Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2020

Recenzja VOID ROT - Descending Pillars

 Bywają sytuacje, gdy potrzeba naprowadzającej na tor oświecenia mocy czasu, by w swej świadomości przekuć wadę danego dzieła na cechę. W przypadku debiutu VOID ROT nie jest to jakiś koncept podporządkowany z góry określonym założeniom. W luźnych notatkach towarzyszących mojemu drugiemu odsłuchowi tej płyty widnieje zdanie: "boli brak tej wściekłości, spuszczenia bestii ze smyczy; mankamentem jest to, że wszystko jest jakby od linijki, wykalkulowane, zbyt perfekcyjne: brakuje niebezpieczeństwa". Uważam, że nadal może to stanowić dla kogoś cechę nie do przebrnięcia. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że "Descending Pillars" to materiał całkowicie skoncentrowany na jednym aspekcie, podporządkowujący sobie wobec niego wszelkie elementy składowe: skrupulatne budowanie mrocznej atmosfery kosmicznego terroru.

Niezwykle klimatyczny, ponury i nie koncentrujący się na samym riffie - a raczej traktujący je jako narzędzie do kreowania nastroju - wypuszczony wcześniej utwór tytułowy, przyciągnął moją uwagę i nasycił chęć jak najszybszego zapoznania się z omawianym albumem. Wywołując skojarzenia z tworami takimi jak Grave Miasma, Krypts czy Cruciamentum, wytworzył też podskórne oczekiwanie, że tego rodzaju monolityczne death/doomowe kolosy będą współistnieć z rasowym, opartym na spuściznie Incantation wygarem, składając się na miażdżący gruz w równym stopniu porażający mrokiem, jak i niszczący nawałnicą przesterowanych wioseł oraz bezlitosnych bębnów.

Okazuje się, że VOID ROT podszedł do tematu z innej strony, a to, co wypoczwarzyło się w tytułowej kompozycji, będzie słuchaczowi towarzyszyć już do samego końca.

Zawarte tu 37 minut muzyki - okraszone bardzo dobrym, masywnym i spowitym pogłosem brzmieniem perkusji, dalekiej od bycia zbitej w niestrawną papkę - płynie nieśpiesznie, przytłaczając cię i wydzierając kropla po kropli twe życiodajne soki. Zdecydowanie rekomenduję odsłuch w godzinach wieczornych, bo "Descending Pillars" to istny pożeracz słońc, otulający świat w całunie mroku i czerni. Nieskomplikowane partie gitar, nie obfitujące w zapamiętywalne czy chwytliwe riffy, są raczej strumieniem sączącej się trucizny, będącej jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Tym zaś jest stworzenie wrażenia całkowitej opresji i beznadziei: jakbyś obcował z przedwieczną, kosmiczną siłą, będąc z góry skazanym na porażkę. To jednak coś w rodzaju zawarcia paktu: album ten wymaga uwagi i koncentracji. To współpraca po obu stronach, ty zaś ze swojej musisz zadeklarować chęć bycia pochłoniętym.

Wybrzmiewające konsekwentnie, powracające niczym zły omen, fale dysonansu - nie będące wszak nadużywaną zagrywką - mogą przywoływać skojarzenia z tym "rozmemłanym" black metalem. Tu jednak stanowią znakomity kontrast do tego rytualno-okultystycznego riffowania, wzmacniając jego wydźwięk. Ten zaś polega na dość subtelnych progresjach, nie obfitując zarazem w jakiekolwiek fajerwerki. Zamiast tego zniewala słuchacza w zimnokrwisty sposób, niczym ta pajęczyca, która złapawszy już ofiarę - wie, że ta nie ma szans uwolnić się - delektuje się jej agonią i udręczoną niepewnością. Napięcie narasta, lecz bardzo powoli - tu nawet pojawiające się gdzieniegdzie blasty wywołują wrażenie "nieśpiesznych", będących raczej naturalnym elementem kompozycji, jej wrodzonym organem, a nie manifestacją agresji. "Liminal Forms" jest dobrym tego przykładem, demonstrując zarazem, jak gitarowy minimalizm pozwala wykreować przestrzeń dla całkiem intrygujących perkusyjnych aranży, także dość stonowanych, acz w tych wolniejszych fragmentach tworzących coś na kształt plemiennego groove'u.

Kulminacje utworów przejawiają się w postaci nieuchwytnych, nie rzucających się spektakularnie w uszy zagęszczeń partii garów, delikatnych akcentach czy nieszczególnie gwałtownych zmianach tempa. Przypieczętowane są złowrogimi, utrzymanymi w kolorach szkarłatu, apokaliptycznymi melodiami - w finałowym "Monolith" będącą nawet czymś w rodzaju bezkształtnej, flegmowatej solówki - oszczędnymi w środkach, wyrażającymi filozofię całego albumu: tego ascetyzmu nieustannie przypominającego, że chodzi przede wszystkim o przeszycie słuchacza wiązką negatywnej energii astralnego horroru. Powściągliwość ta sprawia, że nawet te najmniejsze, najsubtelniejsze przesunięcia są niczym pękający ryft w skorupie ziemskiej - niezwykle groźne, choć nieuważny słuchacz nawet nie dostrzeże czyhającego niebezpieczeństwa. Jedynym znakiem ostrzegawczym może być krótka, kilkusekundowa zaledwie pauza na początku "Delusions of Flesh": objawiona w kilku pociągnięciach za struny lovecraftowska cisza przed burzą. 

Im dalej w las, tym otchłań czarniejsza, bowiem "Inversion" stanowi w mym mniemaniu najsilniejszy punkt albumu, będąc jakby nieco dynamiczniejszym i żwawszym w swej ekspozycji: szybko narastające zagęszczenie bębnów w połączeniu z przenikliwym strumieniem wyjącej gitary zdecydowanie zwraca na siebie uwagę, zaś wyłaniający się chwilę później chropowaty bas wzmacnia poczucie krępującej oślizgłości pomieszczenia odsłuchowego. Poprzedzone akustycznym przerywnikiem, upiorne i wyraziste zwieńczenie, ze wspomnianym już solo - gościnnym, nadmieńmy (co podświadomie da się wyczuć) - stanowi zaś wyczerpujące podsumowanie tego, co działo się przez ostatnie 30 minut. 

Nie wpłynie jednak na wrażenie, że "Descending Pillars" to wyraźnie płyta "dla koneserów" tego typu stylu: oni docenią misterny sposób kreowania klimatu i brak epatowania typowo oczywistymi zagrywkami; reszta zaś może pokiwa głową z uznaniem, ale stwierdzi że to nie do końca ich bajka. To nie jest przytyk w żadną z tych stron. Za siebie mogę stwierdzić, że mnie album ten się podoba, choć rzeczywiście może zmęczyć swą jednostajnością, gdy nie zaistnieją odpowiednie warunki odsłuchowe. Na pewno jest satysfakcjonujący w swym powolnym, wysmakowanym wręcz rysie, w tej niezmąconej konsekwencji i delektowaniu się twym cierpeniem.

wtorek, 15 września 2020

Recenzja BLACK CURSE - Endless Wound

 Zreflektowałem się, iż na mym blogu - koncentrującym się przecież przede wszystkim na spowitym czernią metalu śmierci bądź odwrotnie - nie ma jeszcze recenzji prawdopodobnie najgorętszego i najbardziej nośnego albumu z ekstremą w tym roku. Pragnę więc zatuszować tę drobną wpadkę, choć cała ta sytuacja ma również dobre strony - emocje związane z debiutem BLACK CURSE opadły, można więc podejść do tego materiału z pewną dozą zdrowej rezerwy, występującej w moich tekstach w ilościach raczej deficytowych (biorąc pod uwagę niezaprzeczalną dominację entuzjastycznych recenzji). Czy oznacza to, że pierwszy pełnoprawny krążek zespołu o składzie mogącym przywoływać skojarzenia niemal z supergrupą (Blood Incantation, Spectral Voice, Primitive Man, Vasaeleth - kurwa, biorąc pod uwagę CV nie dziwię się, że rzecz skupiła wokół siebie taką uwagę) jest przereklamowany, a zachwyty przesadzone? Zapraszam do dalszej lektury!

"Endless Wound" to 38 minut istnego konglomeratu niemal wszystkiego, co w ostatnich latach wydarzyło się w szeroko pojętym death/doom/black metalu, wszystkich tych gruzach, jaskiniach i kryptach - dobrze ci znanych, skoro czytasz ten tekst. Album ten łączy masywność, ciężar i nośność DM z chorobliwą aurą skąpanego w czerni doom metalu, będącego istnym sosem z fińskich grzybów podawanych pacjentom miejscowego psychiatryka na obiad. Pod tym względem całość przypomina unikatową atmosferę pełniaka Swallowed - który lat kilka temu także wywołał spore poruszenie w podziemiu - choć tam jednak panowie poszli nieco dalej, nie bojąc się spuścić wyhodowanej abominacji ze smyczy. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

"Charnel Rift" otwiera album z niemałym przytupem, sprzedając zarazem wszystkie jego najlepsze cechy w kompaktowym i wizytówkowym formacie - to taki death/black metalowy sales pitch. Jeśli ten utwór cię nie przekonał, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że pozostawienie krążka w odtwarzaczu (w celu zapewnienia kolejnym kompozycjom możliwości autoprezentacji) niczego już nie zmieni. Jakie składniki tworzą to danie? Na pewno świetna produkcja - zmasowana, z deka przybrudzona, lecz czytelna, pozwalająca zdekodować płynące fale dźwiękowe nawet względnym amatorom tej kuchni. Z kolei nasze podniebienie wyłechtane zostanie kalejdoskopem smaków - od zahaczającego o war metal gruzu, poprzez poprzedzone apetycznie rzężącym basem zwolnieniem mającym rodowód datujący wstecz do diSEMBOWELMENT, aż po rytmiczne, naznaczone piętnem starej szkoły riffowanie. Tak, to wszystko w pierwszym daniu, zdecydowanie najlepszym spośród całego menu, choć nie oznacza to, że reszta jest be. 

Inicjalne wrażenie jest takie, że panowie pobrali lekcje w nie byle jakich technikach gastronomicznych, a potrawę tę smażyli pod ścisłą kuratelą death/black metalowego master chefa. Przygotowali danie będące ucztą dla stałych klientów, którzy nie przybyli w celu redefiniowania swego kulinarnego gustu, tylko by wpierdolić rasowego schaboszczaka. Jak już wspominałem, debiut Black Curse składa się z dobrze znanych i przemaglowanych patentów, choć puzzle te zostały ułożone w układankę iście po mistrzowsku i z zegarmistrzowską precyzją. Powiem więcej, wracając jednocześnie do kucharskiego porównania - talerz został mi podany przez seksowną kelnerkę, która nie tylko nienachalnie upewniła się, czy mi smakuje, a jeszcze po wszystkim zaproponowała drinka w promocyjnej cenie. Jest po prostu pięknie. Mój delikatny dyskomfort polega jedynie na tym, że lubię czasem pobrudzić sobie ręce, pofatygować się i przygotować posiłek samemu - wszak satysfakcja z jedzenia bywa wtedy znacznie większa. Tu zaś dostaję wszystko podane na tacy, o najwyższych walorach smakowych, bez większych zaskoczeń. Z drugiej strony, czy naprawdę oczekiwałem przekroczenia Rubikonu?

Słuchając "Endless Wound" mam nieustanne wrażenie towarzyszącego mi choróbska, przejawiającego się pod postacią kakofonicznych, jazgotliwych strzępach solówek, przywodzących na myśl zły narkotykowy zjazd przeprowadzonych przez krzywe zwierciadło "melodii" - w świetnym finale "Enrupted by Decay" jakby rodem wyjętych z pełniaka Spectral Voice - oraz absolutnie fenomenalnych wokali, srogo wykolejonych i mających znamiona zwyrodniałego obłędu. Te szaleńcze wrzaski, w większości przynależące raczej do domeny black metalu, fragmentami przechodzące w ultra-niski grobowy wyziew ("Crowned in (Floral) Vice"), innym razem w przeszywające, trącące grozą szepty (niedalekie od debiutu Beherit), istne recytacje wersów Necronomiconu, wreszcie osiągające apogeum w końcówce "Seared Eyes", gdzie struny głosowe pana o ksywce Gravetorn przytłaczane są przez zaciskającą się na jego szyi pętlę, nadal wydając dźwięki - to absolutnie najlepszy punkt albumu, stanowiący jego niezaprzeczalny wyróżnik i pierwiastek nakazujący mi przymykać oko na wtórność pozostałych elementów składowych omawianego dzieła. Na pewno nie można przejść obok tych wokali obojętnie, są one antytezą monotonii i zlewającego się z instrumentami bulgotu, koniec końców - jednymi z pierwszorzędnych, jeśli o ekstremalnym metalu ostatniej dekady mówimy. 

