wtorek, 28 kwietnia 2020

Recenzja MALOKARPATAN - Krupinské Ohne


Słowacy z MALOKARPATAN po raz kolejny udowadniają, że doskonale czują esencję i ducha prawdziwego black metalu. Tego z lat osiemdziesiątych, gdy podziały gatunkowe nie były jeszcze tak wyraźne, a od monotonnego piłowania na jednej strunie i nieustannej kanonady blastów ważniejsze było tworzenie sugestywnego klimatu. Nie to, że czepiam się dzisiejszej kondycji gatunku - cieszę się wszelako, że działają zespoły, które tak wiernie hołdują tradycji, a jednocześnie tworzą coś nowego i do tego z każdym albumem potwierdzają swą unikalną tożsamość. "Krupinské Ohne" jest czymś znacznie więcej, niż sumą swych składowych. W końcu znajdziemy tu nieco starego Bathory, szczyptę upiornej atmosfery kultowego Tormentor czy Mortuary Drape, gdzieniegdzie bezpośrednie skojarzenia z naszym rodzimym Katem i nie dające się uniknąć porównanie z pochodzącym z podobnego kręgu kulturowego Master's Hammer. Koniec końców jest to jednak MALOKARPATAN - który dziś już nie powinien zostać pomylony z jakąkolwiek inną hordą - nagrywający zajebisty album koncepcyjny skąpany w sosie lokalnego folkloru. Mniam.


Debiutanckie "Stridžie Dni" nacechowane były surowizną i pijacką atmosferą słowackiej wsi, następujący po nich "Nordkarpatenland" to dla odmiany zestaw heavymetalowych szlagierów z całą masą świetnych riffów odnoszących się do złotych lat gatunku. Trzeci, tegoroczny album wydaje się być na pierwszy rzut oka zgrabnym kompromisem między tymi dwoma podejściami, a jednocześnie błędem byłoby zaszufladkowanie go w ten sposób. Postawię sprawę jasno - to materiał zdecydowanie bardziej rozbudowany i monumentalny od poprzednich, a zarazem najlepszy w dorobku grupy. Różnice widać już na wierzchu - tylko pięć utworów i to nierzadko obracających się w okolicach 10 minut czasu trwania (!). Łatwo można było to spieprzyć - nie będzie odkryciem Ameryki, jeśli powiem, że ta charakterystyczna mieszanka black/heavy/speed metalu najlepiej sprawdza się w krótszych formach. A jednak się udało!

Otwierający całość "V Brezových Hájech Poblíž Babinej Zjavoval Sa Nám Podsvetný Velmož" (tytuły kompozycji jak zwykle są fenomenalne) w pierwszych minutach naznaczony jest silnym piętnem "Twilight of the Gods" wiadomo kogo. Podniosłe chóry stanowią świetną inaugurację do przygody, w jakiej właśnie zaczyna uczestniczyć słuchacz, a w tle wybrzmiewają szarpnięcia za struny gitary klasycznej. Zgodnie z informacją w dołączonej do albumu książeczce - i to z nią w ręku polecam słuchać tego albumu - przenosimy się do Krupiny, gdzie w XVII wieku dotarła burza prześladowań rzekomych czarownic, w wyniku której na stosach spłonęło kilkadziesiąt kobiet. Kolejne kompozycje to wędrówka poprzez mroczne knieje i zaułki tegoż regionu, gdzie pod osłoną nocy gromadzą się wiedźmy by spiskować z diabłem i odprawiać swoje rytuały. Historię pokazaną w tekstach utworów śledzimy z ich perspektywy i widzimy na przykład, jak zakopują w grobie korzeń mandragory, coby ten potem służył im w przeprowadzaniu aktów czarnej magii. Całość kończy się oczywiście poprzedzonymi torturami procesem. Krupińskie ognie płoną, ale duch zakazanej wiedzy przetrwa jeszcze długo w podziemiu i dzikich lasach...

I w takim właśnie tonie utrzymane są "Krupinské Ohne". Muzyka i teksty tworzą nierozerwalną całość i choć same kompozycje są oczywiście świetne same w sobie, to po stokroć zyskują gdy zanurzymy się w snutą przez zespół opowieść. Długi czas trwania utworów dobrze wkomponowuje się w to podejście i pozwala tekstom nieśpiesznie płynąć. Pojawiające się znacznie częściej niż dotychczas folkowe przerywniki pełnią funkcję introdukcji jakiegoś dziejącego się w tle wydarzenia, niejednokrotnie decydując o zmianie miejsca akcji.

