Pokazywanie postów oznaczonych etykietą atmospheric black. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą atmospheric black. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2020

Recenzja YGG - The Last Scald

Ostatnimi czasy sporo wędruję po krainach wschodniej Europy - co prawda odzwierciedla się to jedynie w płynącej z głośników muzyce, bo mój zad chwilowo grzeje duński fotel, ale istotnie pierwsze LP Białorusinów z Ljosazabojstwa podsunęła mi myśl kupna wizy i odwiedzin naszych prawosławnych sąsiadów. Muzyczne podróże to jest to. Po napisaniu tekstu o Drudkh, przypomniał mi się pewien ukraiński zespół, który prawie dziesięć lat temu jakoś tam zaznaczył się na liście prominentnych hord zza wschodniej granicy Bugu. YGG, długo milczący po wydaniu znakomitego debiutu, dosyć niespodziewanie uraczył nas "niedawno" (mój zapłon działa - tradycyjnie - z kilkumiesięcznym opóźnieniem, stąd lipcowa recenzja lutowego albumu...) drugim pełnoprawnym materiałem. Wiem, że co najmniej kilka osób pokładało duże nadzieje, że zespół ten jeszcze pokaże się na scenie. Czy warto było czekać? W gruncie rzeczy otrzymaliśmy kolejny klimatyczny black metalowy album, jakich wiele i w zasadzie nie ma tu żadnych rewolucji. Niektórzy powiedzieliby, że przeważają nuda i wtórność. Jest tu jednak kilka elementów sprawiających, że w moim katalogu "The Last Scald" nie ginie w zalewie mnożących się jak grzyby po deszczu atmospheric black metalowych projektów.


Na 52 minuty muzyki składają się cztery długaśne - jak to w tym gatunku bywa - kompozycje. Nie bez kozery wspomniałem o ekipie Romana Saenki, bo dość oczywistym jest, że stanowi tu ona największą inspirację. Krzywdzącym stwierdzeniem byłoby jednak, iż Ygg rżnie z najbardziej rozpoznawalnego ukraińskiego zespołu i nic więcej się tu nie kryje. Punkt wspólny stanowią ogólne, marzycielskie, utrzymane w duchu natury i morskich podróży nastroje. Styl piłowania strun także bywa momentami podobny, kreujący melancholijną, pełną uniesienia atmosferę. Otwierający album, 17-minutowy kolos "Мертвые Топи" umiejętnie zarysowuje, z czym do czynienia będziemy mieli przez cały obrót krążka. Zagrany na tradycyjnym ludowym instrumencie z rejonów dalekiej Azji (to brzmiące jak odbijająca się od sprężyny kulka to drumla), nieco przydługi wstęp, poprzedza nawałnicę blastów i dość ekstremalnych, brzmiących jak zarzynane zwierzę wokali, którym niedaleko do chociażby wyczynów pana Rainera Landfermanna z dwójki Bethlehem czy innych kapel z nurtu depresyjnego black metalu. Przyznam, że nie jestem fanem tego typu wrzasków (choć struny głosowe Vikernesa uwielbiam), bo przywodzą mi na myśl wizytę w rzeźni i ogólnie rzecz biorąc nie do końca wpasowują się w kształtowaną na albumie dość subtelną i liryczną aurę. Doskonale rozumiem potrzebę skontrastowania "ładnej" muzyki "brzydkimi" wokalami, tu jednak nie do końca mi to zagrało. Do tego - w porównaniu do debiutu - są one umieszczone dość wysoko w miksie i przodują nad instrumentami. Na szczęście na "The Last Scald" gardło zdziera dwóch panów, z czego ten drugi charkocze już bardziej tradycyjnie, na modłę Drudkh właśnie - co niezmiernie mnie cieszy, gdyż wokale Thuriosa dla odmiany uwielbiam.

Nie chciałbym rozwodzić się jednak nad tym zbyt długo i zamiast tego przejść do rzeczy przyjemnych, a jest tu ich sporo. Pochwalić należy zatem ogólną jakość kompozycji, które mimo bycia opartymi - bez większego zaskoczenia - na powtarzających się i przeciąganych patentach, raczej nie nudzą i nie powodują nerwowego zerkania na zegar. Satysfakcjonujące są wplatane tu i ówdzie "dzwoniące" i jakby dobiegające z oddali melodie, z lekka zalatujące Mgłą czy najnowszym Misþyrming. Cieszą momenty, gdy na główny plan wysuwa się mięsisty riff podparty podwójną stopą, po uprzednim zwolnieniu czy wystukanym na tomach fragmencie przejściowym. Intryguje wykorzystanie instrumentarium nietypowego dla muzyki metalowej, wybrzmiewającego przez praktycznie cały czas trwania płyty, lecz bardzo subtelnie i jedynie dla podkreślenia linii melodycznych uskutecznianych przez gitary (nieuważny słuchacz zapewne nie wychwyciłby nawet, że gdzieś to w tle plumka), szczęśliwie nie tworzących niefortunnych skojarzeń z przaśnym folk metalem. Wyróżnia się także gra basisty, który niejednokrotnie - zwłaszcza, gdy panowie zwalniają obroty - raczy słuchacza swoistymi solówkami, bynajmniej nie będącymi surfowaniem po gryfie (Steve DiGiorgio to to nie jest), co zresztą zupełnie kłóciłoby się z przyjętą konwencją. To raczej wwiercające się w korę mózgową hipnotyczne zapętlenia linii basu, stanowiących kontrapunkt dla nostalgicznych brzmień pozostałych instrumentów. Te przywodzące na myśl doom, a czasem wręcz post metal momenty z wychodzącym na pierwszy plan basem są jednym z najsilniejszych aspektów "The Last Scald" i choćby dla nich warto posłuchać omawianego albumu. Jest to doskonale widoczne w drugim i trzecim utworze. Sekcja rytmiczna telegraficznie rzecz biorąc bryluje na tym albumie.

