Lubię, gdy w technicznym death metalu, prócz ponadprzeciętnych zdolności muzyków i instrumentalnej ornamentyki, jest jeszcze miejsce na pewien kluczowy element: dobrą muzykę, w której niecodzienne struktury i zmieniające się jak w kalejdoskopie palety dźwięków nie są celem samym w sobie. Czy tak właśnie jest w przypadku omawianego dziś debiutu amerykańskiego VOIDCEREMONY? Jeśli interesuje cię, drogi Czytelniku, opinia osoby zdolnej wymienić podobające jej się albumy z tej szufladki na palcach jednej ręki (mowa o wydawnictwach z obecnego millenium; lata 90 to nieco inna sprawa), to zapraszam do dalszej lektury niniejszej recenzji. Słowem, piszę to z perspektywy kolesia, któremu bliżej raczej do hermetycznych bluźnierstw Incantation niż kompozycyjnej maestrii Atheist.
Szczerze mówiąc, byłem nieco zdziwiony przeczytawszy, iż VoidCeremony wywodzi się z kraju dzikich rewolwerowców i gorączki złota, a nie wyspy kangurów i śmiertelnie niebezpiecznych parzydełkowców. Słysząc ten materiał po raz pierwszy, skojarzenia ze sceną australijską nasunęły mi się wręcz machinalnie. Nie chodzi tylko o jednego z bardziej charakterystycznych metalowych basistów w ogóle (Damon Good znany m.in. ze StarGazer oraz Mournful Congregation), ale także momenty lobotomicznie przeszywające synapsy w mózgu rodem z bandy szaleńców z Portal. Jeżeli miałbym krótko zarysować oblicze "Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" (nazwa wybitnie nie pudelkowo-tabloidowa, ale to akurat zaleta), to wskazałbym na mieszaninę kunsztu środkowych dokonań ekipy Chucka Schuldinera z niekonwencjonalnym podejściem do tematu death metalu wspomnianych już piewców lovecraftowskiego horroru. Jest to oczywiście daleko idące uproszczenie, wszak do czynienia mamy tu z muzyką prawdziwie niebanalną i nie dającą się sprowadzić do tak zdawkowego opisu. Zagłębmy się więc bardziej.
Zaprezentowane tu sześć kompozycji zamyka się w zaledwie 32 minutach i jest to pierwszy punkt programu, który muszę pochwalić. To idealna długość dla tego typu materiału. Zanim panowie zdążą wystrzelić się z pomysłów i zanudzić słuchacza ekwilibrystyką, płyta dobiega końca. Najlepsze albumy z tej bańki podążały właśnie tym wzorcem. Przyjemne jest także rozmieszczenie utworów: dajemy wielkogabarytowe, 9-minutowe monstrum w środku i obudowujemy je krótszymi numerami w formacie bliżej czegokolwiek, co nazwać można "piosenkowym". Co zaś składa się na samą treść? VoidCeremony proponuje muzykę rozbudowaną technicznie, pełną nieoczywistych podziałów rytmicznych, zagrywek w niestandardowym metrum, struktur dalekich od zwortkowo-refrenowych i obfitą w prześcigające się riffy, sola na basie i nagłe eskalacje perkusyjnego ostrzału. Gdybym nie osłuchał się już z omawianym albumem, uznałbym że to coś raczej nie dla mnie, a na pewno nie jeśli zalety kończą się na samym opakowaniu płyty w progresywnym pudełeczku. Domyślasz się jednak pewnie, że w tym przypadku stało się inaczej. Zespół dorzuca do tego bliskiego wybuchu kotła wyrazistą szczyptę emocji, polewa sosem z eleganckich, urodziwych melodii i nasącza zjadliwą dawką kosmicznego mistycyzmu. Dzięki temu otrzymujemy danie, które nie tylko nie zamieni naszej rezydencji w niedający się uprzątnąć sajgon, ale także będzie smaczne i nieobciążające dla żołądka.
"Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" to materiał, w którym udało się upchnąć zaskakująco dużo wpadających do głowy zagrywek, zarazem nie popadających w nachalnie narzucający się banał i każących chociaż pochylić głowę nad panującym tu zmysłem kompozycyjnym. Buszujące tu w co drugim krzaku finezyjne sola na basie stanowią płynnie wynikający z muzycznej logiki punkt odniesienia, przełamujące gitarowe labirynty zaskakująco piękne (w odniesieniu do tradycyjnego modelu estetyki) melodie pełnią funkcję katharsis po wywróceniu ci mózgu do góry nogami, a pojawiające się momentami dynamiczne, stojące w kontraście do powykręcanego kłębowiska, rozpędzone riffy sprawiają, że nigdy nie masz przesytu bądź co bądź wymagającą i skomplikowaną w odbiorze muzyką. Wyraźnie widać to na przykładzie czwartego utworu, rozpoczynającego się takowym właśnie patentem tuż po wybrzmieniu ostatnich czarujących harmonii z poprzedniego, majestatycznego "Empty, Grand Majesty (Cyclical Descent of Casuality)", w którym świetne pomysły i emocjonujące gitarowe pojedynki wprost buzują i prześcigają się wzajemnie. Po takiej dawce napięcia słuchacz pragnie bezpośredniego uderzenia i to właśnie otrzymuje.
Fascynuje mnie bijąca zewsząd refleksyjno-filozoficzna aura, mądrość starożytnych bóstw przemawiających przez ten album, pokłon dla ogromu Wszechświata i doskonałości gwiezdnych konstelacji, astralna pielgrzymka ku samotnym świątyniom. Ten duch materializuje się zwłaszcza we fragmentach wolniejszych, czasem skąpanych w dysonansie, czasem przyodzianych w nie do końca prosty do rozszyfrowania manewr na basie. To mniej więcej te same rejony kosmosu, które eksplorował legendarny już Timeghoul; tam jednak natkąć się mogłeś na flotę obcych gotowych przebić twą duszę Ostrzem Czasu - tu zmagasz się z wszechogarniającą pustką, otchłanią myślowych konstruktów, równie groźną. Samo to skojarzenie z nieistniejącą już ekipą jest w moim mniemaniu ogromnym komplementem dla VoidCeremony.
Słodzę, słodzę, a jakichkolwiek wad nie stwierdzono? Być może niektórym z was nie będzie odpowiadać dość czysta produkcja z wyraźnie zdigitalizowanym brzmieniem bębnów - odpowiadam jednak, że jest to mimo wszystko techniczny death metal, w którym takowe rozwiązania bolą mniej, a dwa, iż naprawdę nie ma tu jakiejkolwiek tragedii i gary brzmią tak, jak zdążyliśmy się przez lata przyzwyczaić. Piszę to w zasadzie tylko po to, gdybym musiał do czegoś przyczepić się na siłę. Po prawdzie, nie mam jakichkolwiek problemów z niniejszą produkcją. Koniec końców, zamiata mną ten album dosyć porządnie, choć wymagało to uważnego odsłuchu ze słuchawkami na świeżym powietrzu - słuchając wcześniej po łebkach, dostrzegałem pojedyncze wyróżniające się momenty, acz nie łączyło mi się to w prawdziwie angażującą i łechtającą bębenki uszne całość. To samo polecam tobie - siądź i odpal "Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" w warunkach, jakie uważasz za optymalne i spróbuj dostrzec, jak kapitalnie łączą się ze sobą te elementy układanki, zarazem uderzając w bardziej subtelne struny ludzkiej duszy. Zaprawdę polecam. Dla mnie to chyba najlepsza rzecz z tych rejonów od czasu "A Merging to the Boundless". Jeżeli trójka StarGazer ujęła cię za serce, to z czystym sumieniem mogę polecić debiut VoidCeremony, bo brylują na tych samych polach. A nawet jeśli jest inaczej, to i tak koniecznie sprawdź ten materiał.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą progressive. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą progressive. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 lipca 2020
poniedziałek, 13 kwietnia 2020
Recenzja NERO DI MARTE - Immoto
Zostałem wzięty z zaskoczenia. Uśpili moją czujność tylko po to, by za chwilę przystąpić do nieubłaganego szturmu. Kompletnie się nie spodziewałem, ba, nawet nie brałem takiej opcji pod uwagę. I wpadłem. NERO DI MARTE ze swoim "Immoto" zastawili na mnie sidła, a ja - nie doceniając przeciwnika - dałem się złapać. Wcześniejsze akcje wywiadowcze nie zwiastowały o potężnej sile wroga: poprzednie materiały zespołu to nie były zbyt grube ryby. Pewnie niektórzy zawołają o pomstę do nieba po usłyszeniu tej opinii, ale dla mnie Włosi stanowili nieco rozwodnioną wersję Ulcerate. Urośli jednak w siłę i wyhodowali prawdziwą bestię; nieznany dotąd gatunek, acz śmiertelnie niebezpieczny...