Jeśli chodzi o same kompozycje, to album jest bardzo spójny, równy i zdecydowanie do słuchania w całości, co nie powinno dziwić w przypadku takiego konceptu. We wspomnianym już otwieraczu, zdecydowanie najbardziej wielowątkowym i rozbudowanym, początkowo nie do końca podobały mi się przejścia między poszczególnymi partiami - brakowało mi czegoś w rodzaju "flow", niezachwianej płynności, jednak z bookletem w ręku całość nabiera sensu i składa się do kupy. Ten utwór, podobnie jak wieńczący całość "Krupinské Ohne Poštyrikráte Teho Roku Vzplanuli" z dziarskimi zaśpiewami w refrenie (oraz świetnym wstępem wyjętym rodem z czeskiego Młota na czarownice z 1969, który nawiasem mówiąc polecam w ramach lektury uzupełniającej), to dwa spoiwa które łatwo z automatu wyróżnić, jednak to co jest pomiędzy ani trochę nie odstaje poziomem. Świetny jest więc i "Ze Semena Viselcuov Čarovný Koren Povstáva", chyba najbardziej "skoczny" i przebojowy ze wszystkich utworów, z fenomenalną solówką przechodzącą w doomową, opatrzoną sabbathowskim riffem końcówkę. W podobnie entuzjastycznym tonie mogę wyrazić się o "Filipojakubskiej Nocy Na Štangarígelských Skalách", zaczynającej się bardzo klimatycznie i naznaczonej romantycznym duchem paktu z diabłem, by potem zamienić się w dynamiczny utwór naznaczony riffami spod znaku Celtyckiego Mrozu. Zaprawdę równa jest to płyta, bez słabego momentu. 48 minut mija jak z bicza strzelił!

MALOKARPATAN, choć już pierwszym albumem pokazał prawdziwą klasę, swoją trójką potwierdza, że jest jednym z czołowych przedstawicieli współczesnego black metalu, a już na pewno jednym z bardziej rozpoznawalnych. Dokładnie tak - mimo że czysto muzycznie można tu snuć akademickie rozważania o dominacji rasowego heavy czy speed metalu - to pod względem pierwotnej esencji goście wyciskają 100% i są znacznie bardziej autentyczni niż cała zgraja "prawdziwych" zespołów. Dla mnie jest to czysta bomba i niezmiernie ciekawi mnie, w jakim kierunku panowie pójdą na kolejnej płycie.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Recenzja NERO DI MARTE - Immoto

Zostałem wzięty z zaskoczenia. Uśpili moją czujność tylko po to, by za chwilę przystąpić do nieubłaganego szturmu. Kompletnie się nie spodziewałem, ba, nawet nie brałem takiej opcji pod uwagę. I wpadłem. NERO DI MARTE ze swoim "Immoto" zastawili na mnie sidła, a ja - nie doceniając przeciwnika - dałem się złapać. Wcześniejsze akcje wywiadowcze nie zwiastowały o potężnej sile wroga: poprzednie materiały zespołu to nie były zbyt grube ryby. Pewnie niektórzy zawołają o pomstę do nieba po usłyszeniu tej opinii, ale dla mnie Włosi stanowili nieco rozwodnioną wersję Ulcerate. Urośli jednak w siłę i wyhodowali prawdziwą bestię; nieznany dotąd gatunek, acz śmiertelnie niebezpieczny...


Na wnętrzności tego niemal 70-minutowego monstrum składa się siedem przeważnie długich i rozbudowanych kompozycji. Myli się jednak ten, kto spodziewa się usłyszeć rozciągniętego w czasie dynamicznego riffowania spod znaku około-technicznego death metalu. "Immoto" to zapuszczenie się na odległe wody prawdziwie progresywnego grania, które w zasadzie ciężko mi do czegoś przyrównać, gdyż zwykle nie wypływam aż tak daleko poza swoją death czy black metalową strefę komfortu. Tak jak poprzednie płyty nie przekraczały zbytnio granicy nieco bardziej atmosferycznego dziecka Gorguts i Ulcerate, tak tutaj mamy do czynienia z niesamowitym przeskokiem. Włosi stworzyli materiał niezmiernie bogaty, będący istnym kalejdoskopem dźwięków. Namalowali pejzaże, które urzeką odbiorcę paletą użytych barw. Nigdzie się nie śpieszą. Te utwory żyją własnym życiem, oddychają. Nieustannie przeobrażają się i podlegają metamorfozie. Potrzebują czasu, aby ukazać pełnię swego wdzięku, wręcz igrają ze słuchaczem, jakby testując jego cierpliwość. Na pewno nie jest to rzecz prosta w odbiorze. Wymaga koncentracji i poświęcenia pełni swojej uwagi. NERO DI MARTE na swoim trzecim albumie bawi się kontrastami, dynamiką dźwięku i żonglowaniem emocjami. Początkowo może wydawać się, że kompozycje te zmierzają donikąd, a konkretnego grania tu dość mało. W zasadzie nie licząc zamykającego całość, znacznie krótszego od pozostałych i stanowiącego żywiołową kulminację "La Fuga", to nie ma tu ani grama oczywistych i prostolinijnych dźwięków lub chociaż mających takie znamiona.

