziej klimatycznych i nastrojem będących jakoby zapowiedzią tego, co już niedługo będzie grane pod szyldem Drudkh. Druga połowa "The Gates" to chyba najlepszy moment na płycie i motyw, który zostaje w głowie praktycznie od pierwszego odsłuchu. W ogóle uważam, że proporcje między namiętnie tremolowanymi riffami na tle blastów, a fragmentami wolniejszymi, przesyconymi typową dla atmospheric black metalu melancholią są wręcz idealnie wyważone. "Purity" to album z fenomenalną dynamiką i rozłożeniem poszczególnych kompozycji. Dwa pierwsze utwory nakreślają, z czym to się je; następnie mamy 11-minutowe, rozbudowane kolosy z wyraźniejszymi melodiami, przetykane rzeźnickim, króciutkim w porównaniu z resztą "Megaliths". Finałowy "Desert of Ice" zaś to utrzymany w tradycyjnym duchu utwór (norweskie wiatry dotarły na Ukrainę; szczególne wyraźne są echa Immortal), łączący oba te podejścia i będący najbliżej gatunkowych standardów. Nie ma tu słabszego numeru. To album monolit, przeznaczony do słuchania w całości - zresztą dzięki wymienionym czynnikom czas mija przy nim tak szybko, że obcowanie z jednym utworem natychmiast powoduje kaskadę i przykucie do fotela, aż wybrzmią końcowe nuty pogrzebowo brzmiącego "Cromlech". Ponadto główne kompozycje spięte są tajemniczo brzmiącym ambientem, przez co tworzą wrażenie nierozrywalnej całości w jeszcze większym stopniu.

"Purity" to sztandarowy album hołdujący minimalizmowi i wymowny w swojej prostocie. To album bezkresny, studnia bez dna, z której można czerpać garściami. Utwory te są na tyle nieskomplikowane, że da się je poznać na wylot po kilku zaledwie odsłuchach, a jednak i za -nastym razem przeszywają cię niczym rentgen i są jak niekończąca się czeluść bez horyzontu. Każdy obrót tego albumu w odtwarzaczu to zupełne oderwanie od rzeczywistości, do której potem ciężko powrócić. To materiał nieskalany, będący otchłanią od której nie możesz oderwać wzroku. Raz spojrzysz, a ona będzie patrzeć na ciebie. A co jest w tym wszystkim najlepsze, nadchodzący LP Precambrian (w składzie którego znajduje się większość obecnego składu Drudkh) zdaje się kontynuować obraną przed laty ścieżkę, tym razem w klimacie zderzających się ze sobą płyt tektonicznych i erupcji potężnych wulkanów - i jako wprowadzenie polecam sobie zapodać omawiany dziś album, choćby w ramach przypomnienia. Stawiam w jednym rzędzie z "Under a Funeral Moon", a to chyba wystarczająco dobra rekomendacja.

wtorek, 14 lipca 2020

Recenzja LJOSAZABOJSTWA - Głoryja Śmierci

Białoruś nie jest szczególnie znaczącym ani rozpoznawalnym krajem, jeśli chodzi o scenę metalową. Przy okazji przygotowań do tej recenzji trafiłem na wywiad z LJOSAZABOJSTWA - bohaterami dzisiejszego wpisu - gdzie padło kilka wartych zanotowania rekomendacji, wcześniej jednak nie słyszałem o żadnym z wymienionych zespołów. Twórcy "Głoryji Śmierci" mają chyba na dzień dzisiejszy największy potencjał, by przykuć uwagę międzynarodowej publiczności do białoruskiego metalu - zresztą już demem "Starażytnaje Licha" oraz świetną EPką "Sychodzannie" wbili sporej wielkości pinezkę na tablicy gatunkowego podziemia. Duża w tym zasługa trafienia pod skrzydła naszego rodzimego Hellthrashera, który zadbał o odpowiednią promocję, ale materiały te same w sobie wyróżniały się przede wszystkim fenomenalnym, upiornym, prymitywnym klimatem opuszczonej białoruskiej wsi, gdzie po przypadkowym wejściu do piwnicy wita cię przeżarta larwami martwa twarz, a odór stęchlizny jest nie do zniesienia. Operując zaś w terminach już czysto muzycznych: jeśli tęsknisz za czasami, gdy ciężko ustalić było granicę między thrash, death, doom czy black metalem - bo wszystko to składało się po prostu na metal ekstremalny - to bez obaw, bo na omawianym dziś pełnoprawnym albumie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Ljosazabojstwa to zespół cudownie archaiczny, gloryfikujący nie tylko Śmierć, ale i ducha lat 80, gdzie nie istniały jeszcze wyraźne podziały, najważniejszy zaś był sugestywny klimat i autentyczne brzmienie.


"Głoryja Śmierci" nie zawiera może sampli czy nie-metalowych wstawek, jak to bywało na poprzednich materiałach LSZB, tworzy jednak równie immersyjną atmosferę i to w sposób najbardziej mnie przekonujący - używając standardowego, gatunkowego instrumentarium. Muzyka Białorusinów oparta jest na nieskomplikowanych patentach i death/black metalowym rdzeniu, a wciąż nadal szczególnie wyraźna jest tu ta cmentarna aura, spowite mgłą bagno, smród trujących oparów śmierci i stare baby-topielice wyciągające ku tobie swe zasuszone, ohydne dłonie. Trwające przeważnie około 9 minut utwory to nie żadne progresywne suity, a całkiem proste kompozycje oparte na kilku dominujących motywach. Mimo że pozornie taka długość nie idzie w parze z pierwotnym napierdalaniem, to w żadnym wypadku nie można tu mówić o sztucznym rozciąganiu. Panowie z LSZB nieustannie dbają, by słuchacz się nie nudził, zwinnie przeskakując między powolnymi, opartymi na posępnych, zgniłych, doomowych melodiach fragmentami, a podpartymi blastami i nisko zestrojonymi gitarami momentami bezkompromisowej black/death metalowej jazdy. Nie boją się też przełamywać konwencji i wplatać w to wszystko rytmicznych, inspirowanych thrashem breakdownów. Sposób, w jaki operują zmianami tempa, nadaje muzyce znacznej świeżości i nieprzewidywalności, dzięki czemu nie sposób nudzić się ani na sekundę. 

Duże wrażenie robią właśnie te przeszywające zgrozą zwolnienia, gdzie prym wiodą zapleśniałe gitarowe dysonanse, a w tle wybrzmiewają mrożące krew w żyłach dźwięki organów. Atmosfera śmierci staje się zaiste namacalna - to naprawdę są hymny rozkładu. "Głoryja Śmierci" nie jest jednak albumem szczególnie przytłaczającym, którego nie sposób słuchać inaczej niż o trzeciej w nocy na słuchawkach. Przeciwnie - jest tu sporo chwytliwego riffowania, nakazujących poruszać łbem d-beatowych rytmów czy przykuwających ucho, niebanalnych solówek ("Imia mnie - Lehijon"). Ponownie zwrócę uwagę na świetne wyczucie w kwestii odmiennych nastrojów w obrębie jednego utworu - nie ma nic lepszego, gdy po takim przygnębiającym zmniejszeniu obrotów chłopaki wyskoczą z niespodziewanym wybuchem death/thrashowej ofensywy z wirującym solo na czele. Dowód tego zręcznego lawirowania znajdziesz już na otwierającym płytę "Pachawalnyja śpiewy" - mogę się pokusić, że utwór ten to LSZB w pigułce, choć pozostałe w żadnym wypadku od niego nie odstają. Numer ten potwierdza także spore zamiłowanie do europejskiej szkoły DM - charakterystyczna szwedzka motoryka, podlana fińskimi melodiami i brytyjskim ciężarem rodem z Bolt Thrower aż wylewa się z tego numeru. Te skojarzenia zresztą przewijać się będą i w kolejnych.