Moim faworytem jest ostatnia kompozycja, "Віса пробудження", z najbardziej wyrazistym i poruszającym motywem przewodnim, a także świetnym, pełnym tęsknoty akustycznym intrem, zarazem z sekundy na sekundę zagęszczającym napięcie, by w końcu pozwolić wybrzmieć esencjonalnemu, atmo-black metalowemu graniu. To jest dokładnie ten sam znajomy riff, który słyszałeś już tyle razy w tej szufladce, a jednak nadal nie masz go dość, bo pasuje jak ulał - szczególnie na zakończenie płyty. Nie jestem pewien, czy dwójka Ygg przebiła debiut, pakuje jednak większą dawkę emocji w bardziej kompaktowym formacie, co osobiście bardzo mi odpowiada. Są tu pewne mankamenty - wspomniana już część wokaliz czy pojawiające się momentami delikatne dłużyzny, w generalnym rozrachunku jednak album angażuje od początku do końca, będąc przede wszystkim ciekawym muzyczno-kompozycyjnie i wcale nie tak oczywistym jak to w tym gatunku bywa. "The Last Scald" nie rzuca wszystkich kart na stół w pierwszym rozdaniu i proponuje pewne nieoklepane rozwiązania, zarazem idące w parze z temperamentem całości. Nie będzie to moja płyta roku, ale jeśli szukasz całkiem nietuzinkowego albumu z klimatycznym black metalem - bingo.

sobota, 11 lipca 2020

DRUDKH - wschodni spadkobierca Burzum i nie tylko

Postawmy sprawę jasno. Naśladowców genialnego projektu Varga Vikernesa jest na scenie metalowej multum. Niemal każdy przedstawiciel klimatycznej odnogi black metalu mniej lub więcej czerpie z Burzum, czy tego chce, czy nie. Wpływ "Hvis Lyset Tar Oss" czy "Filosofem" jest nieoceniony, a jednocześnie bardzu niewielu wykonawcom udało się choć zbliżyć do tego poziomu. Ukraiński DRUDKH, dość enigmatyczny i skryty w cieniu zespół, pierwszymi czterema albumami - moim skromnym zdaniem - na stałe zapisał się już w kanonie absolutnej black metalowej klasyki. Nie tylko doskonale czerpią z pozostawionej w latach 90 spuścizny Burzum, ale i kontynuują tradycję, wzbogacając ją o porządną dawkę melodyki oraz pierwiastka ludowego charakterystycznego dla wschodniej granicy Bugu. Horda Romana Saenki do dziś pozostaje znaczącym graczem na scenie atmospheric black metalowej, inspirując rzesze zespołów parających się tzw. klimaceniem, choć jak dla mnie znamiona geniuszu kończą się na "Blood in Our Wells". Nie zmienia to faktu, że cztery świetne, omawiane dzisiaj płyty, każda z unikalnym i niepowtarzalnym charakterem, to obowiązek na półce każdego słuchacza black metalu.


Wspomnę tylko na wszelki wypadek, że wolałbym uniknąć jakichkolwiek dyskusji zabarwionych politycznie, np. w kontekście umieszczenia fotografii Bandery we wkładce "Blood in Our Wells". Nie to jest celem tego tekstu i nie zamierzam angażować się w przepychanki na ten temat. Sam zespół zresztą deklaruje, że nie wspiera jakichkolwiek ekstremalnych ideologii. Skupmy się na świetnej muzyce, a tymczasem życzę ci, Drogi Czytelniku, miłej lektury!

2003 - Forgotten Legends / 2004 - Autumn Aurora

To właśnie dwa pierwsze albumy są w najprostszej linii kontynuacją ścieżki wytyczonej przez Burzum. Zestawiam oba te wydawnictwa ze sobą, bo mimo że istnieją pewne istotne różnice pomiędzy nimi, to jest i jeden cholernie ważny punkt wspólny. "Forgotten Legends" i "Autumn Aurora" to materiały przesiąknięte wręcz duchem natury, zmieniających się pór roku i towarzyszącej im magicznej atmosfery. To odgłosy uderzającego o glebę deszczu, smagającego korony drzew wiatru, wreszcie pierwszego zimowego śniegu. To przepiękne, ale i groźne lasy, a także monumentalne, białe górskie szczyty. Owszem, ta spirytualistyczna więź z przyrodą była w mniejszym lub większym stopniu istotną częścią składową black metalu drugiej fali, zwłaszcza tego norweskiego, ale Drudkh wzniósł ten aspekt na wyżyny, do dzisiaj pozostając praktycznie bezkonkurencyjnym w kwestii zanurzenia słuchacza w cudownej atmosferze niezmiennego cyklu natury ("Eternal Turn of Wheel"). Stymulująco na wyobraźnię działa też pewna doza tajemnicy otaczająca oba te wydawnictwa - nie ma żadnych zdjęć przedstawiających skład zespołu, teksty zaś nigdy nie zostały opublikowane.



Debiut Ukraińców, "Forgotten Legends", stanowi klarowny przykład doskonałego wykorzystania formuły Burzum, u podstaw której leżą oczywiście prostota i minimalizm. Kojąca monotonia i powtarzalność przewijających się motywów decyduje, że jest to zdecydowanie album przeznaczony do chłonięcia całym sobą. Głębia osiągnięta w zasadzie poprzez dwa, trzy riffy składające się na każdą z trzech znajdujących się tu kompozycji (wyłączywszy outro będące jedynie odgłosami deszczu i burzy) jest po prostu niesamowita i sprawia, że łatwo zatracić się w tych dźwiękach. Nieskomplikowana, zapętlona perkusja, hipnotyzująca słuchacza praca gitar i, w porównaniu do "Autumn Aurora", dość mocno wysunięte w miksie i agresywne wokale (choć nie pojawiające się zbyt często) - to wszystko, co składa się na geniusz "Forgotten Legends". To idealny album na wycofanie się, zwolnienie, chwilę zadumy i wycieczkę do nieskażonego cywilizacją świata. Ciężko wskazywać tu na utwory lepsze i gorsze. 16-minutowy, majestatyczny "False Dawn" to w zasadzie podsumowanie, o co biega na tej płycie. "Forests in Fire and Gold" wyróżnia się fenomenalnym, zapadającym w pamięć motywem przewodnim oraz będącą chwilowym przełamaniem konwencji solówką na basie. Zaś "Eternal Turn of Wheel", początkowo wściekły i przepełniony blastami na modłę tytułowego z HTLO, w końcowych minutach przeradza się we wspaniały, klimatyczny utwór, spowity zamgloną aurą wrześniowego poranka. Chciałoby się, aby ostatni fragment trwał w nieskończoność. Nie da się wiele napisać o "Forgotten Legends". To jeden z tych albumów, które są zawsze na podorędziu, gdy mam po dziurki w nosie zastanej rzeczywistości. Eskapizm w czystej postaci. Dodajmy, że świetnie się do tego zasypia, podobno zresztą jak do siostrzanej następczyni.


