piątek, 3 lipca 2020

CRAFT - zwyczajne hołdowanie Darkthone? Znacznie więcej!

Szwedzki CRAFT to wbrew pozorom jedno z ciekawszych zjawisk na ogólnie pojętej scenie black metalowej. Powstały w 1994 zespół, do 1998 znany jako Nocta, na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym, a pierwsze dwa albumy - z okładkami utrzymanymi w czarno-białej, minimalistycznej stylistyce przywodzącymi na myśl Darkthrone - w dużej mierze przyczyniły się do powszechnych porównań do hordy Nocturno Culto i Fenriza. Faktem jest, że wpływ Norwegów na muzykę Craft jest nieoceniony i bez Darkthrone zespół ten - jak i wiele innych zresztą - wiele by nie zawojował. Ale wystarczą choćby i dwa uważne obroty dyskografii Szwedów w odtwarzaczu, by przekonać się, że jest to cholernie niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju zespół. Mimo grania dość prymitywnej formy black metalu.


Lubię opisywać muzykę Craft w następujący sposób: surowość Darkthrone, przebojowość i "rock and rollowy" sznyt późniejszego Satyricon oraz domieszka apokaliptycznego klimatu zagłady, gdzie ludzkość zatraca się w swoim nihilizmie. Myślę, że te trzy cechy dość dobrze oddają, czego można się spodziewać, załączając takie "Terror Propaganda" czy '"Fuck the Universe". Cholera, ten wpis powinien pojawić się na blogu już dawno - wszak od samego początku okładka trójki zdobi tło czytanych przez Was recenzji. Swoją drogą to jeden z najfajniejszych - i najbardziej ESENCJONALNIE METALOWYCH - tytułów płyt, jakie słyszałem. Jak powszechnie wiadomo, black metal to nie rurki z kremem, a krucjata przeciwko całemu Wszechświatu jest najbardziej szczerą i prawdziwą rzeczą jaką możesz zrobić, jeśli chcesz grać muzykę ku chwale Rogatego. Bez heheszków.

Przechodząc jednak do kwestii ważniejszych, to wypracowany przez Craft styl jest w zasadzie nie do podrobienia. To niezła sztuka, ponownie zważywszy na grany przez panów gatunek muzyki - bo przecież ciężko o innowacje czy rewolucje w surowym black metalu na modłę Darkthrone. A jednak już od debiutanckiego "Total Soul Rape" w dźwiękach tych pojawia się pierwiastek indywidualizmu w postaci pojawiających się tu i ówdzie nie tyle awangardowych, ale niekonwencjonalnych patentów. Przede wszystkim wyróżnia się jednak zdolność tych gości do pisania charakterystycznych i zapadających w pamięć utworów, a duża w tym zasługa operowania w zróżnicowanych tempach i zrzucenie ciężaru na świetne riffy pchające te kompozycje do przodu. Powiem wprost - dla mnie Craft wprost eksploduje genialnymi riffami i pod tym względem jest to absolutna czołówka gatunku. Do tego wyczucie groove'u i operowanie rytmiką sprawia, że w wielu momentach głowa zwyczajnie sama chodzi. Przejścia z granych w tremolo typowo black metalowych riffów w rytmiczne, celticfrostowe patenty sprawia, że utwory te znacznie zyskują na wydźwięku i sile rażenia. Wszak nie ma to jak dojebać do pieca klasycznie metalowym riffem na sam koniec utworu, prawda?


Wiadomo jednak, że black metal niekoniecznie samym riffem stoi. Pod względem atmosfery również jest kapitalnie. Dominuje mizantropia, nienawiść, nihilizm i wylewająca się zewsząd czerń. Wciągająca niczym wir otchłań, w której można się prawdziwie zatracić. A jednocześnie są to mega chwytliwe kompozycje - z betoniarką w nieustannym rytmie blastów i gitar, których trzeba się domyślać, nie mamy tu do czynienia. Każdy album rozkłada akcenty w nieco innych proporcjach, cały czas jest to ten sam Craft, a jednak za każdym razem nieco inny. Czy to najbardziej pierwotny i nieokrzesany debiut, czy nieco bardziej techniczny i "kombinujący" album z 2018r. - to nadal ten sam zespół, z niepowtarzalnym Noxem na wokalu, charczącym obrzydliwie, a jednocześnie tak, że można zrozumieć większość słów i bez bookletu w łapie. To nadal połączenie chaotycznego i destrukcyjnego grania z domieszką black and rolla. To nadal patenty jadące momentami pod death metal, a innym razem sprzężenia i gitarowy syf przypominający raczej projekty industrialne. Słowem: masa ciekawej muzyki. Dlatego też bliżej przyjrzymy się każdemu z albumów - wszystkie oczywiście warto mieć na półce. Jedziemy!

2000 - Total Soul Rape

Z debiutem Craft jest tak, jak z większością debiutów. Nie dziwota, że jest to materiał, któremu najbliżej do "zwyczajnego hołdowania Darkthrone", choć ogromnym niedomówieniem i krzywdą byłoby sprowadzenie tego albumu do takowej łatki. Jak to z debiutami bywa, jest to najbardziej surowa i prymitywna rzecz tego zespołu. Otwierający całość nieludzki i opętańczy wrzask to jedna z bardziej kultowych rzeczy w black metalu - tak należy, kurwa mać, rozpoczynać albumy! Chaotycznego piłowania pod "Transilvanian Hunger" jest tu trochę, ale ogólnie rzecz biorąc już w pierwszym utworze mamy do czynienia z dynamicznymi zmianami tempa i tak będzie także w pozostałych kompozycjach. Kilka fragmentów rzeczywiście wyjętych jest dosłownie z "Kathaarian Life Code", a na perkusji gościnnie zagrał chyba Fenriz. Ale to dobrze, bo tego srogiego ride'a i nadającej dynamiki stopy nigdy za wiele. Całość przepełniona jest kurewską mizantropią i nienawistnymi wokalami Noxa, wspomaganego gościnnymi wrzaskami Bjorna Pettersona. Doskonale ten ordynarny charkot uzupełnia się z maniakalnymi wrzaskami. Sporo tu też gitarowych zagrywek niekoniecznie typowych dla raw black metalu - momentami jęczące pociągnięcia za struny przypominają Godflesh czy Neurosis. Także sprawa jest taka, że niby typowy black metal, a jednak sporo tu smaczków i wyróżników. Już na tej płycie krystalizuje się charakterystyczny styl Craft, który w pełni dojrzeje i wyłoni się na następczyni. Chociaż poziom kompozycji bywa momentami nierówny, to i tak jest to co najmniej bardzo dobra rzecz, a już na pewno wyróżnia się w zalewie "szajsu z czarnymi okładkami".



Najlepsze utwory: Death to Planet Earth (jebać planetę Ziemię!!!), Ultimate Satan (wolniejszy i bardziej niekonwencjonalny numer) i tytułowy - to prawdziwy banger, jakich później wiele pojawi się w dyskografii Craft.

2002 - Terror Propaganda

Najlepszy Craft? Bardzo możliwe, a na pewno najbardziej esencjonalny i podsumowujący, o co biega w tym zespole. Stylistycznie jest to jakby siostrzane odbicie poprzedniczki - zarówno muzycznie, jak i estetycznie. Jednocześnie widać spory progres w sferze kompozycyjnej. Otwierający całość "Ablaze" zwinnie tańczy pomiędzy melodyjną surowizną a'la TH, a bardziej bezpośrednimi fragmentami prosto w ryj. Zwraca na siebie uwagę także brzmienie - dość czyste i selektywne jak na ten gatunek muzyki, co jednak ani trochę nie przeszkadza w jej odbiorze. Wręcz przeciwnie, pewna doza wyrafiniowania i kompozytorskiej dojrzałości idzie w parze z profesjonalną produkcją. Najważniejsze, że w warstwie gitarowej zachował się syf i brud, a bębny nadają niezbędnej mocy i pchają ten wózek do przodu. "Terror Propaganda" to bardzo równy album, a wyłączając nieco bardziej bezpośredni i oparty na dwóch motywach "N.D.P", obfity w charakterystyczne i rozpoznawalne kompozycje. Tu wszystko się zgadza, włącznie z długością materiału. "Hidden Under the Skin" to kwintesencja tego, o czym mówiłem w początkowych paragrafach - perfekcyjny balans między transowym napierdolem, a grubo ciosanym, tradycyjnie metalowym riffem. Genialną robotę robi tu mocarnie brzmiąca perkusja, oszczędna i bliższa ascetyzmu aniżeli nie wiadomo jakiego kombinowania, ale za to doskonale podkreślająca potęgę powracającego motywu przewodniego. Za to w następującym chwilę później "False Orders Begone" mamy nic innego, jak ekipę Toma G. Warriora. Także ponownie - niby nic innowacyjnego, a jednak sposób wymieszania składników w tym kotle i doskonałe wyważnie proporcji robi wrażenie i sprawia, że do tego albumu wraca się z nieukrywaną przyjemnością. Chociaż jest to album mniej surowy niż debiut i zdecydowanie dojrzalszy, to nadal zewsząd słuchacz atakowany jest posępną, czarcią atmosferą niechęci do wszystkiego, co ludzkie. Jeżeli miałbym polecić jedną płytę Craft, to wskazałbym właśnie "Terror Propaganda", bo zadowoli zarówno black metalowych purystów, jak i ludzi nie mających nic przeciwko takiemu "Now, Diabolical".