Wyłączając jednak ten aspekt muzyki, reszta jawi się jako nieco bezpieczna, momentami przewidywalna i szepcąca do twego uszka: "hej, już to gdzieś słyszałeś, hihi!". Może to grozić po prostu szybkim zmęczeniem materiału, zwłaszcza że chwytliwych i zapadających w pamięć od pierwszego odsłuchu fragmentów tu nie brakuje. Debiut Black Curse jest jakby idealnie, co do centymetra, skrojony pod gusta człowieka od lat włóczącego się po meandrach gruzu, szeroko pojętego death/black metalu, fińskiego doomu i war metalu razem wziętych. Jeśli jednak przestać się nad tym zastanawiać oraz założyć filtr nie przepuszczający jakichkolwiek oczekiwań w związku z byciem zaskoczonym - "Endless Wound" słucha się niezmiernie przyjemnie. To naprawdę dobrze skonstruowany materiał, robiący wrażenie zarówno pod kątem stylistycznym, jak i kompozycyjnym. Misternie upleciony utwór tytułowy stopniowo gęstnieje i nabiera chorobliwej flegmy, przechodzi w duszny mostek na filarach rytualnego bębnienia, by w końcu uwolnić budowane napięcie mięsiście i nonszalancko szarpanym riffem, przypieczętowanym perkusyjną kanonadą. Tego typu satysfakcjonujących konkluzji jest na omawianej płycie multum.

Finałowa kompozycja, adekwatnie zresztą zatytułowana, w pierwszej połowie zaciekła i intensywna, ze świetnym motywem gitarowym akcentowanym przez fanatyczne nabicia na crashach (w ogóle zestaw perkusyjny jest tu barbarzyńsko dewastowany) przerwanym przez będący przełamaniem konwencji rytmiczny wtręt - przywołujący skojarzenie z pierwszym utworem - w końcówce przeradza się w hipnotyczny, zapętlony riff okraszony narastającym jazgotem w tle (co w kontekście płyty jest oczywiście komplementem). Epilog ten jawi się jako dość stonowany w zestawieniu z całą resztą, z drugiej strony całkiem dobitny i wyczerpujący. Dobre zakończenie zwięzłego albumu, następujące właśnie w momencie, w którym należy postawić kropkę nad i. Recenzję tę skwitowałbym następująco: chciałbym, aby tak brzmiał ostatni, nieco mnie rozczarowujący Teitanblood. W ostatecznym rozrachunku debiut Black Curse, choć konwencjonalny i wyrachowany w swoim szaleństwie, jest świetnym albumem, który na pewno zapisze się w historii gatunkowego podziemia (umownego, bo wtórujący mu rozgłos daleko poza podziemie wykroczył). I jakkolwiek masochistycznie to brzmi: chciałbym bowiem się z "Endless Wound" bardziej pomęczyć w celu późniejszego zdublowania towarzyszącej odsłuchowi satysfakcji, bardzo mi się ten album podoba.

piątek, 11 września 2020

INCANTATION, czyli piewcy buchającego siarką death metalu cz. 2

 Niniejszym przechodzimy do drugiej części wpisu o dyskografii weteranów bluźnierczego death metalu. O ile materiały omawiane poprzednim razem stanowić mogły przedsionek piekła, tak tu zagłębiamy się w istny horror, zdobiony między innymi fenomenalnymi okładkami Miran Kim. Wczesny okres INCANTATION szczyci się albumami prawdziwie przytłaczającymi i bezwzględnymi, w których chorobliwa aura i duszna atmosfera sięga zenitu. Ale i całkiem niedawno, bo jeszcze w obecnej dekadzie, trafił się krążek będący manifestacją istnej furii, obracającej w popiół wszystko na swojej drodze. Bez zbędnego przedłużania, kontynuujemy zjazd do czeluści samego Szatana, począwszy od miejsca szóstego.

Poprzednia część wpisu: klik.

6. (66) Blasphemy (2002)

"Blasphemy" to album z kilku powodów dość niefortunny. Po pierwsze, wiąże się on z okresem, gdy dotychczasowa wytwórnia mająca Incantation pod swymi skrzydłami, zaczęła mieć - kolokwialnie mówiąc - wyjebane w zespół. Lata nieukładającej się współpracy z Relapse Records poskutkowały zmianą wydawcy, co w konsekwencji doprowadziło do braku wystarczającej promocji i rozgłosu. Po drugie, rok 2002 to mimo wszystko wciąż okres, gdy death metal jest w odwrocie, a już na pewno jego archaiczna i hermetyczna odnoga, nie mająca wiele wspólnego z technikaliami czy gitarową ornamentyką. Nie pomaga też okładka, która w porównaniu z poprzednimi nie jawi się jako dzieło sztuki - choć akurat w nastrój muzyki wpasowuje się doskonale. Wszystko to złożyło się na fakt, że "Blasphemy" to chyba najbardziej przeoczony i niedoceniony album zespołu, do niedawna także przeze mnie. A nie powinno tak być, bo materiał ten zawiera wszelkie esencjonalne dla Incantation elementy, będąc obfitym w ten charakterystyczny, zgniły klimat, przejawiający się na przykład w "Once Holy Throne", melodyjnym interludium duchem przypominającym wspaniałe "Unheavenly Skies" z trójki. Stylistycznie album ten jest najbardziej zbliżony do poprzedniego - poprzez udział Mike'a Saeza w nagraniach i podobną produkcję - zawiera jednak pewną dawkę mistycznej, niepokojącej aury, a także dozę przyjemnego "niedopracowania", muzycznego niechlujstwa, dobrze idącego w parze z podziemnym duchem death metalu. Na pewno nie jest też tak wyrafinowany jak "The Infernal Storm" - to płyta prostsza, bezpośrednia, hiciarska, ale też przepełniona złowrogim klimatem. Ten objawia się w utworach naznaczonych piętnem doom metalu, zarówno w przesyconym sabbathowskim riffem "Crown of Decayed Salvation" czy ośmiominutowym, wylewającym się niczym magma "Uprising Heresy", będącym jakby duchowym spadkobiercą "Abolishment of Immaculate Serenity" z dwójki. Koniec końców, jest to naprawdę świetny album - może nie wszystkie pochodzące stąd kompozycje na stałe zapisały się w repertuarze zespołu, ale jako spójne dzieło "Blasphemy" nie można niczego zarzucić. Poza bezsensownym, trwającym pół godziny "outro" - to można jednak wybaczyć, wszak stanowi ono prztyczek w nos byłej wytwórni, pragnącej "eksperymentalnych rozwiązań".

Najlepsze utwory: "Crown of Decayed Salvation", "Rotting with Your Christ", "Uprising Heresy"


5. The Infernal Storm (2000)

"The Infernal Storm" to jeden z najbardziej problematycznych w ocenie albumów Incantation, a także chyba najmniej oczywisty. Z jednej strony stanowi jakby pociągnięcie wątków zawartych na wybitnej "Diabolical Conquest", eksponując tę bardziej wyrafinowaną i precyzyjną stronę muzyki, nadal będącą jednak manifestacją bestialskiego szaleństwa cechującego wczesne nagrania zespołu. Zawiera też jedne z najbardziej posępnych melodii w historii hordy McEntee'ego, uwydatnionych "płaczącym" brzmieniem gitar - zwolnienie w "Anoit the Chosen" jest niczym wejście do parnej szklarni. Z drugiej strony, rzuca się w uszy sterylna wręcz czystość garów, podkreślająca bardziej techniczny wydźwięk muzyki, odbierająca jej za to masywność i ociężałość. Sama gra Dave'a Curlossa robi jednak wrażenie - aranże są iście zabójcze, niczym demon z maszynową precyzją nabijający ofiary na swe ostrza (o Szatanie, jak ja uwielbiam tę okładkę). Uwielbiam też zawarte tu stężenie chaotycznych riffów, eksponujących ten tak charakterystyczny dla Incantation diaboliczny taniec - przewodni motyw finałowego "Nocturnal Kingdom of Demonic Enlightenment" to istny obłęd. Album ten jest dość zwięzły, obfity w ciekawe pomysły i całkiem zróżnicowany w obrębie stylistyki zespołu. Choć podczas środkowych utworów troszkę siada napięcie, tak te skrajne są jednymi z najlepszych kompozycji w dziejach Inkantacji. Uważam, że jako kompromis między brutalnością i duchotą "Mortal Throne of Nazarene", a finezją "Diabolical Conquest" - z domieszką oryginalnego sznytu - jest to album zamykający pewną erę, ostatni krążek Incantation, który powinien być w kolekcji entuzjasty tego typu death metalu. Późniejsze - choć wcale nie ustępujące, o czym przekonasz się za chwilę - są już raczej dla zatwardziałych fanów.

Najlepsze utwory: "Anoit the Chosen", "Impetuous Rage", "Nocturnal Kingdom of Demonic Enlightenment"


4. Vanquish in Vengeance (2012)

"Vanquish in Vengeance" jest materiałem przełamującym ten delikatnie słabszy środkowy okres Incantation, i to przełamującym z potężnym impetem! Od pierwszych sekund "Invoked Infinity" panowie nie pozostawiają wątpliwości, że zespół znów jest w najwyższej formie. Doskonałe brzmienie, werwa towarzysząca aranżom i porażająca intensywność niemal każdego riffu cechują ten album aż do samego końca. Myślę, że rzeczą odróżniającą tę płytę od kilku poprzednich, a przywodzącą na myśl niemal poziom debiutu, jest przepełniająca zawarte tu kompozycje dzikość i pasja, przejawiająca się chociażby w żwawo i arogancko brzmiących solówkach oraz dynamicznym erupcjom przyśpieszeń. Trzyminutowe strzały w rodzaju "Progeny of Tyranny", "Vanquish in Vengeance" czy "From Hollow Sands" dewastują słabeuszy niczym niszczycielski huragan, pożerający wszystko na swojej drodze. "Ascend into the Eternal" łączy to podejście z będącymi niczym czarna dziura pochłaniająca wszelkie znamiona optymizmu zwolnieniami, które to w pełni przepoczwarzają się w prawdziwe doom metalowe molochy pod postacią "Profound Loathing" czy - w szczególności - funeralny i niezwykle ponury "Legion of Dis", w drugiej połowie wcale nie potrzebujący aktywnego udziału perkusji, by siać pożogę. Jak widzisz, wymieniłem tu większość znajdujących się na albumie utworów - istotnie jest on bogaty w rozpoznawalne, charakterystyczne kompozycje przez całe 52 minuty obrotu krążka. Zapewne spora w tym zasługa odmiennego procesu twórczego towarzyszącego nagraniom - w porównaniu do "Decimate Christendom" i "Primordial Domination" John otrzymał spore wsparcie w kwestii songwritingu pod postacią świeżej krwi w osobach Chucka Sherwooda i Alexa Bouksa.