"Autumn Aurora", bo o tym albumie mowa, to dla wielu "ten" album Drudkh. Choć nie jest tak oszczędny w środkach i minimalistyczny jak poprzednik, to nadal nie należy spodziewać się tu fajerwerków i wystrzelonych jazd po gryfie. Na szczęście. Ukraińcy wzbogacają przepis na swoją muzykę o okazjonalne, współpracujące z gitarami syntezatory w tle oraz pojawiające się gdzieniegdzie solówki. Do tego (gościnnie występujący także na poprzednim albumie) bębniarz Yury Sinitsky dość mocno urozmaica miejscami swoją grę, kusząc się nawet o zahaczającą o jazz rytmikę, co o dziwo pasuje i nadaje kolorytu całości. Jest to zdecydowanie najbardziej łagodny spośród opisywanych dzisiaj albumów Drudkh. Nie uświadczysz tu szybkich temp ani jakichkolwiek fragmentów mogących być opisane jako agresywne czy nienawistne. Zawarte tu kompozycje są wycofane, stonowane, wręcz ambientowe w swojej naturze. Jeżeli miałbym zwięźle opisać ten album, powiedziałbym że jest to przepuszczone przez filtr "Filosofem", obdarte z syfu i hałaśliwego zgrzytu przesterowanych gitar. Przeciwnie - to bardzo ładny, a momentami wręcz optymistycznie brzmiący album ("Sunwheel"). Jeżeli nie akceptujesz swojego black metalu w innej formie niż określonej przez "Under a Funeral Moon", możesz mieć problem z "Autumn Aurora". Dla mnie nie ma to znaczenia, bo chłonę bez słowa sprzeciwu wykreowaną tu atmosferę. Zawarte na drugim albumie Ukraińców nastroje są bardziej zróżnicowane niż na debiucie. Każdy utwór reprezentuje poszczególną porę roku, a im dalej w las, tym więcej śniegu. Wieńczący album, oparty na zapętlonej melodii, "The First Snow" to jeden z najbardziej sugestywnych i malowniczych utworów jakie znam - wszystko to wykreowane jedynie za pomocą klawiszy i gitary! - zaś poprzedzający go "Wind of the Night Forests", z REWELACYJNYM, cholernie nostalgicznym, powracającym kilkukrotnie motywem wiodącym (i ta perkusja!!!) i spektakularną, przebojową wręcz solówką to według mnie najlepsza kompozycja w historii tego zespołu. W swojej klasie "Autumn Aurora" to album bezbłędny i wzorcowy - myślę, że wystarczy po prostu nie być zakutym black metalowym łbem, by docenić jego wartość. Może i miękkie, ale ponownie - cudownie zabierające człowieka w inny, wyidealizowany świat.

2005 - The Swan Road / 2006 - Blood in Our Wells

Wydana rok później, trzecia płyta w dyskografii Drudkh, "The Swan Road", przynosi pewne zmiany w muzyce zespołu, który niewątpliwie nadal pozostaje jednak wierny swym korzeniom. Tak jak poprzednio, zestawiam ze sobą dwa albumy posiadające pewne istotne cechy wspólne. Otóż tym razem nacisk i ciężar emocjonalny przeniesiony zostaje na przedstawienie wizji romantycznej Ukrainy, hołd własnej ojczyźnie. Uwydatnione zostają pierwiastki folkowe, elementy tradycyjnej muzyki ludowej przemycane są zarówno w liniach melodycznych gitar, jak i bezpośrednio w formie sampli. Po raz pierwszy poznajemy teksty, napisane w ojczystym języku i w przeważającej części będące zaczerpnięte z twórczości Tarasa Szewczenki, narodowego wieszcza Ukrainy (odpowiednik naszego Mickiewicza). Trójka i czwórka Drudkh przepełnione są podniosłą aurą, momentami przechodzącą w nastroje wręcz pompatyczne - jednak nigdy pretensjonalne i nadęte. Największy postęp w stosunku do poprzedniczek dokonał się w kwestii wokali - mimo bycia tylko i aż black metalowym charkotem, są one silnie nacechowane emocjonalnie, charyzmatyczne, a artykulacja poszczególnych fraz nie pozostawia wątpliwości, że ból i żal jest autentyczny. Ponadto w samej muzyce dzieje się nieco więcej, jest znacznie bardziej dynamiczna i żywiołowa, silniejsza pod kątem przekazu, nieco mniej powtarzalna, choć kompozycje nadal złożone są zwykle z maksymalnie dwóch, trzech powracających motywów. Warto też zwrócić uwagę na znaczne zagęszczenie solówek - te pojawiają się w niemal każdym utworze, i choć nie jest to rozwiązanie typowe dla black metalu, to w konwencję Drudkh wpasowuje się doskonale. To albumy bardzo namiętne i wybuchowe, goniące za idyllyczną krainą złotowłosych stepów skąpanych w prażącym słońcu, z drugiej strony opowiadające tragedię prostego ludu. Romantyzm jak się patrzy.


"The Swan Road" to chyba najmniej doceniona z najlepszych płyt Drudkh, a choć powody tego stanu rzeczy są w pewnym stopniu dla mnie zrozumiałe, to i tak uważam, że album ten zasługuje na znacznie więcej miłości. Największym szokiem i potencjalnym mankamentem jest brzmienie - zdecydowanie bardziej szorstkie, surowe, do tego dosyć płaskie i "bzyczące". Sama muzyka również zatraciła sporo na harmonii i czystości poprzednich płyt - jest bardziej hałaśliwa, agresywna, co najbardziej wyraża się w wysuniętych do przodu, zachrypionych wokalach, które nie pełnią już tylko roli wypełniacza w tle, jak to działo się choćby na "Autumn Aurora". Powracają też nie występujące na poprzedniej płycie blasty. Największym atutem "The Swan Road" jest potężna dawka zaklętych w dźwiękach emocji, wylewająca się szczerość i autentyzm przekazu oraz przemycenie lokalnej melodyki po prostu przy pomocy gitar - doskonały dowód, że nie trzeba milionów lutni, srutni i piszczałek, by grać przesiąknięty folkiem, obdarty z cepeliowskiej tandety metal. Mnie szczególnie chwytają za serce fragmenty grane w średnich tempach, podkreślone i akcentowane w charakterystyczny sposób nabijanymi perkusyjnymi ride'ami. Praca gitar jest iście mistrzowska i dotknięta iskrą bożą - niektóre riffy w tak ekspresyjny sposób oddają wrażenie tęsknoty za czymś nieuchwytnym, pogoń za czymś nieodwracalnie utraconym, że dorównują pod tym względem najlepszej poezji. Pod tym względem dwa ostatnie metalowe utwory - "The Price of Freedom" oraz "Fate" - to absolutna czołówka w twórczości Drudkh i muzyka, przy której zawsze krew goreje. Można mówić co się chce, ale ci ludzie kochają Ukrainę całym sercem i wyraźnie komunikują to swą muzyką. Fenomenalne są też wspomniane w poprzednim paragrafie sola - raz szalejące niczym tornado jak w "Eternal Sun", innym razem nieśpiesznie płynące i delikatne, wrażliwe, acz nie ckliwe, jak w "Fate". Ciekawostkę stanowi ostatni na płycie "Song of Sich Destruction", nagranie tradycyjnej ukraińskiej piosenki ludowej. Niewątpliwie jest to rzecz piękna na swój sposób, choć czasem mam wrażenie, że to taka zbędna druga kropka nad i, bez której album nie straciłby na sile rażenia. Pokuszę się o twierdzenie, że to najlepszy album Drudkh - a przynajmniej ten, do którego wracam najczęściej, choć na pewno nie zapowiadało się na tym przy pierwszym odsłuchu. Zapewnia mi najwięcej intensywnych doznań (ach, ta moja wrażliwa dusza), a to o emocje rozchodzi się w muzyce, o nic innego.


