Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 listopada 2020

Recenzja OF FEATHER AND BONE - Sulfuric Disintegration

Z malowniczego, złotego stepu przetacza się barbarzyńska horda, grabiąca, paląca i gwałcąca wszystko na swojej drodze. Z oddali słychać szczęk stali, a rzeki mienią się szkarłatem. To nie przetaczający się przez rubieże Imperium Hunowie, to nowy materiał OF FEATHER AND BONE.


Dawno nie słyszałem tak dzikiego i furiackiego albumu, epatującego aurą nieuniknionego Sądu Ostatecznego. Sześć utworów, 30 minut muzyki - to w zupełności wystarcza, by pozostawić po sobie jedynie zgliszcza i kojące dźwięki dopalającego się ognia. Już pierwszy w kolejce "Regurginated Communion" zapowiada, z czym będziemy mieli do czynienia, z jak chamską, treściwą i bezpośrednią muzyką. Zero wypełniaczy, czyste arcydzieło sztuki wojennej, nie grzeszącej finezją, za to niezwykle precyzyjnej w kaleczeniu - wystarczy zwrócić uwagę na te bębny, wybijającej bitewny rytm z niezmordowaną konsekwencją. Lekko "prymitywna" forma blastów miesza się z bezlitosnymi przejściami, sprawiającymi że muzyka ta zdaje się być jeszcze szybsza, niż jest w rzeczywistości.

Obrzydliwe i brzydkie wokale stanowią jakby emanację wyłaniającego się z płomieni demona zniszczenia, zwiastuna zagłady siejącego terror i postrach. Rzyg i zapalczywy charkot miesza się z tektonicznym pomrukiem, kreślącym wyrwy i szczeliny, pod którymi zapadają się domostwa. Nieliczne zwolnienia, w takim "Noctemania" przywołujące na myśl choróbsko i niepokój death/doomowych fragmentów pełniaka Black Curse, tylko podkreślają apoteozę czystego zniszczenia następującą tuż po nich. Tak samo sporadycznie pojawiające się solówki, bardziej jazgot trąb zagłady niż cokolwiek mające znamiona melodii - dają smakowity posmak war metalu. Dziki wojownik przypuszcza szturm, dokonuje dzieła destrukcji i znika, nie pusząc się z tym i nie obnosząc. Maestria.

"Sulfuric Disitengration" cechuje się bezwzględnością, która kojarzy mi się np. z debiutem Incantation, choć stylistycznie nie jest to zupełnie ten sam typ death metalu. Jest tu pewna doza transowości w sposobie, w jakim ciągnięte są poszczególne motywy, przeplatając się i powracając do siebie. Utwory te ani nie są rozwarstwione zbyt dużą dozą spiętrzających się patentów, ani też nie są na tyle minimalistyczne, by ograniczać się do czystej żądzy niszczenia, mogącej znudzić się już po chwili obcowania z tym materiałem. Nie - to bardzo dobrze wyważona płyta, potrafiąca zaskoczyć bardziej rytmicznym, marszowym podejściem do siania zagłady, a potem jeszcze przypieczętować efekt "wow" sposobem, w jaki te bardziej konwencjonalne fragmenty przejdą w srogi napierdol. 

"Consecrated and Consumed" rozpoczyna się chwytliwym i łatwo wpadającym w głowę motywem, by szybko skoczyć w malstrom, istny huragan riffów, będących niczym taniec mieniącego się szlachetną stalą oręża. Złowieszcze, grane przeważnie w tremolo riffy przeplatają się z pociągnięciami ze struny będącymi jak krojenie mięcha i bebechów perfekcyjnie naostrzoną piłą. Finałowy "Baptized in Boiling Phlegm" miażdży najwymowniejszym na płycie walcem, wyraźnie sygnalizującym, że armia zmierza ku przypuszczeniu ostatecznego ciosu - tak też czyni, a szturm ten pozostawia jedynie wymowną ciszę, po której można przejść jedynie do wymazania z mapy kolejnej grupy etnicznej (czyt. nacisnąć "odtwarzaj ponownie").

W tej kategorii jest to album doskonały, przeciwko któremu ciężko wystosować jakikolwiek zarzut. Nawet o monotonię, bo panowie poczynili dobry krok, rezygnując z siódmego utworu - potencjalnie mogącego nieco zaburzyć szyk legionów.

środa, 25 listopada 2020

Recenzja INQUISITION - Black Mass for a Black Grave

 Recenzję świeżo wydanego albumu INQUISITION mógłbym w zasadzie skwitować, że poszli w tanie melodyjki, zatracili cały swój kosmogoniczny mistycyzm i w ogóle sprzedali swoje oblicze bóstwu hamburgerowego black metalu. Jedno z tych stwierdzeń byłoby niedopowiedzeniem, drugie - bzdurą, trzecie zaś sugerowałoby, że nie znam wystarczająco wcześniejszych materiałów zespołu. Sami zdecydujcie, co do czego przyporządkować.


Jedno jest pewne - odpalam "Black Mass for a Mass Grave" i od pierwszych sekund wybrzmiewa sztandarowy styl Inquisition. Jestem zwolennikiem tezy, że Dagon zdołał wypracować całkiem unikalny styl gry na wiośle i jakkolwiek może się on podobać lub nie - nie sposób odmówić mu charakteru. Druga sprawa jest taka, że bohaterowie dzisiejszego wpisu tak naprawdę zawsze grają to samo, tzn. rdzeń muzyki nie zmienia się diametralnie z płyty na płytę. Nie można tu wskazać jakiegoś "Pure Holocaust" i przyrównać do "Sons of Northern Darkness". Różnice polegają na rozłożeniu akcentów i uwypukleniu pewnych aspektów ich wizji black metalu. Tak więc "Invoking the Majestic Throne of Satan" jest chyba najbardziej klasycznym dziełem, któremu blisko do tradycyjnego dziedzictwa gatunkowego Norwegii, zaś "Obscure Verses for the Multiverse" flirtuje z dziwnymi, powykręcanymi melodiami, dla mnie wywołującymi np. skojarzenia ze sceną francuską. 

Każdy z poprzednich albumów cechowała jednakże typowa dla Inquisition dynamika, polegająca na balansowaniu pomiędzy wolnymi, płynącymi i snującymi się niczym mgła fragmentami melancholijnymi, średnimi tempami z charakterystycznym - nie boję się użyć tego słowa - groove'm, wreszcie - momentami, gdzie do głosu dochodzą blasty Incubusa, również grane na specyficzną modłę jednoczesnego uderzania werbla i hi-hata. To wyważenie i płynne lawirowanie między nastrojami sprawiało, że albumy te są niezwykle plastyczne i angażujące. Obawiam się, że w przypadku najnowszego albumu nastąpiło pewne zachwianie tych proporcji. W połączeniu z niespotykanym do tej pory stężeniem melodii i ogólnym "epickim" wydźwiękiem całości... cóż, rozumiem ludzi mających problem z przebrnięciem przez ten materiał.

"Spirit of the Black Star" to flagowy otwieracz, stricte w stylu Inquisition. Nie widzę powodu, dla którego utwór ten miałby komuś nie przypasować. Tu dominują szybkie i agresywne patenty, które - niestety - na dobrą sprawę powrócą jedynie w ostatnim "Beast of Creation and Master of Time", wyłączywszy naprawdę pojedyncze fragmenty innych utworów. Singlowy "Luciferian Rays" to z kolei znacznie bardziej luzacki utwór, dryfujący w akompaniamencie z deka nachalnej, acz w ostatecznym rozrachunku fajnej melodii składającej się na motyw przewodni. W środku pojawiają się takie morsko-żeglarskie motywy, ale nie szanty, tylko raczej odwzorowanie zadumy żeglarza patrzącego w spienione fale (i nie jest to tylko wywołana teledyskiem autosugestia; co do teledysku samego w sobie, odłóżmy go na bok...). Wbrew pozorom utwór ten nie jest reprezentatywny dla całości, bo owszem, cała późniejsza część albumu jest melodyjna, ale w inny sposób.

Jeżeli miałbym jakoś nakreślić ogólny wydźwięk tej płyty, to jest on taki lajtowy, niebiański, wyluzowany. Zdaje sobie sprawę, że w przypadku black metalu brzmi to mocno pejoratywnie, ale w jakiś sposób materiał ten broni się - nie wywołuje żenady i można go słuchać nie chowając się pod łóżkiem z obawy, że starsi koledzy usłyszą. Ogólne wibracje przywodzą mi nieco na myśl "Hallucinogen" Blut aus Nord - tam też jakby spuścili z tonu, zaprawili rockowymi riffami, a jednak nie było to rozmemłane. Kompletnie nie rozumiem głosów, że Inquisition zatraciło tożsamość - jest tu masa harmonii charakterystycznych dla trzech poprzednich albumów, a gdy przebić się przez domagające się atencji nonszalanckie melodie, solówki i barwne pejzaże, dostrzeżemy wcale niebanalne riffy Dagona, które oczywistością nigdy nie grzeszyły. Problematyczna jest jednak długość płyty w połączeniu z nadmiarem wolnych i średnich temp. Gdzieś tak w środku, w okolicach "Majesty of the Expanding Tomb", trochę zanika suspens.

Z elementów ewidentnie irytujących wymienić należy trącącą banałem (i, nie bójmy się tego powiedzieć - power metalem) galopadę w "Extinction of Darkness and Light", co prawda kontrastowaną dysharmonijnym zwolnieniem, ale jednak pozostawiającą pewien niesmak. Na szczęście kolejny utwór wykorzystuje swą motoryczność w znacznie bardziej angażujący sposób, nadaje też płycie żywiołu wyraźnym podkręceniem obrotów. Wyróżnić też muszę całkiem mroczny w porównaniu do reszty "Necromancy Through a Buried Cosmos" czy powodujący skojarzenia z monumentalnym doom/viking metalem rosyjskiego Scald "My Spirit Shall Join the Constellation of Stars". Ten drugi pięknie trzyma w napięciu pomimo 7-minutowego czasu trwania, w drugiej połowie subtelnie zwiększając obroty i atakując mieszanką chwytliwego riffu oraz fajnie zaaranżowanych wokali.

Do samych melodii nie mam zastrzeżeń. Są na poziomie, w pewien sposób nawet zmysłowe. Falują niczym wstęgi, na których zawieszone są latarnie i złote klucze pasujące do drzwi będących portalami do wyimaginowanych światów. Słuchacz kroczy sobie ścieżką z gwiezdnego pyłu, nieśpiesznie, mając czas na decyzję, który klucz jest dla niego najodpowiedniejszy. Gdzieś tam przebiegnie kot, a stwór z dziwną twarzą poczęstuje go mufinką, słodką, ale nie wywołującą odruchu wymiotnego nadmiarem lukru. Taka z lekka baśniowo-poduszkowa jest ta płyta, to fakt - kusi jednak jakąś tajemnicą, jak każdy materiał Inquisition. Wciąż kryją się za tym niezbadane uniwersa. 

Wyrzuciłbym bym więc ze dwa utwory, skondensował to jakoś, dodał więcej rzeźnickich temp. Jestem pewien, że wtedy "Black Mass for a Mass Grave" miałaby więcej zwolenników, wszak pod pozostałymi względami jest to Inquisition jak każde inne. Czy jest to najsłabszy album zespołu? Pewnie tak. Czy kiepski? W żadnym wypadku. Jest kilka wpadek, w ostateczności jednak - to dobry album, miejscami bardzo dobry. Panowie poszli w nieco innym kierunku, nie zatracając zarazem tego, co wypracowywali przez przeszło dwie dekady. Rezultat może zrażać purystów - i ja też nie będę wynosił tego albumu na ołtarze, bo zwyczajnie na to nie zasługuje, za to chętnie do niego wrócę raz na jakiś czas.


niedziela, 20 września 2020

Recenzja VOID ROT - Descending Pillars

 Bywają sytuacje, gdy potrzeba naprowadzającej na tor oświecenia mocy czasu, by w swej świadomości przekuć wadę danego dzieła na cechę. W przypadku debiutu VOID ROT nie jest to jakiś koncept podporządkowany z góry określonym założeniom. W luźnych notatkach towarzyszących mojemu drugiemu odsłuchowi tej płyty widnieje zdanie: "boli brak tej wściekłości, spuszczenia bestii ze smyczy; mankamentem jest to, że wszystko jest jakby od linijki, wykalkulowane, zbyt perfekcyjne: brakuje niebezpieczeństwa". Uważam, że nadal może to stanowić dla kogoś cechę nie do przebrnięcia. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że "Descending Pillars" to materiał całkowicie skoncentrowany na jednym aspekcie, podporządkowujący sobie wobec niego wszelkie elementy składowe: skrupulatne budowanie mrocznej atmosfery kosmicznego terroru.

Niezwykle klimatyczny, ponury i nie koncentrujący się na samym riffie - a raczej traktujący je jako narzędzie do kreowania nastroju - wypuszczony wcześniej utwór tytułowy, przyciągnął moją uwagę i nasycił chęć jak najszybszego zapoznania się z omawianym albumem. Wywołując skojarzenia z tworami takimi jak Grave Miasma, Krypts czy Cruciamentum, wytworzył też podskórne oczekiwanie, że tego rodzaju monolityczne death/doomowe kolosy będą współistnieć z rasowym, opartym na spuściznie Incantation wygarem, składając się na miażdżący gruz w równym stopniu porażający mrokiem, jak i niszczący nawałnicą przesterowanych wioseł oraz bezlitosnych bębnów.