Najlepsze utwory: "Ascend into the Eternal", "Vanquish in Vengeance", "Legion of Dis"


3. Onward to Golgotha (1992)

We wstępie do pierwszej części tegoż wpisu pisałem: "ikoniczny debiut w 1992r. musiał stanowić niesamowity cios, istną infernalną kakofonię, potencjalnie odstraszającą tych, którzy w swoim mniemaniu zjedli zęby w akompaniamencie ekstremalnych dźwięków". Tak właśnie jest. Pierwszy materiał Incantation, co prawda skoligacony z przedstawicielami starej szkoły spod znaku "Altars of Madness" czy "Dawn of Possession", przebija je pod względem intensywności i siły przekazu co najmniej kilkukrotnie. Istna gitarowa ściana dźwięku, zniewalająca wiązka piekielnej energii i surowo wyprodukowane bębny dewastują już od pierwszego, legendarnego riffu w tytułowym "Golgotha". Choć przy inicjalnym kontakcie album ten sprawia wrażenie kurewsko nieprzystępnego i chaotycznego, uważny słuchacz - albo po prostu osoba kochająca death metal pełnią serca - szybko dostrzeże, że ma do czynienia z piętrzącymi się na sobie hitami. Dosłownie. Sposób, w jaki "Devoured Death" przechodzi od zmasowanego ostrzału artyleryjskiego do rytmicznego walcowania jest po prostu przepiękny. Spowolnienie obrotów w "Blasphemous Cremation", okraszone tymi dochodzącymi chyba z wnętrza jądra Ziemi wokalnymi wyziewami - czy było w '92 coś, co brzmiało tak ciężko? Nie dająca wytchnienia intesywność "Unholy Massacre", z tym szaleńczym riffem w tremolo i hipnotyzującą sekcją rytmiczną - to jakby wziąć najbardziej złowieszcze partie gitar Treya Azagthotha i uczynić je jeszcze bardziej bluźnierczymi, zupełnie nie z tego świata. Połączenie przeraźliwego wręcz w swym wydźwięku jazgotu wioseł, barbarzyńsko brzmiących blach i talerzy, dozy bestialstwa i zezwierzęcenia w zestawie z fanatycznym pluciu we wszystko, co chrześcijańskie sprawia, że "Onward to Golgotha" ma wręcz antagonistyczny stosunek do słuchacza, jakby pragnąc go pożreć, wyrzygać, po czym jeszcze zmiażdżyć butem. To płyta szalenie esencjonalna, będąca u podstaw tego, czym jest prawdziwy death metal. Sposób, w jaki ówczesny skład Incantation żongluje zmianami tempa, zaciekłość niespodziewanych przyśpieszeń, smaczki w rodzaju apokaliptycznie brzmiących klawiszy ("Christening the Afterbirth") i przeplatanie srogich blast-beatów z bardziej rytmicznymi czy noszącymi znamiona melodii fragmentami zakrawa na arcydzieło. Nawet nie będę pretendował do bycia elokwentnym - debiut Incantation sieje ROZPIERDOL, sprawiając że wpadam w istny amok, latam po pokoju i równam z ziemią wyimaginowany zestaw perkusyjny. Muzyka ta ma wszelkie cechy nakazujące jej być kwintesencją anty-chwytliwości, a jednocześnie na swój chory i zdeprawowany sposób jest chyba najbardziej chwytliwym metalowym albumem w dziejach.

Najlepsze utwory: "Golgotha", "Christening the Afterbirth", "Profanation"


2. Mortal Throne of Nazarene (1994)

Choć subiektywnie debiut lubię chyba nieco bardziej (aczkolwiek to już dzielenie włosa na czworo), czuję się zobowiązany postawić "Mortal Throne of Nazarene" oczko wyżej. Nie mam wątpliwości, że to najcięższy, najbardziej duszny i przytłaczający album Incantation, z inwokacją w postaci uderzająco demonicznego riffu, brzmiącego niczym rój wściekłych os, tysiąc jadowitych ukąszeń. "Demonic Incarnate", bo o tym utworze mowa, po chwili przechodzi w jedno z najbardziej gęstych i buchających siarką death/doomowych momentów w historii gatunku - praca gitar przywołuje na myśl wieczną kaźń w halach agonii. Duża w tym zasługa wypracowanego brzmienia - masywnego, przymulonego, jakby spowitego dodatkową warstwą błota i syfu, z bębnami pełniącymi funkcję buldożera i wyraźnie wyeksponowanym, mięsistym basem. Wrażenie walącego się na głowę nieba uwydatniane jest przez jedne z najbardziej nieludzkich wokali, jakie kiedykolwiek słyszałem - owszem, Pillard na "Mortal Throne of Nazarene" jest jednostajny i monotonny, ale co z tego? Stanowi on istną emanację obślizgłego bytu pragnącego pochłonąć krainy śmiertelników w swych objęciach, co perfekcyjnie korensponduje z aurą przedstawionej tu muzyki. "Iconoclasm of Catholicism" i "Essence Ablaze" zawierają klasyczne dla Incantation harmonie, będąc przy okazji pokazami tego, jak prędko muzyka ta potrafi zamienić się w wirujący taniec ostrzy pod postacią gitar. "The Ibex Moon", jeden z prominentnych koncertowych klasyków, to istny blitzkrieg poprzedzonych grobowym zwolnieniem na miarę Winter szaleńczych tremolo. Najbardziej kruszące kości 50 sekund w historii death metalu figurujące jako "Blissful Bloodshower" (cóż za adekwatny tytuł!) stanowi jedynie przedsmak prawdziwych trąb zagłady, bo nie potrafię inaczej opisać tego, co dzieje się w finałowym już "Abolishment of Immaculate Serenity". To death/doomowy hymn stający w szranki z najlepszymi utworami na wydanym rok wcześniej pełniaku diSEMBOWELMENT, a kto zna mój muzyczny gust, wie że sprawa musi być w takim razie poważna. Pierwsze cztery minuty tego monstrum mogłoby stanowić ścieżkę dźwiękową do wersów Apokalipsy św. Jana. Czy komuś udało się - wcześniej czy później - osiągnąć równie mrożący krew w żyłach dźwięk gitary elektrycznej? Utwór ten nieśpiesznie poddusza i torturuje słuchacza, z każdym uderzeniem bębna atmosfera zagęszcza się, aż można ją kroić nożem - i jeb! Wybrzmiewa jedyna na płycie konwencjonalna, jęcząca solówka, by następnie całość zwieńczona została klasycznym w wydźwięku riffem czerpiącym ze spuścizny najważniejszego zespołu dla metalu ekstremalnego - Celtic Frost. "Mortal Throne of Nazarene" jest albumem jeszcze trudniejszym w odbiorze niż debiut, na pewno nie tak chwytliwym, a zdecydowanie nastawionym na kreowanie atmosfery - pod tym względem nacechowany jest podejściem wręcz black metalowym, a choć tworzący ten materiał muzycy obdarzeni są umiejętnościami technicznymi, swoje partie traktują jako środek do jedynego pożądanego celu: stworzenia albumu będącego lustrzanym odbiciem piekła. To także apogeum wczesnego okresu Incantation i kamień milowy stanowiący fundament pod przyszłe kapele parające się tzw. "gruzem" czy "cavernous death metalem", jak to dzisiejsza szeroko pojęta prasa lubi określać.

Najlepsze utwory: "Demonic Incarnate", "The Ibex Moon", "Abolishment of Immaculate Serenity"


1. Diabolical Conquest (1998)

1998 to nie byle jaki rocznik dla death metalu. Po załamaniu i przeminięciu złotej ery, śmierć powoli wraca do łask, uhonorowana między innymi najlepszym albumem Morbid Angel czy świeżym i oryginalnem debiutem Nile. Ukoronowaniem tego okresu jest trzecia płyta Incantation, jedyny materiał z Danielem Corchado (m. in. meksykański The Chasm) w składzie i opus magnum zespołu. "Diabolical Conquest", choć nie tak gęsta i duszna jak poprzednik, jest w istocie doprowadzeniem formuły Incantation do perfekcji. Klimat aż wylewa się z tego krążka, fermentując zgnilizną upadłych aniołów, grzechem i zepsuciem. To muzyczny spektakl skorumpowanego Edenu, w którym wężowy Szatan gra główną rolę, kusząc żałosne istoty ludzkie będące jego marionetkami. Instrumentalny "Unheavenly Skies" stanowi wrota do królestwa deprawacji i ogrodu rozkoszy ziemskich - to jedna z najbardziej sugestywnych kompozycji w karierze Inkantacji, do której rękę przyłożył nowo przybyły gardłowy. Choć uważam Pillarda za doskonałego wokalistę, nie wyobrażam sobie tutaj za mikrofonem kogokolwiek innego niż Corchado - ma on różnorodną, charyzmatyczną manierę, a swoimi strunami głosowymi mógłby dubbingować Slaneesha, pana rozpusty, gdyby na podstawie świata Warhammera Fantasy powstał pełnometrażowy film. Jego growl jest bardziej ludzki, ale jest to człowiek, który przekroczył już bramę piekieł i nie zazna zbawienia. Nie dysponuje on tak głębokim, basowym rykiem, za to brzmi jak istne wcielenie moralnego degenerata. Przechodzący raz w maniakalny krzyk czy obrzydliwe rzygnięcie, innym razem w jeżący włosy na skórze niski pomruk, jakby kuszący szept, wokal jest jednym z najmocniejszych punktów "Diabolical Conquest". Nie mniej istotne jest pojawienie się w zespole Kyle Severna, nowego garowego, który - wyłączając drobne nieobecności - udziela się w nim do dziś. Bębny na debiucie oraz "Mortal Throne..." i tak były powyżej gatunkowej przeciętnej, ale to, co dzieje się na omawianym albumie, przekracza najśmielsze oczekiwania! Niesamowicie urozmaicone i gęste bębnienie, obfite w błyskawiczne przejścia i precyzyjne jak w zegarku blasty, dodaje temu materiałowi kolorytu, ale też morderczej intensywności. Kultowy otwieracz "Impending Diabolical Conquest" poraża swoją dynamiką, atakując kolejnymi falami riffów z niespotykaną wcześniej zajadłością, po to by za chwilę przejść do tchnącego fetorem rozkładu zwolnienia. "Desecration (Of the Heavenly Graceful) w mistrzowski sposób buduje nastrój, będąc opartym o uwodzicielskie wręcz melodie, jakby nawołujące do skosztowania zakazanego owocu. "Shadows of the Ancient Empire" to ponownie nagrany (oryginalnie występujący na wydanej rok wcześniej EP) utwór, obfitujący w skłębione ze sobą, tańczące w amoku riffy - pod sceną rozpętujący szaleńczy kocioł. To wszystko stanowi wszak "jedynie" ciszę przed burzą: zwieńczeniem - niczym wisienka na prawdziwie pysznym torcie - w postaci monumentalnego, kolosalnego "Unto Infinite Twilight/Majesty of Infernal Damnation", będącego punktem kulminacyjnym twórczości Incantation. Ta niemal 17-minutowa bestia, rozpoczynająca się ohydną, demoniczną apostrofą "Upon the mountain apex, reeking of zealous malevolence..." to kwintesencja wszystkiego, co stanowi o sile tego zespołu, obezwładniająca w swym rozmachu satanistyczna, bluźniercza suita, będąca niczym infernalna droga krzyżowa sygnowana mistrzowskimi partiami gitar - miażdżącymi zarówno podczas fragmentów czysto napierdalankowych, jak i tych sygnowanych piętnem death/doomu. Ten szczytujący w okolicach dwunastej minuty monolit, przechodzący w black metalowe tremola, ponownie powraca do swego motywu przewodniego z przeszywającymi wokalami Corchado, by powoli rozmywać się we mgle gitarowych pisków i sprzężeń brzmiących niczym kakofonia potępionych dusz. Po takim ciosie zostają jedynie buchające trującymi oparami zgliszcza. "Diabolical Conquest" to absolutne arcydzieło świętokradczego death metalu: jeden z najlepszych albumów w historii gatunku.

Najlepsze utwory: "Impending Diabolical Conquest", "Desecration (Of the Heavenly Graceful)", "Upon Infinite Twilight/Majesty of Infernal Damnation"


Myślę, że jakiekolwiek szczególne podsumowanie nie jest już potrzebne. Wyszedł i tak chyba najdłuższy tekst w historii tego bloga - wszystkim, którzy dotarli do końca, gratuluję. W ten sposób zamykam wpis o jednej z mych ulubionych hord metalu śmierci, o niebagatelnym wpływie na rozwój gatunku. Dajcie znać, co sądzicie o przedstawionej przeze mnie kolejności, które płyty Inkantacji są waszymi ulubionymi, czy w '92 istniał większy wpierdol niż "Onward to Golgotha" i tak dalej - wiecie co robić. Do następnego, mam nadzieję że już w krótszym formacie! :)

niedziela, 6 września 2020

INCANTATION, czyli piewcy buchającego siarką bluźnierczego death metalu

 Istnieje pewien zespół, którego nie trzeba zbytnio przedstawiać - a przynajmniej tym, którzy wiernie śledzą dokonania death metalowego podziemia. W latach 90 - złotej erze gatunku - przeoczeny i niedoceniony, a już na pewno będący w cieniu nazw takich jak Death, Morbid Angel, Obituary czy Cannibal Corpse. Dziś INCANTATION stawia się w jednym rzędzie panteonu najbardziej zasłużonych hord, a naśladowców (mniej lub bardziej uzdolnionych) można liczyć w dziesiątkach. Istnieje jednak pewien zestaw cech sprawiający, że muzyka ta od samego początku była mniej przystępna i akceptowalna dla przeciętnego fana wycinania flaków i desekrowania grobów. Poprzedzony EPką "Entrantment of Evil", zawierającą pierwsze autorskie kompozycje zespołu, ikoniczny debiut "Onward to Golgotha" w 1992r. musiał stanowić niesamowity cios, istną infernalną kakofonię, potencjalnie odstraszającą tych, którzy w swoim mniemaniu zjedli zęby w akompaniamencie ekstremalnych dźwięków. 