Najlepsze utwory: "Hidden Under the Skin", "False Orders Begone", "Terror Propaganda".

2005 - Fuck the Universe

To kolejna perła w dyskografii zespołu, choć w zasadzie powiedzieć to należy o każdej z płyt Szwedów. Czy można połączyć produkcję archaicznie krystaliczną w stylu rocka lat 70 z srogą dawką black metalowego jadu? Otóż okazuje się, że można i działa to wspaniale. Każdy detal mistrzowskich zdolności kompozycyjnych jest tu podkreślany przez fenomenalne brzmienie - w pełni organiczne, ale nie wypolerowane. Sama muzyka to jakby lekki krok do przodu w stosunku do poprzedniczek. "Fuck the Universe" to płyta dłuższa i zarazem bardziej zróżnicowana, a do tego najlepiej w całej dyskografii wyważona pod kątem wymieszania złowrogiej atmosfery z chwytliwością. Dowodem niech będzie na to ikoniczny, najdłuższy w zestawie "Thorns in the Planet's Side", będący w zasadzie konglomeratem wszelkich idei przewijających się na płycie. Tytułowy utwór zaś to fenomenalna reinterpretacja "Under a Funeral Moon" na black/thrashową modłę, a pojawiający się w środku, podkreślany perkusyjnymi crashami riff, jest po prostu - z braku lepszego określenia - "badass". Wyróżniają się także pojawiające się tu i ówdzie wybrzmiewające agonalnie zwolnienia, kreujące opresyjną i cuchnącą diabłem atmosferę. Zastanawiam się, czy można coś zarzucić tej płycie i dochodzę do wniosku, że niektórzy preferowali by raczej nieco bardziej zasyfioną produkcję - to już jednak kwestia całkowicie subiektywna. Ja osobiście zachwycam się, słysząc jak panowie pokręcili tu gałkami, zwłaszcza w kwestii wszelkich perkusyjnych blach. A poza tym? Zarzućcie kurewsko chwytliwy, prący do przodu "Demonspeed", namacalnie nienawistny "Xenophobia" ("I hate you...") czy instrumentalny, marszowo kroczący "Destroy All" i powiedzcie, że ten album nie jest co najmniej zajebisty. Nie bez powodu jego okładka zdobi mego skromnego bloga, ot co.



Najlepsze utwory: "Thorns on the Planet's Side", "Fuck the Universe", "Demonspeed", "Xenophobia", "According to Him".

2011 - Void

A z tym materiałem musiałem powalczyć trochę dłużej, choć na dzień dzisiejszy opętał moją duszę w podobnym stopniu jak pozostałe albumy Craft. I nie jest to bynajmniej kwestia automatu perkusyjnego, który zupełnie nie przeszkadza w odbiorze "Void" i pozbawiony jest sztucznej sterylności charakterystycznej dla tego typu rozwiązań. Udało się Szwedom wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji. Przez pewien czas brakowało mi po prostu dobrych, rozpoznawalnych numerów, a przynajmniej nie występowały one w takim zagęszczeniu jak na dwóch poprzednich płytach. Wydaje mi się, że coś jest na rzeczy, bo to zdecydowanie najbardziej monolityczny album zespołu, przeznaczony do słuchania w całości, a to z powodu wciągającej niczym czarna dziura atmosfery, porażającej pustki właśnie. Stężenie tej aury zagłady i zatracenia się w otchłani własnego zepsutego jestestwa jest tu zdecydowanie najsilniejsze spośród wszystkich rzeczy, jakie ten zespół nagrał. Nie zmienia to jednak faktu, że wyróżniających się tu utworów jest tu co najmniej kilka: przede wszystkim flirtujący z death metalem "I Want to Commit Murder", z genialnym w swojej prostocie tekstem i zaciekle wyśpiewanym refrenem - jedna z najbardziej hiciarskich i bezpośrednich rzeczy w dyskografii Craft; wwiercający się w głowę i hipnotyczny "Come Resonance of Doom" czy monumentalnie wieńczący całość utwór tytułowy, z końcówką triumfalnie przypieczętowującą ostateczny upadek. Wylewający się z "Void" mrok, przy jednoczesnym zachowaniu typowych dla Craft walorów kompozycyjnych, sprawia że jest to zdecydowanie album, któremu poświęcić warto swą uwagę, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się, że czegoś tu brakuje. A może to po prostu moja przypadłość i ty, drogi czytelniku, odbierzesz to zupełnie inaczej.


Najlepsze utwory: "Come Resonance of Doom", "I Want to Commit Murder", "Bring on the Clouds", "Void".

2018 - White Noise and Black Metal

Z ostatnim albumem Szwedów mieliście już okazję zapoznać się na łamach mego bloga, więc podrzucę tu po prostu napisaną jakiś czas temu recenzję. Zawarte tam tezy i opinie w dużej mierze podtrzymuję - to doskonały album, który spodobał mi się zbyt szybko i przez co trochę go zakatowałem. Ostatnio jednak wróciłem do "White Noise and Black Metal" i był to świetnie spędzony czas. Bardzo robi mi kierunek, w jakim podążył zespół - nieco bardziej pokombinowana rytmika, wycieczki w rejony progresywnego black metalu ("Crimson"), a z drugiej strony hit w postaci tytułowego utworu, niesamowicie skutecznego w swojej rockowej wręcz prostocie. Rozwinięcie formuły bez zatracania własnej tożsamości to coś, co mi się podoba. Nadal moim jedynym zarzutem jest zbyt nasterydowana produkcja - bębny brzmią czysto, ale nie na modłę "Fuck the Universe", a niestety bliżej "modern metalu" za którym nie przepadam. Z drugiej strony, czysto muzycznie jest to chyba najciekawszy Craft i w tym należy upatrywać siły tego albumu.


Najlepsze utwory: "The Cosmic Sphere Falls", "Tragedy of Pointless Games", "YHVH's Shadow", "White Noise and Black Metal".

Uff, wyszło długo, ale to efekt tego, że naprawdę każdemu z tych albumów warto poświęcić czas, na który zdecydowanie zasługują. Gorąco zachęcam do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach - pochwalcie się, który album Craft lubicie najbardziej i czy tak jak ja upatrujecie w muzyce Szwedów znacznie więcej niż tylko hołdowanie Darkthrone. 

niedziela, 21 czerwca 2020

Recenzja CRYPT SERMON - The Ruins of Fading Light

Jeżeli doom metal kojarzy ci się z ślamazarnym, posępnym i nie pozostawiającym promyka nadziei w sercu odłamem muzyki ekstremalnej, to oczywiście masz rację. Możliwe, że cechy te powodują zachwyt tego typu graniem, bądź wręcz odwrotnie - czynią poszczególne albumy zbyt jednostajnymi i monotonnymi. Drugi album amerykańskiego CRYPT SERMON na tyle flirtuje z bardziej dynamicznymi i żywiołowymi odnogami metalu, pozostając przy tym wiernym filarom metalu zagłady, że z pewnością stanowi rzecz wartą obadania nawet dla kogoś nie mogącego zdzierżyć na codzień procesji żółwiego marszu pogrzebowego.


Powstała w 2013 grupa już pięć lat temu uraczyła nas bardzo dobrym debiutanckim albumem, może nieco bardziej tradycyjnie brzmiącym i zalatującym Candlemass z okresu, gdy Szwedzi pływali pod banderą Roberta Lowe'a, a więc i srogo zakrapianym klasycznym metalowym graniem przywodzącym na myśl choćby Black Sabbath z Dio na wokalu. Dwójka stanowi rozszerzenie tej formuły o patenty thrash czy speed metalowe, a momentami wręcz power metalowe. Tak, power doom byłoby dobrym określeniem podsumowującym charakter "The Ruins of Fading Light". I to taki porządny power, w stylu Liege Lord, bez przaśnych melodyjek i wylewającego się lukru. Zainteresowany? No to jedziemy z tym.