Na wnętrzności tego niemal 70-minutowego monstrum składa się siedem przeważnie długich i rozbudowanych kompozycji. Myli się jednak ten, kto spodziewa się usłyszeć rozciągniętego w czasie dynamicznego riffowania spod znaku około-technicznego death metalu. "Immoto" to zapuszczenie się na odległe wody prawdziwie progresywnego grania, które w zasadzie ciężko mi do czegoś przyrównać, gdyż zwykle nie wypływam aż tak daleko poza swoją death czy black metalową strefę komfortu. Tak jak poprzednie płyty nie przekraczały zbytnio granicy nieco bardziej atmosferycznego dziecka Gorguts i Ulcerate, tak tutaj mamy do czynienia z niesamowitym przeskokiem. Włosi stworzyli materiał niezmiernie bogaty, będący istnym kalejdoskopem dźwięków. Namalowali pejzaże, które urzeką odbiorcę paletą użytych barw. Nigdzie się nie śpieszą. Te utwory żyją własnym życiem, oddychają. Nieustannie przeobrażają się i podlegają metamorfozie. Potrzebują czasu, aby ukazać pełnię swego wdzięku, wręcz igrają ze słuchaczem, jakby testując jego cierpliwość. Na pewno nie jest to rzecz prosta w odbiorze. Wymaga koncentracji i poświęcenia pełni swojej uwagi. NERO DI MARTE na swoim trzecim albumie bawi się kontrastami, dynamiką dźwięku i żonglowaniem emocjami. Początkowo może wydawać się, że kompozycje te zmierzają donikąd, a konkretnego grania tu dość mało. W zasadzie nie licząc zamykającego całość, znacznie krótszego od pozostałych i stanowiącego żywiołową kulminację "La Fuga", to nie ma tu ani grama oczywistych i prostolinijnych dźwięków lub chociaż mających takie znamiona.
Ten album jest jak dryfowanie po wzburzonym morzu, które momentami zamienia się w istny sztorm. Włosi skrupulatnie i po mistrzowsku budują napięcie, by potem rozładować je i przekuć w istną erupcję zmiatającą wszystko z powierzchni ziemi. Tak dzieje się choćby w moim ulubionym utworze tytułowym, który w ostatnich minutach staje się tykającą bombą. Trzyma mnie w niepewności, zdaję sobie sprawę, że zaraz pierdolnie, nie wiem tylko kiedy! W końcu z nieba poczynają spadać ważące tonę głazy, a ja desperacko staram się ich unikać, i tak będąc skazanym na porażkę. Niewiele jest tu tych wybuchów wściekłości, ale jak już się pojawiają, to nie ma zmiłuj. Podobnie jest w fenomenalnym "Sisyphos", będącym zdecydowanie najbardziej mrocznym i naznaczonym piętnem chaosu kawałkiem, który jednak po zabójczym przypływie fali dysonansów ponownie oddala się w rejony bardziej delikatne i stonowane. "L'Arca" to chyba najbardziej melodyjny i konwencjonalny ze wszystkich kolosów, za to "La Casa del Diavolo" to atak połamanych rytmów przeplatanych momentami wyciszenia. W ogóle uwielbiam spokojne fragmenty tej płyty, których zresztą jest całkiem sporo - stanowią dobrą połowę materiału. Jest w nich pewne piękno i poetyckość, a z drugiej strony niezmierna pewność siebie i poczucie, że nie trzeba nic nikomu udowadniać. "Immoto" nieśpiesznie się sączy, z wolna odkrywa kolejne warstwy, każe się sobą rozkoszować, urzeka subtelnością użytych melodii. Tutaj pojedyncze szarpnięcia za struny potrafią chwytać za serce. I to jest właśnie najpiękniejsze - to album cholernie "muzyczny", pełen wrażliwości, ale nie ckliwy, posługujący się metalowymi środkami wyrazu, lecz wcale nie silący się na bycie metalowym z natury. To są po prostu świetne utwory, zarazem daleko wybiegające poza utarte konwenanse.
Świetne jest i osiągnięte brzmienie - prawdziwie masywne i dociążone, z wysuniętym wprzód basem, który potrafi brzmieć złowieszczo, ale i hipnotycznie niczym z jakiejś krainy snów, jak w "Irradia". Gdy już panowie zapuszczają się w rejon sygnowany nazwą "napierdalać", kreują potężną ścianę dźwięku robiącą prawdziwe wrażenie. Zapewne najtrudniejszym punktem do przebrnięcia mogą być wokale, naznaczone - nie dziwota - włoskim akcentem. Sporadycznie pojawiają się wersy śpiewane po angielsku. Mnie się podoba - na pewno nie można zarzucić wokaliście monotonnych partii, a jego śpiew, choć nie mający nic wspólnego z death metalem, ma jednak sporą siłę przebicia. Nadaje to też całości indywidualnego sznytu.