Ogromnym atutem debiutu Białorusinów jest opętany, momentami psychopatyczny wręcz wokal, nadający muzyce horrendalny charakter. Co najlepsze, liryki rzygane są w ojczystym języku - ma się wrażenie, że przemawia ożywiony i wyjęty z grobu dawny kaznodzieja, w jednej ręce trzymający maczetę, w drugiej rozpadającą się księgę z ludowymi inskrypcjami i czarami, wylewający w twoim kierunku najgorsze plugastwa i trucicielskie inkantacje. Zresztą pod względem wykonawczym wszyscy spisali się na medal. Cieszy szczególnie całkiem niebanalna perkusja - podziały rytmiczne robią wrażenie ("Zniscany boh"), intryguje urozmaicona gra na talerzach, uwagę przykuwa zagęszczenie przejść, wszystko to jednak z umiarem i gotowe ustąpić atawistycznemu, topornemu wybijaniu prostolinijnych rytmów, by podkreślić wylewającą się gitarową smołę na modłę Archgoat. Jeśli chodzi o realizację to jest bezbłędnie - profesjonalnie, a zarazem z wyczuciem pozwalającym zachować wspomnianą już specyfikę lat, gdy w kotle ekstremalnego metalu srogo buzowało. Chropowate gitary z dużą ilością dołu w brzmieniu, mięsisty, ponury bas i surowe, barbarzyńskie bębny - doskonale współgra to z przyjętą przez zespół konwencją. Wszak Śmierć nie lubi być przedstawiana w lateksowych spodniach i kolorowej czapeczce, prawda?

Pierwszy duży album Ljosazabojstwa potwierdza, że nie zaprzepaścili oni swego unikalnego, wypracowanego na poprzednich materiałach stylu, a jedynie zamierzają rozwijać się i szlifować kompozycyjnie - wszystko to nadal z jedną nogą w krypcie, a drugą w zielonym, morowym jeziorze. Grać anachronicznie i obskurnie to jedno, ale tworzyć w obrębie tego zasyfionego nastroju dobre i rozpoznawalne utwory i jeszcze przemycać lokalną atmosferę miejsc dawno opuszczonych przez Boga, to już znaczne osiągnięcie. Białorusinom ta sztuka jak na razie udaje się bezbłędnie. Liczę, że na następnym swoim wydawnictwie utrzymają formę i zaserwują kolejną dawkę starożytnych wyziewów, kompletnie nie przystających do epoki. 

piątek, 3 lipca 2020

CRAFT - zwyczajne hołdowanie Darkthone? Znacznie więcej!

Szwedzki CRAFT to wbrew pozorom jedno z ciekawszych zjawisk na ogólnie pojętej scenie black metalowej. Powstały w 1994 zespół, do 1998 znany jako Nocta, na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym, a pierwsze dwa albumy - z okładkami utrzymanymi w czarno-białej, minimalistycznej stylistyce przywodzącymi na myśl Darkthrone - w dużej mierze przyczyniły się do powszechnych porównań do hordy Nocturno Culto i Fenriza. Faktem jest, że wpływ Norwegów na muzykę Craft jest nieoceniony i bez Darkthrone zespół ten - jak i wiele innych zresztą - wiele by nie zawojował. Ale wystarczą choćby i dwa uważne obroty dyskografii Szwedów w odtwarzaczu, by przekonać się, że jest to cholernie niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju zespół. Mimo grania dość prymitywnej formy black metalu.


Lubię opisywać muzykę Craft w następujący sposób: surowość Darkthrone, przebojowość i "rock and rollowy" sznyt późniejszego Satyricon oraz domieszka apokaliptycznego klimatu zagłady, gdzie ludzkość zatraca się w swoim nihilizmie. Myślę, że te trzy cechy dość dobrze oddają, czego można się spodziewać, załączając takie "Terror Propaganda" czy '"Fuck the Universe". Cholera, ten wpis powinien pojawić się na blogu już dawno - wszak od samego początku okładka trójki zdobi tło czytanych przez Was recenzji. Swoją drogą to jeden z najfajniejszych - i najbardziej ESENCJONALNIE METALOWYCH - tytułów płyt, jakie słyszałem. Jak powszechnie wiadomo, black metal to nie rurki z kremem, a krucjata przeciwko całemu Wszechświatu jest najbardziej szczerą i prawdziwą rzeczą jaką możesz zrobić, jeśli chcesz grać muzykę ku chwale Rogatego. Bez heheszków.

Przechodząc jednak do kwestii ważniejszych, to wypracowany przez Craft styl jest w zasadzie nie do podrobienia. To niezła sztuka, ponownie zważywszy na grany przez panów gatunek muzyki - bo przecież ciężko o innowacje czy rewolucje w surowym black metalu na modłę Darkthrone. A jednak już od debiutanckiego "Total Soul Rape" w dźwiękach tych pojawia się pierwiastek indywidualizmu w postaci pojawiających się tu i ówdzie nie tyle awangardowych, ale niekonwencjonalnych patentów. Przede wszystkim wyróżnia się jednak zdolność tych gości do pisania charakterystycznych i zapadających w pamięć utworów, a duża w tym zasługa operowania w zróżnicowanych tempach i zrzucenie ciężaru na świetne riffy pchające te kompozycje do przodu. Powiem wprost - dla mnie Craft wprost eksploduje genialnymi riffami i pod tym względem jest to absolutna czołówka gatunku. Do tego wyczucie groove'u i operowanie rytmiką sprawia, że w wielu momentach głowa zwyczajnie sama chodzi. Przejścia z granych w tremolo typowo black metalowych riffów w rytmiczne, celticfrostowe patenty sprawia, że utwory te znacznie zyskują na wydźwięku i sile rażenia. Wszak nie ma to jak dojebać do pieca klasycznie metalowym riffem na sam koniec utworu, prawda?


Wiadomo jednak, że black metal niekoniecznie samym riffem stoi. Pod względem atmosfery również jest kapitalnie. Dominuje mizantropia, nienawiść, nihilizm i wylewająca się zewsząd czerń. Wciągająca niczym wir otchłań, w której można się prawdziwie zatracić. A jednocześnie są to mega chwytliwe kompozycje - z betoniarką w nieustannym rytmie blastów i gitar, których trzeba się domyślać, nie mamy tu do czynienia. Każdy album rozkłada akcenty w nieco innych proporcjach, cały czas jest to ten sam Craft, a jednak za każdym razem nieco inny. Czy to najbardziej pierwotny i nieokrzesany debiut, czy nieco bardziej techniczny i "kombinujący" album z 2018r. - to nadal ten sam zespół, z niepowtarzalnym Noxem na wokalu, charczącym obrzydliwie, a jednocześnie tak, że można zrozumieć większość słów i bez bookletu w łapie. To nadal połączenie chaotycznego i destrukcyjnego grania z domieszką black and rolla. To nadal patenty jadące momentami pod death metal, a innym razem sprzężenia i gitarowy syf przypominający raczej projekty industrialne. Słowem: masa ciekawej muzyki. Dlatego też bliżej przyjrzymy się każdemu z albumów - wszystkie oczywiście warto mieć na półce. Jedziemy!

2000 - Total Soul Rape

Z debiutem Craft jest tak, jak z większością debiutów. Nie dziwota, że jest to materiał, któremu najbliżej do "zwyczajnego hołdowania Darkthrone", choć ogromnym niedomówieniem i krzywdą byłoby sprowadzenie tego albumu do takowej łatki. Jak to z debiutami bywa, jest to najbardziej surowa i prymitywna rzecz tego zespołu. Otwierający całość nieludzki i opętańczy wrzask to jedna z bardziej kultowych rzeczy w black metalu - tak należy, kurwa mać, rozpoczynać albumy! Chaotycznego piłowania pod "Transilvanian Hunger" jest tu trochę, ale ogólnie rzecz biorąc już w pierwszym utworze mamy do czynienia z dynamicznymi zmianami tempa i tak będzie także w pozostałych kompozycjach. Kilka fragmentów rzeczywiście wyjętych jest dosłownie z "Kathaarian Life Code", a na perkusji gościnnie zagrał chyba Fenriz. Ale to dobrze, bo tego srogiego ride'a i nadającej dynamiki stopy nigdy za wiele. Całość przepełniona jest kurewską mizantropią i nienawistnymi wokalami Noxa, wspomaganego gościnnymi wrzaskami Bjorna Pettersona. Doskonale ten ordynarny charkot uzupełnia się z maniakalnymi wrzaskami. Sporo tu też gitarowych zagrywek niekoniecznie typowych dla raw black metalu - momentami jęczące pociągnięcia za struny przypominają Godflesh czy Neurosis. Także sprawa jest taka, że niby typowy black metal, a jednak sporo tu smaczków i wyróżników. Już na tej płycie krystalizuje się charakterystyczny styl Craft, który w pełni dojrzeje i wyłoni się na następczyni. Chociaż poziom kompozycji bywa momentami nierówny, to i tak jest to co najmniej bardzo dobra rzecz, a już na pewno wyróżnia się w zalewie "szajsu z czarnymi okładkami".