Trwający niemal godzinę materiał otwierany jest solidnym kopem w postaci "The Ninth Templar (Black Candle Flame)", który jasno i dobitnie udowadnia, że z męczeniem buły nie będziemy tu mieli do czynienia. Heavymetalowy wigor miesza się z ciężkim i nisko zestrojonym riffem z kroczącą podwójną stopą w tle, a na pierwsze podkręcenie tempa długo czekać nie trzeba. Doskonały strzał na początek, tak jak być powinno. Spragnieni podniosłości i majestatu również nie będą zawiedzeni, bo już następny w kolejce "Key of Solomon" rozpoczyna się dostojną, szlachetną melodią, pozostając utrzymanym w średnim tempie w zasadzie do samego końca. 

Ale chwila, bo zaraz wpadnę w niezdrowy rytm opisania każdej kompozycji w szczególikach, choć wszystkie utwory na wzmiankę chociażby zasługują. Najpierw należałoby koniecznie zwrócić uwagę na pana Brooksa Wilsona, odpowiedzialnego na wokale na tym albumie. I tu zdaję sobie sprawę, że opinie mogą być podzielone. Dla mnie ten styl śpiewania jest kapitalny i doskonale wpasowuje się w ten "power doom", o którym wcześniej wspomniałem. O ile na debiucie wokale były bardziej, hmm, oszczędne i stonowane, tak tutaj nie ulega wątpliwości, kto rozdaje karty. Ta lekko przesadzona maniera, nazbyt może się wybijająca, buzująca rock n' rollową arogancją, wprowadza w ruch wszystkie trybiki w maszynie i sprawia, że utwory nawet w tych najwolniejszych momentach przywodzą na myśl tętent konia średniowiecznego rycerza, szarżującego by zmiażdzyć swoich wrogów. Śpiew ten kapitalnie oddaje poszczególne panujące na płycie nastroje, od melancholii po triumf zwycięstwa. Wilson czasem przechodzi w spokojną deklamację, momentami kończy wersy czymś na kształt growlu, podkreślając bijącą z biblijnie natchnionych liryków grozę, innym razem nie szczędzi zupełnie strun głosowych i przeszywa swym krzykiem słuchacza ze wszystkich stron ("Beneath the Torchfire Glare").

Także i gitarowy duet nie ma się czego wstydzić. Pod tym względem płyta jest bogata i zróżnicowana. Mamy wspomniane już bijące heavy/power metalową mocą momenty, są (a jakże!) inspiracje zmierzchem bogów Quorthona pod postacią akustyków i podniosłych chorów (chyba mój ulubiony na płycie "Christ is Dead", którego refren powinien być testem, czy się z tym albumem polubisz, czy nie), uświadczymy także sporo energicznych solówek jakby wyjętych z "Rust in Peace" - patrz najdłuższy i najbardziej rozbudowany, obfity w zmiany tempa i o hymnicznym, epickim (nie lubię tego słowa i wiem jak często używane jest w złym kontekście, ale tu nie mogę się powstrzymać) wręcz początku "The Snake Handler". W ogóle sola na tym albumie dorównują zadziornością i nastawieniem "patrz, kto tu rządzi" - ale bez zbędnej ornamentyki i onanizmu na gryfie! - wokaliście, co świetnie się uzupełnia i sprawia, że "The Ruins of Fading Light" to po prostu rzecz z jajami. Oraz z porządną, selektywną produkcją, nie pozostawiającą żadnego instrumentu w tyle - nic specjalnie wyróżniającego się, ale ten album zwyczajnie dobrze brzmi.

Dzięki tym wszystkim elementom 55 minut mija jak z bicza strzelił i w zasadzie człowiek zupełnie nie czuje mijającego czasu. Wręcz przeciwnie - gotów jest zakręcić płytę w odtwarzaczu ponownie. Nawet trzy znajdujące się tu przerywniki nie denerwują i nie wytrącają z równowagi, mimo zastosowania patentu którego nie lubię i nie rozumiem - mianowicie umieszczenia dwóch takowych interludiów obok siebie. Te instrumentalne kawałki trącą średniowiecznym folkiem - przez moment miałem wrażenie, że za chwilę usłyszę polski dubbing z komputerowej Twierdzy - ale nie powoduje to zgrzytu zębów, za to wzmacnia immersję. Z drugiej strony, teksty niekoniecznie traktują o galopujących bohaterach ratujących księżniczki, tylko są bardziej uniwersalne, o życiu i śmierci. Sam widzisz, drogi czytelniku, że wiele "The Ruins of Fading Light" do zarzucenia nie mam. To doskonała rzecz, wypełniona charakterem i charyzmą po brzegi. Takiego żywiołowego doom metalu, spokrewnionego z maidenowskimi "patatajcami", ale bez irytujących i trącących banałem rozwiązań, nie ma zbyt wiele i choćby dlatego wracam do dwójki Crypt Sermon z nieskrywaną przyjemnością.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Recenzja ARMAGEDDA - Svindeldjup Ättestup

Powroty zza grobu nie są proste. Wielu się nie udaje i stają się jedynie wątłymi cieniami przeszłej chwały. Inni serwują jako danie główne odgrzewanego kotleta, który niby smakuje przyjemnie znajomo, niby zaspokaja jakieś potrzeby, ale nigdy nie uznasz go jako najlepszy posiłek w życiu i prawdopodobnie zapomnisz o nim za dwa dni. Pierwszy album ARMAGEDDY od 16 lat nie należy do żadnej z tych grup. Zamiast tego otrzymaliśmy materiał nietuzinkowy, nieoczywisty i nawiązujący do "kiedyś", będący jednocześnie zupełnie nową jakością w kontekście zespołu.


Z pierwszymi odsłuchami bywa różnie i tak było także w tym przypadku. Początkowy werdykt wyglądał mniej więcej następująco: nawet niezłe, ale jakieś takie rozmydlone i wypolerowane, po diable z poprzednich płyt ani śladu. Generalnie w porządku, ale jak już to powinno wyjść pod innym szyldem. ALE, jak to z dobrymi płytami bywa, tak i "Svindeldjup Ättestup" zasiała we mnie ziarno zaintrygowania, które po kilku następnych odsłuchach zakiełkowało, by w końcowym rozrachunku wydać dorodne owoce.

Najnowszy album Szwedów stanowi jakby kontynuację wydanego w 2004 "Ond Spiritsm", co zresztą chyba starają się podkreślić sami twórcy, zamieściwszy na okładce "Svindeldjup Ättestup" małego easter egga. Wielkim błędem byłoby jednak stwierdzić, że jest to część druga tamtej płyty czy coś w tym rodzaju, bo tak jak "Only True Believers" cechuje się zupełnie innym charakterem niż "Ond Spiritsm", tak jest i w przypadku nowej płyty. Panowie nie zostali w zakorzenionej w pierwszej dekadzie obecnego tysiąclecia przeszłości i ciągle rozwijają się jako muzycy, zarazem żonglując wpływami z pozostałych swoich projektów jak LIK czy Ehlder.

Gdybym miał podsumować charakter tego albumu, powiedziałbym że jest on znacznie bardziej zanurzony w atmosferze pierwotnych sił natury niż przepełniony namacalnym złem i obłędem pozostałych materiałów Armageddy - stąd też moje początkowe mieszane odczucia. Produkcja jest selektywna, brzmienie gitar czytelne i pozbawione syfu, ale sprzyja to zastosowanym tu patentom melodycznym i quasi-progresywnemu riffowaniu. Te zresztą jest mocno znajome, bo odniesień do klasycznej norweskiej szkoły jest tu od groma, ale zarazem całość naznaczona jest unikalnym piętnem tego co panowie grali ostatnie 15 lat. Dowodem tego jest choćby niepokojący i z lekka psychodeliczny "Likvaka". Fragmenty innych utworów przywodzą mi z kolei na myśl wczesny Enslaved, tu i ówdzie przewija się melodyka późnego Burzum, w ostatnim utworze słychać fascynację "The Shadowthrone"... lecz końcowy efekt jest jedyny w swoim rodzaju.

Każdy kolejny obrót tej płyty w odtwarzaczu sprawia, że pochłania mnie ona coraz bardziej. Hipnotyczne struktury utworów nie pozwalają oderwać się od tej muzyki, co najbardziej wyraźne jest w - moich ulubionych - "Guds kadaver (En falsk messias)" oraz najdłuższym w zestawie "Evigheten i en obrytbar cirkel", będącym niejako konglomeratem wszystkich motywów i nastrojów jakie pojawiają się na płycie. Partie, w których na front wjeżdżają blasty i solidna black metalowa jazda są zdecydowanie najlepsze, co nie zmienia faktu, że i momenty powolniejsze konsekwentnie wciągają słuchacza niczym bagno i wprowadzają go w głęboki trans. Doskonale widoczne jest to w zajeżdżającym środkowym Darkthrone "Djupens djup", zarówno pod względem riffowania jak i ikonicznej frazy "Så blekt, så kallt" przywodzącej na myśl wiadomy album. W ogóle trzeba wspomnieć, że wokale są kapitalne - zarówno aranże, pojawiające się tu i ówdzie typowo nordyckie deklamacje, jak i charakterystyczna, zadziorna szwedzka maniera działają tu wyśmienicie i nie ma ani jednej sekundy, w której struny głosowe Stefana zdzierane byłyby na marne.