Okazuje się, że VOID ROT podszedł do tematu z innej strony, a to, co wypoczwarzyło się w tytułowej kompozycji, będzie słuchaczowi towarzyszyć już do samego końca.

Zawarte tu 37 minut muzyki - okraszone bardzo dobrym, masywnym i spowitym pogłosem brzmieniem perkusji, dalekiej od bycia zbitej w niestrawną papkę - płynie nieśpiesznie, przytłaczając cię i wydzierając kropla po kropli twe życiodajne soki. Zdecydowanie rekomenduję odsłuch w godzinach wieczornych, bo "Descending Pillars" to istny pożeracz słońc, otulający świat w całunie mroku i czerni. Nieskomplikowane partie gitar, nie obfitujące w zapamiętywalne czy chwytliwe riffy, są raczej strumieniem sączącej się trucizny, będącej jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Tym zaś jest stworzenie wrażenia całkowitej opresji i beznadziei: jakbyś obcował z przedwieczną, kosmiczną siłą, będąc z góry skazanym na porażkę. To jednak coś w rodzaju zawarcia paktu: album ten wymaga uwagi i koncentracji. To współpraca po obu stronach, ty zaś ze swojej musisz zadeklarować chęć bycia pochłoniętym.

Wybrzmiewające konsekwentnie, powracające niczym zły omen, fale dysonansu - nie będące wszak nadużywaną zagrywką - mogą przywoływać skojarzenia z tym "rozmemłanym" black metalem. Tu jednak stanowią znakomity kontrast do tego rytualno-okultystycznego riffowania, wzmacniając jego wydźwięk. Ten zaś polega na dość subtelnych progresjach, nie obfitując zarazem w jakiekolwiek fajerwerki. Zamiast tego zniewala słuchacza w zimnokrwisty sposób, niczym ta pajęczyca, która złapawszy już ofiarę - wie, że ta nie ma szans uwolnić się - delektuje się jej agonią i udręczoną niepewnością. Napięcie narasta, lecz bardzo powoli - tu nawet pojawiające się gdzieniegdzie blasty wywołują wrażenie "nieśpiesznych", będących raczej naturalnym elementem kompozycji, jej wrodzonym organem, a nie manifestacją agresji. "Liminal Forms" jest dobrym tego przykładem, demonstrując zarazem, jak gitarowy minimalizm pozwala wykreować przestrzeń dla całkiem intrygujących perkusyjnych aranży, także dość stonowanych, acz w tych wolniejszych fragmentach tworzących coś na kształt plemiennego groove'u.

Kulminacje utworów przejawiają się w postaci nieuchwytnych, nie rzucających się spektakularnie w uszy zagęszczeń partii garów, delikatnych akcentach czy nieszczególnie gwałtownych zmianach tempa. Przypieczętowane są złowrogimi, utrzymanymi w kolorach szkarłatu, apokaliptycznymi melodiami - w finałowym "Monolith" będącą nawet czymś w rodzaju bezkształtnej, flegmowatej solówki - oszczędnymi w środkach, wyrażającymi filozofię całego albumu: tego ascetyzmu nieustannie przypominającego, że chodzi przede wszystkim o przeszycie słuchacza wiązką negatywnej energii astralnego horroru. Powściągliwość ta sprawia, że nawet te najmniejsze, najsubtelniejsze przesunięcia są niczym pękający ryft w skorupie ziemskiej - niezwykle groźne, choć nieuważny słuchacz nawet nie dostrzeże czyhającego niebezpieczeństwa. Jedynym znakiem ostrzegawczym może być krótka, kilkusekundowa zaledwie pauza na początku "Delusions of Flesh": objawiona w kilku pociągnięciach za struny lovecraftowska cisza przed burzą. 

Im dalej w las, tym otchłań czarniejsza, bowiem "Inversion" stanowi w mym mniemaniu najsilniejszy punkt albumu, będąc jakby nieco dynamiczniejszym i żwawszym w swej ekspozycji: szybko narastające zagęszczenie bębnów w połączeniu z przenikliwym strumieniem wyjącej gitary zdecydowanie zwraca na siebie uwagę, zaś wyłaniający się chwilę później chropowaty bas wzmacnia poczucie krępującej oślizgłości pomieszczenia odsłuchowego. Poprzedzone akustycznym przerywnikiem, upiorne i wyraziste zwieńczenie, ze wspomnianym już solo - gościnnym, nadmieńmy (co podświadomie da się wyczuć) - stanowi zaś wyczerpujące podsumowanie tego, co działo się przez ostatnie 30 minut. 

Nie wpłynie jednak na wrażenie, że "Descending Pillars" to wyraźnie płyta "dla koneserów" tego typu stylu: oni docenią misterny sposób kreowania klimatu i brak epatowania typowo oczywistymi zagrywkami; reszta zaś może pokiwa głową z uznaniem, ale stwierdzi że to nie do końca ich bajka. To nie jest przytyk w żadną z tych stron. Za siebie mogę stwierdzić, że mnie album ten się podoba, choć rzeczywiście może zmęczyć swą jednostajnością, gdy nie zaistnieją odpowiednie warunki odsłuchowe. Na pewno jest satysfakcjonujący w swym powolnym, wysmakowanym wręcz rysie, w tej niezmąconej konsekwencji i delektowaniu się twym cierpeniem.

piątek, 18 września 2020

Recenzja PRECAMBRIAN - Tectonics

 Na początek krótki wykład o historii naszej Ziemi, poprzedzony moim niezwykle wnikliwym, 20-minutowym researchem. Prekambr uznawany jest za najdłuższy okres w dziejach tejże planety, trwający od jej powstania ponad 4,5 miliarda lat temu do mniej więcej 541 milionów lat temu. Można się domyślić, że działo się sporo. Ot, woda się skropliła i powstały oceany, zaczęły formować się kontynenty, w Ziemię uderzył obiekt wielkości Marsa, a powodowany tym odłam części skorupy stał się - według jednej z teorii - Księżycem. Pojawiły się pierwsze, jednokomórkowe formy życia, z czasem ewoluujące w coraz bardziej zaawansowane organizmy, pod koniec eonu przypominające już dzisiejsze zwierzęta - na co istnieją dowody w postaci skamielin. W międzyczasie następowały liczne zmiany klimatyczne, owocujące np. w kriogen - erę globalnego zlodowacenia. Wzmożona aktywność wulkaniczna prawdopodobnie skutkowała zjawiskiem tzw. zimy wulkanicznej, drastycznie obniżając temperaturę globu. Kilkaset milionów lat po zakończeniu prekambru, następuje największe masowe wymieranie w dziejach Ziemi, zwane wymieraniem permskim - potencjalne przyczyny nadal pozostają hipotezami. Doskonały grunt pod black metalowy album.

Wystarczy trochę wyobraźni, by uzmysłowić sobie skalę i rozmiar tamtych wydarzeń. Śmiem twierdzić, że stały za tym siły potężniejsze niż Szatan (no chyba że w wyobrażeniu metafizycznym), tak bardzo opiewany w tekstach hord parających się czarnym metalem. PRECAMBRIAN, na czele z weteranem sceny, niejakim R. Saenką - widocznie zainteresowanym historią nie tylko rodzimej Ukrainy - postanawia tym siłom hołdować, daleko wykraczając poza gatunkową strefę komfortu. 

A przynajmniej pod względem oprawy tematyczno-estetycznej, bo muzycznie jest na wskroś klasycznie i tradycyjnie. "Tectonics" to równo 30 minut - ni sekundy dłużej, ni krócej, za czym pewnie stoi jakaś geologiczna symbolika, choć równie dobrze mogą to być moje wyimaginowane domysły - esencjonalnego, wypranego z jakichkolwiek ozdobników black metalu na modłę jednego z poprzednich projektów Romana. Chciałoby się wręcz rzec: umarł Hate Forest, niech żyje Hate Forest! Jeżeli tak jak ja uważasz "Purity" za wykładnię black metalu w siedmiu hymnach riffem, możesz już przestać czytać tę recenzję i kupić debiut Precambrian w ciemno. To te same wibracje, równie starożytne i trącące potęgą znacznie wykraczającą poza jakiekolwiek dokonania człowieka.

"Archaebacteria" to zdecydowanie najbardziej bezkompromisowy i chamski wstęp, jaki ostatnio słyszałem. Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wrzucony zostałem w sam środek szalejącej zamieci, lawiny lodowych brył spadających mi na mordę, cios za ciosem. To wyrokujące dwie sekundy, decydujące kto przeżyje - doskonały odsiewacz wypudrowanych słuchaczy ładnego black metalu (nie mam nic do ładnego black metalu, sam czasem lubię posłuchać). Taki zresztą jest pełen album: brak zbędnych dodatków, klimatycznych interludiów, akordów granych na nieprzesterowanej gitarze. Jest pięć kompozycji opartych tylko (a przede wszystkim aż) na przeszywającej głębi black metalowego riffu, wielowarstwowego i patrzącego w czeluść będącą miejscem zamieszkania niepoznanych sił odległych eonów. Skrajnie nieludzkie i odrażające wokale - lawirujące między dwoma trybami, szorstkim i przywodzącym na myśl kąpiel w basenie zdobionym drutami kolczastymi, oraz brutalnym niczym pieśń zderzających się płyt tektonicznych - a także surowość perkusyjnych blach, zwracają na siebie uwagę, również z powodu wysokiego umieszczenia w miksie, ale to w tych przybrudzonych gitarach, jakby otulonych warstwą pokrywy lodowej, kryje się istota i sens "Tectonics".

Subtelne progresje nisko strojonych riffów, brzmiących złowieszczo i momentami kreujących (luźne) skojarzenia z opartym na tremolo death metalem - to drugi na płycie "Fossilization", obfity w charakterystyczny patent stanowiący jakby część wspólną materiału, będący elementem jej naturalnego cyklu: ustępująca na moment perkusja pozwala wybrzmieć głębokim, nienawistnym growlom, by za chwilę powrócić do ofensywy złożonej z kanonady blastów. W dużej mierze cały ten album stanowi nieprzerwaną nawałnicę, manifestację chaosu kaprysów natury znacznie potężniejszych i nieprzyjaznych człowiekowi, bardzo zaś satysfakcjonujące jest wyławianie z tej śnieżnej burzy poszczególnych patentów melodycznych, delikatnie zarysowanych gdzieś w tle i konsekwentnie powracających w poszczególnych utworach, przez co jawią się one jako spójne i przemyślane, nie będące jedynie zlepkiem (co prawda kapitalnych) riffów. Objawiają się też lata doświadczeń członków zespołu - doskonale wiedzą bowiem, który motyw pociągnąć i jak długo, by całkowicie zanurzyć słuchacza w kojąco repetytywnej atmosferze, gdy czas istotnie zdaje się być mierzony w milionach lat, stając się czymś w rodzaju abstrakcyjnego konceptu.

Zgrabnie poutykane melodie, gdzieś tam majaczące w oddali, nie stroszące się zbędnie i cierpliwie czekające na wyłowienie przez uważnego odbiorcę, wyraźniej rosną niczym piętrzące się lodowce w "Cryogenian", stanowiąc bardziej konwencjonalny fragment, bliski w motoryce do wspomnianego już Hate Forest i zawierający nawet szczątkową nutkę melancholii. Od tej pory album będzie balansował między tym podejściem, a niezmordowanie przypominającymi o swej obecności erupcjami wściekłości zmiatającymi wszelkie życie z powierzchni Ziemi, osiągającymi swe apogeum w finale usianego sztormem crashów "Volcanic Vinter". Utwór ten stanowi wizytówkę filozofii towarzyszącej debiutowi Precambrian - kompozycje zagęszczają się, osiągają swoje ekstremum i bezceremonialnie kończą się, bez zapowiedzi, początkowo wywołując konfudujące i ambiwalentne odczucia. Z czasem dostrzeżesz jednak, że właśnie wtedy powinny ustać. Zresztą pochwalić należy i ogólną długość materiału, stanowiącą niezaprzeczalny walor zachęcający do katowania przycisku replay przez następne 4 miliardy lat - a mimo że "Tectonics" za każdym razem jest takie samo, to posiada tę charakterystyczną cechę esencjonalnych albumów black metalowych: te miliony zazębiających się, nieuchwytnych warstw kryjących się gdzieś w oddali, mogących być penetrowanych w nieskończoność.