Ten album jest jak dryfowanie po wzburzonym morzu, które momentami zamienia się w istny sztorm. Włosi skrupulatnie i po mistrzowsku budują napięcie, by potem rozładować je i przekuć w istną erupcję zmiatającą wszystko z powierzchni ziemi. Tak dzieje się choćby w moim ulubionym utworze tytułowym, który w ostatnich minutach staje się tykającą bombą. Trzyma mnie w niepewności, zdaję sobie sprawę, że zaraz pierdolnie, nie wiem tylko kiedy! W końcu z nieba poczynają spadać ważące tonę głazy, a ja desperacko staram się ich unikać, i tak będąc skazanym na porażkę. Niewiele jest tu tych wybuchów wściekłości, ale jak już się pojawiają, to nie ma zmiłuj. Podobnie jest w fenomenalnym "Sisyphos", będącym zdecydowanie najbardziej mrocznym i naznaczonym piętnem chaosu kawałkiem, który jednak po zabójczym przypływie fali dysonansów ponownie oddala się w rejony bardziej delikatne i stonowane. "L'Arca" to chyba najbardziej melodyjny i konwencjonalny ze wszystkich kolosów, za to "La Casa del Diavolo" to atak połamanych rytmów przeplatanych momentami wyciszenia. W ogóle uwielbiam spokojne fragmenty tej płyty, których zresztą jest całkiem sporo - stanowią dobrą połowę materiału. Jest w nich pewne piękno i poetyckość, a z drugiej strony niezmierna pewność siebie i poczucie, że nie trzeba nic nikomu udowadniać. "Immoto" nieśpiesznie się sączy, z wolna odkrywa kolejne warstwy, każe się sobą rozkoszować, urzeka subtelnością użytych melodii. Tutaj pojedyncze szarpnięcia za struny potrafią chwytać za serce. I to jest właśnie najpiękniejsze - to album cholernie "muzyczny", pełen wrażliwości, ale nie ckliwy, posługujący się metalowymi środkami wyrazu, lecz wcale nie silący się na bycie metalowym z natury. To są po prostu świetne utwory, zarazem daleko wybiegające poza utarte konwenanse.

Świetne jest i osiągnięte brzmienie - prawdziwie masywne i dociążone, z wysuniętym wprzód basem, który potrafi brzmieć złowieszczo, ale i hipnotycznie niczym z jakiejś krainy snów, jak w "Irradia". Gdy już panowie zapuszczają się w rejon sygnowany nazwą "napierdalać", kreują potężną ścianę dźwięku robiącą prawdziwe wrażenie. Zapewne najtrudniejszym punktem do przebrnięcia mogą być wokale, naznaczone - nie dziwota - włoskim akcentem. Sporadycznie pojawiają się wersy śpiewane po angielsku. Mnie się podoba - na pewno nie można zarzucić wokaliście monotonnych partii, a jego śpiew, choć nie mający nic wspólnego z death metalem, ma jednak sporą siłę przebicia. Nadaje to też całości indywidualnego sznytu. 

Lubię takie zasadzki. "Immoto" jest wymagającym albumem, lecz z nawiązką wynagradza poświęcony mu czas. Kawał dobrej i odważnej muzyki, raczej nie do słuchania na co dzień, ale wyśmienity raz na jakiś czas jako danie główne muzycznej uczty. Na pewno jeden z najciekawszych i najambitniejszych materiałów jakie wyszły ostatnimi czasy. Polecam w oczekiwaniu na nowe Ulcerate, jednocześnie zaznaczając, że NERO DI MARTE przestało już być zdolnym uczniem i wyrosło na potężny twór, z którym trzeba się liczyć.

czwartek, 9 kwietnia 2020

Recenzja SERPENT NOIR - Death Clan OD

SERPENT NOIR to jedna z bardziej lubianych przeze mnie greckich hord. Zapewne jest tak dlatego, że stronią od klasycznego greckiego brzmienia - tj. flirtów z heavy metalem, sporej dawki charakterystycznej dla tego regionu melodyjności oraz hellenistycznego kultu bohatera. Doceniam tę szkołę black metalu, ale w końcowym rozrachunku: nie siedzi mi i tyle. Twórcy "Death Clan OD" zaś babrają się w okultyzmie, demonologii i zakazanych kultach, w które nie miałem okazji głębiej wsiąknąć (może to i dobrze). Te zainteresowania szczególnie odzwierciedlały się na poprzednim albumie zespołu "Erotomysticism", który uważam za jeden z najlepszych i najciekawszych materiałów ostatnich lat. A jak wygląda sprawa z najnowszym wypustem Greków?