Lubię takie zasadzki. "Immoto" jest wymagającym albumem, lecz z nawiązką wynagradza poświęcony mu czas. Kawał dobrej i odważnej muzyki, raczej nie do słuchania na co dzień, ale wyśmienity raz na jakiś czas jako danie główne muzycznej uczty. Na pewno jeden z najciekawszych i najambitniejszych materiałów jakie wyszły ostatnimi czasy. Polecam w oczekiwaniu na nowe Ulcerate, jednocześnie zaznaczając, że NERO DI MARTE przestało już być zdolnym uczniem i wyrosło na potężny twór, z którym trzeba się liczyć.
Na wnętrzności tego niemal 70-minutowego monstrum składa się siedem przeważnie długich i rozbudowanych kompozycji. Myli się jednak ten, kto spodziewa się usłyszeć rozciągniętego w czasie dynamicznego riffowania spod znaku około-technicznego death metalu. "Immoto" to zapuszczenie się na odległe wody prawdziwie progresywnego grania, które w zasadzie ciężko mi do czegoś przyrównać, gdyż zwykle nie wypływam aż tak daleko poza swoją death czy black metalową strefę komfortu. Tak jak poprzednie płyty nie przekraczały zbytnio granicy nieco bardziej atmosferycznego dziecka Gorguts i Ulcerate, tak tutaj mamy do czynienia z niesamowitym przeskokiem. Włosi stworzyli materiał niezmiernie bogaty, będący istnym kalejdoskopem dźwięków. Namalowali pejzaże, które urzeką odbiorcę paletą użytych barw. Nigdzie się nie śpieszą. Te utwory żyją własnym życiem, oddychają. Nieustannie przeobrażają się i podlegają metamorfozie. Potrzebują czasu, aby ukazać pełnię swego wdzięku, wręcz igrają ze słuchaczem, jakby testując jego cierpliwość. Na pewno nie jest to rzecz prosta w odbiorze. Wymaga koncentracji i poświęcenia pełni swojej uwagi. NERO DI MARTE na swoim trzecim albumie bawi się kontrastami, dynamiką dźwięku i żonglowaniem emocjami. Początkowo może wydawać się, że kompozycje te zmierzają donikąd, a konkretnego grania tu dość mało. W zasadzie nie licząc zamykającego całość, znacznie krótszego od pozostałych i stanowiącego żywiołową kulminację "La Fuga", to nie ma tu ani grama oczywistych i prostolinijnych dźwięków lub chociaż mających takie znamiona.
Ten album jest jak dryfowanie po wzburzonym morzu, które momentami zamienia się w istny sztorm. Włosi skrupulatnie i po mistrzowsku budują napięcie, by potem rozładować je i przekuć w istną erupcję zmiatającą wszystko z powierzchni ziemi. Tak dzieje się choćby w moim ulubionym utworze tytułowym, który w ostatnich minutach staje się tykającą bombą. Trzyma mnie w niepewności, zdaję sobie sprawę, że zaraz pierdolnie, nie wiem tylko kiedy! W końcu z nieba poczynają spadać ważące tonę głazy, a ja desperacko staram się ich unikać, i tak będąc skazanym na porażkę. Niewiele jest tu tych wybuchów wściekłości, ale jak już się pojawiają, to nie ma zmiłuj. Podobnie jest w fenomenalnym "Sisyphos", będącym zdecydowanie najbardziej mrocznym i naznaczonym piętnem chaosu kawałkiem, który jednak po zabójczym przypływie fali dysonansów ponownie oddala się w rejony bardziej delikatne i stonowane. "L'Arca" to chyba najbardziej melodyjny i konwencjonalny ze wszystkich kolosów, za to "La Casa del Diavolo" to atak połamanych rytmów przeplatanych momentami wyciszenia. W ogóle uwielbiam spokojne fragmenty tej płyty, których zresztą jest całkiem sporo - stanowią dobrą połowę materiału. Jest w nich pewne piękno i poetyckość, a z drugiej strony niezmierna pewność siebie i poczucie, że nie trzeba nic nikomu udowadniać. "Immoto" nieśpiesznie się sączy, z wolna odkrywa kolejne warstwy, każe się sobą rozkoszować, urzeka subtelnością użytych melodii. Tutaj pojedyncze szarpnięcia za struny potrafią chwytać za serce. I to jest właśnie najpiękniejsze - to album cholernie "muzyczny", pełen wrażliwości, ale nie ckliwy, posługujący się metalowymi środkami wyrazu, lecz wcale nie silący się na bycie metalowym z natury. To są po prostu świetne utwory, zarazem daleko wybiegające poza utarte konwenanse.