Najlepsze utwory: Death to Planet Earth (jebać planetę Ziemię!!!), Ultimate Satan (wolniejszy i bardziej niekonwencjonalny numer) i tytułowy - to prawdziwy banger, jakich później wiele pojawi się w dyskografii Craft.

2002 - Terror Propaganda

Najlepszy Craft? Bardzo możliwe, a na pewno najbardziej esencjonalny i podsumowujący, o co biega w tym zespole. Stylistycznie jest to jakby siostrzane odbicie poprzedniczki - zarówno muzycznie, jak i estetycznie. Jednocześnie widać spory progres w sferze kompozycyjnej. Otwierający całość "Ablaze" zwinnie tańczy pomiędzy melodyjną surowizną a'la TH, a bardziej bezpośrednimi fragmentami prosto w ryj. Zwraca na siebie uwagę także brzmienie - dość czyste i selektywne jak na ten gatunek muzyki, co jednak ani trochę nie przeszkadza w jej odbiorze. Wręcz przeciwnie, pewna doza wyrafiniowania i kompozytorskiej dojrzałości idzie w parze z profesjonalną produkcją. Najważniejsze, że w warstwie gitarowej zachował się syf i brud, a bębny nadają niezbędnej mocy i pchają ten wózek do przodu. "Terror Propaganda" to bardzo równy album, a wyłączając nieco bardziej bezpośredni i oparty na dwóch motywach "N.D.P", obfity w charakterystyczne i rozpoznawalne kompozycje. Tu wszystko się zgadza, włącznie z długością materiału. "Hidden Under the Skin" to kwintesencja tego, o czym mówiłem w początkowych paragrafach - perfekcyjny balans między transowym napierdolem, a grubo ciosanym, tradycyjnie metalowym riffem. Genialną robotę robi tu mocarnie brzmiąca perkusja, oszczędna i bliższa ascetyzmu aniżeli nie wiadomo jakiego kombinowania, ale za to doskonale podkreślająca potęgę powracającego motywu przewodniego. Za to w następującym chwilę później "False Orders Begone" mamy nic innego, jak ekipę Toma G. Warriora. Także ponownie - niby nic innowacyjnego, a jednak sposób wymieszania składników w tym kotle i doskonałe wyważnie proporcji robi wrażenie i sprawia, że do tego albumu wraca się z nieukrywaną przyjemnością. Chociaż jest to album mniej surowy niż debiut i zdecydowanie dojrzalszy, to nadal zewsząd słuchacz atakowany jest posępną, czarcią atmosferą niechęci do wszystkiego, co ludzkie. Jeżeli miałbym polecić jedną płytę Craft, to wskazałbym właśnie "Terror Propaganda", bo zadowoli zarówno black metalowych purystów, jak i ludzi nie mających nic przeciwko takiemu "Now, Diabolical".



Najlepsze utwory: "Hidden Under the Skin", "False Orders Begone", "Terror Propaganda".

2005 - Fuck the Universe

To kolejna perła w dyskografii zespołu, choć w zasadzie powiedzieć to należy o każdej z płyt Szwedów. Czy można połączyć produkcję archaicznie krystaliczną w stylu rocka lat 70 z srogą dawką black metalowego jadu? Otóż okazuje się, że można i działa to wspaniale. Każdy detal mistrzowskich zdolności kompozycyjnych jest tu podkreślany przez fenomenalne brzmienie - w pełni organiczne, ale nie wypolerowane. Sama muzyka to jakby lekki krok do przodu w stosunku do poprzedniczek. "Fuck the Universe" to płyta dłuższa i zarazem bardziej zróżnicowana, a do tego najlepiej w całej dyskografii wyważona pod kątem wymieszania złowrogiej atmosfery z chwytliwością. Dowodem niech będzie na to ikoniczny, najdłuższy w zestawie "Thorns in the Planet's Side", będący w zasadzie konglomeratem wszelkich idei przewijających się na płycie. Tytułowy utwór zaś to fenomenalna reinterpretacja "Under a Funeral Moon" na black/thrashową modłę, a pojawiający się w środku, podkreślany perkusyjnymi crashami riff, jest po prostu - z braku lepszego określenia - "badass". Wyróżniają się także pojawiające się tu i ówdzie wybrzmiewające agonalnie zwolnienia, kreujące opresyjną i cuchnącą diabłem atmosferę. Zastanawiam się, czy można coś zarzucić tej płycie i dochodzę do wniosku, że niektórzy preferowali by raczej nieco bardziej zasyfioną produkcję - to już jednak kwestia całkowicie subiektywna. Ja osobiście zachwycam się, słysząc jak panowie pokręcili tu gałkami, zwłaszcza w kwestii wszelkich perkusyjnych blach. A poza tym? Zarzućcie kurewsko chwytliwy, prący do przodu "Demonspeed", namacalnie nienawistny "Xenophobia" ("I hate you...") czy instrumentalny, marszowo kroczący "Destroy All" i powiedzcie, że ten album nie jest co najmniej zajebisty. Nie bez powodu jego okładka zdobi mego skromnego bloga, ot co.



Najlepsze utwory: "Thorns on the Planet's Side", "Fuck the Universe", "Demonspeed", "Xenophobia", "According to Him".

2011 - Void

A z tym materiałem musiałem powalczyć trochę dłużej, choć na dzień dzisiejszy opętał moją duszę w podobnym stopniu jak pozostałe albumy Craft. I nie jest to bynajmniej kwestia automatu perkusyjnego, który zupełnie nie przeszkadza w odbiorze "Void" i pozbawiony jest sztucznej sterylności charakterystycznej dla tego typu rozwiązań. Udało się Szwedom wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji. Przez pewien czas brakowało mi po prostu dobrych, rozpoznawalnych numerów, a przynajmniej nie występowały one w takim zagęszczeniu jak na dwóch poprzednich płytach. Wydaje mi się, że coś jest na rzeczy, bo to zdecydowanie najbardziej monolityczny album zespołu, przeznaczony do słuchania w całości, a to z powodu wciągającej niczym czarna dziura atmosfery, porażającej pustki właśnie. Stężenie tej aury zagłady i zatracenia się w otchłani własnego zepsutego jestestwa jest tu zdecydowanie najsilniejsze spośród wszystkich rzeczy, jakie ten zespół nagrał. Nie zmienia to jednak faktu, że wyróżniających się tu utworów jest tu co najmniej kilka: przede wszystkim flirtujący z death metalem "I Want to Commit Murder", z genialnym w swojej prostocie tekstem i zaciekle wyśpiewanym refrenem - jedna z najbardziej hiciarskich i bezpośrednich rzeczy w dyskografii Craft; wwiercający się w głowę i hipnotyczny "Come Resonance of Doom" czy monumentalnie wieńczący całość utwór tytułowy, z końcówką triumfalnie przypieczętowującą ostateczny upadek. Wylewający się z "Void" mrok, przy jednoczesnym zachowaniu typowych dla Craft walorów kompozycyjnych, sprawia że jest to zdecydowanie album, któremu poświęcić warto swą uwagę, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się, że czegoś tu brakuje. A może to po prostu moja przypadłość i ty, drogi czytelniku, odbierzesz to zupełnie inaczej.