Na pewno jest znacznie bardziej klasycznie i tradycyjnie. Podczas gdy poprzednia płyta skoncentrowana była na kreowaniu, nomen omen, mistycznej i rytualistycznej atmosfery przywodzącej na myśl starożytne obrzędy pradawnych cywilizacji, tak tutaj środek ciężkości przeniesiony został na riffy i dynamiczne kompozycje. Nie zrozumcie mnie źle - opary tego sugestywnego klimatu nadal unoszą się tu w powietrzu, ale nie aż w takim stopniu, a za jego kreowanie odpowiadają tym razem głównie gitarowe melodie. Zniknęły też ambientowe przerywniki, tym razem stanowiąc zaledwie intra bądź outra właściwych utworów. "Death Clan OD" to z pewnością materiał uproszczony, co niekoniecznie musi stanowić jego wadę. Po prostu panowie postanowili podkręcić tempo, postawić na sprawdzone black metalowe patenty, tu i ówdzie dorzucić riffy ze środkowego Darkthrone - wszystko to jednak bez zatracania swojej tożsamości. Ponownie bardzo silnym punktem są wokale - mamy tu i partie deklamowane, i tajemnicze inkantacje, szorstkie krzyki czy głębokie, kruszące mury growle. Spore zróżnicowanie w tej kwestii sprawia, że cały czas jest na czym zawiesić ucho, a utwory zyskują na narracyjności. Warto też wspomnieć, że w zamykającym album "Goeh Ra Reah: Garm Unchained" gościnnie zaśpiewał Thomas Karlsson, który użyczył swojego głosu i w jednym z utworów na "Erotomysticism". Podniosły ton i chóry w tle dobrze wpasowują się w konwencję zespołu.

Świetne są też solówki, mające co prawda ten posmak "greckości", lecz - dla mnie - w stopniu zjadliwym, a do tego nadającym utworom pewnego rozmachu, za które tak polubiłem poprzedni album. "Death Clan OD" ma dość krótki czas trwania i kończy się dokładnie w momencie, gdy mógłby już zacząć powoli nużyć. Same kompozycje też są dość równe i żadna w zasadzie nie odstaje od pozostałych - ja wyróżniłbym "Asmodeus..." oraz "Astaroth...", najbardziej stawiające na ten ezoteryczny aspekt muzyki SERPENT NOIR. W zasadzie nie mam do czego się przyczepić. Początkowe odsłuchy były nieco zniechęcające - album wydawał mi się "generyczny" i mogący zginąć w zalewie blackmetalowej przeciętności. A Grecy po prostu lekko zmienili środki wyrazu, postawili przede wszystkim na dobre riffy, nadal przemycając tu i ówdzie ten intrygujący i lekko orientalny klimat. Bardzo dobra płyta, której warto dać szansę.

sobota, 28 marca 2020

case study #1: Dlaczego późny NILE jebie zgniłym faraonem?

Jak się miewał metal śmierci podczas późnych lat 90-tych, nie trzeba mówić. Po trwającej dobre 4-5 lat złotej erze, kiedy światło dzienne ujrzała cała masa fenomenalnych krążków, nastał czas, nomen omen, rozkładu i agonii. W Stanach death dotarł niemalże do mainstreamu, ale nie zasiadł tam na dłużej, bowiem na horyzoncie czaiły się takie zjawiska jak symfoniczny black metal czy nu metal...


"Festivals of Atonement"

Z tymi czas obszedł się okrutnie, co nie zmienia faktu, że dla słuchaczy Death, Obituary czy Morbid Angel nastał okres posuchy. Dobra, ale po co w ogóle prawię o takich oczywistościach? Ano dlatego, że wtedy na scenę wjeżdża NILE i już niedługo ma się okazać, że narobi trochę zamieszania. Wydane w 1994r. pierwsze demo przechodzi raczej bez echa (aczkolwiek polecam je obadać, jeśli nie znacie - można się mocno zdziwić co grała horda Karla Sandersa na początku), ale już rok później ukazuje się mocno obiecujące EP "Festivals of Atonement", na którym pojawiają się pierwsze unikalne pomysły mające zapowiedzieć późniejszą drogę zespołu. Prawdziwą zawieruchą jest jednak zdradzający fascynacje Lovecraftem debiut, skąpany w piaskach Egiptu. W 1998r. wychodzi "Amongst the Catacombs of Nephren-Ka" i zapoczątkowuje odrodzenie gatunku.



"Amongst the Catacombs of Nephren-Ka"

Ależ to jest strzał! Trwający zaledwie 33 minuty album z muzyką szalenie porywczą, bezkompromisową i brutalną, a zarazem cholernie sugestywną i momentami z filmowym wręcz rozmachem. NILE już na tym etapie to świetni muzycy - w trwających przeważnie 2-3 minuty ciosach prezentują techniczne łamańce, nieoczekiwane zmiany tempa i pokręcone riffy. Do tej mieszanki zespół dodaje jednak rzecz całkowicie wcześniej niespotykaną - tzw. "egipskie wstawki", które później staną się zarazem ich znakiem rozpoznawalnym, jak i - spoilerując - przekleństwem. Owszem, taki Nocturnus już 8 lat wcześniej połączył klawiszowe wtręty rodem z filmów s-f z technicznym death metalem, ale tutaj mamy i orientalne instrumenty, orkiestrowe aranżacje (na czele z genialnym wstępem do "Ramses, Bringer of War", inspirowanym angielskim kompozytorem Gustavem Holstem), i wrzaski obdzieranej ze skóry kobiety, i śpiewy tybetańskich mnichów - a wszystko to spójnie zaimplementowane w deathmetalowy rdzeń muzyki, nie powodując zgrzytania zębów! Tutaj po prostu "siadło" wszystko. Jest to rzecz niesamowicie świeża i żywiołowa, przepełniona kreatywnym duchem, także w tradycyjnej warstwie death metalu - owszem, sporo tu inspiracji Morbid Angel czy Suffocation, jednak NILE już tutaj prezentuje całkiem oryginalne riffy, do tego podparte świetnymi aranżami. Trzech wokalistów - do tego łatwych do odróżnienia - też robi robotę. A taki "Die Rache Krieg Lied der Assyriche"? Przecież to brzmi jak maszerujący przez pustynię legion, skandujący swój wojenny okrzyk, wspierany przez mitologiczne kreatury, gotowy siać pożogę i zniszczenie.