Nie wiedziałem, co sądzić o tym albumie, teraz zaś wychodzi na to, że to mój ulubiony tegoroczny black metal i na chwilę obecną nie widzę jakiegokolwiek kandytata będącego w stanie zmienić ten porządek rzeczy. Największą siłą "Svindeldjup Ättestup" jest to, z jaką łatwością odnosi się do tradycji i gra na sentymentach, jednocześnie będąc czymś, czego na pewno wcześniej nie słyszałem. Album ten nie zginie w gąszczu podobnych materiałów, bo tak po prostu nie gra żaden inny zespół. A poza tym zwyczajnie chce mi się tego słuchać i słuchać - zawarta jest tu sama esencja, soczyste mięsko, te cechy sprawiające, że wielokrotnie wracamy do klasycznych black metalowych materiałów bez uczucia znużenia. Przeciwnie - lubimy je coraz bardziej. I mam wrażenie, że tak będzie i w tym przypadku. Doskonała płyta, która jest JAKAŚ.

sobota, 6 czerwca 2020

Dziewięć najważniejszych albumów w mojej metalowej wędrówce

Sprostowanie: post ten oryginalnie pojawił się na Facebooku. Tutaj wstawiam go lekko zmodyfikowanego.

Jako że konkurencja (ha!) pod postacią Fallen Geeks of Doom udzieliła mi zaszczytnej możliwości pochwalenia się kilkoma albumami mającymi niebagatelny wpływ na mój młody metalowy umysł I mnie jako człowieka w ogóle, to łapcie tutaj dziewięć mych płyt życia. Niekoniecznie najlepszych z najlepszych, nie zawsze nadal stawianych przeze mnie w panteonie faworytów, ale po prostu z takiego czy innego powodu bardzo ważnych. Wszelkie topki czy podsumowania zawsze na propsie, lubimy je czytać, ja chętnie takową napiszę, zwłaszcza że jest mocno osobista. Miłej lektury!

PS Kolejność raczej bez znaczenia
PS2 Uwaga, post jak zwykle jest cholernie długi, polecam zaparzyć sobie rumianku tudzież innego 0,7

DEATH – The Sound of Perseverance

Powiedzieć, że usłyszenie tej płyty to był szok I rewolucja to nie powiedzieć nic. Ostatni album wielkiego DEATH zrobił mi wodę z mózgu I całkowicie zmienił postrzeganie gitarowych dźwięków. Tak naprawdę od “The Sound of Perseverance” zaczęło się świadome słuchanie muzyki I rozpracowywanie poszczególnych elementów brzmienia zespołów. Nie były to wrota do metalu per se, ale rzecz która zwyczajnie poszerzyła moje widzenie I przypieczętowała moją tożsamość. I mimo że dzisiaj preferuję “Leprosy” czy “Symbolic”, to I tak stawiam ten album bardzo wysoko I nadal słucham z nieopisaną przyjemnością. Ma on swoje wady – chociażby zbyt rozwodnione momentami kompozycje – ale przymykam na to oko w obliczu ogólnej doskonałości. Warto też wspomnieć, że w tym szczytowym momencie przez jakieś pół roku praktycznie nie słuchałem niczego innego prócz DEATH ;)



FEAR FACTORY – Demanufacture
Na szał związany z Panterą czy Machine Head nigdy się nie załapałem, ale inny czołowy przedstawiciel szkoły szarpanych riffów był w zasadzie moją introdukcją do bardziej ekstremalnych odmian metalu. O ile teraz z późniejszymi dokonaniami FEAR FACTORY jest mi mocno nie po drodze, tak wspaniały (nadmieńmy – deathmetalowy!) debiut I jeszcze lepszą dwójkę uwielbiam do dziś. Cóż to był za cios! Mechaniczna precyzja, miażdzące “karabinowe” riffy Cazaresa, niepowtarzalny klimat kiczowatego s-f I fabrycznego chłodu, Burton jeszcze nie irytujący swym wyciem, a dostarczający naprawdę porządne wokale – zarówno te krzyczane, jak I te przypominające robotyczny śpiew. “Demanufacture” to rzecz jedyna w swoim rodzaju, pomimo zapoczątkowania stylu, w którym zespół porusza się do dziś – choć na znacznie niższym poziomie. I co jak co, ale tak klimatycznej kompozycji jak “A Therapy of Pain” nie powstydziłby się nawet Godflesh. Mam kurewski sentyment do “Demanufacture”, nie ukrywam – co nie zmienia faktu, że czysto obiektywnie płyta ta doskonale broni się nawet w 2020.


BATHORY – Hammerheart
To jedna z tak zwanych płyt tektonicznych: n-i-e d-o z-a-j-e-b-a-n-i-a. O tym albumie powiedziano już chyba wszystko, tak więc nie będę się mocno rozwodził. Esencja tego o co chodzi w metalu I basta. Geniusz I absolut. Narodziny I jednocześnie szczyt tzw. Viking metalu. Poetyckie piękno miesza się z wodospadem krwi I szczękiem stali. Płyta porażająca wręcz swą potęgą I monumentalnością, na co składa się wiele elementów – niedoskonałe technicznie, acz pełne pasji I ognia wokale Quorthona, masywne I przybrudzone brzmienie, topornie I z niezłomną konsekwencją uderzające bębny. “Shores in Flames” to definitywnie jeden z najważniejszych I najbardziej działających na wyobraźnię utworów jakie słyszałem w życiu. “Home of Once Brave” zaś to muzyka zdolna przenosić góry I rozstępować morza. Nieskalana, boska wręcz siła. A żeglowanie przy akompaniamencie tej płyty to jedno z najlepszych życiowych doświadczeń ever.


BURZUM – Hvis Lyset Tar Oss
Kolejna płyta, o której wiele więcej niż już zostało powiedziane powiedzieć nie można. Niepodważalny klasyk I definicja tego, o co biega w tej muzyce. BURZUM stanowi po prostu portal do innego, magicznego, lepszego świata. Już pierwsze sekundy tego albumu chwytają za serce – niepowtarzalny motyw klawiszowy, który zostaje z tobą już do końca życia. Ten album to uchwycenie czystej esencji, dowód że prostymi środkami można osiągnąć niemal absolut I wytworzyć niesamowity klimat. Opowiadam oczywistości, ale co poradzę. “Hvis Lyset Tar Oss” to jeden z pierwszych albumów, który zdołał mnie całkowicie pochłonąć – pełna immersja, zamknięte oczy, nie liczy się nic oprócz wspaniałej muzyki. Tego, że cały tzw. Atmospheric black metal stoi na tej płycie, chyba nie muszę dodawać? Aha – równie dobrze mógłbym dać tutaj “Filosofem”, ale ostatnio gdy mam ochotę na Burzum częściej sięgam jednak po trójkę – ten argument więc przeważył szalę.


SATYRICON – Rebel Extravaganza
Ten album zmiażdzył mnie stosunkowo niedawno. Gdy dopiero odkrywałem black metal, zimowy I tajemniczy “Dark Medieval Times” rządził po wsze czasy. “Rebel Extravangza” to jednak materiał na zupełnie innym, astralnym wręcz poziomie. Dzięki tej płycie zrozumiałem, jaka myśl przewodnia stała za początkami gatunku, jaki światopogląd towarzyszył młokosom odpowiedzialnym za muzyczną rewolucję wybuchłą w Norwegii na początku lat 90. Bunt, radykalizm I sprzeciwienie się wszystkiemu, co bezpieczne I komfortowe. Taka właśnie jest ta płyta, mimo że wydana została dopiero w 1999r. Jest to jeden z najbardziej szczerych I bezkompromisowych albumów jakie znam. Satyr I Frost byli ostro wkurwieni na to, co odpierdala się na scenie blackmetalowej – widzieli powolne zatracanie tożsamości tego zjawiska I ostateczny obrót w groteskę pod postacią symfonicznego black metalu. Zerwali łańcuchy wiążące ich z przeszłością, wypięli się na tradycję I nagrali album zimny, bezlitosny, odhumanizowany, przepełniony nienawiścią do skurwiałego gatunku ludzkiego. Nie byłoby przesadą powiedzieć, że “Filthgrinder” to najlepszy utwór blackmetalowy w historii, a trwająca trzy minuty kanonada blastów w finale to jeden z najintensywniejszych momentów w muzyce jakie znam. Zresztą całość to monolit I wielkie “fuck you all”, co zresztą nie wszystkim się spodobało – I wcale nie miało.