"Blood in Our Wells" to podsumowanie i dopełnienie tego folkowego okresu twórczości Drudkh. To album potężny, majestatyczny, monumentalny, uderzający słuchacza z siłą młota. Kompozycje obracają się w okolicach 10 minut, by muzyka Drudkh mogła oddziaływać w pełni swojej podniosłości. Zawarte tu cztery główne utwory to wręcz utwory-hymny. Znacznej poprawie uległa produkcja - brzmienie jest masywne, wyraziste i dosadnie podkreślające każde uderzenie bębna. Wszechobecny patos uwydatniany jest użyciem syntezatorów, momentami nadającymi muzyce wręcz orkiestralny i symfoniczny charakter. Wiem, że może to przywoływać niestrawne skojarzenia, zapewniam jednak, że Drudkh na swojej czwartej płycie korzysta z tych elementów z umiarem. Podstawę nadal stanowi fenomenalna praca gitar i oparcie kompozycji o wyraźny, powracający motyw przewodni. Pod względem panujących nastrojów wciąż dominuje aura przepełniająca "The Swan Road" - z tym że więcej jest tu momentów przywodzących na myśl triumf, przezwyciężenie porażki, nadzieję. Zwycięskie melodie syntezatorów w połowie "Furrows of Gods" składają się na mój ulubiony fragment płyty, gdzie pompatyczność sięga zenitu, po to by za chwilę ustąpić znacznie bardziej gorzkiej i wyrażającej codzienny znój oraz wieczną tułaczkę melodię - bardzo sugestywne przełożenie naturalistycznej okładki tej płyty na dźwięki. Żelazne, momentami wręcz marszowe w swej konsekwencji uderzenia w bębny dobitnie zarysowują potęgę drzemiącą w tej muzyce, czego przykładem są choćby końcowe minuty "Eternity". Drobnym mankamentem mogą być pojawiające się momentami dłużyzny - tak ze dwóm utworom nie zaszkodziłiby wycięcie tej minutki. Jest to jednak drobny przytyk. "Blood in Our Wells" to pierwsza płyta Drudkh, która mnie zachwyciła - ujęła mnie tym monumentalizmem właśnie, namacalną mocą bijącą z każdej nuty, a jednocześnie oddaniem utrapienia walczącego o swoje miejsce na świecie ludu. Na pewno jest to konkluzja pewnego etapu, dojście do muru, za którym mogłyby już pojawić się znamiona śmieszności, tu jednak Ukraińcy wybrnęli bezbłędnie i nie przekroczyli granicy dobrego smaku.

I to by było na tyle. Niektóre z późniejszych albumów znam, jednak nic nigdy nie zachęciło mnie, by poznać je lepiej. Czegoś zabrakło. Nie zmienia to faktu, że cztery TAKIE płyty to ogromne osiągnięcie, w moim mniemaniu stawiające Drudkh w panteonie najlepszych zespołów black metalowych. A może popełniam srogi błąd, nie doceniając późniejszych materiałów? Dajcie znać co myślicie, która z płyt jest waszym zdaniem warta nadrobienia, a także którą lubicie najbardziej. Tymczasem do rychłego zobaczenia, bo chwilę za wschodnią granicą posiedzimy - w planach mam tekst o Hate Forest, drugim projekcie Romana i Thuriosa, a także recenzję drugiego, długo wyczekiwanego albumu Ygg. Potem zaś przenosimy się na Białoruś - jeśli siedzicie we (względnym) death metalowym podziemiu, pewnie wiecie, jaką płytę mam na myśli. To jednak za parę dni, a teraz dzięki za dotrwanie do końca i oczywiście zachęcam do zakręcenia DRUDKH w odtwarzaczu!

czwartek, 31 października 2019

Recenzja BEKËTH NEXËHMÜ - De svarta riterna

BEKËTH NEXËHMÜ - De svarta riterna

Nie dajcie się zwieść przedziwnej nazwie zespołu ani temu, że praktycznie cała jego dyskografia to demówki. To nie jest kolejny chujowy podziemny black metal wydany na kasecie limitowanej do 10 sztuk. To prawdziwa perła, i naprawdę nie trzeba daleko szukać, by się do niej dokopać. 



De svarta riterna to 48 minut improwizowanego(?) atmosferycznego black metalu. Jeśli ten myk z improwizacją jest prawdą, to chylę czoła, bo zawarta tu muzyka jest na naprawdę wysokim poziomie. Dźwięki te przywołują na myśl skojarzenia typowe dla gatunku - zima, smalący w twarz wicher i ledwo widoczna sylwetka gdzieś w oddali, próbująca przetrwać nawałnicę. Klimat jest tu naprawdę przepotężny i idealnie wręcz trafia w jakiś czuły punkt mojej duszy - nie aż tak jak Burzum, ale jest blisko. To eskapizm w najczystszej postaci, portal do jakiegoś innego wymiaru, gdzie można dać się ponieść tej wędrówce. Mimo, że jest to momentami całkiem intensywne i niesione opętańczymi wrzaskami gdzieś z oddali, to oczywiście nie o agresję tutaj chodzi. Trzeba się w to po prostu zanurzyć i chłonąć całym sobą - puszczone w tle działa, ale nie ma większego sensu.

Te "zimowe" skojarzenia tworzone są przede wszystkim przez udział świdrujących, chaotycznych, acz często też chwytających za serce riffów. Połączenie brzydoty i piękna - jak to zwykle bywa - daje kapitalny efekt. Brzmienie gitary jest chropowate i surowe, ale czytelne. Wiosła grają tutaj bardzo charakterystyczne dysonanse, typowe dla współczesnego oblicza gatunku, lecz ich celem nie jest wywołanie dyskomfortu słuchacza(co rzecz jasna nie byłoby wadą). Chodzi tu raczej o oddanie tej próbującej cię zabić zamieci - podpowiadając ci jednak, że śmierć w majestatycznych, ośnieżonych górskich szczytach nie musi być taka zła. Sprawdźcie sobie początek "Hels Frusna Nejder" i w mig zrozumiecie, o co chodzi. Niektóre z zawartych tu motywów to absolutnie szczytowe osiągnięcia, jeśli chodzi o klimatyczny black metal. Zapadają w pamięć niemal od razu, ale nawet za dziesiątym odsłuchem niesamowicie cieszą.