Delikatne urozmaicenie stanowi troszkę, ale to dosłownie troszeczkę, bardziej wyrafinowana perkusyjna zagrywka w ostatnim już utworze sławiącym kres całego niemal ówczesnego życia - ten wwiercający się w głowę, wygrywany na ride'ach rytm, w bardziej rozwiniętej formie uskuteczniany przez naszego rodzimego Darkside'a. W przeciwieństwie do jego macierzystego zespołu, muzyka nadal pozostaje surowa i nieokrzesana, zgrzytliwa i chropowata niczym na trójce Gorgoroth, tak więc bez obaw. "P-Tr. Extinction" swoim motywem przewodnim wywołuje skojarzenia z "The Immortal Ones", stanowiąc chyba najbardziej tradycyjny w wydźwięku black metalowy utwór na płycie, nieco bardziej okiełznany - będący jakby powrotem do naturalnego cyklu po kataklizmie. I tym akcentem urwę niniejszą recenzję (rozmiarowo - w przeciwieństwie do omawianego albumu - wymknęła się już bowiem spod kontroli), wzorem zawartych na "Tectonics" kompozycji: nie potrzebujących szczególnie wymyślnych kropek nad i, by porażać swą emocjonalną intensywnością.

wtorek, 15 września 2020

Recenzja BLACK CURSE - Endless Wound

 Zreflektowałem się, iż na mym blogu - koncentrującym się przecież przede wszystkim na spowitym czernią metalu śmierci bądź odwrotnie - nie ma jeszcze recenzji prawdopodobnie najgorętszego i najbardziej nośnego albumu z ekstremą w tym roku. Pragnę więc zatuszować tę drobną wpadkę, choć cała ta sytuacja ma również dobre strony - emocje związane z debiutem BLACK CURSE opadły, można więc podejść do tego materiału z pewną dozą zdrowej rezerwy, występującej w moich tekstach w ilościach raczej deficytowych (biorąc pod uwagę niezaprzeczalną dominację entuzjastycznych recenzji). Czy oznacza to, że pierwszy pełnoprawny krążek zespołu o składzie mogącym przywoływać skojarzenia niemal z supergrupą (Blood Incantation, Spectral Voice, Primitive Man, Vasaeleth - kurwa, biorąc pod uwagę CV nie dziwię się, że rzecz skupiła wokół siebie taką uwagę) jest przereklamowany, a zachwyty przesadzone? Zapraszam do dalszej lektury!

"Endless Wound" to 38 minut istnego konglomeratu niemal wszystkiego, co w ostatnich latach wydarzyło się w szeroko pojętym death/doom/black metalu, wszystkich tych gruzach, jaskiniach i kryptach - dobrze ci znanych, skoro czytasz ten tekst. Album ten łączy masywność, ciężar i nośność DM z chorobliwą aurą skąpanego w czerni doom metalu, będącego istnym sosem z fińskich grzybów podawanych pacjentom miejscowego psychiatryka na obiad. Pod tym względem całość przypomina unikatową atmosferę pełniaka Swallowed - który lat kilka temu także wywołał spore poruszenie w podziemiu - choć tam jednak panowie poszli nieco dalej, nie bojąc się spuścić wyhodowanej abominacji ze smyczy. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

"Charnel Rift" otwiera album z niemałym przytupem, sprzedając zarazem wszystkie jego najlepsze cechy w kompaktowym i wizytówkowym formacie - to taki death/black metalowy sales pitch. Jeśli ten utwór cię nie przekonał, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że pozostawienie krążka w odtwarzaczu (w celu zapewnienia kolejnym kompozycjom możliwości autoprezentacji) niczego już nie zmieni. Jakie składniki tworzą to danie? Na pewno świetna produkcja - zmasowana, z deka przybrudzona, lecz czytelna, pozwalająca zdekodować płynące fale dźwiękowe nawet względnym amatorom tej kuchni. Z kolei nasze podniebienie wyłechtane zostanie kalejdoskopem smaków - od zahaczającego o war metal gruzu, poprzez poprzedzone apetycznie rzężącym basem zwolnieniem mającym rodowód datujący wstecz do diSEMBOWELMENT, aż po rytmiczne, naznaczone piętnem starej szkoły riffowanie. Tak, to wszystko w pierwszym daniu, zdecydowanie najlepszym spośród całego menu, choć nie oznacza to, że reszta jest be. 

Inicjalne wrażenie jest takie, że panowie pobrali lekcje w nie byle jakich technikach gastronomicznych, a potrawę tę smażyli pod ścisłą kuratelą death/black metalowego master chefa. Przygotowali danie będące ucztą dla stałych klientów, którzy nie przybyli w celu redefiniowania swego kulinarnego gustu, tylko by wpierdolić rasowego schaboszczaka. Jak już wspominałem, debiut Black Curse składa się z dobrze znanych i przemaglowanych patentów, choć puzzle te zostały ułożone w układankę iście po mistrzowsku i z zegarmistrzowską precyzją. Powiem więcej, wracając jednocześnie do kucharskiego porównania - talerz został mi podany przez seksowną kelnerkę, która nie tylko nienachalnie upewniła się, czy mi smakuje, a jeszcze po wszystkim zaproponowała drinka w promocyjnej cenie. Jest po prostu pięknie. Mój delikatny dyskomfort polega jedynie na tym, że lubię czasem pobrudzić sobie ręce, pofatygować się i przygotować posiłek samemu - wszak satysfakcja z jedzenia bywa wtedy znacznie większa. Tu zaś dostaję wszystko podane na tacy, o najwyższych walorach smakowych, bez większych zaskoczeń. Z drugiej strony, czy naprawdę oczekiwałem przekroczenia Rubikonu?

Słuchając "Endless Wound" mam nieustanne wrażenie towarzyszącego mi choróbska, przejawiającego się pod postacią kakofonicznych, jazgotliwych strzępach solówek, przywodzących na myśl zły narkotykowy zjazd przeprowadzonych przez krzywe zwierciadło "melodii" - w świetnym finale "Enrupted by Decay" jakby rodem wyjętych z pełniaka Spectral Voice - oraz absolutnie fenomenalnych wokali, srogo wykolejonych i mających znamiona zwyrodniałego obłędu. Te szaleńcze wrzaski, w większości przynależące raczej do domeny black metalu, fragmentami przechodzące w ultra-niski grobowy wyziew ("Crowned in (Floral) Vice"), innym razem w przeszywające, trącące grozą szepty (niedalekie od debiutu Beherit), istne recytacje wersów Necronomiconu, wreszcie osiągające apogeum w końcówce "Seared Eyes", gdzie struny głosowe pana o ksywce Gravetorn przytłaczane są przez zaciskającą się na jego szyi pętlę, nadal wydając dźwięki - to absolutnie najlepszy punkt albumu, stanowiący jego niezaprzeczalny wyróżnik i pierwiastek nakazujący mi przymykać oko na wtórność pozostałych elementów składowych omawianego dzieła. Na pewno nie można przejść obok tych wokali obojętnie, są one antytezą monotonii i zlewającego się z instrumentami bulgotu, koniec końców - jednymi z pierwszorzędnych, jeśli o ekstremalnym metalu ostatniej dekady mówimy. 

Wyłączając jednak ten aspekt muzyki, reszta jawi się jako nieco bezpieczna, momentami przewidywalna i szepcąca do twego uszka: "hej, już to gdzieś słyszałeś, hihi!". Może to grozić po prostu szybkim zmęczeniem materiału, zwłaszcza że chwytliwych i zapadających w pamięć od pierwszego odsłuchu fragmentów tu nie brakuje. Debiut Black Curse jest jakby idealnie, co do centymetra, skrojony pod gusta człowieka od lat włóczącego się po meandrach gruzu, szeroko pojętego death/black metalu, fińskiego doomu i war metalu razem wziętych. Jeśli jednak przestać się nad tym zastanawiać oraz założyć filtr nie przepuszczający jakichkolwiek oczekiwań w związku z byciem zaskoczonym - "Endless Wound" słucha się niezmiernie przyjemnie. To naprawdę dobrze skonstruowany materiał, robiący wrażenie zarówno pod kątem stylistycznym, jak i kompozycyjnym. Misternie upleciony utwór tytułowy stopniowo gęstnieje i nabiera chorobliwej flegmy, przechodzi w duszny mostek na filarach rytualnego bębnienia, by w końcu uwolnić budowane napięcie mięsiście i nonszalancko szarpanym riffem, przypieczętowanym perkusyjną kanonadą. Tego typu satysfakcjonujących konkluzji jest na omawianej płycie multum.

Finałowa kompozycja, adekwatnie zresztą zatytułowana, w pierwszej połowie zaciekła i intensywna, ze świetnym motywem gitarowym akcentowanym przez fanatyczne nabicia na crashach (w ogóle zestaw perkusyjny jest tu barbarzyńsko dewastowany) przerwanym przez będący przełamaniem konwencji rytmiczny wtręt - przywołujący skojarzenie z pierwszym utworem - w końcówce przeradza się w hipnotyczny, zapętlony riff okraszony narastającym jazgotem w tle (co w kontekście płyty jest oczywiście komplementem). Epilog ten jawi się jako dość stonowany w zestawieniu z całą resztą, z drugiej strony całkiem dobitny i wyczerpujący. Dobre zakończenie zwięzłego albumu, następujące właśnie w momencie, w którym należy postawić kropkę nad i. Recenzję tę skwitowałbym następująco: chciałbym, aby tak brzmiał ostatni, nieco mnie rozczarowujący Teitanblood. W ostatecznym rozrachunku debiut Black Curse, choć konwencjonalny i wyrachowany w swoim szaleństwie, jest świetnym albumem, który na pewno zapisze się w historii gatunkowego podziemia (umownego, bo wtórujący mu rozgłos daleko poza podziemie wykroczył). I jakkolwiek masochistycznie to brzmi: chciałbym bowiem się z "Endless Wound" bardziej pomęczyć w celu późniejszego zdublowania towarzyszącej odsłuchowi satysfakcji, bardzo mi się ten album podoba.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Recenzja RITES OF DAATH - Doom Spirit Emanation

Jaki jest gruz, każdy widzi. Gdy posypie się na łby, nie ma czego zbierać. Niewątpliwie jest to skuteczny sposób odbierania życia śmiertelnikom. Finezji w tym jednak za grosz. Taki sposób zadawania śmierci bywa spektakularny i efektowny, aczkolwiek po pewnym czasie nudzi. Monotonia staje się groźniejszym przeciwnikiem niż siła grawitacji przyciągająca głazy. Krakowianie z RITES OF DAATH zdają sobie z tego sprawę i choć wykorzystują gruz jako mechanizm odbierania życia niepokornym słuchaczom, to przedtem szlifują bryły, nadają im różnorodne kształty, grawerują wzory, a potem jeszcze atakują w nieregularnych odstępach, przeplatając fale kolejnych lawin z wycieczkami krajoznawczymi, na przykład w głąb Hadesu.

Po bardzo obiecującej EPce "Hexing Graves", stanowiącej dowód na zaliczenie pierwszorzędnych egzaminów (między innymi znajomość fundamentalnych dzieł Incantation w stopniu zaawansowanym), panowie zaserwowali znacznie bardziej obfitą dawkę rzeczonego gruzu, aczkolwiek wciąż zamkniętą we względnie ciasnych, nie rozłażących się ramach. "Doom Spirit Emanation" to sześć kompozycji składających się na 38 minut muzyki. Muzyki cholernie ciężkiej i przytłaczającej, nadmieńmy - to naprawdę gęsty wywar, przyrządzony ze składników takich jak obskurny, jaskiniowy death metal oraz obślizgły, mający swe źródło w lovecraftowskich odmętach oceanu doom metal, do tego zakrapiany czarną polewką. Potrawa ta przyrządzana jest w czeluściach samego Belzebuba, mającego w rzyci, że z kotła kipi, a zewsząd unosi się odór spalenizny. Czasem wręcz przypomina on aktywny wulkan. Pomiędzy niedbałymi ruchami chochlą, demon ten czyni użytek ze swych strun głosowych, racząc obecnych dookoła wyziewem z najgłębszych odmętów infernalnych stepów. Okazjonalnie też krzyknie coś niezrozumiałego, acz noszącego znamiona gorejącego w nim fanatyzmu i dającego do zrozumienia, że to całe gotowanie to bardzo poważna sprawa.

Danie to bardzo syte, treściwe i obfite w wartości odżywcze, choć mówię temu skurwysynowi nieustannie, żeby dorzucił jakieś warzywo następnym razem, jako że mój żołądek niezbyt znosi nieurozmaiconą, mięsną dietę. Pomiędzy poszczególnymi kęsami trafia mi się czasem kawałek mięciutkiej marchewy, dając żuchwie wytchnienie od nieustannego przeżuwania pieczystego. Niestety nie potrafię powstrzymać się przed marzeniem o jakimś brokule, albo chociaż dobrze posolonym kalafiorze. Koniec końców doceniam jednak wkład i zaangażowanie kucharza, bo bynajmniej nie rzuca we mnie ochłapami. Jeżeli nie do końca jeszcze rozumiesz mojej idiotycznej kulinarnej metafory, to podpowiem, że "Doom Spirit Emanation" to materiał dosyć ograniczony pod względem oferowanej palety emocji, mogący jednak robić duże wrażenie swą dosadnością i monumentalną formą. 