Najlepsze utwory: "Come Resonance of Doom", "I Want to Commit Murder", "Bring on the Clouds", "Void".

2018 - White Noise and Black Metal

Z ostatnim albumem Szwedów mieliście już okazję zapoznać się na łamach mego bloga, więc podrzucę tu po prostu napisaną jakiś czas temu recenzję. Zawarte tam tezy i opinie w dużej mierze podtrzymuję - to doskonały album, który spodobał mi się zbyt szybko i przez co trochę go zakatowałem. Ostatnio jednak wróciłem do "White Noise and Black Metal" i był to świetnie spędzony czas. Bardzo robi mi kierunek, w jakim podążył zespół - nieco bardziej pokombinowana rytmika, wycieczki w rejony progresywnego black metalu ("Crimson"), a z drugiej strony hit w postaci tytułowego utworu, niesamowicie skutecznego w swojej rockowej wręcz prostocie. Rozwinięcie formuły bez zatracania własnej tożsamości to coś, co mi się podoba. Nadal moim jedynym zarzutem jest zbyt nasterydowana produkcja - bębny brzmią czysto, ale nie na modłę "Fuck the Universe", a niestety bliżej "modern metalu" za którym nie przepadam. Z drugiej strony, czysto muzycznie jest to chyba najciekawszy Craft i w tym należy upatrywać siły tego albumu.


Najlepsze utwory: "The Cosmic Sphere Falls", "Tragedy of Pointless Games", "YHVH's Shadow", "White Noise and Black Metal".

Uff, wyszło długo, ale to efekt tego, że naprawdę każdemu z tych albumów warto poświęcić czas, na który zdecydowanie zasługują. Gorąco zachęcam do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach - pochwalcie się, który album Craft lubicie najbardziej i czy tak jak ja upatrujecie w muzyce Szwedów znacznie więcej niż tylko hołdowanie Darkthrone. 

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Recenzja ARMAGEDDA - Svindeldjup Ättestup

Powroty zza grobu nie są proste. Wielu się nie udaje i stają się jedynie wątłymi cieniami przeszłej chwały. Inni serwują jako danie główne odgrzewanego kotleta, który niby smakuje przyjemnie znajomo, niby zaspokaja jakieś potrzeby, ale nigdy nie uznasz go jako najlepszy posiłek w życiu i prawdopodobnie zapomnisz o nim za dwa dni. Pierwszy album ARMAGEDDY od 16 lat nie należy do żadnej z tych grup. Zamiast tego otrzymaliśmy materiał nietuzinkowy, nieoczywisty i nawiązujący do "kiedyś", będący jednocześnie zupełnie nową jakością w kontekście zespołu.


Z pierwszymi odsłuchami bywa różnie i tak było także w tym przypadku. Początkowy werdykt wyglądał mniej więcej następująco: nawet niezłe, ale jakieś takie rozmydlone i wypolerowane, po diable z poprzednich płyt ani śladu. Generalnie w porządku, ale jak już to powinno wyjść pod innym szyldem. ALE, jak to z dobrymi płytami bywa, tak i "Svindeldjup Ättestup" zasiała we mnie ziarno zaintrygowania, które po kilku następnych odsłuchach zakiełkowało, by w końcowym rozrachunku wydać dorodne owoce.

Najnowszy album Szwedów stanowi jakby kontynuację wydanego w 2004 "Ond Spiritsm", co zresztą chyba starają się podkreślić sami twórcy, zamieściwszy na okładce "Svindeldjup Ättestup" małego easter egga. Wielkim błędem byłoby jednak stwierdzić, że jest to część druga tamtej płyty czy coś w tym rodzaju, bo tak jak "Only True Believers" cechuje się zupełnie innym charakterem niż "Ond Spiritsm", tak jest i w przypadku nowej płyty. Panowie nie zostali w zakorzenionej w pierwszej dekadzie obecnego tysiąclecia przeszłości i ciągle rozwijają się jako muzycy, zarazem żonglując wpływami z pozostałych swoich projektów jak LIK czy Ehlder.

Gdybym miał podsumować charakter tego albumu, powiedziałbym że jest on znacznie bardziej zanurzony w atmosferze pierwotnych sił natury niż przepełniony namacalnym złem i obłędem pozostałych materiałów Armageddy - stąd też moje początkowe mieszane odczucia. Produkcja jest selektywna, brzmienie gitar czytelne i pozbawione syfu, ale sprzyja to zastosowanym tu patentom melodycznym i quasi-progresywnemu riffowaniu. Te zresztą jest mocno znajome, bo odniesień do klasycznej norweskiej szkoły jest tu od groma, ale zarazem całość naznaczona jest unikalnym piętnem tego co panowie grali ostatnie 15 lat. Dowodem tego jest choćby niepokojący i z lekka psychodeliczny "Likvaka". Fragmenty innych utworów przywodzą mi z kolei na myśl wczesny Enslaved, tu i ówdzie przewija się melodyka późnego Burzum, w ostatnim utworze słychać fascynację "The Shadowthrone"... lecz końcowy efekt jest jedyny w swoim rodzaju.

Każdy kolejny obrót tej płyty w odtwarzaczu sprawia, że pochłania mnie ona coraz bardziej. Hipnotyczne struktury utworów nie pozwalają oderwać się od tej muzyki, co najbardziej wyraźne jest w - moich ulubionych - "Guds kadaver (En falsk messias)" oraz najdłuższym w zestawie "Evigheten i en obrytbar cirkel", będącym niejako konglomeratem wszystkich motywów i nastrojów jakie pojawiają się na płycie. Partie, w których na front wjeżdżają blasty i solidna black metalowa jazda są zdecydowanie najlepsze, co nie zmienia faktu, że i momenty powolniejsze konsekwentnie wciągają słuchacza niczym bagno i wprowadzają go w głęboki trans. Doskonale widoczne jest to w zajeżdżającym środkowym Darkthrone "Djupens djup", zarówno pod względem riffowania jak i ikonicznej frazy "Så blekt, så kallt" przywodzącej na myśl wiadomy album. W ogóle trzeba wspomnieć, że wokale są kapitalne - zarówno aranże, pojawiające się tu i ówdzie typowo nordyckie deklamacje, jak i charakterystyczna, zadziorna szwedzka maniera działają tu wyśmienicie i nie ma ani jednej sekundy, w której struny głosowe Stefana zdzierane byłyby na marne.

Nie wiedziałem, co sądzić o tym albumie, teraz zaś wychodzi na to, że to mój ulubiony tegoroczny black metal i na chwilę obecną nie widzę jakiegokolwiek kandytata będącego w stanie zmienić ten porządek rzeczy. Największą siłą "Svindeldjup Ättestup" jest to, z jaką łatwością odnosi się do tradycji i gra na sentymentach, jednocześnie będąc czymś, czego na pewno wcześniej nie słyszałem. Album ten nie zginie w gąszczu podobnych materiałów, bo tak po prostu nie gra żaden inny zespół. A poza tym zwyczajnie chce mi się tego słuchać i słuchać - zawarta jest tu sama esencja, soczyste mięsko, te cechy sprawiające, że wielokrotnie wracamy do klasycznych black metalowych materiałów bez uczucia znużenia. Przeciwnie - lubimy je coraz bardziej. I mam wrażenie, że tak będzie i w tym przypadku. Doskonała płyta, która jest JAKAŚ.

wtorek, 19 maja 2020

Recenzja ODRAZA - Rzeczom

Krakowska ODRAZA zaskoczyła mnie swoim drugim albumem studyjnym, stosując ulubiony chwyt marketingowy - polegający na braku marketingu. Ja przynajmniej nic nie wiedziałem o tym, że taki twór powstaje. Lubię takie sytuacje, bo pozwalają po prostu siąść do muzyki i słuchać. Bez oczekiwań, zadumy, refleksji i innych takich, jaki to będzie tym razem nowy wypust. W zasadzie podszedłem do "Rzeczom" bez jakiegokolwiek kontekstu. Po prostu wszystko inne co w danej chwili robiłem przestało mieć znaczenie i zasiadłem do degustacji kolejnej porcji muzyki tego projektu.