Świetne jest i osiągnięte brzmienie - prawdziwie masywne i dociążone, z wysuniętym wprzód basem, który potrafi brzmieć złowieszczo, ale i hipnotycznie niczym z jakiejś krainy snów, jak w "Irradia". Gdy już panowie zapuszczają się w rejon sygnowany nazwą "napierdalać", kreują potężną ścianę dźwięku robiącą prawdziwe wrażenie. Zapewne najtrudniejszym punktem do przebrnięcia mogą być wokale, naznaczone - nie dziwota - włoskim akcentem. Sporadycznie pojawiają się wersy śpiewane po angielsku. Mnie się podoba - na pewno nie można zarzucić wokaliście monotonnych partii, a jego śpiew, choć nie mający nic wspólnego z death metalem, ma jednak sporą siłę przebicia. Nadaje to też całości indywidualnego sznytu.
Lubię takie zasadzki. "Immoto" jest wymagającym albumem, lecz z nawiązką wynagradza poświęcony mu czas. Kawał dobrej i odważnej muzyki, raczej nie do słuchania na co dzień, ale wyśmienity raz na jakiś czas jako danie główne muzycznej uczty. Na pewno jeden z najciekawszych i najambitniejszych materiałów jakie wyszły ostatnimi czasy. Polecam w oczekiwaniu na nowe Ulcerate, jednocześnie zaznaczając, że NERO DI MARTE przestało już być zdolnym uczniem i wyrosło na potężny twór, z którym trzeba się liczyć.
środa, 16 października 2019
Recenzja BLOOD INCANTATION - Hidden History of the Human Race
BLOOD INCANTATION - Hidden History of the Human Race
Wiecie, trochę głupio mi pisać o płycie, którą swoją premierę ma dopiero za ponad miesiąc. Co jednak poradzić, skoro dziś muzyka tak szybko trafia do rosyjskich wypożyczalni? A pokusa, by przesłuchać nowy materiał ekipy, która w tak krótkim czasie wyrobiła sobie zdanie jednego z najlepszych przedstawicieli współczesnej sceny deathmetalowej, jest tak wielka? W odróżnieniu od, chociażby, takiego Tomb Mold, wszelki hype ma w tym przypadku uzasadnienie. Premiera "Starspawn" w 2016 roku była wydarzeniem, to samo mamy w roku bieżącym z "Hidden History of the Human Race". Zwolennicy spiskowych teorii, interwencji Obcych(w tym ich wpływu na budowę egipskich piramid) i płaskoziemcy będą zachwyceni; panowie z Blood Incantation wiedzą, jaką tematykę tygryski lubią najbardziej. Co ważniejsze, wiedzą jednak, że album w tym stylu powinien trwać 30 minut z kawałkiem - jak za starych dobrych czasów Death czy Atheist, gdy nagrywanie odjechanego death metalu było na topie - by w całość nie wkradła się nuda i monotonia.
Lubię, gdy od dosłownie pierwszej sekundy słyszane przeze mnie dźwięki pozwalają poznać, że mam do czynienia z tym zespołem, a nie innym. Styl wypracowany przez BI - choć to dopiero ich drugi długograj - ta specyficzna mieszanka charakterystycznego riffowania Morbid Angel, progresywności Death i atmosfery Timeghoul, jest już na dzień dzisiejszy nie do podrobienia, moim zdaniem. To spore osiągnięcie jak na zespół z tak niewieloma materiałami na koncie. Ale do rzeczy :) "Hidden History of the Human Race" to cztery utwory klimatycznego i na maksa oldschoolowego death metalu. Płyta ta mogłaby wyjść w 1993 roku, gdzie takiego grania było sporo, i nikt by nie zauważył różnicy. Wiadomo, że pewne trendy brzmieniowe się zmieniły, ale nie - goście nagrywają w pełni w analogu i to słychać. Cudowna odmiana po dziesiątkach nasterydowanych klonów z Nuclear Blast.