Skupiony w jednej wiązce strumień negatywnej energii, wyzwalany z kreowanych na wiosłach riffach, z pewnością opęta tych, którzy w celu zaspokojenia wrażeń estetycznych udają się popływać w morzu tryskającej ognistymi jęzorami lawy. Najpierw czerpiąc perwersyjną przyjemność z oczekiwania na wzburzenie fal, by potem doznawać rozkoszy przebudzenia magmowego mamuta. Tak dzieje się w najlepszym na płycie "Shrines of Seclusion", konsekwentnie zmierzającym do swej eskalacji: "We're corruption/Taking a form/Of a woman, of a man/Of an animal and a child" - ten moment to istne otwarcie głodnej szczeliny w strukturze genealogicznej piekła, która najpierw pożre potępione dusze, a następnie dźwięcznie zamanifestuje swe zadowolenie. Odrywające się niczym flegma ścieżki gitar pochłaniają słuchacza i skutecznie oblepiają w swój obślizgły kokon - a struktura chemiczno-biologiczna niniejszego obrzydlistwa gwarantuje, że ten się nie uwolni. Pan V. K. naprawdę dobrze zakręcił gałkami, a wszechobecny pogłos wzmacnia jedynie wrażenie, że jest to muzyka prosto z pieczary bestii pałaszującej właśnie drugie śniadanie.

Produkcyjna maestria omawianego krążka pozwala także z pełną efektywnością wybrzmieć wszelkim piskom, sprzężeniom i urywkom solówek, dzięki którym uwydatnia się dochodzący zewsząd zaduch. W pełnej krasie objawia się to na najdłuższym w zestawie "Primeval Depths of Chaos", będącym prawdziwym death/doomowym monstrum, nieobojętnym na wszelkie rewelacje, jakie zachodziły w trzydziestoletniej historii gatunku. Począwszy od klasycznych, huraganowych, bezlitośnie przewiercających mózg riffów, poprzez kanonady na podwójnej stopie kłaniające się diSEMBOWELMENT, takoż i ociężałe, miażdżące niczym walec gitary kontrastowane nieubłaganymi blastami, aż po jęki i ognie piekielne jakby wyjęte rodem z legendarnego "Upon Infinite Twilight/Majesty of Infernal Damnation". To utwór kompletny, dosadny, w swojej klasie będący małym dziełem sztuki, choć oczywiście subtelnością nie grzeszący - gruz ma przytłaczać, a nie zachwycać strukturą konturów. Nieśpieszne rozwijanie się tej kompozycji robi nielada wrażenie - czujesz, że siódma pięczęć właśnie zostaje aktywowana, pojawiają ci się mroczki przed oczami, a legioności rozpoczynają swój marsz, by zatopić świat w zepsuciu. Wiesz, że jesteś bezradny, tak naprawdę wiedziałeś o tym od początku - tylko niezmordowany fatalizm kazał ci zapuszczać się w głębie tego pandemonium. Gdy wybrzmiewają dwie ostatnie minuty, nie ma już czym oddychać. Tracisz świadomość.

Budzisz się, czując w trzewiach palący żar. Po chwili zaczynasz żałować, że nie umarłeś, że te pływające w popielastych rzekach mackowate stworzenia nie wciągnęły cię w otchłań. Tak jak wcześniej Bestia nieśpiesznie napawała się twym cierpieniem, tak teraz wpadła w szał, czego przejawem jest buchający nieposkromionymi solówkami "The Chasm". Wspominałem wcześniej o kipiącym kotle? Ten utwór ostatecznie obryzguje wszystkim twarze wrzącą zawiesiną. Potem już tylko można posprzątać trupy, gdy już aktywność wulkaniczna wygaśnie - klimatyczne pociągnięcia za struny w finałowym "Mercurian Blood" pozwalają odetchnąć sprzątającym ten bajzel. Ci, którzy przeżyli, prawdopodobnie rzekną, że spektakularnie zaczęło być dopiero w trzecim rozdziale tego spektaklu, aktorzy grali w nieco jednowymiarowy sposób, a zakończenie pozostawiło pewne niedopowiedzenia, jednak w ostatecznym rozrachunku było na co popatrzeć. 

I taki właśnie jest debiut RITES OF DAATH. Myślę, że album ten nie położy cię prawdziwie na łopatki i nie zaserwuje niepowtarzalnego emocjonalnego rollercoastera. Z pewnością jednak odwrócisz głowę, gdy ten z pozoru ociężały tytan zacznie się przebudzać i postawi trzęsące podłożem kroki. Wreszcie, gdy z firmamentu poczną spadać przepotężne głazy, siłą rzeczy adrenalina zacznie ci buzować w żyłach, byś mógł wykonywać skuteczne uniki. Zapewniam jednak, że za którymś razem dostaniesz w czerep. Może i się podniesiesz, ale blizna zdobić będzie twe oblicze aż po kres pisanych ci dni. 

czwartek, 27 sierpnia 2020

Recenzja INCANTATION - Sect of Vile Divinities

 Pewne zespoły od zarania dziejów trzymają się wypracowanego przed laty stylu i ostatnią rzeczą, którą można się po nich spodziewać, jest nagranie niestrawnego, eksperymentalnego materiału, który podzieli grupę oddanych mu fanów. Niektóre z nich celują w drugie ekstremum tego spektrum, wypuszczając co pewien czas - mówiąc z przekąsem - ten sam album. Weterani nowojorskiego death metalu z INCANTATION na swoim dwunastym krążku kroczą pomiędzy tymi ścieżkami, gdzieś po środku. Nadal obracają się w ramach hermetycznej stylistyki, która od czasów ikonicznego "Onward to Golgotha" została przemaglowana przez młodsze hordy już tysiące razy. Przed laty niedoceniona, dziś ekipa Johna McEntee'ego udowadnia, że pod względem kompozycyjnym większość przedstawicieli współczesnej sceny może im buty czyścić, a ponadto - że w obrębie tradycyjnego, bluźnierczego śmierć metalu, jakiego od nich oczekujemy i się spodziewamy, wciąż potrafi nagrywać przepełnione świeżością (ekhm, to znaczy, ekhm, zgnilizną) płyty, co prawda nie tak dewastujące jak legendarny debiut czy "Mortal Throne of Nazarene", ale wciąż warte powstawienia na półce.

Na trwające 45 minut z hakiem "Sect of Vile Divinities" składa się dwanaście kompozycji. Na tym etapie możemy zwrócić uwagę na dwa aspekty, które będą istotne przy późniejszym omawianiu zalet niniejszego materiału. Po pierwsze, nie uświadczymy tu potężnego, kilkunastominutowego kolosa, które to potrafiły pojawiać się przy okazji poprzednich albumów, zwykle stanowiąc efektowną kulminację przypieczętowującą zejście do serca pandemonium. Po drugie, jakby w opozycji, mamy tu właśnie całkiem sporo krótkich, trwających zaledwie 2-3 minuty strzałów. Nie znając najnowszego dzieła Incantation, można z tego wyciągnąć pochopny wniosek, że panowie poszli tym razem w ekstremalnie szybkie, furiackie rejony, rodem z takiego "Dying Divinity" czy "The Blissful Bloodshower", odpuszczając pierwiastki doom metalowe. Tych, który spuścili już głowę i kiwają nią z niedowierzaniem, mogę uspokoić. Panowie widocznie rozkopali i sprofanowali sporo grobów przed sesją nagraniową, bo trupi odór aż unosi się nad tymi utworami. 

Rozpoczynający całość "Ritual Impurity (Seven of the Sky is One)" stanowi małą zmyłkę, będąc dynamicznym, prostym, utrzymanym w duchu starej szkoły numerem. Wraz z wybrzmieniem drugiego w kolejce "Propitition" następuje otwarcie skąpanego w piaskach pustyni grobowca. Wybrzmiewają zatęchłe melodie, wydobywają się opary duszącej siarki, w tle nekromanci dają drugie nie-życie upadłym legionistom. To dobra zapowiedź najbardziej klimatycznej płyty Incantation od dawien dawna. Wszechobecna zieleń prosto z okładki, kolor przegniłej twarzy dawno już przeżartej przez larwy , atmosfera nędzy i smutku, dopełniana przez niespotykaną do tej pory dawkę klasycznych, konwencjonalnych melodii, kojarzących mi się ze starą brytyjską szkołą death/doomu. Niczym na "Acts of Unspeakable", kontrastujące z patologiczną aurą muzyki eleganckie i wysmakowane wręcz sola tylko uwydatniają stężenie panującego tu choróbska. "Sect of Vile Divinities" to album z prawdziwie umiejętnie kreowanym nastrojem, przywodzącym na myśl marsz pośród gigantycznych skorpionów, będąc smaganym po mordzie przez pył Lut Gholein. Wokół szaleje szarańcza, kapłani zarazy wywołują egipskie plagi, a kultyści w swych kręgach odprawiają rytuały przywoływania Bestii.

Weźmy takie "Black Fathom's Fire", potencjalnego kandytata na tutejszy punkt programu. Kompozycja ta zawiera wszystko, co stanowi o sile niniejszego albumu. Oparty na niebanalnych, dynamicznie tańczących niczym plemię skandujące (nomen omen) inkantacje riffach z technicznym posmakiem, przechodzący wkrótce w kapitalny pasaż przywodzący na myśl powolny marsz przez krainę niegdyś tętniącą życiem, teraz zaś popadłą w ruinę. Partie gitary prowadzącej są wprost fenomenalne i tworzą pewną dozę orientalnego klimatu, skąpanego w sosie ludowych demonologii różnych kultur, co zresztą jest tematem przewodnim albumu. Pod tym względem mam wyraźne skojarzenia z wczesnym okresem Nile, tym najwspanialszym, pamiętającym jeszcze czasy EPki "Festivals of Atonement". 

Te echa zresztą przewijać się będą i w pozostałych utworach, potwierdzając że to najbardziej klasyczny i wysmakowany album Incantation od dawien dawna. Także i wszechobecna chwytliwość, łatwość zapamiętania poszczególnych patentów są tu obecne. John, Kyle i pozostali członkowie zespołu nie boją się ofensywy flirtującej z death/thrashem ("Fury's Manifesto"), tak samo nie brakuje tu momentów przywodzących na myśl bardziej rytmiczne, dociążone mielenie spod znaku Asphyx czy Obituary. A te obrzydliwe, zwielokrotnione wokale na tle zwyrodniałych, zdeformowanych riffów w końcówce "Chant of Formless Dead"? Myślę, że wiesz do czego jest to odwołanie. Całość nosi jednak oczywiste znamiona Incantation, tego jedynego, niepowtarzalnego, mimo mnóstwa epigonów. Kto inny spośród klasyków gra bowiem TAKIE miażdżące walce, zahaczające o funeral doom? Marszowy, będący jakby przerywnikiem "Ignis Fatuus", stanowi jedynie przedsmak prawdziwego konduktu pogrzebowego, akcentowanego nabiciami na tomach z potężnym pogłosem - "Scribes of the Stygian" to śmierć potencjalnego wybawcy, ostateczny upadek wszelkiej nadziei. Gloria rozkładu nadal będzie trwać, a chwilowe, piłowanie na tremolo przyśpieszenie to tylko podstępna pułapka. Za chwilę wybrzmi najbardziej melancholijna melodia na płycie, usankcjonowana późniejszym przybiciem gwoździ do trumny. 

Jak widzisz, dominują negatywne emocje i skojarzenia, co nie znaczy, że album ten jest ciężkostrawny czy przesadny w swej ponurości. Dzięki zmyślnemu rozłożeniu kompozycji względem siebie i odpowiedniemu balansowi "szybko/poooowoli", ani na moment nie następuje uczucie znużenia. Poza tym, John świeżakiem nie jest i na "Sect of Vile Divinities" udowadnia, że 30 lat bluźnierstwa nie poszło na marne. W trzyminutowym utworze potrafi zawrzeć całą esencję, przekazać pełną myśl przewodnią, nie rozciągając utworu o zbędne mostki czy niezbyt treściwe sprzężenia (choć oczywiście sprzężenia w wykonaniu Incantation uwielbiam). To są naprawdę "kompaktowe" kompozycje, prosto i na temat, mimo że panowie nie stroją od zmian konwencji w obrębie jednego utworu, zabaw rytmiką, niespodziewanych przyśpieszeń opartych na "świdrujących", piekielnych riffach, tak znanych z "Diabolical Conquest" czy "The Infernal Storm", tu i ówdzie wplatają też dość finezyjne, gitarowe zagrywki (acz bez zbędnej ekwilibrystyki!) czy wychodzący na pierwszy plan, ohydnie brzmiący bas ("Entrails of the Hag Queen" czy najdłuższy w zestawie, fenomenalnie dawkujący napięcie "Unborn Ambrosia", gdzie sekcja rytmiczna bryluje). Na sam koniec zaś mamy nie bierący już jakichkolwiek jeńców, stanowiący ostateczne dowalenie do pieca "Siege Hive". Cóż za demoniczna prędkość! Cóż za doskonała aranżacja wokali Johna! Tu już przeważa pędząca podwójna stopa i parcie do przodu z przerwą na kilkusekundowe, typowe dla zespołu zwolnienie. To bezsprzeczny hit, doskonały na zamknięcie koncertu. O odwołaniu do "Deliverance of Horrific Profecies" już nawet nie będę wspominał!