BLUT AUS NORD – The Work Which Transforms God
Załóżmy, że jest jeszcze era bez jutubów, torrentów i takich tam. Ktoś posłuchał sobie dwóch pierwszych albumów projektu Vindsvala, po czym przychodzi do niego stary kumpel i mówi "ej, na bazarze zgarnąłem nowego cdka BaN, dawaj posłuchamy". Wkłada płytę do odtwarzacza, po tym ten pierwszy śmieje się, że ruskie zrobili kumpla w chuja i nagrali mu jakiś inny zespół. Otóż skończyło się hasanie po lesie, zbieranie szyszek i sławienie Odyna. Teraz budzisz się w psychiatryku. Zewsząd 4 ściany i kurewski mrok. W głowie kotłują ci się przerażające wizje, a w uszach masz rój os. Za drzwiami słyszysz obłąkane krzyki, jęki i niezrozumiałe pomruki. Do tego miewasz sny, w których znajdujesz się w opuszczonym, post-industrialnym zakładzie pracy, po nim zaś goni cię biomechaniczna kreatura zaprogramowana, by zabijać. Pomiędzy tym horrorem, na jawie, dostrzegasz jednak strzępy światła. Dostrzegasz Piękno i Boga pokazującego ci swe oblicze, upajasz się w tej krótkotrwałej dozie mistycyzmu. I taka właśnie jest ta płyta. Absolutnie genialne arcydzieło, doskonale operujące potężnym narzędziem - kontrastem. Rzecz potrafiąca mrozić krew w żyłach, a za chwilę wzruszać. A czysto instrumentalnie? Człowieku, co tu się odpier... to nie są riffy, to luźne plamy dźwiękowe odpowiadające umysłowi szaleńca, do tego wspomagane bębnami z potężnym pogłosem i nieludzkimi samplami (te z "Inner Mental Cage" naprawdę napawają zgrozą). W tle echa, chóry potępionych dusz, co jakiś czas charkot i rzyg z ust wokalisty, sam już się zastanawiasz, czy z tobą jest coś nie tak, czy z twórcą tej abominacji, czy takie coś mógł nagrać zdrowy psychicznie człowiek? "The Work Which Transforms God" to dzieło zimne, bezduszne, odhumanizowane, a jednocześnie cholernie natchnione i utrzymane w duchu religijnego uniesienia. Taką płytę nagrywasz raz w życiu, ot co.


diSEMBOWELMENT – Transcendence Into the Peripheral
Wytaczamy ciężkie działa. Australijczycy z diSEMBOWELMENT nie zawitali na scenie na długo, ale swoim jedynym pełnym albumem roznieśli wszystko w drobny mak I przy okazji zainspirowali całą masę zespołów parających się ociężałą, grobową muzyką. Zapuściwszy korzenie w rejonach grindcore’a, nagrali chyba najbardziej brutalny I ekstremalny album doom/death metalowy jak to tylko możliwe. Ślimacze, ważące tonę riffy grane na tle blastów to tutaj chleb powszedni. To nietypowe połączenie wpływów muzyki klimatycznej I powolnej z bezlitosnym nakurwem tworzy prawdziwie opresyjną I miażdżącą atmosferę. “Transcendence Into the Peripheral” to album przepełniony trującym miazmatem niepokoju, patologii I zepsucia. Spora zasługa w tym prawdziwie chorych I obrzydliwych wokali Renata Galliny, a także mocno nagłośnionych garów (I kapitalnie zaaranżowanych – te stopy!) z potężnym pogłosem. To prawdziwie przytłaczający, niepowtarzalny album. Zwyrodniała I psychopatyczna aura otaczająca ten materiał sprawia, że na pewno nie jest to rzecz do codziennego odsłuchu w ramach relaksu po pracy. Ja odpalam “Transcendence into the Peripheral” raz na pół roku albo I rzadziej, ale zawsze jest to odsłuch z pozycji kolan. W szczególności ostatni utwór, “Cerulean Transience of all my Imagined Shores” to zjeżone włosy na ciele za każdym razem – końcowe minuty to czysty terror na ludzkiej psychice. Jest to być może najlepsza płyta, jaką w życiu słyszałem.


SUMMONING – Minas Morgul
Ha, niespodzianka. Co ten album w ogóle robi wśród pozostałych z tej listy? Też się zastanawiam, lecz nie da się ukryć, że SUMMONING miał niebagatelny wpływ na moją młodą muzyczną wyobraźnię. Pewnie, dziś muzyka Austriaków brzmi jak wiocha I cepelia dla nerdów zarywających nocki w Hirołsy. Momentami wieje straszną taniochą I tandetą. A jednak nie da się ukryć, że jest w tym potężny czar I urok. Mnie wystarczy spojrzeć na tę zajebistą okładkę I już odpala się magia sentymentu, gapienie się w horyzont w pogoni za czymś totalnie nieuchwytnym… raz na ruski rok człowiek po prostu odpali tę płytę, urządzi sobie wieczór nerdozy, poprawi trylogią Władcy Pierścieni I nie będzie w tym nic złego. A mówiąc zupełnie szczerze, czysto muzycznie album ten broni się do dzisiaj. Tak jak później monotonia I powtarzalność motywów potrafiły zabić, tak tutaj proporcje są odpowiednio zachowane I nawet gitary służą do czegoś więcej niż jedynie jako tło do dungeon synthu lecącego na froncie. A że będzie siara jak przyjdzie sąsiad I zobaczy czego słuchasz? To akurat przypadłość połowy metalu, więc nie ma się czego obawiać, hehe.


PRIMORDIAL – Redemption at the Puritan’s Hand
Lata mijają, człowiek poznaje coraz więcej płyt I otwiera się na nowe brzmienia (ta, jasne), a ja dochodzę do wniosku, że PRIMORDIAL to chyba zespół mojego życia. Muzyka Irlandczyków otwiera we mnie zupełnie nowe pokłady wrażliwości I za każdym razem sprawia, że serce zabije szybciej, a oczy zaszklą się łzami. Dla mnie w muzyce rozchodzi się przede wszystkim o EMOCJE I szczerość przekazu, a ten zespół wprost nimi kipi I buzuje. Albumy PRIMORDIAL szarpią za pewne niesamowicie czułe struny mojej duszy. Odsłuchom towarzyszy cała gama odczuć – od wzruszenia, poprzez zadumę aż po bojowy nastrój. Irlandczycy opowiadają poprzez muzykę dzieje gatunku ludzkiego na przełomie kilku tysięcy lat, od zarania pierwszych cywilizacji. To perypetie narodów dotkniętych tragedią, historie wzlotów I upadków największych imperiów (“and every empireeeeee will fall...”), refleksja nad kondycją ludzkości, smutne spojrzenie na upadek zachodniej moralności, rozliczenie się z bohaterami I tyranami. Muzyka PRIMORDIAL jest o czymś, o czymś konkretnym, z czym łatwo się zidentyfikować, bo wszyscy jesteśmy ludźmi I wszystkich nas to dotyczy, chociaż ignorantów mających to gdzieś nie brakuje. A wszystko to niesione przepotężnym I pełnym pasji wokalem Alana Averilla, który po prostu “kradnie show” pozostałym członkom zespołu, chociaż same kompozycje (sporo czerpiące zarówno z heavymetalowego kanonu, black metalu drugiej fali oraz tradycyjnych folkowych wpływów) też są bezbłędne – tutaj I gitary, I bębny towarzyszą w opowiadaniu historii I niejednokrotnie mówią więcej niż tysiąc słów. Widziałem PRIMORDIAL na żywo I jest to prawdziwie niezapomniane przeżycie – nigdy nie spotkałem się, żeby tylu ludzi na sali znało I śpiewało teksty. Zresztą polecam samemu zobaczyć, co dzieje się na nagraniu “The Coffin Ships” z gigu w Dublinie. Niesamowita sprawa. “Redemption at the Puritan’s Hand” nie jest najlepszą płytą tego zespołu, ale jest najbardziej obfita w zróżnicowane nastroje I porusza mnie w największym stopniu. Z tego powodu wybór padł na nią, choć mógłby I na pięć innych albumów.