"Black Seeds of Vengeance"

Pod kątem historycznym, jest to zdecydowanie najważniejsza płyta NILE. Jednak już dwa lata później ma przyjść coś jeszcze potężniejszego, jeszcze bardziej monumentalnego i klimatycznego! "Black Seeds of Vengeance" to moim skromnym zdaniem opus magnum zespołu - a zarazem chyba najtrudniejszy do strawienia album. Poziom brutalności sięga momentami cienkiej granicy absurdu, nigdy jednak nie mamy tu do czynienia z przesadą, czyniącą muzykę nieakceptowalną. Podczas gdy debiut to batalistyczny wpierdol, dwójka NILE jest jak leżenie na stole ofiarnym w jakiejś zasyfionej komnacie wewnątrz piramidy. Z sarkofagów powstają zmumifikowane ciała, słychać syk węży i basowy pomruk kruszący wazy, a tobie za chwilę wykroją serce. To zdecydowanie najmroczniejszy materiał zespołu, zawierający zarazem takie szlagiery jak utwór tytułowy (z ikoniczną końcówką, świetnie działającą jako zamknięcie koncertu), "Masturbating the War God" (zajebisty tytuł) - w którym jest i miejsce na obłędne zwolnienia, i na podniosłe orkiestracje - czy pierwszą "epicką" kompozycję w dziejach zespołu, a mowa tu o 9-minutowym, wielowątkowym "To Dream of Ur", który jest zarazem kwintesencją wszystkiego, co w NILE najlepsze. Złowieszcze inkantacje na tle rytualnych bębnów przeplatane masywnymi wjazdami podpartymi podwójną stopą, majestatyczne solo, powoli snująca się, atmosferyczna końcówka (kurwa, ten zespół naprawdę potrafił kiedyś grać w wolnych tempach!). Do tego najlepsza produkcja spośród całej dyskografii - ani wcześniej, ani później nie mieli tyle dynamiki w brzmieniu. I jak grają blasty, to nawet werbel słychać! (co wcale nie jest takie oczywiste w przypadku późniejszych płyt). Warto też zauważyć, że to pierwszy materiał z Dallasem Toler-Wadem, który zagości w NILE na ponad 15 lat. Już tutaj wnosi swoje zajebiste wokale, a nawet pisze jeden z najchwytliwszych numerów na płycie, czyli "Multitude of Foes".



"In Their Darkened Shrines"

Myślał ktoś, że nie da się jeszcze "bardziej"? To się grubo mylił, bo wydany w 2002r. "In Their Darkened Shrines" to dzieło tak rozbuchane, tak przepełnione barokowym przepychem i ornamentyką, że już bardziej się nie da. Brzmi to trochę strasznie, jednak mimo tej całej przesady i bycia "over the top" ten album broni się doskonale. Pod względem rozmachu i ambicji to zdecydowanie najwznioślejszy materiał zespołu. Znajdziemy tu m. in. arcyklimatyczny "Sarcophagus" (i jeszcze bardziej mi smutno, że ostatnimi czasy stronią od wolnych utworów), EPICKI, narracyjny "Unas, the Slayer of the Gods" z genialnymi partiami deklamowanymi ("Unas hath taken possession of the hearts of the gods" i tak dalej...) czy czteroczęściowy utwór tytułowy, na czele z wieńczącym całość w pięknym stylu "Ruins", w którym popisy na leadach są po prostu fenomenalne. Kiedyś uważałem ten album za najlepszy w dziejach NILE, teraz jednak jawi mi się jako troszkę za długi - jeden czy dwa utwory można by wyciąć. Jest to taka dawka Nilu, po której trzeba nieco odetchnąć. Nie zmienia to faktu, że to nadal kawał świetnej muzyki, a zarazem przykład zespołu w szczycie swej chwały i mocy twórczej.