Byłoby to trochę nieuczciwe z mojej strony, gdybym nie zwrócił uwagi na łyżkę dziegciu w beczce tego miodu. Z pewnością nie psuje ona całego dania, ale nie stanowi też smakowitej, aromatycznej przyprawy. Z jednej strony to z deka "suche" brzmienie, z gitarami zahaczającymi o buzzsaw, całkiem pasuje do pustynnej atmosfery krążka. Z drugiej - przydałoby się więcej syfu w produkcji. Incantation nie powinno brzmieć aż tak klarownie. Wyraźnie kłuje w uszy też płaski werbel, nie mający odpowiednio wystarczającej mocy. W ostatecznym rozrachunku są to jednak drobne przytyki, nie przykrywające (perwersyjnej) przyjemności obcowania z tym albumem. INCANTATION udowadnia po raz kolejny, że gra w całkowicie własnej lidze, a ponadto nie musi silić się na cokolwiek, nagrywając utrzymaną w klasycznym duchu płytę. Tak, korzenie hordy Johna nadal tkwią w '91, ale nie oznacza to też taniego odgrzewania kotleta. Debiut nadal jest niepokonany, ten poziom bluźnierczej furii już nigdy nie zostanie przebity, ale dwunasty (!) już "Sect of Vile Divinities" to rzecz, która spokojnie trafi do górnej połowy najlepszych krążków zespołu. Jak na zespół z takim stażem jest to ogromny komplement. Naprawdę pozytywne zaskoczenie - spodziewałem się płyty co najmniej dobrej, dostałem zaś świetną, bynajmniej nie zwiastującą jeszcze złożenia zespołu do, hehe, grobu.

piątek, 14 sierpnia 2020

Recenzja SPIRIT POSSESSION - Spirit Possession

Jeżeli regularnie zatracałeś się w podróżach do dziewiątego kręgu piekieł, ale od czasu zawieszenia działalności przez wysłanników diabła na Ziemi (panów z niemieckiego Katharsis) nie jesteś już tam mile widziany, mam dla ciebie dobrą wiadomość. Wraz z debiutem amerykańskiego SPIRIT POSSESSION wrota pandemonium znów są otwarte, a rzesze wyznawców czekają na ponowne opętanie. Jeśli do tego uważasz, że mariaż ducha pierwszej fali black metalu z współczesnymi walorami kompozycyjnymi - wzorem Funereal Presence - to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ostatnimi czasy spotkała infernalną operę Lucyfera, to możesz już podpisywać cyrograf.


Celowo posługuję się mogącymi brzmieć śmiesznie i niedorzecznie dla osób spoza środowiska kliszami, bo o ile nie wątpię w autentyczność składającego się na bohaterów wpisu duetu - bo takiej muzyki nie można tworzyć, nie mając choćby szczątkowych koneksji z Szatanem - to panowie balansują na granicy komiksowej estetyki gatunku (w pozytywnym tego słowa znaczeniu; w końcu metal to od zawsze mniej lub bardziej zabawa konwencją, próba obrazowego przedstawienia pewnych, nieraz bluźnierczych idei), na co składa się zarówno doskonale oddająca zawartość muzyczną okładka, spora doza tradycyjnego, skąpanego w black/thrash metalowym sosie riffowania oraz solidna dawka kultowego "ugh!" i przepuszczonego przez krzywe zwierciadło "hey!". Słowem - stara szkoła kipi i wylewa się z tego obfitego w potępione dusze kotła. Wiedźmy tańczą na sabacie, a ich zwierzchnik zapewnia im z tego tytułu dobrą zabawę - w końcu kto powiedział, że gloryfikacja Pana musi być śmiertelnie nudna i nieustannie poważna?

Siedem kompozycji składających się na 35 minut muzyki urzekło mnie już samymi tytułami. "Deity of Knives and Pointed Apparitions", "Eleven Mouths" czy mój ulubieniec "Amongst Inverted Castles and Holy Laughter" - same nazwy wywołują już nie do końca zdrową dozę fascynacji, poczucie obcowania z groteskowym, nie dającym się objąć rozumiem zdeformowanym bytem, a na pewno już upewniają mnie w twierdzeniu, że mamy tu do czynienia z manifestacją powykręcanego we wszystkie strony - niczym kończyny osobnika poddawanego egzorcyzmom - koszmaru w postaci dźwiękowej. Liczne z zawartych tu gitarowych patentów brzmią, jakby dla muzyków sufit był podłogą, a ściany pokoju składały się z popękanych luster, od których nieustannie odbijają się przybierające postać zjaw fale dźwiękowe, razem przeobrażających się w demoniczną aberrację. Ten strumień negatywnej energii panowie A. i S. są jednak w stanie ujarzmić i skoncentrować w spójny, tradycyjnie blackmetalowy atak, a wirujące niczym w malstromie duchy skierować w konkretnym kierunku, by opętywały kolejnych i kolejnych potencjalnych kultystów.

Charakterystyczna atmosfera hymnicznej i majestatycznej podróży po 30 latach historii black metalu, którą tak zgrabnie kreuje p. Bestial Devotion (Negative Plane, wspomniane już Funereal Presence) jest tu wyczuwalna, choć całość ma inny wydźwięk - nie epickiej eskapady, a raczej zabłoconego i obdartego z jakiejkolwiek szlachetności zejścia w sam głąb hadesu. Towarzyszące temu wizje nie są jednak szare i jednowymiarowe, a obfite w feerię barw i spotkań. Wyrzygiwane z morderczą konsekwencją, zwielokrotnione wokale, momentami brzmiące jak jęki upadłych aniołów z frontu "Hell Awaits", wiązki mefistofelicznych, krótkich solówek - o ile można tak je nazwać - brzmiących jak błyskawiczny szturm wypuszczonych z magicznego pudełka upiorów i "kołyszące się" melodie, którym daleko do kanonu piękna - to chleb powszechni omawianego albumu. Inspirowane teutońską szkołą grania metalu riffy nieustannie zachęcają do rytmicznego kiwania głową, a jednak nigdy nie popadają w banał festiwalowego koncertu dla przeciętnego bywalca Oktoberfestu.

Spirit Possession czerpie garściami z czynników składających się na esencję metalu lat 80 i dodaje do tego coś, co wykiełkowało dopiero lata później - ortodoksyjne, zakrawające na religijny fanatyzm podejście do hołdowania Diabłu, w którym miejsca na zabawę już raczej nie ma. Przedostatni na płycie "Swallowing Throne" doskonale oddaje to podejście: fuzja inspirowanego Hellhammer/Celtic Frost napierdalania na tle nadających prędkości salw podwójnej stopy z maniakalnym, dewocyjnym wręcz podejściu Katharsis, transformującym black metal w stronę prawdziwie niebezpiecznego zjawiska. Aurę szaleństwa potęgują wszelkie wokalne czy gitarowe wstawki, kilkusekundowe wtręty, podsycające ogień piekielny falsety, nawiedzone przejawy spuszczenia Bestii z łańcucha. Ani na moment jednak słuchacz nie zostaje wciągnięty w bańkę jałowego mielenia dysonansów czy zbytecznego przeciągania struny. Utwory trzymane są w ryzach i nigdy nie oddalają się od rdzenia tejże muzyki; trwają tyle, ile mają trwać, by nieustannie i skutecznie zatruwać twój umysł. Skupiają się tylko na tym, w taki sposób, abyś po zakończeniu satanistycznego seansu wcisnął przycisk "repeat".

Płyta ta być może nie zrewolucjonizuje oblicza metalu, wypełni jednak część niszy, która nadal nie jest zbyt regularnie eksploatowana. Debiut Spirit Possession to opętane dziecko bezwzględnej, wczesnej Aury Noir, sypiącej z rękawa mięsistymi black/thrashowymi riffami oraz zelotów z Katharsis, momentami niańczone przez piewcę okultystycznych tradycji z Funereal Presence. Dziecko to nie jest rozwydrzonym bachorem, nie wiedzącym czego chce, a bezwzględną maszyną przeznaczoną do szerzenia chaosu i niczego więcej. Sama treść, bez zbędnych ozdobników czy mostków prowadzących do niezbyt satysfakcjonujących konkluzji. Recenzowany dziś debiut uświadamia mi, jak bardzo chciałbym, by takiego grania było więcej. Hails!

czwartek, 30 lipca 2020

Recenzja VOIDCEREMONY - Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel

Lubię, gdy w technicznym death metalu, prócz ponadprzeciętnych zdolności muzyków i instrumentalnej ornamentyki, jest jeszcze miejsce na pewien kluczowy element: dobrą muzykę, w której niecodzienne struktury i zmieniające się jak w kalejdoskopie palety dźwięków nie są celem samym w sobie. Czy tak właśnie jest w przypadku omawianego dziś debiutu amerykańskiego VOIDCEREMONY? Jeśli interesuje cię, drogi Czytelniku, opinia osoby zdolnej wymienić podobające jej się albumy z tej szufladki na palcach jednej ręki (mowa o wydawnictwach z obecnego millenium; lata 90 to nieco inna sprawa), to zapraszam do dalszej lektury niniejszej recenzji. Słowem, piszę to z perspektywy kolesia, któremu bliżej raczej do hermetycznych bluźnierstw Incantation niż kompozycyjnej maestrii Atheist.


Szczerze mówiąc, byłem nieco zdziwiony przeczytawszy, iż VoidCeremony wywodzi się z kraju dzikich rewolwerowców i gorączki złota, a nie wyspy kangurów i śmiertelnie niebezpiecznych parzydełkowców. Słysząc ten materiał po raz pierwszy, skojarzenia ze sceną australijską nasunęły mi się wręcz machinalnie. Nie chodzi tylko o jednego z bardziej charakterystycznych metalowych basistów w ogóle (Damon Good znany m.in. ze StarGazer oraz Mournful Congregation), ale także momenty lobotomicznie przeszywające synapsy w mózgu rodem z bandy szaleńców z Portal. Jeżeli miałbym krótko zarysować oblicze "Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" (nazwa wybitnie nie pudelkowo-tabloidowa, ale to akurat zaleta), to wskazałbym na mieszaninę kunsztu środkowych dokonań ekipy Chucka Schuldinera z niekonwencjonalnym podejściem do tematu death metalu wspomnianych już piewców lovecraftowskiego horroru. Jest to oczywiście daleko idące uproszczenie, wszak do czynienia mamy tu z muzyką prawdziwie niebanalną i nie dającą się sprowadzić do tak zdawkowego opisu. Zagłębmy się więc bardziej.

Zaprezentowane tu sześć kompozycji zamyka się w zaledwie 32 minutach i jest to pierwszy punkt programu, który muszę pochwalić. To idealna długość dla tego typu materiału. Zanim panowie zdążą wystrzelić się z pomysłów i zanudzić słuchacza ekwilibrystyką, płyta dobiega końca. Najlepsze albumy z tej bańki podążały właśnie tym wzorcem. Przyjemne jest także rozmieszczenie utworów: dajemy wielkogabarytowe, 9-minutowe monstrum w środku i obudowujemy je krótszymi numerami w formacie bliżej czegokolwiek, co nazwać można "piosenkowym". Co zaś składa się na samą treść? VoidCeremony proponuje muzykę rozbudowaną technicznie, pełną nieoczywistych podziałów rytmicznych, zagrywek w niestandardowym metrum, struktur dalekich od zwortkowo-refrenowych i obfitą w prześcigające się riffy, sola na basie i nagłe eskalacje perkusyjnego ostrzału. Gdybym nie osłuchał się już z omawianym albumem, uznałbym że to coś raczej nie dla mnie, a na pewno nie jeśli zalety kończą się na samym opakowaniu płyty w progresywnym pudełeczku. Domyślasz się jednak pewnie, że w tym przypadku stało się inaczej. Zespół dorzuca do tego bliskiego wybuchu kotła wyrazistą szczyptę emocji, polewa sosem z eleganckich, urodziwych melodii i nasącza zjadliwą dawką kosmicznego mistycyzmu. Dzięki temu otrzymujemy danie, które nie tylko nie zamieni naszej rezydencji w niedający się uprzątnąć sajgon, ale także będzie smaczne i nieobciążające dla żołądka.

"Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" to materiał, w którym udało się upchnąć zaskakująco dużo wpadających do głowy zagrywek, zarazem nie popadających w nachalnie narzucający się banał i każących chociaż pochylić głowę nad panującym tu zmysłem kompozycyjnym. Buszujące tu w co drugim krzaku finezyjne sola na basie stanowią płynnie wynikający z muzycznej logiki punkt odniesienia, przełamujące gitarowe labirynty zaskakująco piękne (w odniesieniu do tradycyjnego modelu estetyki) melodie pełnią funkcję katharsis po wywróceniu ci mózgu do góry nogami, a pojawiające się momentami dynamiczne, stojące w kontraście do powykręcanego kłębowiska, rozpędzone riffy sprawiają, że nigdy nie masz przesytu bądź co bądź wymagającą i skomplikowaną w odbiorze muzyką. Wyraźnie widać to na przykładzie czwartego utworu, rozpoczynającego się takowym właśnie patentem tuż po wybrzmieniu ostatnich czarujących harmonii z poprzedniego, majestatycznego "Empty, Grand Majesty (Cyclical Descent of Casuality)", w którym świetne pomysły i emocjonujące gitarowe pojedynki wprost buzują i prześcigają się wzajemnie. Po takiej dawce napięcia słuchacz pragnie bezpośredniego uderzenia i to właśnie otrzymuje. 

