Istnieją pewne albumy, z którymi mam tak zażyłą relację, że próba ich recenzowania czy opisywania towarzyszących mi odczuć podczas odsłuchu zwyczajnie mija się z celem. Byłby to bowiem nieustanny zachwyt, będący dla ewentualnego czytelnika niestrawną papką. Ciężko też przelać na papier (ekran) jakieś mocno osobiste przeżycia związane z daną płytą. Musiałbym bowiem wchodzić w takie szczegóły, że w 51 sekundzie tego a tego utworu człowiekowi napływają łzy do oczu, a niekoniecznie ktoś inny musi podzielać takie rozczulanie się. I pewnie domyślasz się, że skoro zaczynam tekst na tę modłę, to musi to dotyczyć i nowego ULCERATE. No i pierwsze spędzone z tą płytą tygodnie na to właśnie wskazują, a póki temat jest jeszcze gorący, szkoda by było czegoś nie napisać. Szansa, że nie wyjdzie mi i wykasuję wszystko w pizdu, jest dość spora. A jeśli mimo wszystko opublikuję coś niezbyt nadającego się do czytania, to serdecznie przepraszam. Co poradzę, że "Stare Into Death and Be Still" jest dziełem niesamowitym i mocno ze mną rezonuje.
Co warto na wstępie zaznaczyć, to to, że po wydaniu poprzedniego albumu ("Shrines of Paralysis" z 2016 r.) w zasadzie postawiłem już na tym zespole kreskę. Formuła stała się niebezpiecznie przestarzała i zacząłem wręcz rozumieć i podzielać zdanie uważających, że Ulcerate nagrywa wciąż tę samą płytę. Do tego jeszcze to zbite i skomasowane do granic słuchalności brzmienie, brr. Nie ruszyła mnie ta płyta po premierze i - ostatnio sobie do niej wróciłem - nadal mnie w zasadzie nie rusza, co jest w przypadku tego zespołu rzadkością. Tak ze dwa utwory zapadły mi w głowę, reszta w zasadzie ni ziębi ni grzeje. Co jest jednak w tym wszystkim najśmieszniejsze? Otóż w okolicach premiery "Stare Into Death and Be Still" napotkałem się na kilka opinii, jakoby Ulcerate "znowu odgrzewało kotleta i nagrało kolejny identyczny album bez riffów".
Jako randomowy ludek z Internetu, apeluję do tych randomowych ludków z Internetu: wyjmijcie uszy z dupy.
Stała się bowiem rzecz niesłychana: zespół z prawdopodobnie jednym z najbardziej kreatywnych gitarzystów w świecie metalu (perkusistów również) nagrał chyba najlepszą płytę w swojej dyskografii, i mówi to człowiek wielbiący genialne "The Destroyers of All". Płytę tak świeżą, przepełnioną twórczą energią, a do tego tak przepiękną i malowniczą jak tylko przepiękny i malowniczy może być techniczny death metal (?), choć wysunę niekoniecznie śmiałą tezę, że Ulcerate dawno już przedefiniowało znaczenie tego terminu w kontekście własnej twórczości. Płytę, która korzysta ze środków na pierwszy rzut ucha zupełnie niesprzyjających tworzeniu muzyki grającej na strunach czułej ludzkiej duszy, a jednak tak właśnie się dzieje.
Ostrzegałem, że może być niestrawnie.
Najprościej oddać będzie geniusz tego albumu, wspominając o wyczynach p. Michaela Hoggarda na wiośle i bynajmniej nie będą one związane z technicznymi aspektami tego instrumentu (bo się na nich nie znam). To, co ten człowiek wyprawia z gitarą, nie mieści się w moim małym móżdżku. To już nie jest granie riffów, to jest kreowanie malowniczych pejzaży w przypływie boskiego natchnienia. Tu gdzieś przypadkowo uroni się kropla farby, tam jakby niedbale i od niechcenia machnie się pędzlem, a z tego pozornego nieładu i chaosu wyłoni się Piękno i Harmonia. "Stare Into Death and Be Still" to zaskakująco melodyjna płyta, zdecydowanie najbardziej melodyjna w twórczości Ulcerate, ale są to melodie zaiste szlachetne. Bywają one bezpośrednie i podane słuchaczowi na tacy (przewodni riff "Inversion"), bywają subtelnie zaakcentowane i jakby nieśmiało "przemycane" między wierszami ("There is No Horizon"), wreszcie to wyłaniają się z dźwiękowego chaosu i wzburzonych fal (fenomenalna końcówka "Exhale the Ash"). Do tego całość jest wyraźnie prostsza i - co tu dużo mówić - przystępniejsza, co absolutnie nie jest w tym przypadku wadą. Wręcz przeciwnie - to zluzowanie, "uczłowieczenie" muzyki, coś czego mocno brakowało siłowej poprzedniczce, jest najlepszym, co mogło Ulcerate spotkać.