Blood Incantation para się tematyką science-fiction, uogólniając, i po raz kolejny wspaniale malują przy pomocy muzyki kosmiczne wizje. Co najfajniejsze, robią to bez jakichkolwiek wspomagaczy i pozametalowych środków - wokal z krypty, dwie gitary, bezprogowy bas i zestaw bębnów. Koniec. Najbardziej niszczą mnie tu riffy. Gitarowo jest to płyta cholernie bogata i przepełniona specyficzną ornamentyką, ale nie przegadana. Z braku lepszych słów powiem, że riffy są wyjebane w kosmos. To ten sam rodzaj odjazdu i nieziemskiej kreatywności, jaki prezentował Trey Azaghtoth na "Formulas Fatal to the Flesh". Tutaj obłędna technika i przysłowiowe "jeżdżenie po gryfie" ma sens i wspiera kompozycje, nadając im sens i kierunek. Nie jest to epatowanie umiejętnościami dla samego epatowania, a coś, co wynika naturalnie. "Slave Species of the Gods" i ostatni utwór(o tytule długości dorównującej jego niecodziennemu czasowi trwania) są tak przepełnione pomysłami, zmianami tempa i różnorodnymi motywami, że słuchając tego w tle można się wręcz pogubić. Ale "Hidden History of the Human Race" to w żadnym wypadku nie jest płyta do słuchania w tle. Zwłaszcza, że jest krótka, więc warto poświęcić tę chwilę na wchłanianie tej muzyki pełnią siebie - nie pożałujecie. Bo tutaj naprawdę jeden wspaniały moment goni drugi i jesteście zaangażowani od początku do końca. No, przedostatni utwór jest lżejszą, przestrzenną chwilą wytchnienia(złośliwi powiedzieliby, że wypełniaczem), ale potem dostajecie w ryj 18-minutowym progresywnym kopem, więc nie ma co narzekać.
A nie wspomniałem jeszcze o utworze numer dwa, czyli "Giza Power Plant". Jego zdecydowaną większość wypełnia absolutnie genialny atmosferyczny pasaż, który - bez słowa przesady - jest najlepszym kawałkiem muzyki, jaki słyszałem w tym roku. Szczerze mówiąc, to Nile - zespół znany ze wplatania orientalnych motywów do brutalnego rdzenia muzyki - nie miał tak dobrych "klimatycznych wstawek" od co najmniej 15 lat(co jest nieco smutne). Bliskowschodnia melodyka, gęste partie perkusji nie pozwalające się nudzić nawet w najwolniejszych momentach, plumkający w tle bas i dryfowanie po przestrzeni kosmicznej, zwieńczone natchnioną solówką, gdzie emocje sięgają zenitu. Pół minuty dłużej i byłoby to przesadzone, ale NIE - ci goście i w tym aspekcie znają umiar, bo na koniec serwują piękny powrót do klasycznego deathmetalowego grzania. Właśnie te wyważenie aspektów - doskonały balans między techniką, agresją i klimaceniem - sprawia, że słucha się tego tak dobrze.
Powiem tylko tyle - jeśli takie utwory, jak "Nothing is Not", "Cosmic Sea" czy "Occurance on Mimas" wywołują u was drżenie rąk i niepohamowaną ekscytację, migiem badajcie ten album. Timeghoul nigdy nie raczył nas pełniakiem(wielka strata), ale na szczęście ma godnych spadkobierców. Mam wrażenie, że trzecia płyta wstrząśnie sceną na dobre i za 20 lat będziemy mówić o tym zespole w podobnym tonie co o Morbid Angel. Tego Blood Incantation życzę!
Wiecie, trochę głupio mi pisać o płycie, którą swoją premierę ma dopiero za ponad miesiąc. Co jednak poradzić, skoro dziś muzyka tak szybko trafia do rosyjskich wypożyczalni? A pokusa, by przesłuchać nowy materiał ekipy, która w tak krótkim czasie wyrobiła sobie zdanie jednego z najlepszych przedstawicieli współczesnej sceny deathmetalowej, jest tak wielka? W odróżnieniu od, chociażby, takiego Tomb Mold, wszelki hype ma w tym przypadku uzasadnienie. Premiera "Starspawn" w 2016 roku była wydarzeniem, to samo mamy w roku bieżącym z "Hidden History of the Human Race". Zwolennicy spiskowych teorii, interwencji Obcych(w tym ich wpływu na budowę egipskich piramid) i płaskoziemcy będą zachwyceni; panowie z Blood Incantation wiedzą, jaką tematykę tygryski lubią najbardziej. Co ważniejsze, wiedzą jednak, że album w tym stylu powinien trwać 30 minut z kawałkiem - jak za starych dobrych czasów Death czy Atheist, gdy nagrywanie odjechanego death metalu było na topie - by w całość nie wkradła się nuda i monotonia.