Część druga wpisu: klik.

O ile wcześniej death metal - mniej lub bardziej - emanował thrash metalowym rodowodem, nie kryjąc symptomów ewolucji przebiegającej na przestrzeni lat, to ekipa Johna McEntee'ego (pozostającego liderem grupy do dzisiaj, a prywatnie - bardzo miłym gościem, którego w życiu nie podejrzewałbym o nagrywanie takiego hałasu) ostatecznie przecięła pępowinę. Już wtedy charakterystyczny styl zespołu opierał się na inkorporacji elementów doom metalu (podobnie jak w przypadku równie przeoczonego Autopsy), przejawiających się w ciężkich jak dupa Lucyfera zwolnieniach, chorobliwie brzmiących melodiach, wykrzywionych i zdeformowanych, nagłych zmianach tempa, podczas których muzyka ta zamienia się w istny piekielny taniec oraz surowej, nieprzystępnej produkcji. Szczególnie w okresie, gdy swoich strun głosowych użyczał niesławny Craig Pillard - istna emanacja monstrualnego wyziewu - Incantation jawił się jako szczególnie nieprzystępny zespół, który wzniósł pnący się wówczas na szczyty popularności death metal w zupełnie nowy wymiar, nie mający nic wspólnego z coraz bardziej wygładzonym brzmieniu Morrissoundu i jeżdżącymi na deskorolkach gośćmi w czapeczkach. To było istne bluźnierstwo, bezceremonialne splunięcie we wszelkie formy zorganizowanej religii, a w szczególności katolicyzmu. I nie przejawiało się to jedynie w warstwie tekstowej, a również w samej muzyce, będącej ucieleśnieniem pogardy i profanacji. 

Choć ostatnimi czasy lirycznie zespół popełnił pewien progres, w dużej mierze dzięki zaangażowaniu obecnego basisty, Chucka Sherwooda, w pisanie tekstów, a trendy produkcyjne zmieniły się z biegiem czasu, to John, Kyle i pozostali nadal wierni są wypracowanym w poprzednim millenium ideałom, poruszając się w swojej hermetycznej stylistyce. Cytując (nie dosłownie, bo z pamięci) słowa McEntee'ego z przeprowadzonego z okazji premiery "Sect of Vile Divinities" wywiadu: "nie mam nic przeciwko nowym pomysłom i rozwiązaniom, tak długo, jak nie odbiegają one od esencji brzmienia Incantation". Podkreślił też, że każdy członek zespołu aktywnie przyczynia się do pisania i komponowania utworów, a próby przypominają istne burze mózgów. I to widać: mimo że każdy kolejny album w znaczącym stopniu cofa się do '92, to nie brakuje im świeżości (tzn. zgnilizny), a akcenty zawsze porozstawiane są nieco inaczej. Właśnie dlatego mam wystarczająco dużo materiału, by wyczerpująco podsumować dyskografię bohaterów dzisiejszego wpisu - choć Incantation do eksperymentatorów nie należy (i dobrze!), to mówiąc z pewnym przekąsem, nie jest też AC/DC. Dlatego też postaram się omówić każdy długograj zespołu, szeregując je w kolejności od najmniej przeze mnie lubianych (acz nadal bardzo, wszak ekipa ta nie splamiła się słabym nagraniem) aż po te wywołujące coś na kształt - paradoksalnie - religijnej ekstazy.

11. Profane Nexus (2017)

Po trwającej kilka lat przerwie dzielącej "Primordial Domination" od "Vanquish in Vengeance", Incantation wzbiło się na wyżyny formy, ponownie osiągając mistrzostwo w dziedzinie duszącego i przytłaczającego death metalu. Po dwóch świetnych materiałach nie dziwnym jest, że kolejny krążek jawi się jako nieco słabszy. Produkcyjnie album ten jest mniej miażdżący, a pod względem wydźwięku cofa się mniej więcej do ery "Decimate Christendom", kładąc nacisk na dość bezpośrednio kopiące w ryj ciosy i rezygnując z wieńczącego dzieła -nasto minutowego potwora. Przyznam, że w momencie premiery obszedłem się z tą płytą po macoszemu. Ostatnio jednak wróciłem do niej i może nie zostałem zmiażdżony, ale grzechem, nomen omen, byłoby odmówić temu materiałowi ducha Inkantacji. Mamy tu zachowane zarówno umiejętne budowanie atmosfery w mrocznym "Visceral Hexahedron" czy nie pozostawiającym strzępów nadziei "Incorporeal Despair", ale także żywiołowy strzał w postaci "Lus Sepulcri" z bardzo zapamiętywalnym motywem przewodnim. Nie powiem więc, że płycie brakuje jakichś wyróżników, zwłaszcza że i zamykający całość "Ancients Arise" stanowi zwięzłą kropkę nad i, zwinnie przechodząc od powolnych jęków rozpaczy po skąpane w duchu Celtic Frost riffowanie, nadając temu daniu posmak klasyki. Coś musi jednak zamykać dolną część tabeli i padło właśnie na "Profane Nexus". Najsłabszy krążek Incantation to tak czy inaczej kawał dobrej muzyki.

Najlepsze utwory: "Visceral Hexahedron", "Lus Sepulcri", "Ancients Arise"


10. Primordial Domination (2006)

Zwieńczenie "środkowego okresu" Incantation, tak jak to lubię porządkować sobie w głowie, to bardzo dobry album, koncentrujący się na budowaniu dusznego klimatu i monolityczny, jeszcze bardziej widniejący jako zwięzła i spójna całość. Mnogość zawartych na tej płycie atmosferycznych pasaży jest prawdziwą gratką dla entuzjastów buchającego siarką death metalu, a wyciszenia podczas których prym wiedzie bas przywołują na myśl klasykę w stylu "Retribution for the Dead". Album ten jawi się jako mniej dziki i furiacki, a bardziej wyważony, nastawiony na kreowanie obrazu powoli kroczącej bestii, pożerającej wszystko na swojej drodze. Wyraziste riffy na tle nieśpiesznie kroczącej podwójnej stopy, podparte sugestywnymi leadami, tworzą wrażenie prawdziwego majestatu. Niestety niewątpliwe piętno kompresji i "atutów" cyfrowej produkcji zwraca na siebie uwagę, a dziwnie zniekształcone wokale Johna dopełniają wrażenie, że produkcyjnie mogłoby być nieco lepiej. Nie zmienia to faktu, że "Primordial Domination" to kawał dobrego albumu, trochę przeoczonego, a szkoda - pomimo przeciętnej okładki stanowi całkiem niezły wyróżnik na tle całej dyskografii.

Najlepsze utwory: "Hailed Babylon", "Doctrines of Reproach", "Conquered God"

9. Decimate Christendom (2004)

Wydany w 2004r. "Decimate Christendom" stanowi w pewien sposób nową furtkę dla zespołu i wyraz istotnej zmiany. Otóż po raz pierwszy w historii Incantation wykrzykiwał bluźnierstwa będzie nie kto inny, jak sam John McEntee (podobno długo do tej roli się przygotowujący), do tej pory stanowiący "jedynie" kompozycyjny filar zespołu. Choć uważam, że na tle poprzednich wokalistów John jawi się jako nieco słabszy, trochę zbyt monotonny, to i tak jego przechodzące w szaleńcze wrzaski wokalizy ujmy zespołowi nie przynoszą. Co mogę zaś powiedzieć o samym albumie? Według mnie to takie "best of" Incantation, dobrze podsumowujące wszystko, co do tej pory działo się w piekielnych zastępach. Furiackie, rzeźnickie utwory w stylu "Dying Divinity" czy "Merciless Tyranny" (przepełnione duchem gitarowego duetu K. Kinga i J. Hannemanna) przeplatane są z utrzymanymi w średnim tempie, klasycznymi w konwencji "Oath of Armageddon" oraz "Blaspheme the Sacraments". Zwłaszcza w tym drugim, gdzie prym wiodą kapitalne, zagęszczone przejścia na garach, na tle których wybrzmiewają złowieszcze tremola, dzieją się rzeczy. Ciężko mi się tu do czegokolwiek przyczepić - to co najmniej bardzo dobry album, może nie tak owiany mistycyzmem jak poprzedni "Blasphemy", bardziej zaś stawiający na hiciarskie kompozycje i perkusyjną nawałnicę, co zresztą podkreślone jest wyraźnym wysunięciem bębnów do przodu w miksie. 

Najlepsze utwory: "Oath of Armageddon", "Blaspheme the Sacraments", "No Paradise Awaits"

8. Dirges of Elysium (2014)

Do tego albumu mam szczególny sentyment - namiętnie go słuchałem, będąc opętanym poznawaniem całej tej nowo wyrośniętej death metalowej sceny, żywiącej się spuścizną Incantation właśnie. Kapitalne brzmienie wypracowane na poprzedniej "Vanquish in Vengeance" jest obecne i tutaj, miażdżąc słuchacza cechującym się tektoniczną mocą basem i wyrazistymi gitarami. Sama płyta zaś jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej podkreśla fascynacje zespołu przytłaczającym, zalewającym świat lawą i popiołem doom metalem, czego wyrazem są kompozycje takie jak "From a Glaciate Womb" - z genialnymi sprzężeniami i obrzydliwymi wokalami przywodzącymi na myśl "Legion of Dis" z poprzedniej płyty - "Charnel Grounds" czy ogromny, 16-minutowy "Elysium (Eternity is Nigh)". W tym ostatnim objawiają się jednak pewne problemy, które podgryzają gdzieniegdzie całą tę płytę - o ile mielenie w wolnych, ociężałych tempach zespół uskutecznia tu perfekcyjnie, tak część szybka nie wypada aż tak dobrze. Nie pomaga też fakt, że utwór składający się de facto na 1/3 materiału, choć momentami bryluje, nie do końca trzyma w napięciu przez cały swój długaśny czas trwania i nie zapewnia wystarczająco mięsistej konkluzji. Z drugiej strony, szaleńcze erupcje przyśpieszeń w "Portal Consecration" są na tyle żwawe, a nieco bardziej techniczne riffy "Debauchery" na tyle przyciągające uwagę, że w ostatecznym rozrachunku "Dirges of Elysium" słucha się naprawdę dobrze.

Najlepsze utwory: "Debauchery", "From a Glaciate Womb", "Portal Consecration"

7. Sect of Vile Divinities (2020)

O najnowszym wypuście Incantation szerzej wypowiedziałem się w recenzji, nie będę więc się zbytnio rozpisywał. W porównaniu do poprzedniego "Profane Nexus" album ten wypada naprawdę odświeżająco, a choć produkcyjnie nadal pozostawia wiele do życzenia, to zawarte tu kompozycje są na tyle porywające, że jestem w stanie przymknąć oko na zbytnie wygładzenie brzmienia. "Sects of Vile Divinities" to album prawdziwie klimatyczny, czarujący eleganckimi partiami gitary prowadzącej, w piękny sposób kontrastującymi ze zgniłą, typową dla Incantation aurą muzyki. Choć niektórzy zapewne będą narzekać, że nie ma tu takiej ilości smoły, jakiej by oczekiwali, dla mnie postawienie na wyraziste, utrzymane w duchu demonologicznej otoczki utwory jest tu strzałem w dziesiątkę. Podejrzewam też, że "Siege Hive" stanie się obowiązkowym punktem w koncertowym repertuarze Incantation, bo wykrzesany tu ogień pozostawia za sobą jedynie zgliszcza.