Pewnie nie stałoby się tak, gdyby nie wydany w 2014r. debiutancki "Esparalem Tkane", który z pewnością zaznaczył Odrazę w mojej głowie jako coś, co warto poważać i respektować. Gdybym nie słyszał wcześniej tego skoncentrowanego na zjawisku alkoholizmu albumu, zapewne premiera "Rzeczom" została by przeze mnie zignorowana z uwagi na niebezpieczną bliskość i powiązania tegoż projektu z pewnymi innymi, niezbyt ze mną rezonującymi polskimi zespołami. Na szczęście skąpany w lekko awangardowym sosie i naznaczony silnym piętnem muzyki Carla-Michaela Eide debiut słyszałem, a teraz z radością mogę stwierdzić, że drugi album utrzymuje podobny poziom. Choć - na szczęście - jest przede wszystkim inny i nie stanowi kalki poważanego poprzednika. O tym, czy jeszcze porusza się w "akceptowalnych" ramach black metalu nie będę się szeroko wypowiadał. Moim zdaniem tak - zresztą Odraza od początku szła własnymi ścieżkami, i to bynajmniej nie leśnymi. Uważam, że choćby - tak jak i poprzednio - tematyka "Rzeczom" jest bardzo black metalowa w swojej wymowie i na tym poprzestańmy. 

Bo znowu zmagamy się przede wszystkim z marnością żywota, ludzkimi ułomnościami i słabościami, a tam gdzie nas nie spotkamy, noc kończy się nocą zamiast dzień dniem zaczynać. Tym razem spektrum refleksji podmiotu lirycznego jest bardziej zróżnicowane i mniej monotematyczne, analogicznie do zawartości muzycznej zresztą. Teksty z pewnością są mocno osobiste, jeszcze silniej niż poprzednio, przez co i ich wydźwięk nabiera na mocy. Fakt, że nie wszystko z tego, co przekazuje Stawrogin jest dla mnie jasne, zwłaszcza że sporo tu odniesień do jego lokalnego środowiska, a ja wychowałem się jednak w innym miejscu. Generalnie złośliwcy mogliby stwierdzić, że miejscami zalatuje grafomanią, ale nie zgadzam się z tym - warstwa liryczna ma sens, a już na pewno jest ciekawsza niż posługiwanie się satanistycznymi kliszami. To jednak w przypadku Odrazy oczywistość.

Z pewnością wrażenie robi sposób "dostarczenia" słuchaczom tych treści - pod względem wokali jest to bardzo silny materiał. Powiedziałbym wręcz, że to one są główną siłą napędową "Rzeczom". Na tym polu jest mocno ekspresyjnie i kreatywnie. Mam wrażenie, że sposobowi artykułowania pewnych fraz oraz ogólnej aranżacji wokali jest momentami blisko... do rapu, choć rapowania samego w sobie tu nie uświadczymy (to już dla konserwatywnych black metalowców byłaby zniewaga nie do przełknięcia! Śmiechem żartem oczywiście). Szorstko i odrażająco brzmiący trzon wyrzygiwanych słów wspomagany jest agresywnymi, chciałoby się powiedzieć "wkurwionymi" wrzaskami, którym niedaleko do growlu. Stężenie wkurwu nadal jest wysokie, może i wyższe niż na debiucie, więc w tej kwestii nie powinno być rozczarowania. Do tego dochodzi trochę partii mówionych, deklamowanych, momentami pojawiają się nawet zaśpiewy czy chórki, są to jednak elementy wyważone i stonowane względem całości (a także doskonale ją uzupełniające), także bez obaw. Jeśli chodzi o aranże to zdecydowanym bohaterem albumu jest Priest, grający niesamowicie precyzyjnie i z wirtuozerskim wręcz wyczuciem. Raz naznacza swe partie rockowym czy post-punkowym sznytem, innym razem stuka nieregularne rytmy podpatrzone jakby u wspomnianego już Carla-Michaela. O blastowaniu jak w zegarku nie wspomnę, choć tego nie uświadczymy tu tak często jak mogłoby się wydawać. Trochę szkoda tylko, że brzmienie zdaje się bardziej wypolerowane i wyczyszczone z warstwy syfu i brudu - na szczęście sterylna produkcja przy całej tej "miejskiej" konwencji nie boli tak bardzo.

"Rzeczom" to album dłuższy, bardziej zróżnicowany i przy pierwszym kontakcie jakby zwyczajnie ciekawszy od debiutu, choć jak to wpływa na końcową ocenę - o tym nieco później. Na pewno nie można odmówić niemal każdej kompozycji indywidualnego charakteru i po prostu pomysłu na siebie. Pochwalić na pewno muszę rozłożenie utworów: na zasadzie - upraszczając - szybko/wolno, esencjonalny blackmetalowy wygar/wycieczki w kierunku eksperymentów. Muzycznie nadal dominują tu inspiracje Ved Buens Ende/Virus z wyraźnymi eskapadami w stronę środkowego szwedzkiego Shining. Tym razem słyszę tutaj także sporo post-Euronymousowego Mayhem, z tymi charakterystycznymi, futurystycznymi i tnącymi jak żyleta riffami - "Rzeczom", "W godzinie wilka" czy "Bempo" mają w sobie spore znamiona późniejszej twórczości Norwegów. Uprawiana przeze mnie wyliczanka to jednak rzecz raczej do potraktowania w kategorii ciekawostki, bo nie ma ani grama wątpliwości, że gra tu Odraza. 

Wspomniana przeze mnie dynamika ma zastosowanie od samego początku albumu - bezkompromisowy "Schadenfreude" to trafny pomysł na otwarcie, ale już po nim następuje bardziej rozbudowany, wielowątkowy i awangardowy utwór tytułowy, swoją drogą jeden z najlepszych na płycie. Powiem tyle - Blasphemer byłby dumny. Utrzymana w duchu depresyjnego black metalu "Najkrótsza z wieczności" poprzedzana jest hiciarskim "Młotem na małe miasta" z zapadającym w pamięć refrenem, ale i przełamującym konwencję doomowym zwolnieniem w środku. Po zapierdalającym zaś niczym obsługiwany przez pijanego maszynistę tramwaj "Bempo" (przez co nieco monotonnym i jednostajnym) następuje ostatnia już, instrumentalna kompozycja, nieco luźniejsza w wymowie, z dobrymi melodiami i - a jakże! - celticfrostową końcówką. A najlepszy i tak jest "Świt opowiadaczy", z fenomenalnym, emocjonalnym i zawierającym ogromne pokłady blackmetalowej głębi finałem.

Trochę długi tekst wyszedł, ale i płyta całkiem bogata i obfita w różnorodne dźwięki. Moja opinia co do "Rzeczom" nieustannie ewoluuje, przeobraża się i podlega metamorfozom, niewątpliwie jednak album podoba mi się i póki co mam ochotę regularnie go słuchać. Czy przebił debiut - kilka wstępnych odsłuchów kazało mi mówić, że tak. Teraz nie jest to już dla mnie tak jasne. Na pewno okładka jest ładniejsza, hehe. Prawda jest taka, że wyraźna myśl przewodnia jedynki i jakby nieco większa spójność delikatnie przemawia za tamtym albumem oraz zwiększa jego siłę rażenia - choć teksty na "Rzeczom" podobają mi się bardziej. W końcowym rozrachunku nie ma to jednak znaczenia, bo nówka broni się doskonale samodzielnie i nie potrzebuje żadnych kontekstów. Bardzo ładnie, panie Stawrogin i panie Priest, bardzo ładnie. Mówiąc kliszami, powiedziałbym, że dostarczyliście kolejny świetny materiał do upadlania się, ale wcale nie trzeba wysoko procentowych trunków, by cieszyć się "tom rzeczom".