Lubię, gdy od dosłownie pierwszej sekundy słyszane przeze mnie dźwięki pozwalają poznać, że mam do czynienia z tym zespołem, a nie innym. Styl wypracowany przez BI - choć to dopiero ich drugi długograj - ta specyficzna mieszanka charakterystycznego riffowania Morbid Angel, progresywności Death i atmosfery Timeghoul, jest już na dzień dzisiejszy nie do podrobienia, moim zdaniem. To spore osiągnięcie jak na zespół z tak niewieloma materiałami na koncie. Ale do rzeczy :) "Hidden History of the Human Race" to cztery utwory klimatycznego i na maksa oldschoolowego death metalu. Płyta ta mogłaby wyjść w 1993 roku, gdzie takiego grania było sporo, i nikt by nie zauważył różnicy. Wiadomo, że pewne trendy brzmieniowe się zmieniły, ale nie - goście nagrywają w pełni w analogu i to słychać. Cudowna odmiana po dziesiątkach nasterydowanych klonów z Nuclear Blast.
Blood Incantation para się tematyką science-fiction, uogólniając, i po raz kolejny wspaniale malują przy pomocy muzyki kosmiczne wizje. Co najfajniejsze, robią to bez jakichkolwiek wspomagaczy i pozametalowych środków - wokal z krypty, dwie gitary, bezprogowy bas i zestaw bębnów. Koniec. Najbardziej niszczą mnie tu riffy. Gitarowo jest to płyta cholernie bogata i przepełniona specyficzną ornamentyką, ale nie przegadana. Z braku lepszych słów powiem, że riffy są wyjebane w kosmos. To ten sam rodzaj odjazdu i nieziemskiej kreatywności, jaki prezentował Trey Azaghtoth na "Formulas Fatal to the Flesh". Tutaj obłędna technika i przysłowiowe "jeżdżenie po gryfie" ma sens i wspiera kompozycje, nadając im sens i kierunek. Nie jest to epatowanie umiejętnościami dla samego epatowania, a coś, co wynika naturalnie. "Slave Species of the Gods" i ostatni utwór(o tytule długości dorównującej jego niecodziennemu czasowi trwania) są tak przepełnione pomysłami, zmianami tempa i różnorodnymi motywami, że słuchając tego w tle można się wręcz pogubić. Ale "Hidden History of the Human Race" to w żadnym wypadku nie jest płyta do słuchania w tle. Zwłaszcza, że jest krótka, więc warto poświęcić tę chwilę na wchłanianie tej muzyki pełnią siebie - nie pożałujecie. Bo tutaj naprawdę jeden wspaniały moment goni drugi i jesteście zaangażowani od początku do końca. No, przedostatni utwór jest lżejszą, przestrzenną chwilą wytchnienia(złośliwi powiedzieliby, że wypełniaczem), ale potem dostajecie w ryj 18-minutowym progresywnym kopem, więc nie ma co narzekać.
A nie wspomniałem jeszcze o utworze numer dwa, czyli "Giza Power Plant". Jego zdecydowaną większość wypełnia absolutnie genialny atmosferyczny pasaż, który - bez słowa przesady - jest najlepszym kawałkiem muzyki, jaki słyszałem w tym roku. Szczerze mówiąc, to Nile - zespół znany ze wplatania orientalnych motywów do brutalnego rdzenia muzyki - nie miał tak dobrych "klimatycznych wstawek" od co najmniej 15 lat(co jest nieco smutne). Bliskowschodnia melodyka, gęste partie perkusji nie pozwalające się nudzić nawet w najwolniejszych momentach, plumkający w tle bas i dryfowanie po przestrzeni kosmicznej, zwieńczone natchnioną solówką, gdzie emocje sięgają zenitu. Pół minuty dłużej i byłoby to przesadzone, ale NIE - ci goście i w tym aspekcie znają umiar, bo na koniec serwują piękny powrót do klasycznego deathmetalowego grzania. Właśnie te wyważenie aspektów - doskonały balans między techniką, agresją i klimaceniem - sprawia, że słucha się tego tak dobrze.
Powiem tylko tyle - jeśli takie utwory, jak "Nothing is Not", "Cosmic Sea" czy "Occurance on Mimas" wywołują u was drżenie rąk i niepohamowaną ekscytację, migiem badajcie ten album. Timeghoul nigdy nie raczył nas pełniakiem(wielka strata), ale na szczęście ma godnych spadkobierców. Mam wrażenie, że trzecia płyta wstrząśnie sceną na dobre i za 20 lat będziemy mówić o tym zespole w podobnym tonie co o Morbid Angel. Tego Blood Incantation życzę!
wtorek, 2 lipca 2019
Recenzja NOCTURNUS AD - Paradox
NOCTURNUS AD - Paradox
To drugi powrót legendy w tym roku. Pierwszym był Possessed, z pierwszym dużym materiałem od 33 lat. Nagrali dobrą płytę, w której jest jakaś tam pasja i ogień, a standardy produkcyjne nie kłują w uszy, jak na 2019r. i Nuclear Blast - ogólnie fajny death/thrash do piwa i potupania nóżką.