Najlepsze utwory: "Black Fathom's Fire", "Scribes of the Stygian", "Siege Hive"

Część druga, zawierająca materiały będące już zejściem w same czeluście dziewiątego kręgu piekieł, niebawem.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Recenzja RITES OF DAATH - Doom Spirit Emanation

Jaki jest gruz, każdy widzi. Gdy posypie się na łby, nie ma czego zbierać. Niewątpliwie jest to skuteczny sposób odbierania życia śmiertelnikom. Finezji w tym jednak za grosz. Taki sposób zadawania śmierci bywa spektakularny i efektowny, aczkolwiek po pewnym czasie nudzi. Monotonia staje się groźniejszym przeciwnikiem niż siła grawitacji przyciągająca głazy. Krakowianie z RITES OF DAATH zdają sobie z tego sprawę i choć wykorzystują gruz jako mechanizm odbierania życia niepokornym słuchaczom, to przedtem szlifują bryły, nadają im różnorodne kształty, grawerują wzory, a potem jeszcze atakują w nieregularnych odstępach, przeplatając fale kolejnych lawin z wycieczkami krajoznawczymi, na przykład w głąb Hadesu.

Po bardzo obiecującej EPce "Hexing Graves", stanowiącej dowód na zaliczenie pierwszorzędnych egzaminów (między innymi znajomość fundamentalnych dzieł Incantation w stopniu zaawansowanym), panowie zaserwowali znacznie bardziej obfitą dawkę rzeczonego gruzu, aczkolwiek wciąż zamkniętą we względnie ciasnych, nie rozłażących się ramach. "Doom Spirit Emanation" to sześć kompozycji składających się na 38 minut muzyki. Muzyki cholernie ciężkiej i przytłaczającej, nadmieńmy - to naprawdę gęsty wywar, przyrządzony ze składników takich jak obskurny, jaskiniowy death metal oraz obślizgły, mający swe źródło w lovecraftowskich odmętach oceanu doom metal, do tego zakrapiany czarną polewką. Potrawa ta przyrządzana jest w czeluściach samego Belzebuba, mającego w rzyci, że z kotła kipi, a zewsząd unosi się odór spalenizny. Czasem wręcz przypomina on aktywny wulkan. Pomiędzy niedbałymi ruchami chochlą, demon ten czyni użytek ze swych strun głosowych, racząc obecnych dookoła wyziewem z najgłębszych odmętów infernalnych stepów. Okazjonalnie też krzyknie coś niezrozumiałego, acz noszącego znamiona gorejącego w nim fanatyzmu i dającego do zrozumienia, że to całe gotowanie to bardzo poważna sprawa.

Danie to bardzo syte, treściwe i obfite w wartości odżywcze, choć mówię temu skurwysynowi nieustannie, żeby dorzucił jakieś warzywo następnym razem, jako że mój żołądek niezbyt znosi nieurozmaiconą, mięsną dietę. Pomiędzy poszczególnymi kęsami trafia mi się czasem kawałek mięciutkiej marchewy, dając żuchwie wytchnienie od nieustannego przeżuwania pieczystego. Niestety nie potrafię powstrzymać się przed marzeniem o jakimś brokule, albo chociaż dobrze posolonym kalafiorze. Koniec końców doceniam jednak wkład i zaangażowanie kucharza, bo bynajmniej nie rzuca we mnie ochłapami. Jeżeli nie do końca jeszcze rozumiesz mojej idiotycznej kulinarnej metafory, to podpowiem, że "Doom Spirit Emanation" to materiał dosyć ograniczony pod względem oferowanej palety emocji, mogący jednak robić duże wrażenie swą dosadnością i monumentalną formą. 

Skupiony w jednej wiązce strumień negatywnej energii, wyzwalany z kreowanych na wiosłach riffach, z pewnością opęta tych, którzy w celu zaspokojenia wrażeń estetycznych udają się popływać w morzu tryskającej ognistymi jęzorami lawy. Najpierw czerpiąc perwersyjną przyjemność z oczekiwania na wzburzenie fal, by potem doznawać rozkoszy przebudzenia magmowego mamuta. Tak dzieje się w najlepszym na płycie "Shrines of Seclusion", konsekwentnie zmierzającym do swej eskalacji: "We're corruption/Taking a form/Of a woman, of a man/Of an animal and a child" - ten moment to istne otwarcie głodnej szczeliny w strukturze genealogicznej piekła, która najpierw pożre potępione dusze, a następnie dźwięcznie zamanifestuje swe zadowolenie. Odrywające się niczym flegma ścieżki gitar pochłaniają słuchacza i skutecznie oblepiają w swój obślizgły kokon - a struktura chemiczno-biologiczna niniejszego obrzydlistwa gwarantuje, że ten się nie uwolni. Pan V. K. naprawdę dobrze zakręcił gałkami, a wszechobecny pogłos wzmacnia jedynie wrażenie, że jest to muzyka prosto z pieczary bestii pałaszującej właśnie drugie śniadanie.

Produkcyjna maestria omawianego krążka pozwala także z pełną efektywnością wybrzmieć wszelkim piskom, sprzężeniom i urywkom solówek, dzięki którym uwydatnia się dochodzący zewsząd zaduch. W pełnej krasie objawia się to na najdłuższym w zestawie "Primeval Depths of Chaos", będącym prawdziwym death/doomowym monstrum, nieobojętnym na wszelkie rewelacje, jakie zachodziły w trzydziestoletniej historii gatunku. Począwszy od klasycznych, huraganowych, bezlitośnie przewiercających mózg riffów, poprzez kanonady na podwójnej stopie kłaniające się diSEMBOWELMENT, takoż i ociężałe, miażdżące niczym walec gitary kontrastowane nieubłaganymi blastami, aż po jęki i ognie piekielne jakby wyjęte rodem z legendarnego "Upon Infinite Twilight/Majesty of Infernal Damnation". To utwór kompletny, dosadny, w swojej klasie będący małym dziełem sztuki, choć oczywiście subtelnością nie grzeszący - gruz ma przytłaczać, a nie zachwycać strukturą konturów. Nieśpieszne rozwijanie się tej kompozycji robi nielada wrażenie - czujesz, że siódma pięczęć właśnie zostaje aktywowana, pojawiają ci się mroczki przed oczami, a legioności rozpoczynają swój marsz, by zatopić świat w zepsuciu. Wiesz, że jesteś bezradny, tak naprawdę wiedziałeś o tym od początku - tylko niezmordowany fatalizm kazał ci zapuszczać się w głębie tego pandemonium. Gdy wybrzmiewają dwie ostatnie minuty, nie ma już czym oddychać. Tracisz świadomość.

Budzisz się, czując w trzewiach palący żar. Po chwili zaczynasz żałować, że nie umarłeś, że te pływające w popielastych rzekach mackowate stworzenia nie wciągnęły cię w otchłań. Tak jak wcześniej Bestia nieśpiesznie napawała się twym cierpieniem, tak teraz wpadła w szał, czego przejawem jest buchający nieposkromionymi solówkami "The Chasm". Wspominałem wcześniej o kipiącym kotle? Ten utwór ostatecznie obryzguje wszystkim twarze wrzącą zawiesiną. Potem już tylko można posprzątać trupy, gdy już aktywność wulkaniczna wygaśnie - klimatyczne pociągnięcia za struny w finałowym "Mercurian Blood" pozwalają odetchnąć sprzątającym ten bajzel. Ci, którzy przeżyli, prawdopodobnie rzekną, że spektakularnie zaczęło być dopiero w trzecim rozdziale tego spektaklu, aktorzy grali w nieco jednowymiarowy sposób, a zakończenie pozostawiło pewne niedopowiedzenia, jednak w ostatecznym rozrachunku było na co popatrzeć. 

I taki właśnie jest debiut RITES OF DAATH. Myślę, że album ten nie położy cię prawdziwie na łopatki i nie zaserwuje niepowtarzalnego emocjonalnego rollercoastera. Z pewnością jednak odwrócisz głowę, gdy ten z pozoru ociężały tytan zacznie się przebudzać i postawi trzęsące podłożem kroki. Wreszcie, gdy z firmamentu poczną spadać przepotężne głazy, siłą rzeczy adrenalina zacznie ci buzować w żyłach, byś mógł wykonywać skuteczne uniki. Zapewniam jednak, że za którymś razem dostaniesz w czerep. Może i się podniesiesz, ale blizna zdobić będzie twe oblicze aż po kres pisanych ci dni. 

czwartek, 27 sierpnia 2020

Recenzja INCANTATION - Sect of Vile Divinities

 Pewne zespoły od zarania dziejów trzymają się wypracowanego przed laty stylu i ostatnią rzeczą, którą można się po nich spodziewać, jest nagranie niestrawnego, eksperymentalnego materiału, który podzieli grupę oddanych mu fanów. Niektóre z nich celują w drugie ekstremum tego spektrum, wypuszczając co pewien czas - mówiąc z przekąsem - ten sam album. Weterani nowojorskiego death metalu z INCANTATION na swoim dwunastym krążku kroczą pomiędzy tymi ścieżkami, gdzieś po środku. Nadal obracają się w ramach hermetycznej stylistyki, która od czasów ikonicznego "Onward to Golgotha" została przemaglowana przez młodsze hordy już tysiące razy. Przed laty niedoceniona, dziś ekipa Johna McEntee'ego udowadnia, że pod względem kompozycyjnym większość przedstawicieli współczesnej sceny może im buty czyścić, a ponadto - że w obrębie tradycyjnego, bluźnierczego śmierć metalu, jakiego od nich oczekujemy i się spodziewamy, wciąż potrafi nagrywać przepełnione świeżością (ekhm, to znaczy, ekhm, zgnilizną) płyty, co prawda nie tak dewastujące jak legendarny debiut czy "Mortal Throne of Nazarene", ale wciąż warte powstawienia na półce.

Na trwające 45 minut z hakiem "Sect of Vile Divinities" składa się dwanaście kompozycji. Na tym etapie możemy zwrócić uwagę na dwa aspekty, które będą istotne przy późniejszym omawianiu zalet niniejszego materiału. Po pierwsze, nie uświadczymy tu potężnego, kilkunastominutowego kolosa, które to potrafiły pojawiać się przy okazji poprzednich albumów, zwykle stanowiąc efektowną kulminację przypieczętowującą zejście do serca pandemonium. Po drugie, jakby w opozycji, mamy tu właśnie całkiem sporo krótkich, trwających zaledwie 2-3 minuty strzałów. Nie znając najnowszego dzieła Incantation, można z tego wyciągnąć pochopny wniosek, że panowie poszli tym razem w ekstremalnie szybkie, furiackie rejony, rodem z takiego "Dying Divinity" czy "The Blissful Bloodshower", odpuszczając pierwiastki doom metalowe. Tych, który spuścili już głowę i kiwają nią z niedowierzaniem, mogę uspokoić. Panowie widocznie rozkopali i sprofanowali sporo grobów przed sesją nagraniową, bo trupi odór aż unosi się nad tymi utworami. 

Rozpoczynający całość "Ritual Impurity (Seven of the Sky is One)" stanowi małą zmyłkę, będąc dynamicznym, prostym, utrzymanym w duchu starej szkoły numerem. Wraz z wybrzmieniem drugiego w kolejce "Propitition" następuje otwarcie skąpanego w piaskach pustyni grobowca. Wybrzmiewają zatęchłe melodie, wydobywają się opary duszącej siarki, w tle nekromanci dają drugie nie-życie upadłym legionistom. To dobra zapowiedź najbardziej klimatycznej płyty Incantation od dawien dawna. Wszechobecna zieleń prosto z okładki, kolor przegniłej twarzy dawno już przeżartej przez larwy , atmosfera nędzy i smutku, dopełniana przez niespotykaną do tej pory dawkę klasycznych, konwencjonalnych melodii, kojarzących mi się ze starą brytyjską szkołą death/doomu. Niczym na "Acts of Unspeakable", kontrastujące z patologiczną aurą muzyki eleganckie i wysmakowane wręcz sola tylko uwydatniają stężenie panującego tu choróbska. "Sect of Vile Divinities" to album z prawdziwie umiejętnie kreowanym nastrojem, przywodzącym na myśl marsz pośród gigantycznych skorpionów, będąc smaganym po mordzie przez pył Lut Gholein. Wokół szaleje szarańcza, kapłani zarazy wywołują egipskie plagi, a kultyści w swych kręgach odprawiają rytuały przywoływania Bestii.