No I to by było na tyle, jeśli chodzi o danie główne. Zapewne domyślacie się, że zawężenie listy do jedynie dziewięciu pozycji było bolesnym przeżyciem, bo decyzja co odpuścić nie była prosta. We wzmiankach honorowych koniecznie muszą się znaleźć takie rzeczy, jak SLAYER “Reign in Blood”, IRON MAIDEN “Seventh Son of the Seventh Son”, debiut RAGE AGAINST THE MACHINE, TOOL “Aenima”, FAITH NO MORE “King for a Day, Fool for a Lifetime”, CARCASS “Necroticism – Descanting the Insalubrious”, ASPHYX “Deathhammer”, OBLITERATION “Black Death Horizon”, INCANTATION “Diabolical Conquest”, EVOKEN “A Caress of the Void”, BOLZER “Aura”, CANDLEMASS “Epicus Doomicus Metallicus” I wiele, wiele innych… o pewnych oczywistościach nie było co pisać, bo zostały przewałkowane już milion razy I szkoda na to klawiatury. Zresztą są pewne zespoły, które ukształtowały praktycznie każdego I ja nie jestem wyjątkiem.

Jeśli dla kogoś lista jest “zbyt metalowa” (co to kurwa w ogóle ma znaczyć, przecież jesteście na blogu metalowym głupie chuje) to przepraszam, wielokrotnie podkreślałem że jestem zakutym metalowym łbem I to się raczej prędko nie zmieni. Wiem, że teraz w modzie jest otwarty umysł I różnorodny gust – czasem mam wrażenie, że przyznanie się do lubienia metalu jest passé - ale do zakutego łba ciężko się przebić I już. Taka sytuacja. Mam nadzieję, że się podobało I historia rozliczy przychylnie mój gust. Pozdrawiam z lecącym “Kill’em All” w tle!

Do pomęczenia się z podobną listą wzywam kolegę z bloga Trochę subiektywizmu. Po metalowemu. Polecam zresztą poświęcić chwilę i spojrzeć na stronę, bo fajne teksty tam są, tylko trzeba to rozkręcić. Wspierajmy hobbystów i ludzi z pasją, bo warto.

wtorek, 19 maja 2020

Recenzja ODRAZA - Rzeczom

Krakowska ODRAZA zaskoczyła mnie swoim drugim albumem studyjnym, stosując ulubiony chwyt marketingowy - polegający na braku marketingu. Ja przynajmniej nic nie wiedziałem o tym, że taki twór powstaje. Lubię takie sytuacje, bo pozwalają po prostu siąść do muzyki i słuchać. Bez oczekiwań, zadumy, refleksji i innych takich, jaki to będzie tym razem nowy wypust. W zasadzie podszedłem do "Rzeczom" bez jakiegokolwiek kontekstu. Po prostu wszystko inne co w danej chwili robiłem przestało mieć znaczenie i zasiadłem do degustacji kolejnej porcji muzyki tego projektu.


Pewnie nie stałoby się tak, gdyby nie wydany w 2014r. debiutancki "Esparalem Tkane", który z pewnością zaznaczył Odrazę w mojej głowie jako coś, co warto poważać i respektować. Gdybym nie słyszał wcześniej tego skoncentrowanego na zjawisku alkoholizmu albumu, zapewne premiera "Rzeczom" została by przeze mnie zignorowana z uwagi na niebezpieczną bliskość i powiązania tegoż projektu z pewnymi innymi, niezbyt ze mną rezonującymi polskimi zespołami. Na szczęście skąpany w lekko awangardowym sosie i naznaczony silnym piętnem muzyki Carla-Michaela Eide debiut słyszałem, a teraz z radością mogę stwierdzić, że drugi album utrzymuje podobny poziom. Choć - na szczęście - jest przede wszystkim inny i nie stanowi kalki poważanego poprzednika. O tym, czy jeszcze porusza się w "akceptowalnych" ramach black metalu nie będę się szeroko wypowiadał. Moim zdaniem tak - zresztą Odraza od początku szła własnymi ścieżkami, i to bynajmniej nie leśnymi. Uważam, że choćby - tak jak i poprzednio - tematyka "Rzeczom" jest bardzo black metalowa w swojej wymowie i na tym poprzestańmy. 

Bo znowu zmagamy się przede wszystkim z marnością żywota, ludzkimi ułomnościami i słabościami, a tam gdzie nas nie spotkamy, noc kończy się nocą zamiast dzień dniem zaczynać. Tym razem spektrum refleksji podmiotu lirycznego jest bardziej zróżnicowane i mniej monotematyczne, analogicznie do zawartości muzycznej zresztą. Teksty z pewnością są mocno osobiste, jeszcze silniej niż poprzednio, przez co i ich wydźwięk nabiera na mocy. Fakt, że nie wszystko z tego, co przekazuje Stawrogin jest dla mnie jasne, zwłaszcza że sporo tu odniesień do jego lokalnego środowiska, a ja wychowałem się jednak w innym miejscu. Generalnie złośliwcy mogliby stwierdzić, że miejscami zalatuje grafomanią, ale nie zgadzam się z tym - warstwa liryczna ma sens, a już na pewno jest ciekawsza niż posługiwanie się satanistycznymi kliszami. To jednak w przypadku Odrazy oczywistość.

Z pewnością wrażenie robi sposób "dostarczenia" słuchaczom tych treści - pod względem wokali jest to bardzo silny materiał. Powiedziałbym wręcz, że to one są główną siłą napędową "Rzeczom". Na tym polu jest mocno ekspresyjnie i kreatywnie. Mam wrażenie, że sposobowi artykułowania pewnych fraz oraz ogólnej aranżacji wokali jest momentami blisko... do rapu, choć rapowania samego w sobie tu nie uświadczymy (to już dla konserwatywnych black metalowców byłaby zniewaga nie do przełknięcia! Śmiechem żartem oczywiście). Szorstko i odrażająco brzmiący trzon wyrzygiwanych słów wspomagany jest agresywnymi, chciałoby się powiedzieć "wkurwionymi" wrzaskami, którym niedaleko do growlu. Stężenie wkurwu nadal jest wysokie, może i wyższe niż na debiucie, więc w tej kwestii nie powinno być rozczarowania. Do tego dochodzi trochę partii mówionych, deklamowanych, momentami pojawiają się nawet zaśpiewy czy chórki, są to jednak elementy wyważone i stonowane względem całości (a także doskonale ją uzupełniające), także bez obaw. Jeśli chodzi o aranże to zdecydowanym bohaterem albumu jest Priest, grający niesamowicie precyzyjnie i z wirtuozerskim wręcz wyczuciem. Raz naznacza swe partie rockowym czy post-punkowym sznytem, innym razem stuka nieregularne rytmy podpatrzone jakby u wspomnianego już Carla-Michaela. O blastowaniu jak w zegarku nie wspomnę, choć tego nie uświadczymy tu tak często jak mogłoby się wydawać. Trochę szkoda tylko, że brzmienie zdaje się bardziej wypolerowane i wyczyszczone z warstwy syfu i brudu - na szczęście sterylna produkcja przy całej tej "miejskiej" konwencji nie boli tak bardzo.

"Rzeczom" to album dłuższy, bardziej zróżnicowany i przy pierwszym kontakcie jakby zwyczajnie ciekawszy od debiutu, choć jak to wpływa na końcową ocenę - o tym nieco później. Na pewno nie można odmówić niemal każdej kompozycji indywidualnego charakteru i po prostu pomysłu na siebie. Pochwalić na pewno muszę rozłożenie utworów: na zasadzie - upraszczając - szybko/wolno, esencjonalny blackmetalowy wygar/wycieczki w kierunku eksperymentów. Muzycznie nadal dominują tu inspiracje Ved Buens Ende/Virus z wyraźnymi eskapadami w stronę środkowego szwedzkiego Shining. Tym razem słyszę tutaj także sporo post-Euronymousowego Mayhem, z tymi charakterystycznymi, futurystycznymi i tnącymi jak żyleta riffami - "Rzeczom", "W godzinie wilka" czy "Bempo" mają w sobie spore znamiona późniejszej twórczości Norwegów. Uprawiana przeze mnie wyliczanka to jednak rzecz raczej do potraktowania w kategorii ciekawostki, bo nie ma ani grama wątpliwości, że gra tu Odraza. 

Wspomniana przeze mnie dynamika ma zastosowanie od samego początku albumu - bezkompromisowy "Schadenfreude" to trafny pomysł na otwarcie, ale już po nim następuje bardziej rozbudowany, wielowątkowy i awangardowy utwór tytułowy, swoją drogą jeden z najlepszych na płycie. Powiem tyle - Blasphemer byłby dumny. Utrzymana w duchu depresyjnego black metalu "Najkrótsza z wieczności" poprzedzana jest hiciarskim "Młotem na małe miasta" z zapadającym w pamięć refrenem, ale i przełamującym konwencję doomowym zwolnieniem w środku. Po zapierdalającym zaś niczym obsługiwany przez pijanego maszynistę tramwaj "Bempo" (przez co nieco monotonnym i jednostajnym) następuje ostatnia już, instrumentalna kompozycja, nieco luźniejsza w wymowie, z dobrymi melodiami i - a jakże! - celticfrostową końcówką. A najlepszy i tak jest "Świt opowiadaczy", z fenomenalnym, emocjonalnym i zawierającym ogromne pokłady blackmetalowej głębi finałem.