"Annihilation of the Wicked"

Tym razem bardziej się już nie dało. Trójka NILE to bariera, za którą prawdopodobnie znaleźlibyśmy już groteskę i autoparodię. Na szczęście zrozumieli to i członkowie zespołu - w nieco odświeżonym składzie. Przede wszystkim do załogi dołączył grający w niej do dzisiaj bębniarz George Kollias. "Annihilation of the Wicked" to najbardziej bezpośredni album Egiptologów od czasów debiutu. Jeżeli komuś nie odpowiadała zbyt "kinowa" formuła poprzedniej płyty i zbytnie skupienie się na aranżach spoza metalu, to tutaj otrzyma za to pełną rekompensatę. "Annihilation..." posiada pewną przewagę nad późniejszymi płytami, że nadal zawiera ten pierwiastek innowacyjności i unikalnego klimatu z pierwszych dzieł zespołu - osiąga to po prostu innymi środkami. To płyta na wskroś deathmetalowa, cholernie brutalna i osiągająca momentami iście demoniczne prędkości, a także najbardziej nastawiona na tnące niczym żyleta riffy. Gitary bywają obłędnie szybkie, oparte na downpickingu ("The Burning Pits of Duat"), czasem zaś serwują sugestywne melodie, powodujące iż naprawdę czujesz palący żar pustyni (końcówka "User Maat-Re"). Koniecznie wspomnieć też trzeba o ikonicznym pojedynku na solówki w "Cast Down the Heretic" - to niemal trzy minuty uczty dla uszu. Mimo że nie ma na "Annihilation..." tak monumentalnych kompozycji jak wspomniane wcześniej "To Dream of Ur" czy "Unas...", to i tak znajdzie się tu miejsce dla trzech utworów trwających ponad 8 minut - co więcej, wszystkie one trzymają w napięciu i cudownie budują klimat. Duża w tym zasługa wyjących niczym wojenne rogi melodii, stanowiących kulminację tych kawałków.



"Ithyphallic"

Tak naprawdę każda z tych czterech płyt wyróżnia się na swój sposób i nie miałbym żadnego problemu, by ktoś miał którąkolwiek z nich postawić na piedestale - mnie najbardziej odpowiada akurat zatęchły grób z "Black Seeds of Vengeance". Potem stało się jednak coś niedobrego. Gdzieś znikła ta magia, a kolejne albumy - z różnych powodów - zaczęły trącić myszką. Dlaczego?

  • Brzmienie. Okej, nigdy może nie było perfekcyjne. Najbliżej ideału jest wg mnie właśnie na dwójce. Nie każdemu musi odpowiadać striggerowany werbel na debiucie czy lekko nasterydowana produkcja "Annihilation...". Jednak już "Ithyphallic" - choć to moim skromnym zdaniem bardzo dobry krążek, z ciekawymi pomysłami - mocno cierpi z powodu płaskiego i dziwnie przymulonego brzmienia. "At the Gates of Sethu" było zaś cholernie czyste i sterylne. Z kolei to co zaprezentowane jest na dwóch ostatnich płytach to już całkowita porażka i antyteza tego, jak brzmieć powinien death metal. Kwintesencja spierdolenia modern metalu właśnie.
  • Perkusja. Ja wiem, że Kollias jest uważany za ścisłą czołówkę metalowych pałkerów, ale jak dla mnie jego gra nie umywa się do tego, co prezentowali wszyscy trzej poprzedni bębniarze NILE. Pete Hammoura - BOMBA, jego zabawy rytmiką na "Amongst..." to coś pięknego. Z tego co pamiętam to doznał jakiejś kontuzji i potem już tylko nagrał swoje partie do "To Dream of Ur". Wielka szkoda. Derek Roddy - może nie miał tak charakterystycznego stylu, ale wciąż w tej ultra-gęstej rąbaninie potrafił zawrzeć masę ciekawych przejść. Zaś Tony Laureano na trójce to po prostu mistrzostwo świata - nie będę mówił więcej, wystarczy posłuchać środkowej partii otwierającego utworu. Ascetyzmu i elegancji tu za grosz, można wręcz doszukiwać się pewnego "overplayu", ale w tak pięknym stylu - mogę to przyjmować garściami. Zaś George Kollias napierdala nudne blasty w 280 BPM, zwłaszcza na ostatnich płytach. Na Anihilacji i płycie z fallusem jeszcze można było zawiesić ucho na jego popisach, potem już tak średnio. Ten punkt jednak łączy się z poprzednim - jeśli perkusja brzmi jak gówno, to niestety ciężej też wyłapać poukrywane smaczki.
  • Tak zwane egipskie wstawki. Mam wrażenie, że tak mniej więcej od czasów "Those Whom the Gods Detest" mamy do czynienia z nieustannym recyklingiem już używanych patentów. Ot, wstawić jeden czy dwa utwory na środku płyty z jakimś tam niezapadającym w pamięć plumkaniem - zapewne służy to po prostu przełamaniu monotonii, która w przypadku technicznego brutal death metalu może się dość łatwo wkraść; to zrozumiałe. Gdzie jednak podziały się takie przerywniki jak "Die Rache Krieg Lied der Assyriche", "Whisper in the Ear of the Dead", pierwsza część "In Their Darkened Shrines" czy cała wręcz końcówka "Black Seeds..."? Robiły one równie duże wrażenie co właściwa, metalowa część tej muzyki. Nie mówiąc już o umiejętnie wkomponowanych samplach, użyciu gongów etc. - ten pierwiastek jakby zaniknął w późniejszej twórczości NILE, bądź jak już wspomniałem nosi znamiona dość leniwego recyklingu motywów. Owszem, część tego orientalizmu zachowała się chociażby w gitarowych skalach, jednak i tym brakuje jakiegoś polotu znanego choćby z "Annihilation...". Mam wrażenie, że zespół stał się zwyczajnym technicznym death metalem jakich wiele.
  • Urozmaicenie temp. Tu muszę oddać trochę czci i honoru płytom post-"Annihilation...", bo takie "Eat of the Dead", "4th Arra of Dagon" czy "The Chaining of the Iniquitous" to fenomenalne utwory. Ale znowu, dwie ostatnie to niemal ciągła sieka bez wytchnienia, oczywiście z Dżordżem napierdalającym swoje blasty niemal do porzygu. A ja chciałbym dla odmiany, żeby NILE nagrał prawdziwie klimatyczną płytę death/doomową, bo wolne granie im naprawdę wychodzi(ło). 