No właśnie - fajny. I tylko(a może aż) tyle. Oczywiście nie miałem żadnych oczekiwań, bo powroty zza grobu nigdy nie są proste. Gdy Nocturnus - ze względów prawnych z dopiskiem AD, ale nie będę się tego kurczowo trzymał, ok? - ten prawdziwy, z Browningiem w składzie, nagrywa po ponad dwóch dekadach płytę nie fajną, a wręcz na poziomie ikonicznego "The Key"... nie pozostaje nic innego, jak płakać ze szczęścia.
"Paradox" to nic innego, jak "The Key pt. 2". Niemalże wszystko - począwszy od ogólnego konceptu i tekstów, poprzez atmosferę czy brzmienie klawiszy, aż po lawinę nieokiełznanych popisów na gitarze prowadzącej - stanowi jakby kontynuację genialnego debiutu. Przy czym - absolutnie! - nie jest to odcinanie kuponów od chwalebnej przeszłości. Nocturnus, w odświeżonym składzie, dumnie wchodzi w rok 2019, posiłkując się współczesnymi walorami produkcyjnymi, ale w dobrym znaczeniu tego określenia. Natomiast cała reszta, czyli muzyka, to jest coś zupełnie nie z tej ery. Coś wspaniałego.
Mamy tu do czynienia z inteligentnym, zagranym na najwyższym poziomie technicznym, podszytym progresywnym sznytem death metalem. Eleganckim i nieprzekombinowanym, mimo rozbudowanych kompozycji. Tak jak grało choćby Atheist w złotym okresie gatunku. Nowi gitarzyści z klasą kontynuują styl zapoczątkowany na "The Key" właśnie, a te gitarowe serpentyny i łamańce są nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Trochę zmienił się jednak sposób wykorzystania klawiszy. Nadal brzmią cudownie tandetnie i kiczowato(czyli dokładnie tak, jak ma być), teraz jednak znacznie częściej wychodzą na pierwszy plan i grają równolegle z wiosłami. A w takim "The Bandar Sign" parapet jest dosłownie masakrowany! Ten utwór zresztą, jest jednym z moich ulubionych: progresje akordów wspaniale nawiązują do muzyki klasycznej, a całość mogłaby stanowić soundtrack do starej space opery.
Gdybym chciał wyróżniać jeszcze jakieś utwory, to musiałbym wymienić niemal każdy. Ograniczę się do "Precession of the Equinoxes", najkrótszym z płyty, a jednocześnie tak kipiącym pomysłami i niesamowitym klimatem... warto też wspomnieć o zamykającym album, instrumentalnym "Number 9", który momentami przypomina mi duchowego spadkobiercę "Cosmic Sea" Chucka Schuldinera i spółki. W każdym razie, płyta trwa 52 minuty: dość długo jak na tak jednorodny brzmieniowo gatunek, jakim jest death metal. Tak jak nowy Possessed zaczyna mnie jednak drażnić i nudzić pod koniec - przy podobnej długości - tak Nocturnus nieustannie mnie intryguje i fascynuje. Każda kompozycja ma bowiem własny charakter i swoje miejsce w tej historii.
A nad tym wszystkim stoi Mike Browning, który nie warczy i nie szczeka już może jak na "The Key"(trochę lat minęło), ale jego wokal jak dla mnie nadal jest zajebiście unikalny. Przypomina mi przewodnika, który wręcz spokojnie przeprowadza mnie przez światy kreowane dzięki muzyce Nocturnus - ancient ones, cave paintings, cycle of the seasons i takie tam ;) Nie znajdziecie tu agresji ani deathmetalowego wyziewu, ale jednocześnie jest tu wystarczająco dużo takiego charakterystycznego pazura i zadziorności, że idealnie wpasowuje się to w konwencję zespołu.
Można opowiadać i opowiadać, wgłębiając się w szczegóły tych utworów i rozpływając się nad poszczególnymi składowymi tej muzyki. Sugeruję jednak zakupić sobie płytę i samemu zasmakować magii tych dźwięków. A jak mi nie wierzycie, to sprawdźcie dwa dość reprezentatywne utwory dla całości: wspomniany już "Precession..." oraz "The Antechamber", oba zresztą udostępnione na twojej tubie przedpremierowo. Miłego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