Trochę długi tekst wyszedł, ale i płyta całkiem bogata i obfita w różnorodne dźwięki. Moja opinia co do "Rzeczom" nieustannie ewoluuje, przeobraża się i podlega metamorfozom, niewątpliwie jednak album podoba mi się i póki co mam ochotę regularnie go słuchać. Czy przebił debiut - kilka wstępnych odsłuchów kazało mi mówić, że tak. Teraz nie jest to już dla mnie tak jasne. Na pewno okładka jest ładniejsza, hehe. Prawda jest taka, że wyraźna myśl przewodnia jedynki i jakby nieco większa spójność delikatnie przemawia za tamtym albumem oraz zwiększa jego siłę rażenia - choć teksty na "Rzeczom" podobają mi się bardziej. W końcowym rozrachunku nie ma to jednak znaczenia, bo nówka broni się doskonale samodzielnie i nie potrzebuje żadnych kontekstów. Bardzo ładnie, panie Stawrogin i panie Priest, bardzo ładnie. Mówiąc kliszami, powiedziałbym, że dostarczyliście kolejny świetny materiał do upadlania się, ale wcale nie trzeba wysoko procentowych trunków, by cieszyć się "tom rzeczom".


poniedziałek, 4 maja 2020

Recenzja ULCERATE - Stare Into Death and Be Still

Istnieją pewne albumy, z którymi mam tak zażyłą relację, że próba ich recenzowania czy opisywania towarzyszących mi odczuć podczas odsłuchu zwyczajnie mija się z celem. Byłby to bowiem nieustanny zachwyt, będący dla ewentualnego czytelnika niestrawną papką. Ciężko też przelać na papier (ekran) jakieś mocno osobiste przeżycia związane z daną płytą. Musiałbym bowiem wchodzić w takie szczegóły, że w 51 sekundzie tego a tego utworu człowiekowi napływają łzy do oczu, a niekoniecznie ktoś inny musi podzielać takie rozczulanie się. I pewnie domyślasz się, że skoro zaczynam tekst na tę modłę, to musi to dotyczyć i nowego ULCERATE. No i pierwsze spędzone z tą płytą tygodnie na to właśnie wskazują, a póki temat jest jeszcze gorący, szkoda by było czegoś nie napisać. Szansa, że nie wyjdzie mi i wykasuję wszystko w pizdu, jest dość spora. A jeśli mimo wszystko opublikuję coś niezbyt nadającego się do czytania, to serdecznie przepraszam. Co poradzę, że "Stare Into Death and Be Still" jest dziełem niesamowitym i mocno ze mną rezonuje. 


Co warto na wstępie zaznaczyć, to to, że po wydaniu poprzedniego albumu ("Shrines of Paralysis" z 2016 r.) w zasadzie postawiłem już na tym zespole kreskę. Formuła stała się niebezpiecznie przestarzała i zacząłem wręcz rozumieć i podzielać zdanie uważających, że Ulcerate nagrywa wciąż tę samą płytę. Do tego jeszcze to zbite i skomasowane do granic słuchalności brzmienie, brr. Nie ruszyła mnie ta płyta po premierze i - ostatnio sobie do niej wróciłem - nadal mnie w zasadzie nie rusza, co jest w przypadku tego zespołu rzadkością. Tak ze dwa utwory zapadły mi w głowę, reszta w zasadzie ni ziębi ni grzeje. Co jest jednak w tym wszystkim najśmieszniejsze? Otóż w okolicach premiery "Stare Into Death and Be Still" napotkałem się na kilka opinii, jakoby Ulcerate "znowu odgrzewało kotleta i nagrało kolejny identyczny album bez riffów".

Jako randomowy ludek z Internetu, apeluję do tych randomowych ludków z Internetu: wyjmijcie uszy z dupy.

Stała się bowiem rzecz niesłychana: zespół z prawdopodobnie jednym z najbardziej kreatywnych gitarzystów w świecie metalu (perkusistów również) nagrał chyba najlepszą płytę w swojej dyskografii, i mówi to człowiek wielbiący genialne "The Destroyers of All". Płytę tak świeżą, przepełnioną twórczą energią, a do tego tak przepiękną i malowniczą jak tylko przepiękny i malowniczy może być techniczny death metal (?), choć wysunę niekoniecznie śmiałą tezę, że Ulcerate dawno już przedefiniowało znaczenie tego terminu w kontekście własnej twórczości. Płytę, która korzysta ze środków na pierwszy rzut ucha zupełnie niesprzyjających tworzeniu muzyki grającej na strunach czułej ludzkiej duszy, a jednak tak właśnie się dzieje.

Ostrzegałem, że może być niestrawnie.

Najprościej oddać będzie geniusz tego albumu, wspominając o wyczynach p. Michaela Hoggarda na wiośle i bynajmniej nie będą one związane z technicznymi aspektami tego instrumentu (bo się na nich nie znam). To, co ten człowiek wyprawia z gitarą, nie mieści się w moim małym móżdżku. To już nie jest granie riffów, to jest kreowanie malowniczych pejzaży w przypływie boskiego natchnienia. Tu gdzieś przypadkowo uroni się kropla farby, tam jakby niedbale i od niechcenia machnie się pędzlem, a z tego pozornego nieładu i chaosu wyłoni się Piękno i Harmonia. "Stare Into Death and Be Still" to zaskakująco melodyjna płyta, zdecydowanie najbardziej melodyjna w twórczości Ulcerate, ale są to melodie zaiste szlachetne. Bywają one bezpośrednie i podane słuchaczowi na tacy (przewodni riff "Inversion"), bywają subtelnie zaakcentowane i jakby nieśmiało "przemycane" między wierszami ("There is No Horizon"), wreszcie to wyłaniają się z dźwiękowego chaosu i wzburzonych fal (fenomenalna końcówka "Exhale the Ash"). Do tego całość jest wyraźnie prostsza i - co tu dużo mówić - przystępniejsza, co absolutnie nie jest w tym przypadku wadą. Wręcz przeciwnie - to zluzowanie, "uczłowieczenie" muzyki, coś czego mocno brakowało siłowej poprzedniczce, jest najlepszym, co mogło Ulcerate spotkać.

Bo nadal jest to muzyka szalenie pokręcona i INTENSYWNA, choć takich blastów jest tu zauważalnie mniej niż choćby na takim "Vermis". Jest to muzyka intensywna przede wszystkim emocjonalnie, wspaniała pod względem kreowania i dawkowania napięcia, bezbłędnie rozkładająca poszczególne akcenty. Słuchanie tego albumu jest jak nurkowanie i przebywanie pod wodą bez możliwości zaczerpnięcia oddechu. Niepokój rośnie, byś w końcu mógł wynurzyć się i wdychać cudowne powietrze. Ten album jest jak łyk wody po przebiegniętym maratonie. Weźmy znowu "Exhale the Ash", zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na płycie (choć po prawdzie, mógłbym to samo powiedzieć o większości z nich). Moment, w którym Saint-Merat zaczyna grać ten prostolinijny motyw perkusyjny po uprzedniej nawałnicy dysonansów rodem z "Everything is Fire" wyzwala prawdziwe uczucie katharsis i przychodzi po prostu w IDEALNEJ chwili. Takie zresztą fragmenty, w których na bębnach stukane jest, chciałoby się rzec: umpa-umpa, pojawiają się tu częściej i są niesamowicie odświeżające dla twórczości Ulcerate. "Stare Into Death and Be Still" zwyczajnie żyje, oddycha i jest to super sprawa.

Nowością jest tu sporo fragmentów wyjętych rodem z post metalu, a może właściwiej byłoby rzec, że brzmią one inaczej niż na poprzednich materiałach, bo i przecież na nich takie momenty "wyciszenia" i przestrzeni się pojawiały. Tutaj mają one jakby wydźwięk wzięty rodem z gotyckiego rocka i oparte są bardziej na gitarowym "plumkaniu" aniżeli tektonicznemu rzężeniu basu. Mamy tu więc i zwyczajnie więcej treści. Fragmenty te są świetne, szczególnie w najbardziej chyba klimatycznym i smutnym "Visceral Ends". Wyróżnić też muszę pojawiające się tu i ówdzie "solówki", brzmiące zarówno niesamowicie majestatycznie jak i gorzko, jakby zwiastując rychły upadek ludzkości. Te wyjące melodie (końcówka tytułowego utworu!!!) są niczym błagalny jęk i ostateczny zanik wszelkiej nadziei, a zarazem zawierają w sobie nutę nostalgii. Jak widać paleta użytych barw i emocji jest tu bardzo szeroka - to niezmiernie bogaty album, o którym można by pisać i pisać, rozkładać na czynniki pierwsze. 