Fascynuje mnie bijąca zewsząd refleksyjno-filozoficzna aura, mądrość starożytnych bóstw przemawiających przez ten album, pokłon dla ogromu Wszechświata i doskonałości gwiezdnych konstelacji, astralna pielgrzymka ku samotnym świątyniom. Ten duch materializuje się zwłaszcza we fragmentach wolniejszych, czasem skąpanych w dysonansie, czasem przyodzianych w nie do końca prosty do rozszyfrowania manewr na basie. To mniej więcej te same rejony kosmosu, które eksplorował legendarny już Timeghoul; tam jednak natkąć się mogłeś na flotę obcych gotowych przebić twą duszę Ostrzem Czasu - tu zmagasz się z wszechogarniającą pustką, otchłanią myślowych konstruktów, równie groźną. Samo to skojarzenie z nieistniejącą już ekipą jest w moim mniemaniu ogromnym komplementem dla VoidCeremony.

Słodzę, słodzę, a jakichkolwiek wad nie stwierdzono? Być może niektórym z was nie będzie odpowiadać dość czysta produkcja z wyraźnie zdigitalizowanym brzmieniem bębnów - odpowiadam jednak, że jest to mimo wszystko techniczny death metal, w którym takowe rozwiązania bolą mniej, a dwa, iż naprawdę nie ma tu jakiejkolwiek tragedii i gary brzmią tak, jak zdążyliśmy się przez lata przyzwyczaić. Piszę to w zasadzie tylko po to, gdybym musiał do czegoś przyczepić się na siłę. Po prawdzie, nie mam jakichkolwiek problemów z niniejszą produkcją. Koniec końców, zamiata mną ten album dosyć porządnie, choć wymagało to uważnego odsłuchu ze słuchawkami na świeżym powietrzu - słuchając wcześniej po łebkach, dostrzegałem pojedyncze wyróżniające się momenty, acz nie łączyło mi się to w prawdziwie angażującą i łechtającą bębenki uszne całość. To samo polecam tobie - siądź i odpal "Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" w warunkach, jakie uważasz za optymalne i spróbuj dostrzec, jak kapitalnie łączą się ze sobą te elementy układanki, zarazem uderzając w bardziej subtelne struny ludzkiej duszy. Zaprawdę polecam. Dla mnie to chyba najlepsza rzecz z tych rejonów od czasu "A Merging to the Boundless". Jeżeli trójka StarGazer ujęła cię za serce, to z czystym sumieniem mogę polecić debiut VoidCeremony, bo brylują na tych samych polach. A nawet jeśli jest inaczej, to i tak koniecznie sprawdź ten materiał.

środa, 22 lipca 2020

Recenzja YGG - The Last Scald

Ostatnimi czasy sporo wędruję po krainach wschodniej Europy - co prawda odzwierciedla się to jedynie w płynącej z głośników muzyce, bo mój zad chwilowo grzeje duński fotel, ale istotnie pierwsze LP Białorusinów z Ljosazabojstwa podsunęła mi myśl kupna wizy i odwiedzin naszych prawosławnych sąsiadów. Muzyczne podróże to jest to. Po napisaniu tekstu o Drudkh, przypomniał mi się pewien ukraiński zespół, który prawie dziesięć lat temu jakoś tam zaznaczył się na liście prominentnych hord zza wschodniej granicy Bugu. YGG, długo milczący po wydaniu znakomitego debiutu, dosyć niespodziewanie uraczył nas "niedawno" (mój zapłon działa - tradycyjnie - z kilkumiesięcznym opóźnieniem, stąd lipcowa recenzja lutowego albumu...) drugim pełnoprawnym materiałem. Wiem, że co najmniej kilka osób pokładało duże nadzieje, że zespół ten jeszcze pokaże się na scenie. Czy warto było czekać? W gruncie rzeczy otrzymaliśmy kolejny klimatyczny black metalowy album, jakich wiele i w zasadzie nie ma tu żadnych rewolucji. Niektórzy powiedzieliby, że przeważają nuda i wtórność. Jest tu jednak kilka elementów sprawiających, że w moim katalogu "The Last Scald" nie ginie w zalewie mnożących się jak grzyby po deszczu atmospheric black metalowych projektów.


Na 52 minuty muzyki składają się cztery długaśne - jak to w tym gatunku bywa - kompozycje. Nie bez kozery wspomniałem o ekipie Romana Saenki, bo dość oczywistym jest, że stanowi tu ona największą inspirację. Krzywdzącym stwierdzeniem byłoby jednak, iż Ygg rżnie z najbardziej rozpoznawalnego ukraińskiego zespołu i nic więcej się tu nie kryje. Punkt wspólny stanowią ogólne, marzycielskie, utrzymane w duchu natury i morskich podróży nastroje. Styl piłowania strun także bywa momentami podobny, kreujący melancholijną, pełną uniesienia atmosferę. Otwierający album, 17-minutowy kolos "Мертвые Топи" umiejętnie zarysowuje, z czym do czynienia będziemy mieli przez cały obrót krążka. Zagrany na tradycyjnym ludowym instrumencie z rejonów dalekiej Azji (to brzmiące jak odbijająca się od sprężyny kulka to drumla), nieco przydługi wstęp, poprzedza nawałnicę blastów i dość ekstremalnych, brzmiących jak zarzynane zwierzę wokali, którym niedaleko do chociażby wyczynów pana Rainera Landfermanna z dwójki Bethlehem czy innych kapel z nurtu depresyjnego black metalu. Przyznam, że nie jestem fanem tego typu wrzasków (choć struny głosowe Vikernesa uwielbiam), bo przywodzą mi na myśl wizytę w rzeźni i ogólnie rzecz biorąc nie do końca wpasowują się w kształtowaną na albumie dość subtelną i liryczną aurę. Doskonale rozumiem potrzebę skontrastowania "ładnej" muzyki "brzydkimi" wokalami, tu jednak nie do końca mi to zagrało. Do tego - w porównaniu do debiutu - są one umieszczone dość wysoko w miksie i przodują nad instrumentami. Na szczęście na "The Last Scald" gardło zdziera dwóch panów, z czego ten drugi charkocze już bardziej tradycyjnie, na modłę Drudkh właśnie - co niezmiernie mnie cieszy, gdyż wokale Thuriosa dla odmiany uwielbiam.

Nie chciałbym rozwodzić się jednak nad tym zbyt długo i zamiast tego przejść do rzeczy przyjemnych, a jest tu ich sporo. Pochwalić należy zatem ogólną jakość kompozycji, które mimo bycia opartymi - bez większego zaskoczenia - na powtarzających się i przeciąganych patentach, raczej nie nudzą i nie powodują nerwowego zerkania na zegar. Satysfakcjonujące są wplatane tu i ówdzie "dzwoniące" i jakby dobiegające z oddali melodie, z lekka zalatujące Mgłą czy najnowszym Misþyrming. Cieszą momenty, gdy na główny plan wysuwa się mięsisty riff podparty podwójną stopą, po uprzednim zwolnieniu czy wystukanym na tomach fragmencie przejściowym. Intryguje wykorzystanie instrumentarium nietypowego dla muzyki metalowej, wybrzmiewającego przez praktycznie cały czas trwania płyty, lecz bardzo subtelnie i jedynie dla podkreślenia linii melodycznych uskutecznianych przez gitary (nieuważny słuchacz zapewne nie wychwyciłby nawet, że gdzieś to w tle plumka), szczęśliwie nie tworzących niefortunnych skojarzeń z przaśnym folk metalem. Wyróżnia się także gra basisty, który niejednokrotnie - zwłaszcza, gdy panowie zwalniają obroty - raczy słuchacza swoistymi solówkami, bynajmniej nie będącymi surfowaniem po gryfie (Steve DiGiorgio to to nie jest), co zresztą zupełnie kłóciłoby się z przyjętą konwencją. To raczej wwiercające się w korę mózgową hipnotyczne zapętlenia linii basu, stanowiących kontrapunkt dla nostalgicznych brzmień pozostałych instrumentów. Te przywodzące na myśl doom, a czasem wręcz post metal momenty z wychodzącym na pierwszy plan basem są jednym z najsilniejszych aspektów "The Last Scald" i choćby dla nich warto posłuchać omawianego albumu. Jest to doskonale widoczne w drugim i trzecim utworze. Sekcja rytmiczna telegraficznie rzecz biorąc bryluje na tym albumie.

Moim faworytem jest ostatnia kompozycja, "Віса пробудження", z najbardziej wyrazistym i poruszającym motywem przewodnim, a także świetnym, pełnym tęsknoty akustycznym intrem, zarazem z sekundy na sekundę zagęszczającym napięcie, by w końcu pozwolić wybrzmieć esencjonalnemu, atmo-black metalowemu graniu. To jest dokładnie ten sam znajomy riff, który słyszałeś już tyle razy w tej szufladce, a jednak nadal nie masz go dość, bo pasuje jak ulał - szczególnie na zakończenie płyty. Nie jestem pewien, czy dwójka Ygg przebiła debiut, pakuje jednak większą dawkę emocji w bardziej kompaktowym formacie, co osobiście bardzo mi odpowiada. Są tu pewne mankamenty - wspomniana już część wokaliz czy pojawiające się momentami delikatne dłużyzny, w generalnym rozrachunku jednak album angażuje od początku do końca, będąc przede wszystkim ciekawym muzyczno-kompozycyjnie i wcale nie tak oczywistym jak to w tym gatunku bywa. "The Last Scald" nie rzuca wszystkich kart na stół w pierwszym rozdaniu i proponuje pewne nieoklepane rozwiązania, zarazem idące w parze z temperamentem całości. Nie będzie to moja płyta roku, ale jeśli szukasz całkiem nietuzinkowego albumu z klimatycznym black metalem - bingo.

wtorek, 14 lipca 2020

Recenzja LJOSAZABOJSTWA - Głoryja Śmierci

Białoruś nie jest szczególnie znaczącym ani rozpoznawalnym krajem, jeśli chodzi o scenę metalową. Przy okazji przygotowań do tej recenzji trafiłem na wywiad z LJOSAZABOJSTWA - bohaterami dzisiejszego wpisu - gdzie padło kilka wartych zanotowania rekomendacji, wcześniej jednak nie słyszałem o żadnym z wymienionych zespołów. Twórcy "Głoryji Śmierci" mają chyba na dzień dzisiejszy największy potencjał, by przykuć uwagę międzynarodowej publiczności do białoruskiego metalu - zresztą już demem "Starażytnaje Licha" oraz świetną EPką "Sychodzannie" wbili sporej wielkości pinezkę na tablicy gatunkowego podziemia. Duża w tym zasługa trafienia pod skrzydła naszego rodzimego Hellthrashera, który zadbał o odpowiednią promocję, ale materiały te same w sobie wyróżniały się przede wszystkim fenomenalnym, upiornym, prymitywnym klimatem opuszczonej białoruskiej wsi, gdzie po przypadkowym wejściu do piwnicy wita cię przeżarta larwami martwa twarz, a odór stęchlizny jest nie do zniesienia. Operując zaś w terminach już czysto muzycznych: jeśli tęsknisz za czasami, gdy ciężko ustalić było granicę między thrash, death, doom czy black metalem - bo wszystko to składało się po prostu na metal ekstremalny - to bez obaw, bo na omawianym dziś pełnoprawnym albumie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Ljosazabojstwa to zespół cudownie archaiczny, gloryfikujący nie tylko Śmierć, ale i ducha lat 80, gdzie nie istniały jeszcze wyraźne podziały, najważniejszy zaś był sugestywny klimat i autentyczne brzmienie.


"Głoryja Śmierci" nie zawiera może sampli czy nie-metalowych wstawek, jak to bywało na poprzednich materiałach LSZB, tworzy jednak równie immersyjną atmosferę i to w sposób najbardziej mnie przekonujący - używając standardowego, gatunkowego instrumentarium. Muzyka Białorusinów oparta jest na nieskomplikowanych patentach i death/black metalowym rdzeniu, a wciąż nadal szczególnie wyraźna jest tu ta cmentarna aura, spowite mgłą bagno, smród trujących oparów śmierci i stare baby-topielice wyciągające ku tobie swe zasuszone, ohydne dłonie. Trwające przeważnie około 9 minut utwory to nie żadne progresywne suity, a całkiem proste kompozycje oparte na kilku dominujących motywach. Mimo że pozornie taka długość nie idzie w parze z pierwotnym napierdalaniem, to w żadnym wypadku nie można tu mówić o sztucznym rozciąganiu. Panowie z LSZB nieustannie dbają, by słuchacz się nie nudził, zwinnie przeskakując między powolnymi, opartymi na posępnych, zgniłych, doomowych melodiach fragmentami, a podpartymi blastami i nisko zestrojonymi gitarami momentami bezkompromisowej black/death metalowej jazdy. Nie boją się też przełamywać konwencji i wplatać w to wszystko rytmicznych, inspirowanych thrashem breakdownów. Sposób, w jaki operują zmianami tempa, nadaje muzyce znacznej świeżości i nieprzewidywalności, dzięki czemu nie sposób nudzić się ani na sekundę. 