Wydźwięku całości dopełniają brzmiące momentami w tle syntezatory, współpracując z gitarami i tworząc ścianę dźwięku, której nie powstydziłby się Emperor. Nie jest to jednak symfoniczno-pompatyczne, a zdecydowanie bardziej wyważone i stonowane. No i ambient, moi drodzy, ambient, czym byłoby takie wydawnictwo bez plumkających przerywników? W zasadzie w tym przypadku jest to trochę więcej niż intro i outro, bo część ambientowa wypełnia całkiem pokaźną część materiału. Na szczęście nie dłuży się i nie nuży, a na brzdękającym na drugim planie basie idzie zawiesić ucho. Te momenty wyciszenia tylko podkreślają to, co nadejdzie po nich i wzmacniają wydźwięk fragmentów metalowych. Muszę też pochwalić grę na perkusji, bo nie ogranicza się ona tutaj jedynie do nieustannego blastowania. Wręcz przeciwnie - jest w co się wsłuchać. Akcenty na talerzach robią tu robotę, a bezlitosne przejścia tylko zagęszczają muzykę, nie pozostawiając pustej przestrzeni będącej polem do manewru dla wkradającej się nudy.

Ciężko mówić o tej muzyce bez uciekania w pozamuzyczne opisy czy skojarzenia, więc na tym już zakończmy. Polecam po prostu wygospodarować wolną godzinkę i wybrać się w podróż do alternatywnego świata. Nie będzie ona wymagająca, ale na tę wydeptaną ścieżkę będziecie chcieli wracać i wracać.

piątek, 11 października 2019

Recenzja BLUT AUS NORD - Hallucinogen

BLUT AUS NORD - Hallucinogen

To, że Blut aus Nord ma bogatą i różnorodną dyskografię wie każdy, kto choć trochę czasu poświęcił temu projektowi. Nie będę zresztą się powtarzał, bo temat ten omówiłem już w dwóch wpisach jakiś czas temu, do lektury których serdecznie zachęcam :) 

To w zasadzie jeden z zespołów mojego życia, więc premiera nowego albumu nie mogła przejść mi koło nosa. Przyznam jednak, że po wydanym dwa lata temu "Deus Salutis Meae" miałem pewne obawy - wszak album ten sprawiał wrażenie jedynie recyklingu starych i znanych już patentów. Vindsval chyba sam dobrze zdał sobie sprawę, że z mroczno-industrialnej twarzy swojego dziecka nie wydobędzie już nic przełomowego czy chociaż kreatywnego - zresztą kojarzę post na FB sprzed paru miesięcy, w którym było coś o "nowej drodze". "Hallucinogen" faktycznie zdaje się otwierać nową furtkę w katalogu BaN, bo w takim stylu jeszcze panowie nie jechali. A i przyznam, że obrania takiej ścieżki się nie spodziewałem. Bynajmniej nie jestem rozczarowany!


Co my tu mamy? W najprostszym ujęciu sprawy jest to duchowy spadkobierca "Memoria Vetusta II", acz zdecydowanie mniej leśno-pogański, zaś bardziej mistyczny i rozmarzony. Black metalu w tradycyjnym sensie tego pojęcia jest tu mało - najwięcej w samej strukturze utworów, która zostaje hipnotyczna i transowa. Sprawa generalnie ma się tak, że jest tu sporo autocytatów, kilka zagrywek jest podejrzanie znajomych, a jednocześnie Blut aus Nord nigdy w ten sposób nie grał. Całość jest zaskakująco wręcz świeża i pełna życia. Tak, to zdecydowanie najbardziej "normalna" płyta zespołu i najbardziej ze wszystkich czuć na niej dzieło ludzkich rąk. To zasługa nie tylko analogowej perkusji(zastosowanej dopiero po raz drugi, jeśli patrzeć na długograje), ale i kapitalnej dynamiki riffowania. W zasadzie po raz pierwszy ktoś mógłby mi powiedzieć, że płytę nagrało czterech kolesi stanowiących zespół i bym w to uwierzył. To także pierwszy raz, kiedy BaN tak bardzo zbliżył się do klasyki gatunku - dużo jest tu zagrywek utrzymanych w duchu heavy metalu, solówki są przebojowe i zagrane z aroganckim wigorem(jakże typowym dla lat 70 i 80), ale co ciekawe, jest tu też sporo progresywnego thrashu spod znaku Coronera czy Voivod. Gitarowo jest to bardzo urozmaicona płyta, czerpiąca garściami z różnych źródeł. Vindsval chciał chyba zresztą to podkreślić, bo przeważająca część materiału jest instrumentalna - w tle wybrzmiewają tylko chórki(dobrze znane z poprzednich albumów), które jednak współgrają i zlewają się z resztą.

Koncept zdaje się obracać wokół grzybowych wycieczek tu i tam(wspaniała okładka!). To, czy muzyka współgra z tą wizją(a przynajmniej jej stereotypową wersją), jest już kwestią dyskusyjną. Ja odbieram "Hallucinogen" jako bardzo rozmarzony, lekki album. Ma on dla mnie wręcz optymistyczny wydźwięk i pozytywnie nastraja mnie do życia. Na szczęście nie jest to rzecz rozwodniona i bez pazura, a im dalej w las, tym więcej grzybów - druga połowa albumu zdaje się zapowiadać powolny zjazd, a w ostatnim utworze ekstaza zastąpiona jest goryczą. Bardzo fajnie skonstruowana jest ta płyta - kolejność utworów idealnie oddaje tę dynamikę: na początku jest super, ale potem do umysłu wkraczają mroczniejsze, niepokojące myśli. Wyróżniłbym przede wszystkim "Sybelius" za genialny flow i najbardziej chwytliwe motywy na płycie, "Mahagma" za natchnioną i pełną uniesienia atmosferę i "Hallucinahlia" za psychodeliczne wjazdy na gitarach, ale słabego utworu tu nie uświadczycie. Jest tu też trochę ambientów, momentów wyciszenia, plumkania, lecz są to fragmenty dobrze wyważone i nie rozwleczone. 

Co najpiękniejsze, słuchając "Hallucinogen", autentycznie czuję, że artysta miał radość z tworzenia tej muzyki. Czuję otwarty umysł, wolność i ocean niezliczonych możliwości. Nie jest to epokowe dzieło, ale jest niewymuszone i przepełnione kreatywną energią. Vindsval tu i ówdzie puszcza oczko do swoich starych materiałów(przede wszystkim do wspomnianej już MV II), ale całościowo serwuje słuchaczowi solidny powiew świeżości. Z pozycji laika, który takiego niebiańskiego klimacenia na codzień nie słucha, jest to rzecz co najmniej bardzo dobra. Kto wie, może jest to wtórne i odtwórcze? Tak czy inaczej, mam solidnego banana na twarzy, gdy zarzucam "Hallucinogen" na słuchawki, a co najlepsze, album rozsądnie dawkuje przebojowość i nie rzuca od razu wszystkich kart na stół, dzięki czemu nie obawiam się o jego żywotność. 


niedziela, 29 września 2019

Dlaczego BLUT AUS NORD wspaniałym zespołem(zespołem?) jest. Część druga


Dlaczego Blut aus Nord wspaniałym zespolem jest? Część druga

Wiecie co? W przerwie między tą częścią a poprzednią zdążyłem nieco osłuchać się z “Hallucinogen”, najnowszym wypustem niniejszego projektu. I siłą rzeczy, lista musi urosnąć do 7 pozycji... co poradzę? “Nie chcem, ale muszem!”...