Wciąż jednak największe wrażenie robią te fragmenty naznaczone perkusyjną nawałnicą, pod którą nieustannie przeobrażają się gitarowe plamy dźwięku, wijące się i miotające we wszystkie strony, by zsumowane stworzyć strumień wspaniałych harmonii. Gitara i bębny uzupełniają się tu skuteczniej niż kiedykolwiek wcześniej, wzajemnie wzmacniając swój wydźwięk. To płyta bez zbędnego elementu, w której każdy trybik ma swoje miejsce i przeznaczenie, nawet w najtrudniejszym do przebrnięcia i rozbudowanym "Drawn Into the Next Void" z finałem nieco na modłę zamykaczy Immolation. A w całej tej kompozycyjnej doskonałości jest jeszcze w stanie poruszyć i zachwycić mnie na dziesiątki sposobów. Zaprawdę bardzo chciałbym podawać konkretne odnośniki, minuty i sekundy poszczególnych kompozycji, żeby lepiej oddać istotę rzeczy, jednak miejsce na to jest raczej nie w recenzji, a w luźniejszej dyskusji na temat albumu.

Dodajmy jeszcze do tego, że "Stare Into Death and Be Still" pod każdym względem wyprodukowany jest znacznie lepiej niż poprzednik, z kapitalnym, wyraźnym, subtelnym, a jednocześnie nie rozmiękczonym brzmieniem gitar, przez co te obłędne melodie mogą zachwycić słuchacza w pełni swego wdzięku.

Naprawdę starałem się i powstrzymywałem się od ckliwych komentarzy, próbując wyskrobać w miarę merytoryczny tekst :D Jak dla mnie - mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem i płytą, o której będzie się mówić jeszcze dłuuuugo, nawet jak na niesamowicie szybki zanik uwagi w dzisiejszych czasach. O tym, że na ten rok jest już rozdane, chyba nie muszę wspominać?

wtorek, 28 kwietnia 2020

Recenzja MALOKARPATAN - Krupinské Ohne


Słowacy z MALOKARPATAN po raz kolejny udowadniają, że doskonale czują esencję i ducha prawdziwego black metalu. Tego z lat osiemdziesiątych, gdy podziały gatunkowe nie były jeszcze tak wyraźne, a od monotonnego piłowania na jednej strunie i nieustannej kanonady blastów ważniejsze było tworzenie sugestywnego klimatu. Nie to, że czepiam się dzisiejszej kondycji gatunku - cieszę się wszelako, że działają zespoły, które tak wiernie hołdują tradycji, a jednocześnie tworzą coś nowego i do tego z każdym albumem potwierdzają swą unikalną tożsamość. "Krupinské Ohne" jest czymś znacznie więcej, niż sumą swych składowych. W końcu znajdziemy tu nieco starego Bathory, szczyptę upiornej atmosfery kultowego Tormentor czy Mortuary Drape, gdzieniegdzie bezpośrednie skojarzenia z naszym rodzimym Katem i nie dające się uniknąć porównanie z pochodzącym z podobnego kręgu kulturowego Master's Hammer. Koniec końców jest to jednak MALOKARPATAN - który dziś już nie powinien zostać pomylony z jakąkolwiek inną hordą - nagrywający zajebisty album koncepcyjny skąpany w sosie lokalnego folkloru. Mniam.


Debiutanckie "Stridžie Dni" nacechowane były surowizną i pijacką atmosferą słowackiej wsi, następujący po nich "Nordkarpatenland" to dla odmiany zestaw heavymetalowych szlagierów z całą masą świetnych riffów odnoszących się do złotych lat gatunku. Trzeci, tegoroczny album wydaje się być na pierwszy rzut oka zgrabnym kompromisem między tymi dwoma podejściami, a jednocześnie błędem byłoby zaszufladkowanie go w ten sposób. Postawię sprawę jasno - to materiał zdecydowanie bardziej rozbudowany i monumentalny od poprzednich, a zarazem najlepszy w dorobku grupy. Różnice widać już na wierzchu - tylko pięć utworów i to nierzadko obracających się w okolicach 10 minut czasu trwania (!). Łatwo można było to spieprzyć - nie będzie odkryciem Ameryki, jeśli powiem, że ta charakterystyczna mieszanka black/heavy/speed metalu najlepiej sprawdza się w krótszych formach. A jednak się udało!

Otwierający całość "V Brezových Hájech Poblíž Babinej Zjavoval Sa Nám Podsvetný Velmož" (tytuły kompozycji jak zwykle są fenomenalne) w pierwszych minutach naznaczony jest silnym piętnem "Twilight of the Gods" wiadomo kogo. Podniosłe chóry stanowią świetną inaugurację do przygody, w jakiej właśnie zaczyna uczestniczyć słuchacz, a w tle wybrzmiewają szarpnięcia za struny gitary klasycznej. Zgodnie z informacją w dołączonej do albumu książeczce - i to z nią w ręku polecam słuchać tego albumu - przenosimy się do Krupiny, gdzie w XVII wieku dotarła burza prześladowań rzekomych czarownic, w wyniku której na stosach spłonęło kilkadziesiąt kobiet. Kolejne kompozycje to wędrówka poprzez mroczne knieje i zaułki tegoż regionu, gdzie pod osłoną nocy gromadzą się wiedźmy by spiskować z diabłem i odprawiać swoje rytuały. Historię pokazaną w tekstach utworów śledzimy z ich perspektywy i widzimy na przykład, jak zakopują w grobie korzeń mandragory, coby ten potem służył im w przeprowadzaniu aktów czarnej magii. Całość kończy się oczywiście poprzedzonymi torturami procesem. Krupińskie ognie płoną, ale duch zakazanej wiedzy przetrwa jeszcze długo w podziemiu i dzikich lasach...

I w takim właśnie tonie utrzymane są "Krupinské Ohne". Muzyka i teksty tworzą nierozerwalną całość i choć same kompozycje są oczywiście świetne same w sobie, to po stokroć zyskują gdy zanurzymy się w snutą przez zespół opowieść. Długi czas trwania utworów dobrze wkomponowuje się w to podejście i pozwala tekstom nieśpiesznie płynąć. Pojawiające się znacznie częściej niż dotychczas folkowe przerywniki pełnią funkcję introdukcji jakiegoś dziejącego się w tle wydarzenia, niejednokrotnie decydując o zmianie miejsca akcji.

Jeśli chodzi o same kompozycje, to album jest bardzo spójny, równy i zdecydowanie do słuchania w całości, co nie powinno dziwić w przypadku takiego konceptu. We wspomnianym już otwieraczu, zdecydowanie najbardziej wielowątkowym i rozbudowanym, początkowo nie do końca podobały mi się przejścia między poszczególnymi partiami - brakowało mi czegoś w rodzaju "flow", niezachwianej płynności, jednak z bookletem w ręku całość nabiera sensu i składa się do kupy. Ten utwór, podobnie jak wieńczący całość "Krupinské Ohne Poštyrikráte Teho Roku Vzplanuli" z dziarskimi zaśpiewami w refrenie (oraz świetnym wstępem wyjętym rodem z czeskiego Młota na czarownice z 1969, który nawiasem mówiąc polecam w ramach lektury uzupełniającej), to dwa spoiwa które łatwo z automatu wyróżnić, jednak to co jest pomiędzy ani trochę nie odstaje poziomem. Świetny jest więc i "Ze Semena Viselcuov Čarovný Koren Povstáva", chyba najbardziej "skoczny" i przebojowy ze wszystkich utworów, z fenomenalną solówką przechodzącą w doomową, opatrzoną sabbathowskim riffem końcówkę. W podobnie entuzjastycznym tonie mogę wyrazić się o "Filipojakubskiej Nocy Na Štangarígelských Skalách", zaczynającej się bardzo klimatycznie i naznaczonej romantycznym duchem paktu z diabłem, by potem zamienić się w dynamiczny utwór naznaczony riffami spod znaku Celtyckiego Mrozu. Zaprawdę równa jest to płyta, bez słabego momentu. 48 minut mija jak z bicza strzelił!

MALOKARPATAN, choć już pierwszym albumem pokazał prawdziwą klasę, swoją trójką potwierdza, że jest jednym z czołowych przedstawicieli współczesnego black metalu, a już na pewno jednym z bardziej rozpoznawalnych. Dokładnie tak - mimo że czysto muzycznie można tu snuć akademickie rozważania o dominacji rasowego heavy czy speed metalu - to pod względem pierwotnej esencji goście wyciskają 100% i są znacznie bardziej autentyczni niż cała zgraja "prawdziwych" zespołów. Dla mnie jest to czysta bomba i niezmiernie ciekawi mnie, w jakim kierunku panowie pójdą na kolejnej płycie.