Bo nadal jest to muzyka szalenie pokręcona i INTENSYWNA, choć takich blastów jest tu zauważalnie mniej niż choćby na takim "Vermis". Jest to muzyka intensywna przede wszystkim emocjonalnie, wspaniała pod względem kreowania i dawkowania napięcia, bezbłędnie rozkładająca poszczególne akcenty. Słuchanie tego albumu jest jak nurkowanie i przebywanie pod wodą bez możliwości zaczerpnięcia oddechu. Niepokój rośnie, byś w końcu mógł wynurzyć się i wdychać cudowne powietrze. Ten album jest jak łyk wody po przebiegniętym maratonie. Weźmy znowu "Exhale the Ash", zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na płycie (choć po prawdzie, mógłbym to samo powiedzieć o większości z nich). Moment, w którym Saint-Merat zaczyna grać ten prostolinijny motyw perkusyjny po uprzedniej nawałnicy dysonansów rodem z "Everything is Fire" wyzwala prawdziwe uczucie katharsis i przychodzi po prostu w IDEALNEJ chwili. Takie zresztą fragmenty, w których na bębnach stukane jest, chciałoby się rzec: umpa-umpa, pojawiają się tu częściej i są niesamowicie odświeżające dla twórczości Ulcerate. "Stare Into Death and Be Still" zwyczajnie żyje, oddycha i jest to super sprawa.
Nowością jest tu sporo fragmentów wyjętych rodem z post metalu, a może właściwiej byłoby rzec, że brzmią one inaczej niż na poprzednich materiałach, bo i przecież na nich takie momenty "wyciszenia" i przestrzeni się pojawiały. Tutaj mają one jakby wydźwięk wzięty rodem z gotyckiego rocka i oparte są bardziej na gitarowym "plumkaniu" aniżeli tektonicznemu rzężeniu basu. Mamy tu więc i zwyczajnie więcej treści. Fragmenty te są świetne, szczególnie w najbardziej chyba klimatycznym i smutnym "Visceral Ends". Wyróżnić też muszę pojawiające się tu i ówdzie "solówki", brzmiące zarówno niesamowicie majestatycznie jak i gorzko, jakby zwiastując rychły upadek ludzkości. Te wyjące melodie (końcówka tytułowego utworu!!!) są niczym błagalny jęk i ostateczny zanik wszelkiej nadziei, a zarazem zawierają w sobie nutę nostalgii. Jak widać paleta użytych barw i emocji jest tu bardzo szeroka - to niezmiernie bogaty album, o którym można by pisać i pisać, rozkładać na czynniki pierwsze.
Wciąż jednak największe wrażenie robią te fragmenty naznaczone perkusyjną nawałnicą, pod którą nieustannie przeobrażają się gitarowe plamy dźwięku, wijące się i miotające we wszystkie strony, by zsumowane stworzyć strumień wspaniałych harmonii. Gitara i bębny uzupełniają się tu skuteczniej niż kiedykolwiek wcześniej, wzajemnie wzmacniając swój wydźwięk. To płyta bez zbędnego elementu, w której każdy trybik ma swoje miejsce i przeznaczenie, nawet w najtrudniejszym do przebrnięcia i rozbudowanym "Drawn Into the Next Void" z finałem nieco na modłę zamykaczy Immolation. A w całej tej kompozycyjnej doskonałości jest jeszcze w stanie poruszyć i zachwycić mnie na dziesiątki sposobów. Zaprawdę bardzo chciałbym podawać konkretne odnośniki, minuty i sekundy poszczególnych kompozycji, żeby lepiej oddać istotę rzeczy, jednak miejsce na to jest raczej nie w recenzji, a w luźniejszej dyskusji na temat albumu.
Dodajmy jeszcze do tego, że "Stare Into Death and Be Still" pod każdym względem wyprodukowany jest znacznie lepiej niż poprzednik, z kapitalnym, wyraźnym, subtelnym, a jednocześnie nie rozmiękczonym brzmieniem gitar, przez co te obłędne melodie mogą zachwycić słuchacza w pełni swego wdzięku.
Naprawdę starałem się i powstrzymywałem się od ckliwych komentarzy, próbując wyskrobać w miarę merytoryczny tekst :D Jak dla mnie - mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem i płytą, o której będzie się mówić jeszcze dłuuuugo, nawet jak na niesamowicie szybki zanik uwagi w dzisiejszych czasach. O tym, że na ten rok jest już rozdane, chyba nie muszę wspominać?