Weźmy takie "Black Fathom's Fire", potencjalnego kandytata na tutejszy punkt programu. Kompozycja ta zawiera wszystko, co stanowi o sile niniejszego albumu. Oparty na niebanalnych, dynamicznie tańczących niczym plemię skandujące (nomen omen) inkantacje riffach z technicznym posmakiem, przechodzący wkrótce w kapitalny pasaż przywodzący na myśl powolny marsz przez krainę niegdyś tętniącą życiem, teraz zaś popadłą w ruinę. Partie gitary prowadzącej są wprost fenomenalne i tworzą pewną dozę orientalnego klimatu, skąpanego w sosie ludowych demonologii różnych kultur, co zresztą jest tematem przewodnim albumu. Pod tym względem mam wyraźne skojarzenia z wczesnym okresem Nile, tym najwspanialszym, pamiętającym jeszcze czasy EPki "Festivals of Atonement". 

Te echa zresztą przewijać się będą i w pozostałych utworach, potwierdzając że to najbardziej klasyczny i wysmakowany album Incantation od dawien dawna. Także i wszechobecna chwytliwość, łatwość zapamiętania poszczególnych patentów są tu obecne. John, Kyle i pozostali członkowie zespołu nie boją się ofensywy flirtującej z death/thrashem ("Fury's Manifesto"), tak samo nie brakuje tu momentów przywodzących na myśl bardziej rytmiczne, dociążone mielenie spod znaku Asphyx czy Obituary. A te obrzydliwe, zwielokrotnione wokale na tle zwyrodniałych, zdeformowanych riffów w końcówce "Chant of Formless Dead"? Myślę, że wiesz do czego jest to odwołanie. Całość nosi jednak oczywiste znamiona Incantation, tego jedynego, niepowtarzalnego, mimo mnóstwa epigonów. Kto inny spośród klasyków gra bowiem TAKIE miażdżące walce, zahaczające o funeral doom? Marszowy, będący jakby przerywnikiem "Ignis Fatuus", stanowi jedynie przedsmak prawdziwego konduktu pogrzebowego, akcentowanego nabiciami na tomach z potężnym pogłosem - "Scribes of the Stygian" to śmierć potencjalnego wybawcy, ostateczny upadek wszelkiej nadziei. Gloria rozkładu nadal będzie trwać, a chwilowe, piłowanie na tremolo przyśpieszenie to tylko podstępna pułapka. Za chwilę wybrzmi najbardziej melancholijna melodia na płycie, usankcjonowana późniejszym przybiciem gwoździ do trumny. 

Jak widzisz, dominują negatywne emocje i skojarzenia, co nie znaczy, że album ten jest ciężkostrawny czy przesadny w swej ponurości. Dzięki zmyślnemu rozłożeniu kompozycji względem siebie i odpowiedniemu balansowi "szybko/poooowoli", ani na moment nie następuje uczucie znużenia. Poza tym, John świeżakiem nie jest i na "Sect of Vile Divinities" udowadnia, że 30 lat bluźnierstwa nie poszło na marne. W trzyminutowym utworze potrafi zawrzeć całą esencję, przekazać pełną myśl przewodnią, nie rozciągając utworu o zbędne mostki czy niezbyt treściwe sprzężenia (choć oczywiście sprzężenia w wykonaniu Incantation uwielbiam). To są naprawdę "kompaktowe" kompozycje, prosto i na temat, mimo że panowie nie stroją od zmian konwencji w obrębie jednego utworu, zabaw rytmiką, niespodziewanych przyśpieszeń opartych na "świdrujących", piekielnych riffach, tak znanych z "Diabolical Conquest" czy "The Infernal Storm", tu i ówdzie wplatają też dość finezyjne, gitarowe zagrywki (acz bez zbędnej ekwilibrystyki!) czy wychodzący na pierwszy plan, ohydnie brzmiący bas ("Entrails of the Hag Queen" czy najdłuższy w zestawie, fenomenalnie dawkujący napięcie "Unborn Ambrosia", gdzie sekcja rytmiczna bryluje). Na sam koniec zaś mamy nie bierący już jakichkolwiek jeńców, stanowiący ostateczne dowalenie do pieca "Siege Hive". Cóż za demoniczna prędkość! Cóż za doskonała aranżacja wokali Johna! Tu już przeważa pędząca podwójna stopa i parcie do przodu z przerwą na kilkusekundowe, typowe dla zespołu zwolnienie. To bezsprzeczny hit, doskonały na zamknięcie koncertu. O odwołaniu do "Deliverance of Horrific Profecies" już nawet nie będę wspominał!

Byłoby to trochę nieuczciwe z mojej strony, gdybym nie zwrócił uwagi na łyżkę dziegciu w beczce tego miodu. Z pewnością nie psuje ona całego dania, ale nie stanowi też smakowitej, aromatycznej przyprawy. Z jednej strony to z deka "suche" brzmienie, z gitarami zahaczającymi o buzzsaw, całkiem pasuje do pustynnej atmosfery krążka. Z drugiej - przydałoby się więcej syfu w produkcji. Incantation nie powinno brzmieć aż tak klarownie. Wyraźnie kłuje w uszy też płaski werbel, nie mający odpowiednio wystarczającej mocy. W ostatecznym rozrachunku są to jednak drobne przytyki, nie przykrywające (perwersyjnej) przyjemności obcowania z tym albumem. INCANTATION udowadnia po raz kolejny, że gra w całkowicie własnej lidze, a ponadto nie musi silić się na cokolwiek, nagrywając utrzymaną w klasycznym duchu płytę. Tak, korzenie hordy Johna nadal tkwią w '91, ale nie oznacza to też taniego odgrzewania kotleta. Debiut nadal jest niepokonany, ten poziom bluźnierczej furii już nigdy nie zostanie przebity, ale dwunasty (!) już "Sect of Vile Divinities" to rzecz, która spokojnie trafi do górnej połowy najlepszych krążków zespołu. Jak na zespół z takim stażem jest to ogromny komplement. Naprawdę pozytywne zaskoczenie - spodziewałem się płyty co najmniej dobrej, dostałem zaś świetną, bynajmniej nie zwiastującą jeszcze złożenia zespołu do, hehe, grobu.

niedziela, 21 czerwca 2020

Recenzja CRYPT SERMON - The Ruins of Fading Light

Jeżeli doom metal kojarzy ci się z ślamazarnym, posępnym i nie pozostawiającym promyka nadziei w sercu odłamem muzyki ekstremalnej, to oczywiście masz rację. Możliwe, że cechy te powodują zachwyt tego typu graniem, bądź wręcz odwrotnie - czynią poszczególne albumy zbyt jednostajnymi i monotonnymi. Drugi album amerykańskiego CRYPT SERMON na tyle flirtuje z bardziej dynamicznymi i żywiołowymi odnogami metalu, pozostając przy tym wiernym filarom metalu zagłady, że z pewnością stanowi rzecz wartą obadania nawet dla kogoś nie mogącego zdzierżyć na codzień procesji żółwiego marszu pogrzebowego.


Powstała w 2013 grupa już pięć lat temu uraczyła nas bardzo dobrym debiutanckim albumem, może nieco bardziej tradycyjnie brzmiącym i zalatującym Candlemass z okresu, gdy Szwedzi pływali pod banderą Roberta Lowe'a, a więc i srogo zakrapianym klasycznym metalowym graniem przywodzącym na myśl choćby Black Sabbath z Dio na wokalu. Dwójka stanowi rozszerzenie tej formuły o patenty thrash czy speed metalowe, a momentami wręcz power metalowe. Tak, power doom byłoby dobrym określeniem podsumowującym charakter "The Ruins of Fading Light". I to taki porządny power, w stylu Liege Lord, bez przaśnych melodyjek i wylewającego się lukru. Zainteresowany? No to jedziemy z tym.

Trwający niemal godzinę materiał otwierany jest solidnym kopem w postaci "The Ninth Templar (Black Candle Flame)", który jasno i dobitnie udowadnia, że z męczeniem buły nie będziemy tu mieli do czynienia. Heavymetalowy wigor miesza się z ciężkim i nisko zestrojonym riffem z kroczącą podwójną stopą w tle, a na pierwsze podkręcenie tempa długo czekać nie trzeba. Doskonały strzał na początek, tak jak być powinno. Spragnieni podniosłości i majestatu również nie będą zawiedzeni, bo już następny w kolejce "Key of Solomon" rozpoczyna się dostojną, szlachetną melodią, pozostając utrzymanym w średnim tempie w zasadzie do samego końca. 

Ale chwila, bo zaraz wpadnę w niezdrowy rytm opisania każdej kompozycji w szczególikach, choć wszystkie utwory na wzmiankę chociażby zasługują. Najpierw należałoby koniecznie zwrócić uwagę na pana Brooksa Wilsona, odpowiedzialnego na wokale na tym albumie. I tu zdaję sobie sprawę, że opinie mogą być podzielone. Dla mnie ten styl śpiewania jest kapitalny i doskonale wpasowuje się w ten "power doom", o którym wcześniej wspomniałem. O ile na debiucie wokale były bardziej, hmm, oszczędne i stonowane, tak tutaj nie ulega wątpliwości, kto rozdaje karty. Ta lekko przesadzona maniera, nazbyt może się wybijająca, buzująca rock n' rollową arogancją, wprowadza w ruch wszystkie trybiki w maszynie i sprawia, że utwory nawet w tych najwolniejszych momentach przywodzą na myśl tętent konia średniowiecznego rycerza, szarżującego by zmiażdzyć swoich wrogów. Śpiew ten kapitalnie oddaje poszczególne panujące na płycie nastroje, od melancholii po triumf zwycięstwa. Wilson czasem przechodzi w spokojną deklamację, momentami kończy wersy czymś na kształt growlu, podkreślając bijącą z biblijnie natchnionych liryków grozę, innym razem nie szczędzi zupełnie strun głosowych i przeszywa swym krzykiem słuchacza ze wszystkich stron ("Beneath the Torchfire Glare").

Także i gitarowy duet nie ma się czego wstydzić. Pod tym względem płyta jest bogata i zróżnicowana. Mamy wspomniane już bijące heavy/power metalową mocą momenty, są (a jakże!) inspiracje zmierzchem bogów Quorthona pod postacią akustyków i podniosłych chorów (chyba mój ulubiony na płycie "Christ is Dead", którego refren powinien być testem, czy się z tym albumem polubisz, czy nie), uświadczymy także sporo energicznych solówek jakby wyjętych z "Rust in Peace" - patrz najdłuższy i najbardziej rozbudowany, obfity w zmiany tempa i o hymnicznym, epickim (nie lubię tego słowa i wiem jak często używane jest w złym kontekście, ale tu nie mogę się powstrzymać) wręcz początku "The Snake Handler". W ogóle sola na tym albumie dorównują zadziornością i nastawieniem "patrz, kto tu rządzi" - ale bez zbędnej ornamentyki i onanizmu na gryfie! - wokaliście, co świetnie się uzupełnia i sprawia, że "The Ruins of Fading Light" to po prostu rzecz z jajami. Oraz z porządną, selektywną produkcją, nie pozostawiającą żadnego instrumentu w tyle - nic specjalnie wyróżniającego się, ale ten album zwyczajnie dobrze brzmi.

Dzięki tym wszystkim elementom 55 minut mija jak z bicza strzelił i w zasadzie człowiek zupełnie nie czuje mijającego czasu. Wręcz przeciwnie - gotów jest zakręcić płytę w odtwarzaczu ponownie. Nawet trzy znajdujące się tu przerywniki nie denerwują i nie wytrącają z równowagi, mimo zastosowania patentu którego nie lubię i nie rozumiem - mianowicie umieszczenia dwóch takowych interludiów obok siebie. Te instrumentalne kawałki trącą średniowiecznym folkiem - przez moment miałem wrażenie, że za chwilę usłyszę polski dubbing z komputerowej Twierdzy - ale nie powoduje to zgrzytu zębów, za to wzmacnia immersję. Z drugiej strony, teksty niekoniecznie traktują o galopujących bohaterach ratujących księżniczki, tylko są bardziej uniwersalne, o życiu i śmierci. Sam widzisz, drogi czytelniku, że wiele "The Ruins of Fading Light" do zarzucenia nie mam. To doskonała rzecz, wypełniona charakterem i charyzmą po brzegi. Takiego żywiołowego doom metalu, spokrewnionego z maidenowskimi "patatajcami", ale bez irytujących i trącących banałem rozwiązań, nie ma zbyt wiele i choćby dlatego wracam do dwójki Crypt Sermon z nieskrywaną przyjemnością.

wtorek, 18 lutego 2020

Recenzja MONASTERIUM - Church of Bones

Kiedy najwięksi epigoni gatunku nie spełniają wygórowanych oczekiwań, celebrując powrót oryginalnego wokalisty płytą zwyczajnie nieporywającą - chyba nie muszę mówić, kogo mam na myśli - z pomocą przychodzi krakowska ekipa kultywująca tradycyjny, epicki doom metal. Wraz z wydaniem "Church of Bones" nie powinno być wątpliwości, że uczeń przerósł nieco podstarzałego już mistrza.