Lecimy jednak po kolei.

2006 - MorT



Pierwsza dekada obecnego stulecia to w dyskografii BaN niemal całkowita dominacja mechanicznej i odhumanizowanej muzyki, mającej dużo wspólnego z industrialem. Tradycyjny black metal poszedł w odstawkę, rozpoczęła się era eksperymentowania. “MorT” stanowi apogeum tych poszukiwań i dla kogoś, kto niewiele zapuszczał się poza rejony muzyki metalowej może stanowić wielkie awangardowe dzieło. Mamy tu do czynienia z utworami opatrzonymi bardzo luźną formą, pozornie bez żadnej struktury, ładu i składu. Muzycznie zaś jest to rozwinięcie wątków zapoczątkowanych na „The Work Which Transforms God” i następującej po niej epce. Nie uświadczycie tu klasycznie rozumianych riffów, jest za to dryfowanie po bezkresnych oceanach gitarowych sprzężeń, dysonansów i pojedynczych pociągnięć za struny. Do tego totalnie niezrozumiałe wokale, często przepuszczone przez przester, i stukający w nieregularnym rytmie automat perkusyjny. Tworzy to niezły surrealistyczny klimat. To płyta ciekawa, ale nie za bardzo wiem, kto i w jakich okolicznościach miałby jej słuchać. Dla ortodoksyjnego metalowca jest zbyt „nienormalna”, dla kogoś poszukującego prawdziwego eksperymentu – mimo wszystko zbyt bezpieczna i zachowawcza. Bo po oswojeniu się z nietypową formą zaprezentowanych tu utworów, okazuje się, że są one całkiem przystępne, że czasem nawet jest na czym zawiesić ucho, a po piątym odsłuchu wyłania się tu nawet pewien porządek. Tak czy inaczej, musiałem uwzględnić tę pozycję, bo jest po prostu dość wyróżniająca się. Ale żeby tego słuchać? Tak średnio.

Najlepszy utwór: wszystkie. I żaden. „V” miał najbardziej chwytliwe motywy, z tego co kojarzę.

2009 – Memoria Vetusta II: Dialogue with the Stars


Vindsval postanawia po latach powrócić do pierwotnej, “leśnej” formuły zespołu. Nie tak łatwo jednak wyzbyć się wpływów tego, co grało się przez jakieś 10 lat, o nie. W rezultacie powstaje coś, co – naturalnie – jest kontynuacją pierwszej „Memorii Vetusty” w połączeniu z „Odinist”, najbardziej tradycyjną(tj. skonwencjonalizowaną pod względem formy) płytą okresu eksperymentalnego. Generalnie jednak, wracamy na łono natury, by – zgodnie z tytułem – wpatrywać się w gwiazdy. Bo jest to album bardzo transcendentalny, pozwalający wznieść się w powietrze, przepełniony magią i rzeczywiście taki „astralny”. Niektóre z zawartych tu melodii jest naprawdę niesamowitych, zupełnie nie z tego świata. Słucha się tego naprawdę lekko – posunąłbym się do stwierdzenia, że to najbardziej relaksacyjno-kontemplacyjna płyta tego zespołu. Melodyjna, podparta licznymi chórkami i klawiszami, ale bez takiej charakterystycznej przaśności, znanej choćby z płyt wczesnego Satyricon. Są szyszki, ale nie ma wiochy. Pojawia się też trochę surowizny i nieoczywistych zagrywek, będących – jak już wspomniałem – rezultatem ścieżki, jaką podążał zespół przez lata. Ogólnie – jedno ze szczytowych osiągnięć atmosferycznej odmiany black metalu i płyta, przy której naprawdę można zapomnieć o rzeczywistym, często niefajnym świecie. Taki portal do sennego świata marzeń, przynajmniej dla mnie.

Najlepszy utwór: Disciple’s Liberation(Lost in the Nine Worlds). I dający najlepszy pogląd na to, jak brzmi cała płyta.

2012 – 777 – Cosmosophy


Dwie pierwsze pozycje w „siódemkowej trylogii” traktuję raczej w ramach ciekawostki do okazjonalnego odsłuchu – to solidne rzemiosło, któremu jednak brakuje boskiej interwencji. Każda kolejna próbuje odejść nieco od rdzenia black metalowej muzyki, jednak czynią to zbyt zachowawczo, boją się podjąć zdecydowanego kroku. Na „Cosmosophy” w końcu Vindsval wyzwolił się z oków wypracowanego stylu i rzucił się na nieznane wody. Powstał album znowuż bardzo atmosferyczny, zabierający słuchacza w podobne rejony co opisywana powyżej „Memoria Vetusta II”, osiągając to jednak przy pomocy dość odmiennych środków. Płyta to senna, leniwa, nigdzie się nie spiesząca – perkusyjne beaty osiągają co najwyżej średnie tempo. Gitary piłują w charakterystycznym dla tego projektu stylu, a w tle pobrzmiewają – w jeszcze większej dawce niż zwykle – klawisze, nadające całości takiego „niebiańskiego” tonu. Vindsval postanowił zaś pośpiewać i wychodzi mu to dość nieporadnie, acz wpasowuje się w konwencję. Utwory są długie, transowe i hipnotyczne, zbudowane trochę na modłę post rocka/metalu – długo zajmuje im rozkręcenie się, acz zmierzają do satysfakcjonującej i emocjonującej kulminacji. Malkontenci powiedzą, że „Cosmosophy” to rzecz rozwodniona i bez pazura, moim zdaniem zaś to bardzo udany album, nie licząc jednego fragmentu, w którym mamy do czynienia z czymś w rodzaju francuskiego rapu. Nie to, że nie lubię francuskiego rapu, ale pasuje on tu trochę jak pięść do nosa.  

Najlepszy utwór: „Epitome XVI” – i chyba jedyny, w którym zachowały się jakieś strzępy black metalu.

2019 – Hallucinogen


Za tę listę zabierałem się od dość długiego czasu, i szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że znajdzie się na niej coś z ostatnich lat. Prawdę mówiąc, po wydaniu dość przeciętnego „Deus Salutis Mae” w 2017 zacząłem powoli spisywać ten projekt na straty i mówić, że nic przełomowego się już w tych rejonach nie wydarzy. I w sumie miałem rację, bo „Hallucinogen” wielkim przełomem nie jest. Jest za to bardzo solidnym odświeżeniem formuły, a zarazem wpuszczeniem świeżego powietrza w nieco już być może skostniałą muzykę zespołu. No i łączy w sobie najlepsze cechy „MV II” i „Cosmosophy”, więc musi być dobry, nie?