"Those Whom the Gods Detest"

I tu muszę mimo wszystko pochwalić "Ithyphallic". Ma ona wprawdzie swoje bolączki - wspomniane już brzmienie, trochę zbyt dużo Dallasa na wokalach (przez co wkrada się monotonia), pierwsza połowa nieco słabsza od drugiej. ALE! Moim zdaniem dość skutecznie łączy ona rozbudowane wątki z poprzedniczki (dwa kolosy spajające album) z względnie prostymi ciosami w ryj, jakimi są pozostałe utwory. Jest prosto, bez zbytniego kombinowania, to po prostu fajne śmierć-metalowe utwory. Ba, czasem wręcz istne killery! W "Laying Fire Upon Apep" odpala się w pewnym momencie genialny riff, który w połączeniu z szarżą na bębnach tworzy niepohamowaną maszynę do headbangingu. Końcówka "The Essential Salts" zawiera jeden z najbardziej charakterystycznych motywów w dziejach NILE (i to jest dobra orientalna wstawka, kurwa jego mać!), zaś "Even the Gods Must Die" muzycznym rozmachem realizuje obiecaną przez tytuł wizję, do tego zamieniając się w ostatnich minutach coś na kształt solowych płyt Sandersa. Świetna sprawa. Cholera, przygotowując się do tego tekstu łapię się na tym, że coraz bardziej mi ta płyta siedzi. Nie jest to rzecz wielka jak cztery pierwsze, ale bogowie Egiptu przyłożyli jednak swoją rękę do tego materiału. 

"At the Gate of Sethu"

"At The Gate of Sethu" to nie do końca udany eksperyment, ale szanuję tę płytę za to, że pojawiają się tam śmiałe próby wprowadzenia czegoś nowego do konwencji Nilu, ot choćby czyste wokale. Fajnie wypadają tam też te prostsze, bardziej rytmiczne utwory w stylu "Lashed to a Slave Stick" z czwórki. Szczerze to rajcuje mnie ta płyta bardziej niż teoretycznie znacznie lepsza i esencjonalna "Those Whom the Gods Detest", która dla mnie jednak mocno męczy bułę pod koniec i zawiera spore znamiona tej tech/brutal "zwyczajności", która mnie zwyczajnie nudzi. "What Should Not Be Unearthed" jarała mnie po premierze, ale to chyba skutek genialnego koncertu, który zagrali wtedy w Progresji. Tu już niestety wszystkie cztery wymienione wcześniej punkty mają swoje zastosowanie i dość szybko płyta ta opuściła mą półkę. Zaś "Vile Nilotic Rites" to już kompletne rozminięcie się z tym, czego w metalu szukam. Jak dla mnie nadaje się niestety do spuszczenia w faraońskim kiblu. 

"What Should Not Be Unearthed"

A Wam jak siedzą ostatnie dokonania Sandersa i spółki? Zachęcam do gorącej i żywiołowej dyskusji - mam nadzieję, że pojechanie po ostatnich przeciętniakach kogoś zaboli i sprowokuje, żebyśmy poobrzucali się nieco błotem! :)

"Vile Nilotic Rites"

PS pragnąłbym zauważyć znaczący spadek jakości okładek dwóch ostatnich płyt. Przypadek? Nie sondze. 