Na drugim pełniaku MONASTERIUM zagłębia się w strefę sacrum, ale przy akompaniamencie ciemności i rozrzuconych wokół kości umarłych. Mamy więc charakterystyczną dla tego grania dawkę patosu (akceptowalną i nie wywołującą odruchu wymiotnego - żeby nie było), w tle słychać jednak płonące stosy, a w powietrzu roznosi się swąd spalonych żywcem heretyków. Dominują odniesienia do chrześcijaństwa oraz w mniejszym stopniu do mitologii, więc jeśli marzyłeś kiedykolwiek o wyprawie na Ziemię Świętą i wyrzynaniu niewiernych pogan, to byłby to świetny podkład muzyczny.

Brakowało mi płyty utrzymanej w ryzach podniosłego doom metalu, zawierającej zarazem porządną dawkę mroku i posępnego wydźwięku. Oczywiście uwielbiam klasyczne albumy Candlemass z Marcolinem w składzie, tam jednak dominuje dostojność i wręcz rajskie piękno. Tu zaś tańczymy ze Śmiercią i jest to odwzorowane także w warstwie muzycznej. Kiedy słucham takiego "Embrace the Void", rzeczywiście czuję, że umiera ostatnia nadzieja. Podlane jest to pewną dawką dramatyzmu, podbijaną głównie przez manierę wokalisty. Przyznam, że zwłaszcza gdy wchodzi on w wysokie rejestry, jest tu pewne pole do poprawy, jednak ogólnie wokalizy są całkiem nienaganne i dobrze wpasowują się w konwencję zespołu. Za to same refreny to mistrzostwo świata. W praktycznie każdym utworze znajdą się chwytliwe wersy, które można nucić praktycznie bez końca. Co najlepsze, mimo że "Church of Bones" jest łatwo przyswajalne i szybko wchodzi do głowy, to wcale nie wylatuje z niej po dwóch tygodniach. To są po prostu świetnie napisane kompozycje, w których bez przerwy jest na czym zawiesić ucho. Teksty zaś są na tyle dobrze zarysowane, że wcale nie trzeba być profesorem filozofii, by podchwycić ogólny vibe i wsiąknąć w płytę jeszcze bardziej.

Mimo że dominuje ciemność, a same utwory osiągają tempa co najwyżej średnie, to w żadnym wypadku nie można powiedzieć o zamulaniu. A to pojawi się świetna solówka dla przełamania nastroju (i znowuż - casus praktycznie każdego numeru, naprawdę), a to wjazd na podwójnej stopie czy też nieco bardziej heavy metalowe akcenty. Moim absolutnym faworytem jest trzeci na płycie "Liber Loagaeth", nieco balladowy (?), ze wstępem przywodzącym na myśl... religijny black metal w stylu Deathspell Omega, z okresu "Si Monumentum...". Pobrzmiewają mi tu też echa Primordial. W każdym razie, praca gitarzystów jest tu fenomenalna. Wyróżniają się także dobrze nakreślający atmosferę utwór tytułowy, sugestywny i dynamiczny "La Danse Macabre", powoli rozwijający skrzydła "Ferrier of the Underworld" z rewelacyjnym motywem przewodnim czy też najbardziej rozbudowany i epicki "The Last Templar", będący dialogiem między ostatnim wielkim mistrzem templariuszy a skazującym go na śmierć królem. Do tego utworu zespół zaprosił zresztą gościnnego wokalistę (Leo Stivala z Forsaken), co doskonale kreuje narracyjne zabarwienie całości. Słowa wypowiadanej klątwy zdają się być autentyczne.

W warstwie aranżacyjnej oraz produkcyjnej nie mam nic do zarzucenia. Gitary są solidnie dociążone, co jest w zasadzie najważniejsze w tego typu graniu. "Church of Bones" to świetna płyta w niszy, w której pozostało jeszcze sporo do wyeksploatowania, więc tym bardziej cieszy mnie, że zupełnie przypadkowo zapoznałem się z tym materiałem. Co mogę jeszcze powiedzieć? Zostaje zarzucić ten krążek po raz kolejny i szarżować z okrzykiem "Deus vult!" na ustach. Czysta rekomendacja, zwłaszcza dla fanów Candlemass oraz Solitude Aeturnus, szukających jednak wycieczki w pustkę i ognie piekielnie, aniżeli niebiańskie zastępy.

niedziela, 24 listopada 2019

Recenzja ESOTERIC - A Pyrrhic Existence

Uwaga - objętość tej recenzji będzie wprost proporcjonalna do objętości płyt omawianego zespołu. Czyli - jeśli ktoś jeszcze nie wie, z czym ma do czynienia - spora. Rozsądek nakazywałby podzielić ją na dwie części, tak jak albumy Esoteric... Idź więc, drogi czytelniku, zaparzyć sobie herbatę, albo i dwie, rozsiądź się wygodnie i najlepiej zarzuć sobie jeszcze na słuchawki album będący tematem tego wpisu. Miłego!

Brytyjski Esoteric to zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. W przeszło 25-letniej karierze większość wydanych pod tą nazwą albumów to dwupłytowe kolosy, nierzadko składające się na około 100 minut(!) muzyki, i to muzyki przerażająco powolnej, ciężkiej i po prostu "siadającej na banię" niczym niezła dawka środków odurzających. Innymi słowy, nie są to dźwięki proste w odbiorze. Słuchanie Esoteric wymaga sporej dawki cierpliwości i zaangażowania, ale gdy już poświęci się im te kilka godzin, wynagradzają to z podwójną nawiązką. Testem wytrwałości był także czas oczekiwania na nowy materiał, bo przerwa między "A Pyrrhic Existence" a poprzednim "Paragon of Dissonance" wyniosła 8 lat. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że zdecydowanie warto było czekać.




Nie dziwi mnie, że zajęło to wszystko tak długi okres, wszak najnowsze dzieło Brytyjczyków - jak zwykle zresztą - jest przebogate pod kątem zawartości, obfite w niełatwo dające się wyłapać detale i wielowarstwowe. Zapraszam na kolejną wyczerpującą podróż po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Kontemplację bezsensu egzystencji czas zacząć.

Otwierający album "Descent" bez zbędnych interludiów wrzuca słuchacza na głęboką wodę - a topić się będzie on przez ponad 27 minut, przez co pierwszy utwór na tej płycie oficjalnie stał się najdłuższym w dyskografii zespołu. Ostrzegałem, że nie będzie lekko. Od samego początku tempo jest iście funeralne, w tle pobrzmiewają kołyszące się szumy, melodyka wywołuje poczucie niepokoju niczym na bad tripie, a gdy wchodzą wokale - czas zdaje się stawać w miejscu, jesteś zawieszony w stanie nie-bycia, bezwładny i sparaliżowany. Takie wstępy lubię - nieprzystępne, będące istnym sprawdzianem dla odbiorcy: "pękasz, czy brniesz w to dalej?". Ja oczywiście wybieram tę drugą opcję, dzięki czemu po krótkim, łączonym ataku histerycznego wrzasku i zalewającego ze wszystkich stron hałasu w końcu wybrzmiewają nieco bardziej pozytywne tony. Brzdękająca gitara z pogłosem stanowi mostek do tej dynamiczniejszej części kompozycji, która porusza się w wypracowanym na ostatnich dwóch albumach standardzie. Nowością jest - i ten element będzie prawdziwy także dla kolejnych utworów - jakby nieco bardziej rytmiczne podejście do wokali Grega. Mam wrażenie, że nigdy jeszcze w takim stopniu nie współbrzmiały one z gitarami i perkusją.

W tym zaledwie pierwszym, niemal półgodzinnym monstrum, zawiera się tyle pomysłów, że można by nimi obdarzyć całe katalogi innych hord. Esoteric udowadnia, że pod kątem pisania rozbudowanych i progresywnych kompozycji nie mają sobie równych, jeśli chodzi o szeroko pojęty doom metal. "Descent" to jakby kilka numerów złączonych w jedność, spojonych momentami wyciszenia, skonstruowany niemal na miarę post-rocka. Ma się wrażenie, że pierwsze 20 minut było wielkim build-upem do fenomenalnej końcówki, zwieńczonej najwyższej klasy solówkami, tak charakterystycznych dla doszlifowanego w ostatnich latach stylu zespołu. Emocje sięgają zenitu, a całość nabiera niesamowitego, bombastycznego wręcz rozmachu, podkreślanego niepohamowanymi kanonadami na perkusji. Fenomenalnie skonstruowany utwór.

Na pierwszy z dwóch dysków składa się też - pomijając rytualno-ambientowy przerywnik w stylu ostatnich dokonań Urfaust - wspaniale nawiązujący do ikonicznego już opus magnum zespołu(mam na myśli "The Maniacal Vale" z 2008 roku) "Rotting in Dereliction". O ile "Descent" pozostawił mnie w swego rodzaju niepewności, w jakim kierunku podąży pozostała część materiału, tak następujący po nim kawałek rozwiał wszelkie wątpliwości - panie i panowie, mamy tu powrót do tych cudownie powykręcanych, skąpanych w surrealistycznej atmosferze, wywołujących egzystencjalny terror momentów. Groza, lęk, niepokój. Echa "Beneath This Face" ze wspomnianego już albumu, łącznie z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem, w którym dominują blast beaty i szaleńcze, świdrujące gitary, wwiercające się w twoją głowę niczym skalpel podczas lobotomii. Zwiastujące nadejście zagłady, apokaliptyczne melodie. Stopniowe podkręcanie tempa, budowanie napięcia, wybuch. Ale i stonerowe, wyluzowane niemal(!) partie gitary prowadzącej w końcówce, klasyczne w swoim wydźwięku, tym razem nawiązujące do najwcześniejszych lat zespołu, wręcz relaksujące, rozrzedzające gęste powietrze i wykreowaną wcześniej duchotę. Ogółem - geniusz, a zarazem Esoteric w pigułce
.


A to dopiero połowa! Ja tam zacieram ręce, że jeszcze taaaaki kawał muzyki przede mną. "Consuming Lies" rozpoczyna drugi kompakt zdecydowanie najpiękniejszym - tak, i na takie emocje jest tu miejsce! - motywem na płycie, melodyjnym i melancholijnym na miarę Evoken. Szybko okazuje się, że i w tym pięknie jest nuta dysonansu, a do tego za chwilę znienacka wyskakuje deathmetalowe podkręcenie obrotów, z niespotykaną kiedykolwiek wcześniej w tym zespole dawką groove'u. To jeden z najbardziej chwytliwych i nośnych momentów w karierze Esoteric, napędzany chodzącą jak w zegarku podwójną stopą, no i nie po raz pierwszy zdradzający zamiłowane tej ekipy do eksperymentatorstwa z brzmieniem swoich instrumentów - takiego odjechanego efektu na gitarze jeszcze nie słyszałem! Wrażenie robi także masywna, sypiąca gruzem na głowę słuchacza końcówka, gdzie subtelne akcenty na hi-hacie podkreślają ciężar wieńczącego riffu.

Przedostatni już w zestawie "Culmination" to chyba najodważniejsza i najambitniejsza z zawartych na "A Pyrrhic Existence" kompozycji, która podobnie jak środkowy utwór na pierwszym dysku czerpie garściami z wydanego w 2008 roku arcydzieła zespołu. Wygrywane tu dźwięki w bliźniaczy sposób zasiewają w umyśle nutę niepewności i zgrozy, tworząc momentami wizję upadającego gatunku ludzkiego. Mamy tu też - kolejne już! - przejście w rejony nie obce zespołom death metalowym, wykręcone solówki rodem z Autopsy, ale też luźno plumkające w tle szarpnięcia za struny, przypominające te rzekomo improwizowane momenty z "The Pernicious Enigma". A ostatnie minuty to już w ogóle odjazd, awangardowe riffy, istny skręt w stronę ambient metalu, psychodeliczny roller coaster. Wszystko powoli się wycisza, w tle słychać jęki rozpaczy... po czym wjeżdża finałowy już numer, którego pierwsza - optymistycznie brzmiąca! - część tworzy złudne poczucie radosnego triumfu, zwycięstwa, odzyskania kontroli nad swoim życiem i ponownego nadania sensu wszystkiemu, a potem JEB, dostajesz młotem przypominającym ci, że to wszystko fałsz i iluzja.