Duże wrażenie robią właśnie te przeszywające zgrozą zwolnienia, gdzie prym wiodą zapleśniałe gitarowe dysonanse, a w tle wybrzmiewają mrożące krew w żyłach dźwięki organów. Atmosfera śmierci staje się zaiste namacalna - to naprawdę są hymny rozkładu. "Głoryja Śmierci" nie jest jednak albumem szczególnie przytłaczającym, którego nie sposób słuchać inaczej niż o trzeciej w nocy na słuchawkach. Przeciwnie - jest tu sporo chwytliwego riffowania, nakazujących poruszać łbem d-beatowych rytmów czy przykuwających ucho, niebanalnych solówek ("Imia mnie - Lehijon"). Ponownie zwrócę uwagę na świetne wyczucie w kwestii odmiennych nastrojów w obrębie jednego utworu - nie ma nic lepszego, gdy po takim przygnębiającym zmniejszeniu obrotów chłopaki wyskoczą z niespodziewanym wybuchem death/thrashowej ofensywy z wirującym solo na czele. Dowód tego zręcznego lawirowania znajdziesz już na otwierającym płytę "Pachawalnyja śpiewy" - mogę się pokusić, że utwór ten to LSZB w pigułce, choć pozostałe w żadnym wypadku od niego nie odstają. Numer ten potwierdza także spore zamiłowanie do europejskiej szkoły DM - charakterystyczna szwedzka motoryka, podlana fińskimi melodiami i brytyjskim ciężarem rodem z Bolt Thrower aż wylewa się z tego numeru. Te skojarzenia zresztą przewijać się będą i w kolejnych.

Ogromnym atutem debiutu Białorusinów jest opętany, momentami psychopatyczny wręcz wokal, nadający muzyce horrendalny charakter. Co najlepsze, liryki rzygane są w ojczystym języku - ma się wrażenie, że przemawia ożywiony i wyjęty z grobu dawny kaznodzieja, w jednej ręce trzymający maczetę, w drugiej rozpadającą się księgę z ludowymi inskrypcjami i czarami, wylewający w twoim kierunku najgorsze plugastwa i trucicielskie inkantacje. Zresztą pod względem wykonawczym wszyscy spisali się na medal. Cieszy szczególnie całkiem niebanalna perkusja - podziały rytmiczne robią wrażenie ("Zniscany boh"), intryguje urozmaicona gra na talerzach, uwagę przykuwa zagęszczenie przejść, wszystko to jednak z umiarem i gotowe ustąpić atawistycznemu, topornemu wybijaniu prostolinijnych rytmów, by podkreślić wylewającą się gitarową smołę na modłę Archgoat. Jeśli chodzi o realizację to jest bezbłędnie - profesjonalnie, a zarazem z wyczuciem pozwalającym zachować wspomnianą już specyfikę lat, gdy w kotle ekstremalnego metalu srogo buzowało. Chropowate gitary z dużą ilością dołu w brzmieniu, mięsisty, ponury bas i surowe, barbarzyńskie bębny - doskonale współgra to z przyjętą przez zespół konwencją. Wszak Śmierć nie lubi być przedstawiana w lateksowych spodniach i kolorowej czapeczce, prawda?

Pierwszy duży album Ljosazabojstwa potwierdza, że nie zaprzepaścili oni swego unikalnego, wypracowanego na poprzednich materiałach stylu, a jedynie zamierzają rozwijać się i szlifować kompozycyjnie - wszystko to nadal z jedną nogą w krypcie, a drugą w zielonym, morowym jeziorze. Grać anachronicznie i obskurnie to jedno, ale tworzyć w obrębie tego zasyfionego nastroju dobre i rozpoznawalne utwory i jeszcze przemycać lokalną atmosferę miejsc dawno opuszczonych przez Boga, to już znaczne osiągnięcie. Białorusinom ta sztuka jak na razie udaje się bezbłędnie. Liczę, że na następnym swoim wydawnictwie utrzymają formę i zaserwują kolejną dawkę starożytnych wyziewów, kompletnie nie przystających do epoki. 

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Recenzja ARMAGEDDA - Svindeldjup Ättestup

Powroty zza grobu nie są proste. Wielu się nie udaje i stają się jedynie wątłymi cieniami przeszłej chwały. Inni serwują jako danie główne odgrzewanego kotleta, który niby smakuje przyjemnie znajomo, niby zaspokaja jakieś potrzeby, ale nigdy nie uznasz go jako najlepszy posiłek w życiu i prawdopodobnie zapomnisz o nim za dwa dni. Pierwszy album ARMAGEDDY od 16 lat nie należy do żadnej z tych grup. Zamiast tego otrzymaliśmy materiał nietuzinkowy, nieoczywisty i nawiązujący do "kiedyś", będący jednocześnie zupełnie nową jakością w kontekście zespołu.


Z pierwszymi odsłuchami bywa różnie i tak było także w tym przypadku. Początkowy werdykt wyglądał mniej więcej następująco: nawet niezłe, ale jakieś takie rozmydlone i wypolerowane, po diable z poprzednich płyt ani śladu. Generalnie w porządku, ale jak już to powinno wyjść pod innym szyldem. ALE, jak to z dobrymi płytami bywa, tak i "Svindeldjup Ättestup" zasiała we mnie ziarno zaintrygowania, które po kilku następnych odsłuchach zakiełkowało, by w końcowym rozrachunku wydać dorodne owoce.

Najnowszy album Szwedów stanowi jakby kontynuację wydanego w 2004 "Ond Spiritsm", co zresztą chyba starają się podkreślić sami twórcy, zamieściwszy na okładce "Svindeldjup Ättestup" małego easter egga. Wielkim błędem byłoby jednak stwierdzić, że jest to część druga tamtej płyty czy coś w tym rodzaju, bo tak jak "Only True Believers" cechuje się zupełnie innym charakterem niż "Ond Spiritsm", tak jest i w przypadku nowej płyty. Panowie nie zostali w zakorzenionej w pierwszej dekadzie obecnego tysiąclecia przeszłości i ciągle rozwijają się jako muzycy, zarazem żonglując wpływami z pozostałych swoich projektów jak LIK czy Ehlder.

Gdybym miał podsumować charakter tego albumu, powiedziałbym że jest on znacznie bardziej zanurzony w atmosferze pierwotnych sił natury niż przepełniony namacalnym złem i obłędem pozostałych materiałów Armageddy - stąd też moje początkowe mieszane odczucia. Produkcja jest selektywna, brzmienie gitar czytelne i pozbawione syfu, ale sprzyja to zastosowanym tu patentom melodycznym i quasi-progresywnemu riffowaniu. Te zresztą jest mocno znajome, bo odniesień do klasycznej norweskiej szkoły jest tu od groma, ale zarazem całość naznaczona jest unikalnym piętnem tego co panowie grali ostatnie 15 lat. Dowodem tego jest choćby niepokojący i z lekka psychodeliczny "Likvaka". Fragmenty innych utworów przywodzą mi z kolei na myśl wczesny Enslaved, tu i ówdzie przewija się melodyka późnego Burzum, w ostatnim utworze słychać fascynację "The Shadowthrone"... lecz końcowy efekt jest jedyny w swoim rodzaju.

Każdy kolejny obrót tej płyty w odtwarzaczu sprawia, że pochłania mnie ona coraz bardziej. Hipnotyczne struktury utworów nie pozwalają oderwać się od tej muzyki, co najbardziej wyraźne jest w - moich ulubionych - "Guds kadaver (En falsk messias)" oraz najdłuższym w zestawie "Evigheten i en obrytbar cirkel", będącym niejako konglomeratem wszystkich motywów i nastrojów jakie pojawiają się na płycie. Partie, w których na front wjeżdżają blasty i solidna black metalowa jazda są zdecydowanie najlepsze, co nie zmienia faktu, że i momenty powolniejsze konsekwentnie wciągają słuchacza niczym bagno i wprowadzają go w głęboki trans. Doskonale widoczne jest to w zajeżdżającym środkowym Darkthrone "Djupens djup", zarówno pod względem riffowania jak i ikonicznej frazy "Så blekt, så kallt" przywodzącej na myśl wiadomy album. W ogóle trzeba wspomnieć, że wokale są kapitalne - zarówno aranże, pojawiające się tu i ówdzie typowo nordyckie deklamacje, jak i charakterystyczna, zadziorna szwedzka maniera działają tu wyśmienicie i nie ma ani jednej sekundy, w której struny głosowe Stefana zdzierane byłyby na marne.

Nie wiedziałem, co sądzić o tym albumie, teraz zaś wychodzi na to, że to mój ulubiony tegoroczny black metal i na chwilę obecną nie widzę jakiegokolwiek kandytata będącego w stanie zmienić ten porządek rzeczy. Największą siłą "Svindeldjup Ättestup" jest to, z jaką łatwością odnosi się do tradycji i gra na sentymentach, jednocześnie będąc czymś, czego na pewno wcześniej nie słyszałem. Album ten nie zginie w gąszczu podobnych materiałów, bo tak po prostu nie gra żaden inny zespół. A poza tym zwyczajnie chce mi się tego słuchać i słuchać - zawarta jest tu sama esencja, soczyste mięsko, te cechy sprawiające, że wielokrotnie wracamy do klasycznych black metalowych materiałów bez uczucia znużenia. Przeciwnie - lubimy je coraz bardziej. I mam wrażenie, że tak będzie i w tym przypadku. Doskonała płyta, która jest JAKAŚ.

wtorek, 19 maja 2020

Recenzja ODRAZA - Rzeczom

Krakowska ODRAZA zaskoczyła mnie swoim drugim albumem studyjnym, stosując ulubiony chwyt marketingowy - polegający na braku marketingu. Ja przynajmniej nic nie wiedziałem o tym, że taki twór powstaje. Lubię takie sytuacje, bo pozwalają po prostu siąść do muzyki i słuchać. Bez oczekiwań, zadumy, refleksji i innych takich, jaki to będzie tym razem nowy wypust. W zasadzie podszedłem do "Rzeczom" bez jakiegokolwiek kontekstu. Po prostu wszystko inne co w danej chwili robiłem przestało mieć znaczenie i zasiadłem do degustacji kolejnej porcji muzyki tego projektu.


Pewnie nie stałoby się tak, gdyby nie wydany w 2014r. debiutancki "Esparalem Tkane", który z pewnością zaznaczył Odrazę w mojej głowie jako coś, co warto poważać i respektować. Gdybym nie słyszał wcześniej tego skoncentrowanego na zjawisku alkoholizmu albumu, zapewne premiera "Rzeczom" została by przeze mnie zignorowana z uwagi na niebezpieczną bliskość i powiązania tegoż projektu z pewnymi innymi, niezbyt ze mną rezonującymi polskimi zespołami. Na szczęście skąpany w lekko awangardowym sosie i naznaczony silnym piętnem muzyki Carla-Michaela Eide debiut słyszałem, a teraz z radością mogę stwierdzić, że drugi album utrzymuje podobny poziom. Choć - na szczęście - jest przede wszystkim inny i nie stanowi kalki poważanego poprzednika. O tym, czy jeszcze porusza się w "akceptowalnych" ramach black metalu nie będę się szeroko wypowiadał. Moim zdaniem tak - zresztą Odraza od początku szła własnymi ścieżkami, i to bynajmniej nie leśnymi. Uważam, że choćby - tak jak i poprzednio - tematyka "Rzeczom" jest bardzo black metalowa w swojej wymowie i na tym poprzestańmy. 

Bo znowu zmagamy się przede wszystkim z marnością żywota, ludzkimi ułomnościami i słabościami, a tam gdzie nas nie spotkamy, noc kończy się nocą zamiast dzień dniem zaczynać. Tym razem spektrum refleksji podmiotu lirycznego jest bardziej zróżnicowane i mniej monotematyczne, analogicznie do zawartości muzycznej zresztą. Teksty z pewnością są mocno osobiste, jeszcze silniej niż poprzednio, przez co i ich wydźwięk nabiera na mocy. Fakt, że nie wszystko z tego, co przekazuje Stawrogin jest dla mnie jasne, zwłaszcza że sporo tu odniesień do jego lokalnego środowiska, a ja wychowałem się jednak w innym miejscu. Generalnie złośliwcy mogliby stwierdzić, że miejscami zalatuje grafomanią, ale nie zgadzam się z tym - warstwa liryczna ma sens, a już na pewno jest ciekawsza niż posługiwanie się satanistycznymi kliszami. To jednak w przypadku Odrazy oczywistość.

Z pewnością wrażenie robi sposób "dostarczenia" słuchaczom tych treści - pod względem wokali jest to bardzo silny materiał. Powiedziałbym wręcz, że to one są główną siłą napędową "Rzeczom". Na tym polu jest mocno ekspresyjnie i kreatywnie. Mam wrażenie, że sposobowi artykułowania pewnych fraz oraz ogólnej aranżacji wokali jest momentami blisko... do rapu, choć rapowania samego w sobie tu nie uświadczymy (to już dla konserwatywnych black metalowców byłaby zniewaga nie do przełknięcia! Śmiechem żartem oczywiście). Szorstko i odrażająco brzmiący trzon wyrzygiwanych słów wspomagany jest agresywnymi, chciałoby się powiedzieć "wkurwionymi" wrzaskami, którym niedaleko do growlu. Stężenie wkurwu nadal jest wysokie, może i wyższe niż na debiucie, więc w tej kwestii nie powinno być rozczarowania. Do tego dochodzi trochę partii mówionych, deklamowanych, momentami pojawiają się nawet zaśpiewy czy chórki, są to jednak elementy wyważone i stonowane względem całości (a także doskonale ją uzupełniające), także bez obaw. Jeśli chodzi o aranże to zdecydowanym bohaterem albumu jest Priest, grający niesamowicie precyzyjnie i z wirtuozerskim wręcz wyczuciem. Raz naznacza swe partie rockowym czy post-punkowym sznytem, innym razem stuka nieregularne rytmy podpatrzone jakby u wspomnianego już Carla-Michaela. O blastowaniu jak w zegarku nie wspomnę, choć tego nie uświadczymy tu tak często jak mogłoby się wydawać. Trochę szkoda tylko, że brzmienie zdaje się bardziej wypolerowane i wyczyszczone z warstwy syfu i brudu - na szczęście sterylna produkcja przy całej tej "miejskiej" konwencji nie boli tak bardzo.