O tym jednak w pełnoprawnej recenzji, która – mam nadzieję – pojawi się już na dniach. A tymczasem dzięki za pozostanie ze mną do końca. Te siedem albumów jest odpowiedzią na postawione w tytule posta pytanie. A w ogóle co Ty tu jeszcze robisz?! Masz tyle dobrej muzyki do nadrobienia, sio!

niedziela, 22 września 2019

Dlaczego BLUT AUS NORD wspaniałym zespołem(zespołem?) jest

Często zachwycam się francuską sceną black metalową. Trzeba jednak zauważyć, że ta ma dwa oblicza. Jedno melodyjne, utrzymane w duchu średniowiecza - a więc syf, kiła i czarna śmierć(peste nua, wiadomo), do tego nutka nacjonalistycznego zacięcia. Ja zwykle mam na myśli tę drugą stronę, mroczniejszą i odhumanizowaną. Chodzi mi o takie hordy, jak Aosoth, Deathspell Omega, Spektr czy wreszcie bohater dzisiejszego wpisu, Blut aus Nord. 

Lecz BaN twarz ma niejedną i to jest w tym projekcie najlepsze. Mówię projekcie, bo tworu tego nigdy na żywo nie widziano(a przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo), a poza mastermindem Vindsvalem - śmiem wątpić, że ktokolwiek tam jeszcze ciągnie za sznurki, mimo że pewne źródła mówią inaczej. Przejdźmy jednak do rzeczy. Blut aus Nord wspaniałe jest, bo po pierwsze zajebiście mi się słucha wielu płyt z całkiem pokaźnej dyskografii, a po drugie dyskografia ta jest tak zajebiście zróżnicowana i bogata, że w tym poście(rozbitym na dwie części, nadmieńmy) zmuszony jestem pozachwycać się aż nad sześcioma(!) pozycjami. Przez te 25 lat funkcjonowania Vindsval i jego wyimaginowani przyjaciele flirtowali z wieloma nurtami czarnej sztuki, często zapuszczając się jednak poza hermetyczne rejony gatunku. I za to cześć i chwała. Jedziemy.

1995 - Ultima Thulee



"Ultima Thulee" jest po prostu podręcznikową definicją debiutanckiego albumu. To rzecz miejscami tak nieporadna, tak rozpadająca się w szwach, a jednocześnie mająca w sobie tyle uroku i młodzieńczego wigoru, że nie potrafię jej zwyczajnie nie kochać. Rzecz ma się tak. 15-letni(!) Vindsval zafascynowany jest zimowymi krajobrazami, nordycką mitologią, no i co dla nas najważniejsze, muzyką Burzum. Zgodnie z najlepszymi wzorcami, nagrywa gitary chujowym mikrofonem, nie stać go na garowego, więc programuje gary samemu, a do tej mieszanki dodaje ambientowe przerywniki brzmiące momentami jak grudniowe kolędy. Efekt? Jeden z najlepszych debiutów, a zarazem moim zdaniem najwspanialsza fuzja black metalu i dungeon synthu(nie licząc oczywiście wspomnianego już Burzum). No i perfekcyjne wręcz zgranie ogólnego konceptu(w tym okładki) z muzyką. Lodowaty chłód, zamieć, napierdalający po ryju śnieg, ty kroczący przez półmetrowe zaspy. Uwielbiam.

Najlepszy utwór: no "cienszka" sprawa, ale niech będzie "The Plain of Ida".

PS: ostatnie minuty ostatniego utworu - disco music jak się patrzy!

1996 - Memoria Vetusta I - Fathers of the Icy Age


Dobra. Koniec żartów. Tym razem na warsztat bierzemy, bo ja wiem, wczesne Bathory i Immortal? Dodajemy też szczyptę własnego charakteru, jakiś taki industrialno-chłodny, niepokojący pierwiastek, będący poniekąd zapowiedzią późniejszego kierunku. Rezultat jest taki, że powstaje album, przynajmniej dla mnie, ponadczasowy. Ale po kolei. Minął jedynie rok, a progres jest przepotężny. Utwory mają znacznie lepszą konstrukcję, są spójne i konsekwentne(tu partie nie-metalowe mają postać głównie intra i outra, brak tu pojawiających się z dupy ambientowych przerywników w środku kawałka :D), jeden riff płynnie przechodzi w drugi, a całość ma kapitalny flow. Jest to też znacznie bardziej żywiołowe, dynamiczne i przede wszystkim agresywne. Urzekają mnie też melodie na tej płycie. Kreują atmosferę nie z tego świata, będąc jednocześnie nieprzesłodzonymi. Są naprawdę unikalne, a do tego podkreślane przez genialny bas, grający w tle swoje własne partie, nienaśladujące jedynie gitar, jak to zwykle bywa. Unosi się nad tym pogański duch, dawka romantyzmu, pogoni za czymś nieuchwytnym, jest to też rzecz silnie złączona z naturą. Powiem tak - wstańcie sobie kiedyś w spowity mgłą wrześniowy brzask i przespacerujcie się po lesie, mając tę płytę jako soundtrack. Tak najprościej to skumać.

Najlepszy utwór: "Sons of Wisdom, Master of Elements". Jeden z najlepszych riffów w dziejach, powiadam.

2003 - The Work Which Transforms God


Załóżmy, że jest jeszcze era bez jutubów, torrentów i takich tam. Ktoś posłuchał sobie dwóch powyższych albumów, po czym przychodzi do niego stary kumpel i mówi "ej, na bazarze zgarnąłem nowego cdka BaN, dawaj posłuchamy". Wkłada płytę do odtwarzacza, po tym ten pierwszy śmieje się, że ruskie zrobili kumpla w chuja i nagrali mu jakiś inny zespół. Sprawa jest generalnie taka, że w 2001 roku dokonała się sroga wolta stylistyczna, która zaowocowała wydaniem "The Mystical Beast of Rebellion". Płyta dla zespołu ważna, choć prawdziwa burza nastała dwa lata później. Otóż skończyło się hasanie po lesie, zbieranie szyszek i sławienie Odyna. Teraz budzisz się w psychiatryku. Zewsząd 4 ściany i kurewski mrok. W głowie kotłują ci się przerażające wizje, a w uszach masz rój os. Za drzwiami słyszysz obłąkane krzyki, jęki i niezrozumiałe pomruki. Do tego miewasz sny, w których znajdujesz się w opuszczonym, post-industrialnym zakładzie pracy, po nim zaś goni cię biomechaniczna kreatura zaprogramowana, by zabijać. Pomiędzy tym horrorem, na jawie, dostrzegasz jednak strzępy światła. Dostrzegasz Piękno i Boga pokazującego ci swe oblicze, upajasz się w tej krótkotrwałej dozie mistycyzmu. I taka właśnie jest ta płyta. Absolutnie genialne arcydzieło, doskonale operujące potężnym narzędziem - kontrastem. Rzecz potrafiąca mrozić krew w żyłach, a za chwilę wzruszać. A czysto instrumentalnie? Człowieku, co tu się odpier... to nie są riffy, to luźne plamy dźwiękowe odpowiadające umysłowi szaleńca, do tego wspomagane bębnami z potężnym pogłosem i nieludzkimi samplami(te z "Inner Mental Cage" naprawdę napawają zgrozą). W tle echa, chóry potępionych dusz, co jakiś czas charkot i rzyg z ust wokalisty, sam już się zastanawiasz, czy z tobą jest coś nie tak, czy z twórcą tej abominacji, czy takie coś mógł nagrać zdrowy psychicznie człowiek? "The Work Which Transforms God" to dzieło zimne, bezduszne, odhumanizowane, a jednocześnie cholernie natchnione i utrzymane w duchu religijnego uniesienia. Taką płytę nagrywasz raz w życiu, ot co.