"With this endless weight, tied/Like an albatross around my neck/It never relents/I exist only for the sake of existence". Bębny wygrywają marszowy rytm, a ty uczestniczysz w procesji idącej na zatracenie. Rytuał samounicestwienia. I dużo Neurosis.

O brzmieniu nie będę się rozpisywał, bo i po co. Jest najwyższej klasy i doskonale współgra z samą muzyką. Czyste, selektywne, organiczne, naturalne, nieco "suche", acz nieprzesadnie. Pod tym względem mamy kontynuację z poprzedniego albumu. Najważniejsze, że wszystkie te szczegóły, detale na drugim i trzecim planie nie giną w miksie, a jednocześnie prym wiedzie metalowy rdzeń, gitary i perkusja. W ogóle pana garowego muszę pochwalić, bo chyba nigdy partie tego instrumentu nie były tak ciekawe i urozmaicone - a to funeral doom, gdzie nie ma zbyt wiele pola do popisu pod tym względem. A jednak, patrzcie - da się. O wokalach nawet nie będę wspominał - Greg Chandler to w tej kwestii klasa sama w sobie i tak jest praktycznie od debiutu. Niesamowicie kreatywne podejście do sprawy.

"A Pyrrhic Existence" to wspaniałe dopełnienie i tak już bogatej dyskografii zespołu, które zręcznie odwołuje się do wcześniejszych jego dzieł - narkotycznych początków(głównie "The Pernicious Enigma"), monumentalnej ścieżki dźwiękowej do kończącego się świata("The Maniacal Vale") i wpuszczającego nieco światła oraz progresywnych akcentów "Paragon of Dissonance". Tak jak jednak ten ostatni był jak dla mnie nieco zbyt lekki i dryfujący po morzu przestrzennych pasaży, tak tutaj proporcje są po prostu idealne. A jednocześnie nie jest to jedynie sprawne połączenie elementów składających się na poprzednie płyty - najnowszy Esoteric ma swój indywidualny charakter, a niespotykanych wcześniej zagrywek jest tu pod dostatkiem. Powiedziałbym, że to najdynamiczniejsza pozycja tych gości jak do tej pory - manipulowania tempami czy zmian konwencji w obrębie jednego utworu nie uświadczyliśmy jeszcze na taką skalę. Równie doskonale album ten operuje zróżnicowaniem emocji - istna sinusoida nastrojów, dobrze reflektująca zresztą warstwę tekstową. Podsumowując - dzieło kompletne, całkowicie wynagradzające długi czas posuchy w zespole. A że przesłucha je zaledwie garstka masochistów? To dla odmiany nic nowego :) Może to i dobrze.

czwartek, 3 października 2019

Recenzja PRIMORDIAL - Exile Amongst the Ruins


PRIMORDIAL – Exile Amongst the Ruins

Dziesiąta płyta Irlandczyków z Primordial podobno rodziła się w bólach. To przynajmniej podkreślał Alan Nemtheanga(wokal) w wywiadach. Mówił, że nagrania były męczące, atmosfera też taka jakoś nie do końca. Cóż, chciałbym mu wierzyć, ale jak, gdy słyszę taki materiał jak „Exile Amongst the Ruins”? Utwory tak świeże, żywiołowe i pełne pasji? Pozostaje mi tylko zastanawiać się, jak potężną bestią byłaby ta płyta, gdyby była nagrywana w „normalnych” warunkach...


Od czasów ikonicznej – dla zespołu, jak i szeroko pojętego gatunku pogrobowców Bathory – „To the Nameless Dead”, wszyscy mniej więcej wiemy, czego spodziewać się po Primordial. Panowie są już na takim etapie kariery, że doskonale znają siebie i swój styl. Wiedzą chyba też, że nikt od nich rewolucji nie oczekuje i nie pragnie. Nagrywają po prostu kolejne płyty na wypracowaną przez lata modłę. Nie jest to odtwórcze odcinanie biletów, broń Boże! Każdy następny album, poprzez zmianę proporcji w składnikach pod tytułem black/pagan/heavy/doom/folk i chuj jeden wie co jeszcze(bo na muzykę Primordial składa się cała gama zróżnicowanych elementów, stąd też takie trudności z zaklasyfikowaniem ich do jakiegoś gatunku...), zyskuje indywidualny sznyt i charakter. Tak było z „Redemtpion at the Puritan’s Hand”, tak było i na przedostatnim „Where Greater Men Have Fallen”. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że wraz z wydaniem „Exile...” Alan i spółka wzbogacili się o najbardziej zróżnicowaną płytę w swojej dyskografii. I wyraźnie – w jakiś tam sposób – odświeżającą formułę, która po ostatnim – skądinąd świetnym – albumie, mogłaby stać się już nieco skostniała.

Mamy więc trwające minutę intro – bicie dzwonów, przyzwoicie wprowadzające w klimat. Wchodzą bębny, chwilę potem nieśmiała, sprzężona gitara. Kilka sekund i jestem atakowany tak klasycznym, ale i równie chwytliwym heavy/doom metalowym riffem, że już czuję, jak dobrym otwieraczem będzie „Nail Their Tongues”. Panowie z Primordial mają ogromny talent do rozpoczynania swoich albumów absolutnie przezajebistymi utworami(„Gods to the Godless”, „Empire Falls”, „No Grave Deep Enough”, „Where Greater Men Have Fallen”...) i tak się stało po raz kolejny. Żywiołowy, pełen świeżości początek, niesamowicie lekki(przy czym nie w znaczeniu „miękki”!) i niewymuszony refren, gdzie w tle pobrzmiewają syntezatory/klawisze(?) rodem z Iron Maiden, by w drugiej połowie utworu przejść w kompletną, black metalową jazdę. Te akcenty pojawiają się oczywiście rzadziej, niż w pierwszych latach działalności zespołu, ale zawsze cieszy mi się morda, gdy zarzucą jakimś agresywnym momentem, bo posiadają do tego zajebisty talent. A tu mamy, proszę państwa, jakieś 4 minuty intensywnego blastowania i tremolo. Tak, to zdecydowanie najlepszy numer na płycie, który moim zdaniem należy już do ścisłej czołówki najlepszych utworów Primordial.

No to teraz odjazd w zupełnie inną stronę, ha. Kolejny kawałek, zwący się „To Hell or the Hangman”, to dla odmiany chyba najbardziej hiciarski w tradycyjnym tego słowa rozumieniu utwór zespołu! Ba, spokojnie mogę go nazwać piosenką! Kurwa, toż to w radiu mogłoby lecieć! Sprzedali się?! No niezupełnie. To dla Primordial zdecydowanie eksperyment, lecz bardzo udany i dobrze wpasowujący się w ich styl. Rzecz ta oparta jest de facto na jednym, zapętlonym riffie, na tle którego pojawiają się coraz to kolejne wariacje, motywy i solówki, całość przy akompaniamencie prostej, post-punkowej niemal perkusji. Tworzy to nieco „taneczny” charakter. Brzmi przerażająco? Pewnie tak, ale działa. Czwarty akapit, a ja nic nie wspomniałem jeszcze o wokalach? No oczywiście, że robią one ten kawałek i zresztą nie tylko ten! Nie wiem, jak ten człowiek to robi, ale po raz kolejny dostarcza on nam, słuchaczom, tak emocjonalny i pełen zaangażowania performance, kradnąc show pozostałym członkom zespołu. To jeden z niewielu zespołów metalowych, w których to instrumenty stanowią tło dla wokalisty, a nie odwrotnie – przynajmniej w moim odczuciu. Gość jest po prostu genialny, ale przecież wy – ci,którzy choć trochę słuchali Primordial – dawno już to wiecie. Tym razem operuje on jeszcze bardziej różnorodnymi barwami i tonacjami, od skrzeków i charkotów, po momentami aż heavymetalowe falsety. No i jak zwykle świetne teksty, tym razem mocno traktujące o obecnej kondycji Europy i upadku moralności – polecam zresztą wywiady, w których Alan wypowiadał się na te tematy, kawał dobrego słuchowiska.

I tak powoli dryfujemy(bo całość utrzymana jest w przeważających średnich tempach), meandrujemy po różnych konwencjach, poprzez iście snujący się, epicki i utrzymany w duchu Bathory „Where Lie the Gods”(ta końcówka to wręcz hołd złożony Quorthonowi!), melancholijny utwór tytułowy, w którym pobrzmiewają jednak i bardziej mroczne, niepokojące tony, a także najbardziej klasyczny chyba w całym zestawie „Upon Our Spiritual Deathbed”, który jest po prostu kapitalnym, sztandarowym utworem Primordial, w drugiej połowie zamieniającym się w szaleńczy galop i zwiastujący powrót do czasów „The Gathering Wilderness”. A potem czeka na nas kolejny, drugi już niestandardowy utwór. Niemal post-rockowe „Stolen Years”, najkrótsze na płycie, to bardzo osobisty i emocjonalny popis Nemtheangi, z długim build-upem do dwuminutowej konkluzji, w której wyróżniają się świetne, melodyjne gitary. Powoli dochodzimy do końca. „Sunken Lungs” to utwór o oceanach i morskich głębinach, w którym nieustannie w tle towarzyszy słuchaczom odgłos fal uderzających o brzeg, oparty na jednym patencie perkusyjnym utrzymanym w bardzo nietypowym metrum, od którego wyszedł pomysł na całość. Ależ niesamowicie by się tego słuchało, będąc na morzu. Zwieńczenie następuje w postaci „Last Call”, bardzo posępnym, ponurym utworze, w którym jeszcze bardziej niż zwykle pobrzmiewają echa twórczości Neurosis. Utrzymany w zdecydowanie ciemnych barwach, szarpiący słuchacza i wrzucający go w różne stany emocjonalne, operując na zmianę wyciszonymi, stonowanymi fragmentami, jak i tymi bardziej intensywnymi(nawiasem mówiąc – kapitalne przejścia na garach!). Rzecz ta powoli odpływa i wycisza się, zakończona dziwacznym chórem jakby duchów, wygnanych pośród ruin...

Nie jestem zwolennikiem opisywania albumów utwór po utworze, ale jak mówiłem – „Exile Amongst the Ruins” to zajebiście zróżnicowany materiał, którego poszczególne części składają się jednak na spójną, zintegrowaną całość. Pominięcie czegokolwiek byłoby tu grzechem nie do wybaczenia, chciałem też podkreślić, że każdy kawałek muzyki, jaki tu znajdziecie, wyróżnia się na tle reszty. Solidną dawką odświeżenia jest tu także i produkcja – całość brzmi mocno selektywnie, co na szczęście bardzo pasuje do muzyki. Bębny brzmią totalnie organicznie, nie są skompresowane, nie zlewają się w ścianę dźwięku, słyszę każde uderzenie w werbel, centralę czy tomy. Gitary natomiast nie mają miażdżącego brzmienia, ale nie są też totalnie suche. Panowie osiągnęli złoty środek i dopasowali brzmienie w taki sposób, aby jak najlepiej realizowało ich zamysł i konwencję. „Where Greater Men Have Fallen” brzmiało masywnie i monumentalnie, tutaj jest nieco „grzeczniej”, lecz tego wymagały kompozycje.

To widać chyba od początku recenzji, ale zdecydowanie nie podzielam poglądu, jakoby „Exile...” było spadkiem formy(a takie opinie krążą momentami po necie). To album nieco inny, w który wpuszczono masę przestrzeni i powietrza. Tak moim zdaniem musiało być, coby Primordial własnego ogona nie wpierdoliło. Nadal jest epicko, nadal krąży ta nutka bitewnej aury, to nadal potężne pieśni o minionych czasach, ale i nawiedzającym stary kontynent postępującym zepsuciu.

To album poruszający się na wielu poziomach emocjonalnych, porywający nawet za 20-30 odsłuchem, mocno zróżnicowany i nie będący jedynie odgrzaniem starych pomysłów. Czysta rekomendacja.