"Rzeczom" to album dłuższy, bardziej zróżnicowany i przy pierwszym kontakcie jakby zwyczajnie ciekawszy od debiutu, choć jak to wpływa na końcową ocenę - o tym nieco później. Na pewno nie można odmówić niemal każdej kompozycji indywidualnego charakteru i po prostu pomysłu na siebie. Pochwalić na pewno muszę rozłożenie utworów: na zasadzie - upraszczając - szybko/wolno, esencjonalny blackmetalowy wygar/wycieczki w kierunku eksperymentów. Muzycznie nadal dominują tu inspiracje Ved Buens Ende/Virus z wyraźnymi eskapadami w stronę środkowego szwedzkiego Shining. Tym razem słyszę tutaj także sporo post-Euronymousowego Mayhem, z tymi charakterystycznymi, futurystycznymi i tnącymi jak żyleta riffami - "Rzeczom", "W godzinie wilka" czy "Bempo" mają w sobie spore znamiona późniejszej twórczości Norwegów. Uprawiana przeze mnie wyliczanka to jednak rzecz raczej do potraktowania w kategorii ciekawostki, bo nie ma ani grama wątpliwości, że gra tu Odraza. 

Wspomniana przeze mnie dynamika ma zastosowanie od samego początku albumu - bezkompromisowy "Schadenfreude" to trafny pomysł na otwarcie, ale już po nim następuje bardziej rozbudowany, wielowątkowy i awangardowy utwór tytułowy, swoją drogą jeden z najlepszych na płycie. Powiem tyle - Blasphemer byłby dumny. Utrzymana w duchu depresyjnego black metalu "Najkrótsza z wieczności" poprzedzana jest hiciarskim "Młotem na małe miasta" z zapadającym w pamięć refrenem, ale i przełamującym konwencję doomowym zwolnieniem w środku. Po zapierdalającym zaś niczym obsługiwany przez pijanego maszynistę tramwaj "Bempo" (przez co nieco monotonnym i jednostajnym) następuje ostatnia już, instrumentalna kompozycja, nieco luźniejsza w wymowie, z dobrymi melodiami i - a jakże! - celticfrostową końcówką. A najlepszy i tak jest "Świt opowiadaczy", z fenomenalnym, emocjonalnym i zawierającym ogromne pokłady blackmetalowej głębi finałem.

Trochę długi tekst wyszedł, ale i płyta całkiem bogata i obfita w różnorodne dźwięki. Moja opinia co do "Rzeczom" nieustannie ewoluuje, przeobraża się i podlega metamorfozom, niewątpliwie jednak album podoba mi się i póki co mam ochotę regularnie go słuchać. Czy przebił debiut - kilka wstępnych odsłuchów kazało mi mówić, że tak. Teraz nie jest to już dla mnie tak jasne. Na pewno okładka jest ładniejsza, hehe. Prawda jest taka, że wyraźna myśl przewodnia jedynki i jakby nieco większa spójność delikatnie przemawia za tamtym albumem oraz zwiększa jego siłę rażenia - choć teksty na "Rzeczom" podobają mi się bardziej. W końcowym rozrachunku nie ma to jednak znaczenia, bo nówka broni się doskonale samodzielnie i nie potrzebuje żadnych kontekstów. Bardzo ładnie, panie Stawrogin i panie Priest, bardzo ładnie. Mówiąc kliszami, powiedziałbym, że dostarczyliście kolejny świetny materiał do upadlania się, ale wcale nie trzeba wysoko procentowych trunków, by cieszyć się "tom rzeczom".


poniedziałek, 4 maja 2020

Recenzja ULCERATE - Stare Into Death and Be Still

Istnieją pewne albumy, z którymi mam tak zażyłą relację, że próba ich recenzowania czy opisywania towarzyszących mi odczuć podczas odsłuchu zwyczajnie mija się z celem. Byłby to bowiem nieustanny zachwyt, będący dla ewentualnego czytelnika niestrawną papką. Ciężko też przelać na papier (ekran) jakieś mocno osobiste przeżycia związane z daną płytą. Musiałbym bowiem wchodzić w takie szczegóły, że w 51 sekundzie tego a tego utworu człowiekowi napływają łzy do oczu, a niekoniecznie ktoś inny musi podzielać takie rozczulanie się. I pewnie domyślasz się, że skoro zaczynam tekst na tę modłę, to musi to dotyczyć i nowego ULCERATE. No i pierwsze spędzone z tą płytą tygodnie na to właśnie wskazują, a póki temat jest jeszcze gorący, szkoda by było czegoś nie napisać. Szansa, że nie wyjdzie mi i wykasuję wszystko w pizdu, jest dość spora. A jeśli mimo wszystko opublikuję coś niezbyt nadającego się do czytania, to serdecznie przepraszam. Co poradzę, że "Stare Into Death and Be Still" jest dziełem niesamowitym i mocno ze mną rezonuje. 


Co warto na wstępie zaznaczyć, to to, że po wydaniu poprzedniego albumu ("Shrines of Paralysis" z 2016 r.) w zasadzie postawiłem już na tym zespole kreskę. Formuła stała się niebezpiecznie przestarzała i zacząłem wręcz rozumieć i podzielać zdanie uważających, że Ulcerate nagrywa wciąż tę samą płytę. Do tego jeszcze to zbite i skomasowane do granic słuchalności brzmienie, brr. Nie ruszyła mnie ta płyta po premierze i - ostatnio sobie do niej wróciłem - nadal mnie w zasadzie nie rusza, co jest w przypadku tego zespołu rzadkością. Tak ze dwa utwory zapadły mi w głowę, reszta w zasadzie ni ziębi ni grzeje. Co jest jednak w tym wszystkim najśmieszniejsze? Otóż w okolicach premiery "Stare Into Death and Be Still" napotkałem się na kilka opinii, jakoby Ulcerate "znowu odgrzewało kotleta i nagrało kolejny identyczny album bez riffów".

Jako randomowy ludek z Internetu, apeluję do tych randomowych ludków z Internetu: wyjmijcie uszy z dupy.

Stała się bowiem rzecz niesłychana: zespół z prawdopodobnie jednym z najbardziej kreatywnych gitarzystów w świecie metalu (perkusistów również) nagrał chyba najlepszą płytę w swojej dyskografii, i mówi to człowiek wielbiący genialne "The Destroyers of All". Płytę tak świeżą, przepełnioną twórczą energią, a do tego tak przepiękną i malowniczą jak tylko przepiękny i malowniczy może być techniczny death metal (?), choć wysunę niekoniecznie śmiałą tezę, że Ulcerate dawno już przedefiniowało znaczenie tego terminu w kontekście własnej twórczości. Płytę, która korzysta ze środków na pierwszy rzut ucha zupełnie niesprzyjających tworzeniu muzyki grającej na strunach czułej ludzkiej duszy, a jednak tak właśnie się dzieje.

Ostrzegałem, że może być niestrawnie.

Najprościej oddać będzie geniusz tego albumu, wspominając o wyczynach p. Michaela Hoggarda na wiośle i bynajmniej nie będą one związane z technicznymi aspektami tego instrumentu (bo się na nich nie znam). To, co ten człowiek wyprawia z gitarą, nie mieści się w moim małym móżdżku. To już nie jest granie riffów, to jest kreowanie malowniczych pejzaży w przypływie boskiego natchnienia. Tu gdzieś przypadkowo uroni się kropla farby, tam jakby niedbale i od niechcenia machnie się pędzlem, a z tego pozornego nieładu i chaosu wyłoni się Piękno i Harmonia. "Stare Into Death and Be Still" to zaskakująco melodyjna płyta, zdecydowanie najbardziej melodyjna w twórczości Ulcerate, ale są to melodie zaiste szlachetne. Bywają one bezpośrednie i podane słuchaczowi na tacy (przewodni riff "Inversion"), bywają subtelnie zaakcentowane i jakby nieśmiało "przemycane" między wierszami ("There is No Horizon"), wreszcie to wyłaniają się z dźwiękowego chaosu i wzburzonych fal (fenomenalna końcówka "Exhale the Ash"). Do tego całość jest wyraźnie prostsza i - co tu dużo mówić - przystępniejsza, co absolutnie nie jest w tym przypadku wadą. Wręcz przeciwnie - to zluzowanie, "uczłowieczenie" muzyki, coś czego mocno brakowało siłowej poprzedniczce, jest najlepszym, co mogło Ulcerate spotkać.

Bo nadal jest to muzyka szalenie pokręcona i INTENSYWNA, choć takich blastów jest tu zauważalnie mniej niż choćby na takim "Vermis". Jest to muzyka intensywna przede wszystkim emocjonalnie, wspaniała pod względem kreowania i dawkowania napięcia, bezbłędnie rozkładająca poszczególne akcenty. Słuchanie tego albumu jest jak nurkowanie i przebywanie pod wodą bez możliwości zaczerpnięcia oddechu. Niepokój rośnie, byś w końcu mógł wynurzyć się i wdychać cudowne powietrze. Ten album jest jak łyk wody po przebiegniętym maratonie. Weźmy znowu "Exhale the Ash", zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na płycie (choć po prawdzie, mógłbym to samo powiedzieć o większości z nich). Moment, w którym Saint-Merat zaczyna grać ten prostolinijny motyw perkusyjny po uprzedniej nawałnicy dysonansów rodem z "Everything is Fire" wyzwala prawdziwe uczucie katharsis i przychodzi po prostu w IDEALNEJ chwili. Takie zresztą fragmenty, w których na bębnach stukane jest, chciałoby się rzec: umpa-umpa, pojawiają się tu częściej i są niesamowicie odświeżające dla twórczości Ulcerate. "Stare Into Death and Be Still" zwyczajnie żyje, oddycha i jest to super sprawa.

Nowością jest tu sporo fragmentów wyjętych rodem z post metalu, a może właściwiej byłoby rzec, że brzmią one inaczej niż na poprzednich materiałach, bo i przecież na nich takie momenty "wyciszenia" i przestrzeni się pojawiały. Tutaj mają one jakby wydźwięk wzięty rodem z gotyckiego rocka i oparte są bardziej na gitarowym "plumkaniu" aniżeli tektonicznemu rzężeniu basu. Mamy tu więc i zwyczajnie więcej treści. Fragmenty te są świetne, szczególnie w najbardziej chyba klimatycznym i smutnym "Visceral Ends". Wyróżnić też muszę pojawiające się tu i ówdzie "solówki", brzmiące zarówno niesamowicie majestatycznie jak i gorzko, jakby zwiastując rychły upadek ludzkości. Te wyjące melodie (końcówka tytułowego utworu!!!) są niczym błagalny jęk i ostateczny zanik wszelkiej nadziei, a zarazem zawierają w sobie nutę nostalgii. Jak widać paleta użytych barw i emocji jest tu bardzo szeroka - to niezmiernie bogaty album, o którym można by pisać i pisać, rozkładać na czynniki pierwsze. 

Wciąż jednak największe wrażenie robią te fragmenty naznaczone perkusyjną nawałnicą, pod którą nieustannie przeobrażają się gitarowe plamy dźwięku, wijące się i miotające we wszystkie strony, by zsumowane stworzyć strumień wspaniałych harmonii. Gitara i bębny uzupełniają się tu skuteczniej niż kiedykolwiek wcześniej, wzajemnie wzmacniając swój wydźwięk. To płyta bez zbędnego elementu, w której każdy trybik ma swoje miejsce i przeznaczenie, nawet w najtrudniejszym do przebrnięcia i rozbudowanym "Drawn Into the Next Void" z finałem nieco na modłę zamykaczy Immolation. A w całej tej kompozycyjnej doskonałości jest jeszcze w stanie poruszyć i zachwycić mnie na dziesiątki sposobów. Zaprawdę bardzo chciałbym podawać konkretne odnośniki, minuty i sekundy poszczególnych kompozycji, żeby lepiej oddać istotę rzeczy, jednak miejsce na to jest raczej nie w recenzji, a w luźniejszej dyskusji na temat albumu.

Dodajmy jeszcze do tego, że "Stare Into Death and Be Still" pod każdym względem wyprodukowany jest znacznie lepiej niż poprzednik, z kapitalnym, wyraźnym, subtelnym, a jednocześnie nie rozmiękczonym brzmieniem gitar, przez co te obłędne melodie mogą zachwycić słuchacza w pełni swego wdzięku.

Naprawdę starałem się i powstrzymywałem się od ckliwych komentarzy, próbując wyskrobać w miarę merytoryczny tekst :D Jak dla mnie - mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem i płytą, o której będzie się mówić jeszcze dłuuuugo, nawet jak na niesamowicie szybki zanik uwagi w dzisiejszych czasach. O tym, że na ten rok jest już rozdane, chyba nie muszę wspominać?