Najlepszy utwór: kurwa... wszystkie. "The Choir of the Dead" dla tej schizofrenicznej części, "Our Blessed Frozen Cells" dla tej pięknej. Zwłaszcza ten drugi to po prostu nieopisane przeżycie.

Aha, czysto historycznie, jest to pozycja ważniejsza niż cokolwiek nagranego pod szyldem Deathspell Omega, aczkolwiek tu narażam się na gniew purystów :D

Część druga: KLIK

wtorek, 20 sierpnia 2019

Recenzja BURZUM - Belus

BURZUM - Belus


Kiedy album zawierający muzykę black metalową rozpoczyna się dźwiękami piłeczki pingpongowej uderzającej o stół, to wiedz, że coś się dzieje. Prawdopodobnie to, że słuchasz właśnie pierwszego Burzum po reaktywacji i zdecydowanie najlepszego. Niewiele zresztą ustępującego wybitnym, klasycznym i ikonicznym "Hvis Lyset Tar Oss" oraz "Filosofem".



W zasadzie wstęp ten jest jednym wielkim spoilerem zdradzającym dalszą treść tej recenzji, ale trudno. Piszę ten tekst, bo dopiero niedawno do mnie dotarło, z jak dobrym materiałem mam do czynienia na "Belus". Nie tylko wskoczył do najlepszej trójki dzieł Varga, ale prawdopodobnie także przebija praktycznie wszystko z łatką "atmospheric", co wyszło w ostatnim dziesięcioleciu. Bo mimo że więzienie zmienia człowieka, lata robią swoje, wokale nie są już tak ekstremalne jak na debiucie, to przepis na muzykę Burzum nadal jest bardzo prosty, a zarazem niesamowicie skuteczny. Prostota, minimalizm, brak zbędnych ozdobników, dwa-trzy patenty na utwór i ta hipnotyczna wręcz melodyka. 


Ciężko mi opisywać muzykę tego projektu. Prawdopodobnie to uczucie zna każdy, kto chociaż trochę wgłębił się w naturę Burzum. W każdym razie, te dźwięki uderzają w czuły punkt mojej duszy; są wręcz magiczne i wywołują nieokreśloną tęsknotę za czymś odległym, nieosiągalnym. Jest to granie oszczędne w środkach, ascetyczne pod względem formy, za to bogate treściowo. Varg prostymi, zapętlonymi riffami, nieskomplikowanym rytmem na bębnach i wokalami zbliżonymi do tych z "Filosofem"(acz bez przesteru) stworzył rzecz, przy której czas płynie inaczej. Rzecz, w której można się w pełni zanurzyć całym sobą i wsłuchać się w tę opowieść. Bo słuchając choćby genialnego i zdecydowanie najlepszego na płycie "Glemselens Elv" słyszę historię snutą przez zakapturzonego wędrowca, z którym podróżuję przez mistyczne lasy Norwegii. Duża w tym zasługa czystych, "mówionych" wokali, które naprawdę tworzą dobry klimat. Mimo, że złośliwcy powiedzieliby, że to smęcenie starego dziada przy kominku(zwłaszcza mając na względzie post-więzienny wygląd Varga). 

No dobra, ale może jednak spróbuję? "Belus" to mieszanka atmosferycznego, leśnego black metalu z bardziej klasycznymi, agresywnymi momentami - choć płyta jest zdecydowanie bardziej kontemplacyjna niż agresywna. Rewolucji tu nie uświadczymy(i całe szczęście!) - jednak album ten zdecydowanie ma własny charakter. Bierze trochę z każdego wcześniejszego materiału Burzum, składa jednak te elementy w świeżą całość. W pierwszej połowie, oprócz wspomnianego już "Glemselens Elv"(jeszcze raz: geniusz i jeden z najlepszych utworów w dyskografii, przewodni riff miażdży) wyróżnić muszę jeszcze następujący po nim "Kaimadalthas' nedstigning", który atakuje słuchacza szybką, dysonansową jazdą i blastami. Nie brakuje mu jednak klimatycznych momentów i takiego lekkiego folkowego zacięcia - ale spokojnie, nie ma tu wieśniackich piszczałek i innych lutni. 



Opluwany zewsząd "Sverddans", będący pomostem między pierwszą a drugą połową płyty, faktycznie pasuje tu jak pięść do nosa. Nie dziwota, skoro to ponownie nagrany utwór jeszcze sprzed czasów demówek. Dla mnie jest mimo wszystko OK - poza lekko tandetną solówką dobrze nadaje się jako chwilowy powiew świeżości. Dalej na szczęście jest już normalnie. "Keliohesten" jest kolejnym utrzymanym w szybkim tempie utworem, z naprawdę hipnotycznym i wwiercającym się głowę riffem - ma to w sobie prawdziwą głębię. Końcówka "Belus" znowuż jest bardzo bliska "Filosofem" - dwa ostatnie utwory to w przeważającej części transowe, zapętlone nieraz na kilka minut riffy, z minimalnym udziałem perkusji oraz wokali. Te powtarzające się motywy, gitarowe sprzężenia i nakładające się na siebie patenty - chciałoby się czasem, by trwały 30 minut, a nie tylko 9. 


To jest właśnie ten nieuchwytny pierwiastek, coś nie do opisania, co sprawia, że pomimo całej prostoty i powtarzalności muzyka ta wciąga niczym wir, od którego nie da się uciec. Ktoś powie, że stawianie "Belus" ponad niewątpliwie klasycznymi już dwoma pierwszymi płytami jest niedorzeczne. Tamte materiały mają swój urok(i kwadratową toporność), ale tu jest dojrzałość i głębia. To album na liczne odsłuchy, któremu trzeba oddać się w całości. Wyłączyć komputer, telefon i inne przeszkadzajki. Chłonąć czystą magię w dźwiękowej postaci i choć na chwilę uciec w nieznane przed cywilizacyjnym zgiełkiem.