wtorek, 28 kwietnia 2020

Recenzja MALOKARPATAN - Krupinské Ohne


Słowacy z MALOKARPATAN po raz kolejny udowadniają, że doskonale czują esencję i ducha prawdziwego black metalu. Tego z lat osiemdziesiątych, gdy podziały gatunkowe nie były jeszcze tak wyraźne, a od monotonnego piłowania na jednej strunie i nieustannej kanonady blastów ważniejsze było tworzenie sugestywnego klimatu. Nie to, że czepiam się dzisiejszej kondycji gatunku - cieszę się wszelako, że działają zespoły, które tak wiernie hołdują tradycji, a jednocześnie tworzą coś nowego i do tego z każdym albumem potwierdzają swą unikalną tożsamość. "Krupinské Ohne" jest czymś znacznie więcej, niż sumą swych składowych. W końcu znajdziemy tu nieco starego Bathory, szczyptę upiornej atmosfery kultowego Tormentor czy Mortuary Drape, gdzieniegdzie bezpośrednie skojarzenia z naszym rodzimym Katem i nie dające się uniknąć porównanie z pochodzącym z podobnego kręgu kulturowego Master's Hammer. Koniec końców jest to jednak MALOKARPATAN - który dziś już nie powinien zostać pomylony z jakąkolwiek inną hordą - nagrywający zajebisty album koncepcyjny skąpany w sosie lokalnego folkloru. Mniam.


Debiutanckie "Stridžie Dni" nacechowane były surowizną i pijacką atmosferą słowackiej wsi, następujący po nich "Nordkarpatenland" to dla odmiany zestaw heavymetalowych szlagierów z całą masą świetnych riffów odnoszących się do złotych lat gatunku. Trzeci, tegoroczny album wydaje się być na pierwszy rzut oka zgrabnym kompromisem między tymi dwoma podejściami, a jednocześnie błędem byłoby zaszufladkowanie go w ten sposób. Postawię sprawę jasno - to materiał zdecydowanie bardziej rozbudowany i monumentalny od poprzednich, a zarazem najlepszy w dorobku grupy. Różnice widać już na wierzchu - tylko pięć utworów i to nierzadko obracających się w okolicach 10 minut czasu trwania (!). Łatwo można było to spieprzyć - nie będzie odkryciem Ameryki, jeśli powiem, że ta charakterystyczna mieszanka black/heavy/speed metalu najlepiej sprawdza się w krótszych formach. A jednak się udało!

Otwierający całość "V Brezových Hájech Poblíž Babinej Zjavoval Sa Nám Podsvetný Velmož" (tytuły kompozycji jak zwykle są fenomenalne) w pierwszych minutach naznaczony jest silnym piętnem "Twilight of the Gods" wiadomo kogo. Podniosłe chóry stanowią świetną inaugurację do przygody, w jakiej właśnie zaczyna uczestniczyć słuchacz, a w tle wybrzmiewają szarpnięcia za struny gitary klasycznej. Zgodnie z informacją w dołączonej do albumu książeczce - i to z nią w ręku polecam słuchać tego albumu - przenosimy się do Krupiny, gdzie w XVII wieku dotarła burza prześladowań rzekomych czarownic, w wyniku której na stosach spłonęło kilkadziesiąt kobiet. Kolejne kompozycje to wędrówka poprzez mroczne knieje i zaułki tegoż regionu, gdzie pod osłoną nocy gromadzą się wiedźmy by spiskować z diabłem i odprawiać swoje rytuały. Historię pokazaną w tekstach utworów śledzimy z ich perspektywy i widzimy na przykład, jak zakopują w grobie korzeń mandragory, coby ten potem służył im w przeprowadzaniu aktów czarnej magii. Całość kończy się oczywiście poprzedzonymi torturami procesem. Krupińskie ognie płoną, ale duch zakazanej wiedzy przetrwa jeszcze długo w podziemiu i dzikich lasach...

I w takim właśnie tonie utrzymane są "Krupinské Ohne". Muzyka i teksty tworzą nierozerwalną całość i choć same kompozycje są oczywiście świetne same w sobie, to po stokroć zyskują gdy zanurzymy się w snutą przez zespół opowieść. Długi czas trwania utworów dobrze wkomponowuje się w to podejście i pozwala tekstom nieśpiesznie płynąć. Pojawiające się znacznie częściej niż dotychczas folkowe przerywniki pełnią funkcję introdukcji jakiegoś dziejącego się w tle wydarzenia, niejednokrotnie decydując o zmianie miejsca akcji.

Jeśli chodzi o same kompozycje, to album jest bardzo spójny, równy i zdecydowanie do słuchania w całości, co nie powinno dziwić w przypadku takiego konceptu. We wspomnianym już otwieraczu, zdecydowanie najbardziej wielowątkowym i rozbudowanym, początkowo nie do końca podobały mi się przejścia między poszczególnymi partiami - brakowało mi czegoś w rodzaju "flow", niezachwianej płynności, jednak z bookletem w ręku całość nabiera sensu i składa się do kupy. Ten utwór, podobnie jak wieńczący całość "Krupinské Ohne Poštyrikráte Teho Roku Vzplanuli" z dziarskimi zaśpiewami w refrenie (oraz świetnym wstępem wyjętym rodem z czeskiego Młota na czarownice z 1969, który nawiasem mówiąc polecam w ramach lektury uzupełniającej), to dwa spoiwa które łatwo z automatu wyróżnić, jednak to co jest pomiędzy ani trochę nie odstaje poziomem. Świetny jest więc i "Ze Semena Viselcuov Čarovný Koren Povstáva", chyba najbardziej "skoczny" i przebojowy ze wszystkich utworów, z fenomenalną solówką przechodzącą w doomową, opatrzoną sabbathowskim riffem końcówkę. W podobnie entuzjastycznym tonie mogę wyrazić się o "Filipojakubskiej Nocy Na Štangarígelských Skalách", zaczynającej się bardzo klimatycznie i naznaczonej romantycznym duchem paktu z diabłem, by potem zamienić się w dynamiczny utwór naznaczony riffami spod znaku Celtyckiego Mrozu. Zaprawdę równa jest to płyta, bez słabego momentu. 48 minut mija jak z bicza strzelił!

MALOKARPATAN, choć już pierwszym albumem pokazał prawdziwą klasę, swoją trójką potwierdza, że jest jednym z czołowych przedstawicieli współczesnego black metalu, a już na pewno jednym z bardziej rozpoznawalnych. Dokładnie tak - mimo że czysto muzycznie można tu snuć akademickie rozważania o dominacji rasowego heavy czy speed metalu - to pod względem pierwotnej esencji goście wyciskają 100% i są znacznie bardziej autentyczni niż cała zgraja "prawdziwych" zespołów. Dla mnie jest to czysta bomba i niezmiernie ciekawi mnie, w jakim kierunku panowie pójdą na kolejnej płycie.

czwartek, 9 kwietnia 2020

Recenzja SERPENT NOIR - Death Clan OD

SERPENT NOIR to jedna z bardziej lubianych przeze mnie greckich hord. Zapewne jest tak dlatego, że stronią od klasycznego greckiego brzmienia - tj. flirtów z heavy metalem, sporej dawki charakterystycznej dla tego regionu melodyjności oraz hellenistycznego kultu bohatera. Doceniam tę szkołę black metalu, ale w końcowym rozrachunku: nie siedzi mi i tyle. Twórcy "Death Clan OD" zaś babrają się w okultyzmie, demonologii i zakazanych kultach, w które nie miałem okazji głębiej wsiąknąć (może to i dobrze). Te zainteresowania szczególnie odzwierciedlały się na poprzednim albumie zespołu "Erotomysticism", który uważam za jeden z najlepszych i najciekawszych materiałów ostatnich lat. A jak wygląda sprawa z najnowszym wypustem Greków?


Na pewno jest znacznie bardziej klasycznie i tradycyjnie. Podczas gdy poprzednia płyta skoncentrowana była na kreowaniu, nomen omen, mistycznej i rytualistycznej atmosfery przywodzącej na myśl starożytne obrzędy pradawnych cywilizacji, tak tutaj środek ciężkości przeniesiony został na riffy i dynamiczne kompozycje. Nie zrozumcie mnie źle - opary tego sugestywnego klimatu nadal unoszą się tu w powietrzu, ale nie aż w takim stopniu, a za jego kreowanie odpowiadają tym razem głównie gitarowe melodie. Zniknęły też ambientowe przerywniki, tym razem stanowiąc zaledwie intra bądź outra właściwych utworów. "Death Clan OD" to z pewnością materiał uproszczony, co niekoniecznie musi stanowić jego wadę. Po prostu panowie postanowili podkręcić tempo, postawić na sprawdzone black metalowe patenty, tu i ówdzie dorzucić riffy ze środkowego Darkthrone - wszystko to jednak bez zatracania swojej tożsamości. Ponownie bardzo silnym punktem są wokale - mamy tu i partie deklamowane, i tajemnicze inkantacje, szorstkie krzyki czy głębokie, kruszące mury growle. Spore zróżnicowanie w tej kwestii sprawia, że cały czas jest na czym zawiesić ucho, a utwory zyskują na narracyjności. Warto też wspomnieć, że w zamykającym album "Goeh Ra Reah: Garm Unchained" gościnnie zaśpiewał Thomas Karlsson, który użyczył swojego głosu i w jednym z utworów na "Erotomysticism". Podniosły ton i chóry w tle dobrze wpasowują się w konwencję zespołu.

Świetne są też solówki, mające co prawda ten posmak "greckości", lecz - dla mnie - w stopniu zjadliwym, a do tego nadającym utworom pewnego rozmachu, za które tak polubiłem poprzedni album. "Death Clan OD" ma dość krótki czas trwania i kończy się dokładnie w momencie, gdy mógłby już zacząć powoli nużyć. Same kompozycje też są dość równe i żadna w zasadzie nie odstaje od pozostałych - ja wyróżniłbym "Asmodeus..." oraz "Astaroth...", najbardziej stawiające na ten ezoteryczny aspekt muzyki SERPENT NOIR. W zasadzie nie mam do czego się przyczepić. Początkowe odsłuchy były nieco zniechęcające - album wydawał mi się "generyczny" i mogący zginąć w zalewie blackmetalowej przeciętności. A Grecy po prostu lekko zmienili środki wyrazu, postawili przede wszystkim na dobre riffy, nadal przemycając tu i ówdzie ten intrygujący i lekko orientalny klimat. Bardzo dobra płyta, której warto dać szansę.

piątek, 13 grudnia 2019

Recenzja STARGAZER - A Merging to the Boundless

Chciałbym, aby o niektórych płytach mówiło się więcej. Bo zwyczajnie na to zasługują. Czystą jakością prezentowanej na nich muzyki. Bez fajerwerków, bez efekciarstwa, bez podążania za trendem. Poznajcie "A Merging to the Boundless" australijskiego STARGAZER. Materiał, który nie kryje się ze swoimi inspiracjami, a jednocześnie przekuwa je w całkowicie nową jakość, czyniąc to... z wyczuciem i pieczołowitą wręcz wrażliwością? Nie wiem, czy te określenia powinny być pozytywnie odbierane w przypadku, bądź co bądź, technicznego death metalu - nie zmienia to faktu, że takie skojarzenia mi się nasuwają. Zastanawiam się też, czy uczeń nie przerósł mistrza. Jak się na to mówi? "Modern classic"? Jedziemy!



Obecne tu siedem kompozycji składa się na 37 minut muzyki, czyli w zasadzie optimum w przypadku takich dźwięków. Otwierający album "Black Gammon" bez jakichkolwiek wstępów wrzuca słuchacza w wir połamanych rytmów, będąc zarazem chyba najbardziej bezpośrednim utworem. Ot, taki strzał w pysk na dobry początek, nie przygotowujący jednak zbytnio na to, co nastąpi chwilę później. Bo już w drugim w kolejce "Old Tea" zaczynają się dziać rzeczy magiczne, odseparowujące Stargazer od rzeszy "zwyczajnych" zespołów chcących się parać zapierdalaniem na gryfie. To utwór nigdzie się nie śpieszący, z precyzją uderzający w każdy czuły punkt twojej duszy. Niesiony przez wspaniałą linię basu, która w dużej mierze będzie podstawą i dla całej płyty - podobnie jak w przypadku Atheist, będący tutaj chyba główną inspiracją. Tak jak jednak ekipa z USA niejednokrotnie uciekała w cieplejsze, jazzujące rejony, tak tutaj nad całością kładzie się jakiś cień i nuta niepokoju. Wracając jednak do samego utworu - wspomniany już motyw na gitarze basowej szybko zapadnie ci w pamięć, to mogę zagwarantować. To trochę taka wirtuozeria jaką raczył cię Steve di Giorgio na "Individual Thought Patterns", tylko tutaj jest to jakoś... lepiej wkomponowane? Ma się wrażenie, że współgra to z całością, tworząc zgrabny kontrapunkt, a nie tylko plumka na boku. No i końcówka - senna, cudownie rozmarzona, z zawodzeniem w tle, potwierdzająca, że panowie może i korzystają z wzorców ekstremalnego metalu, ale wykorzystują je jedynie na potrzeby tworzenia Muzyki.

Nie bez powodu rozwodzę się nad jednym instrumentem, bo tutaj naprawdę ma się wrażenie, że wiosła stanowią "jedynie" tło dla basu, który pcha te kompozycje do przodu. Lecz spokojnie, jest i tu miejsce na mięsiste riffy, tym razem naznaczone piętnem Morbid Angel - zresztą są tu momenty takiego spontanicznego nakurwu, rodem z debiutanckiego materiału tegoż zespołu. W ogóle fajnie skonstruowane jest "A Merging to the Boundless" - utwory prostsze i dynamiczne przeplatane są progresywnymi bestiami, zdradzającymi ciągotki do wychodzenia poza sztywne ramy gatunku. Jest w nich miejsce na momenty wyciszenia, czysto brzmiące gitary, melodyjne patenty - ale dobrze ważone, bez lukru, za to z elegancją godną Coronera. Ukoronowaniem tego jest kolosalny, 11-minutowy "The Grand Equalizer", stanowiący centralny punkt albumu. Ależ to jest wspaniały utwór! Ile tam się dzieje! Co najlepsze, jest to skonstruowane z niebywałą wręcz logiką i sensem, całość ma niezachwiany flow, a poszczególne patenty płynnie wynikają jeden z drugiego. Ta kompozycja to istna sinusoida nastrojów i barw, osiągająca swój punkt kulminacyjny wręcz dwa razy, raz przy okazji kapitalnego solo na basie, a drugi podczas końcówki poprzedzonej delikatnym meandrowaniem po morzu luźnych plam dźwiękowych. Za pierwszym razem może się to wydawać zbytnio wydłużone i "przepitolone", jednak potem docenisz, drogi słuchaczu, ten moment wyczekiwania na Ostateczne Uderzenie. Tu też materializuje się ta wrażliwość, o której wspomniałem na początku. Stargazer potrafi grać delikatnie, ale bez popadania w tanią ckliwość. To raczej przeżycie astralne, spoglądanie daleko, uwolnienie się spośród sztywnych ram ciała i szukanie Absolutu. Takie przestrzenne granie dobrze wpasowuje się w te klimaty.

No a na sam koniec dwa klasyczne, prące do przodu wygary. Jest miejsce i na ciężar, i na grobowe ryki przypominające mi wokale Sandersa w Nile. Nie sposób się nudzić, właśnie dzięki temu, że ta płyta tak dobrze umieszcza poszczególne akcenty w czasie. "A Merging to the Boundless" to jeden z najbardziej interesujących albumów metalowych ostatnich lat, poruszający się jednocześnie w miarę znajomych ramach, bez popadania w przesadną awangardę i jakieś dronowanie. To po prostu siedem piosenek - tak. Bo mimo operowania z dala od tradycyjnych zwrotkowo-refrenowych struktur, to całość nosi właśnie znamiona dobrych piosenek. Takich zapadających w pamięć, ale nie nachalnie. Ten album nie ma cię zmiażdżyć, pożreć i wyrzygać. Z drugiej strony, nie ma też wywrócić twojego światopoglądu do góry nogami i silić się na epokowe dzieło. Ma być po prostu kawałkiem niezwykle interesującej Muzyki, pomysłowej i kipiącej wręcz kreatywnością, bez nadęcia i próby przekraczania Rubikonu. Wie, co lubisz, zgrabnie miesza proporcje, dodaje dawkę trudnej do sklasyfikowania, magicznej atmosfery i voila! Wychodzi rzecz, którą nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Jak to możliwe? To trzeba chyba mieć po prostu w sercu.

Wspaniały album, który nie mógłby wyjść w złotej erze gatunku, ale gdyby wyszedł, to byłby stawiany na równi z dziełami Death, Atheist czy Pestilence. Potrzeba chwili, by "A Merging to the Boundless" przetrawić - jak mówiłem, tu nie ma nic efekciarskiego czy puszącego się. Jak ktoś potraktuje tę rzecz jako kolejną spośród niezliczonych do odsłuchu, biorąc rzutem na taśmę, to nie odkryje drzemiącego tu piękna. Ale jeśli naprawdę zechce dowiedzieć się, o co tu biega i poświęci płycie 100% swego czasu, nie pożałuje i z pozoru "nudnego" albumu (bo i takie głosy słyszałem) wydobędzie jego najpełniejszy sens. Ja tymczasem zastanawiam się - kiedy, do cholery, kontynuacja?! Bo tak jak z death metalem jestem ostatnio lekko na bakier, tak na nowe dokonanie tej ekipy czekam zawsze i wszędzie. Pełna rekomendacja!

czwartek, 5 grudnia 2019

Recenzja BÖLZER - Lese Majesty

Szwajcarski Bölzer szybko zasłużył sobie na miano jednej z najgorętszych nazw w podziemnym black/death metalu. Wydane w 2012 roku demo oraz dwie kolejne EPki, rok po roku, spośród których "Aura" uznawana jest powszechnie za opus magnum, tylko podsyciły oczekiwania na pełniaka. A tu jeb. Wolta stylistyczna. "Hero" okazało się dość unikalnym albumem, wynoszącym zespół na całkowicie nowe tory. Owszem, czyste, "wilcze" wokale pojawiły się już wcześniej, jakieś zalążki plemiennego grania również, dopiero jednak na debiutanckim longplayu uzyskało to taki rozmach i monumentalizm. Jedni się obrazili i poczęli utyskiwać na zmarnowany potencjał, innym spodobał się ten skok na głęboką wodę - w tym mnie. "Hero", mimo że nie do końca oszlifowany i momentami nieporadny, zrobił na mnie ogromne wrażenie i był czymś, czego jeszcze w metalu nie słyszałem. A to spore osiągnięcie. Dlatego też z wypiekami na twarzy czekałem na "Lese Majesty", licząc, że duet dalej będzie kroczyć obraną już ścieżką. A te dranie nie dość, że tak poczynili, to jeszcze z jaką klasą!


To kolejne EP w dyskografii zespołu. Goście chyba lubują się w tym formacie. Nie mam nic przeciwko, bo krótki czas trwania takowych materiałów tylko zachęca do maltretowania przycisku "replay". Tak jest i w tym przypadku, zważywszy, że - panie i panowie - mamy tu do czynienia z najlepszym, co Szwajcarzy do tej pory nagrali. Zawarte tu trzy pełnoprawne utwory i jeden przerywnik to absolutne arcydzieło w kategorii epickiej mieszanki czarnego metalu śmierci i klimatycznych, uduchowionych akcentów. Ta muzyka brzmi, jakby jakiś podróżnik w czasie wziął riffowanie charakterystyczne dla współczesnej sceny ekstremalnej, przekazał wiosła prehistorycznym ludom koczowniczym i nauczył ich grać. Pierwotna furia i energia aż wylewa się z tych dźwięków. Są one natchnione spontaniczną siłą, nakazującą przekraczać granice własnej wytrzymałości. Utwory na "Lese Majesty" mają niesamowity drive, są nośne i prą do przodu bez wytchnienia - duża w tym zasługa pana perkusisty, który nadaje całości niespotykanej dynamiki, wkładając w każde uderzenie werbla całą parę ze swych łap. Grubo ciosane granie, wręcz finezyjne w swej toporności, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało. Cholernie charakterystyczny styl, zwłaszcza z tymi nabiciami na tomach - kojarzy mi się to trochę z Master's Hammer, ta bombastyczna otoczka.

Kompozycje, tak jak już KzR i HzR zdążyli przyzwyczaić, są długie i rozbudowane, a przy tym skoncentrowane wokół jednego wyraźnego motywu przewodniego, który nadaje tym utworom konkretny kierunek. Tyczy się to zwłaszcza otwierającego płytę "A Sheppard in Wolven Skin" oraz absolutnie fenomenalnego zamykacza "Ave Fluvius! Danu be Praised!", który muzycznie brzmi równie entuzjastycznie jak jego tytuł. Właśnie, kipi to czystym ENTUZJAZMEM. Kapitalne wokale, naprzemiennie to zwierzęcy ryk kruszący skały, to mający moc przenoszenia gór melodyjny śpiew - działa to naprawdę obłędnie. "Heed the blood/It's voice furious/Pulse erupting/Invoke the flood/Render them spurious/Sky collapsing", w tle podwójna stopa i złowieszczy, nisko strojony riff - masz wrażenie, że przemawia do ciebie potężne bóstwo, a niebo faktycznie zaraz spierdoli ci się na łeb, taką to ma moc! Okoi rzeczywiście podszkolił się wokalnie, bo śmiem twierdzić, że wspina się tu na wyżyny możliwości. No i klasyczne "ugh!", nie dodawane ot tak, tylko zwiększające jeszcze siłę rażenia następującego po nim riffu. Riffu typowo bolzerowego, trudnego do pomylenia z czymkolwiek innym. Wspaniałe, subtelnie wplatane melodie, nuta melancholii pomiędzy miażdżącym black/death metalowym wyziewem. Romantyzm - tak! bo i miejsce na swojski gwizd tu jest, i jakieś nucenie w tle, zawodzenie niczym wilk do księżyca, i ciepły akord na wiośle - miesza się z ognistym, wściekłym zapałem, składając się na potężną dawkę emocjonalną.

Cieszy mnie też powrót do najwcześniejszych materiałów zespołu, zwłaszcza demówki "Roman Acupuncture", której echa przewijają się tu i ówdzie, zwłaszcza w dwóch ostatnich utworach. "Into the Temple of Spears", choć nieco mniej majestatyczny, prostszy w budowie i jednak trochę słabszy niż dwie czołowe kompozycje, i tak cieszy ucho, nie zwalniając obrotów ani na moment i co rusz atakując słuchacza kanonadą na bębnach oraz zawziętym piłowaniem na wiośle. Nawet dwuminutowy, rytualny przerywnik, jest warty uwagi i nie wybija z rytmu. Paradoksalnie, choć nie ma tam ani sekundy metalu, to dobrze podsumowuje on obecną inkarnację Bölzer - prymitywna esencja i czczenie Słońca na pogańską modłę, szamańskie obrzędy, wewnętrzny strumień energii przepływający przez ludzkie ciało, indywidualizm.

Totalnie trafiają do mnie te dźwięki. Jakby skrojone czysto dla mnie. Inspirujące. Chce się żyć! Jeśli panowie kontynuują obecną ścieżkę, zarówno w sensie stylistycznym i jakościowym, to drugi pełny album będzie prawdziwym trzęsieniem ziemi. Na to liczę i cierpliwie czekam. Proszę się nadal rozwijać, bo progres poczyniony od już wyróżniających się, acz jednak dość konwencjonalnych początków jest niesamowity! A tymczasem wyróżniam "Lese Majesty" do honorowej czołówki roku. Piękny strzał, niejako przypieczętowujący zajebistość roku pańskiego 2019. Ave!