sobota, 29 lutego 2020

ESOTERIC, czyli egzystencjalny rollercoaster w postaci doom metalu pt 2

W poprzednim wpisie na warsztat wziąłem dwie pierwsze płyty Brytyjczyków. To zdecydowanie najpotężniejsze i najtrudniejsze do przetrawienia kolosy w ich twórczości. Począwszy od wydanej w 1999r. "Metamorphogenesis" w muzyce ESOTERIC zaszły pewne zmiany. Oczywiście nie zatraciła ona tych cech, które wypunktowałem w pierwszej części tego wpisu - absolutnie. Nadal są to dźwięki szalenie opresyjne i przytłaczające, powoli przyduszające słuchacza i odbierające mu witalne siły. Jednak pod względem realizacji i produkcji swoich nagrań zespół wspiął się na poziom wyżej. Jest znacznie czytelniej i profesjonalniej, przez co dość gęsta muzyka może w końcu w pełni dotrzeć do słuchacza - mamy tu, jakby nie patrzeć, do czynienia z trzema gitarami, do tego podpartymi ambientowymi tłami etc. Ponadto do formuły zespołu wkradło się znacznie więcej melodii, a przeważająca większość "hooków" (o ile można o nich w ogóle mówić w tym przypadku) zawarta jest w przeciągniętych partiach gitary prowadzącej. ESOTERIC stał się nieco bardziej przystępny, co jednak w niczym nie ujmuje jakości ich utworów. Przeciwnie, od wydania trójki muzyka ta stała się bardziej ubarwiona i wielowarstwowa, a dzięki dużemu (momentami) stężenia melodyjnych partii jej wydźwięk emocjonalny jest silniejszy.

1999 - Metamorphogenesis

Zarówno ten album, jak i jej następca, to jedyne długograje w dyskografii ESOTERIC nie będące wydawnictwami dwupłytowymi. "Zaledwie" 44 minuty to dla tego zespołu jak mrugnięcie okiem, hehe. Gdybym miał polecić jeden materiał dobrze podsumowujący styl tej bandy to zdecydowanie wybrałbym ten. Można powiedzieć, że to ESOTERIC w pigułce. Mimo znacznie mniejszej objętości nie rzekłbym, że jest to rzecz o wiele łatwiej przyswajalna niż dwie pierwsze. "Metamorphogenesis" jest cholernie dusznym albumem, który mimo bycia w dużej mierze opartym o gitarowe melodie, skrupulatnie zaciska pętlę na twojej szyi. Riffy epatują jakimś trującym miazmatem, a leady są jakby kwaśne i wywołują poczucie otępienia. Ściany w pokoju zbliżają się do siebie i masz wrażenie nieuchronnej zagłady. To w zasadzie muzyczny ekwiwalent niezbyt fajnego tripu. Słuchając "Metamorphogenesis" można poczuć coś w rodzaju odurzenia. Sporo tu dysonansowych zagrywek, partie perkusji są momentami gęste, rytmy połamane, a wokale są huczącym gdzieś w tle dodatkowym instrumentem.




Niełatwo przebić się przez ten album - czasem mam wrażenie, że jest tu pięć nałożonych na siebie warstw gitar, każda gra coś innego, a razem zbijają się w szumiący ci w głowie rój os. Tak jest na przykład w środkowej części finałowego "Psychotropic Transgression". Ale to głównie dwa pierwsze utwory stanowią o sile tego materiału. "Dissident" bez żadnych wstępów rzuca cię na głęboką wodę, w wir psychodelicznego horroru, by po kilku minutach zwooooooolnić i sączyć jad w twe żyły. Ta partia to kwintesencja duchoty o której wspomniałem. Atmosfera staje się naprawdę miażdżąca, czujesz ciśnienie rozsadzające ci czaszkę, a riff przypomina rytmiczne walenie młotem w ścianę. Stopniowo jednak tempo wzmaga się, napięcie rośnie, wszystko zmierza do nieuchronnej kulminacji - końcówka to już niemal death metal, by po chwili zginąć w odmętach ambientowego szumu. Zaś "The Secret of the Secret" to momentami zadziwiająco piękny i "słoneczny" kawałek (acz uważaj, bo łatwo tu o udar), który w drugiej połowie eksploduje w najlepszy chyba popis gitarzystów w dziejach ESOTERIC. Nagrać tak długie solo, które do tego cały czas trzyma w napięciu - po prostu wow.

Najlepsze utwory: "Dissident", "The Secret of the Secret"

2008 - The Maniacal Vale

"The Maniacal Vale" z miejsca okrzyknięty został jednym z najlepszych, a zarazem najambitniejszych albumów w historii doom metalu. ESOTERIC powraca do tradycji wydawania dwupłytowych niszczycieli i dobrze, bo dopiero w tym formacie można prawdziwie poczuć miażdżącą moc tej muzyki. 

To arcydzieło to dojście do ściany w kwestii nagrania muzyki prawdziwie apokaliptycznej i rozdzierającej ludzką duszę na strzępy. Nie mam żadnych wątpliwości, że otwierający całość "Circle" jest absolutnie najlepszym utworem, jaki ten zespół stworzył. Tu jest wszystko - powolne kroczenie ku nieuchronnej zagładzie, emocjonalne solo, psychodeliczne i huczące w głowie gitarowe tła jak nieprzyjemny helikopter po libacji alkoholowej, wrażenie postępującego terroru wspomaganego storturowanymi wokalami Chandlera, deathmetalowe echa z "Metamorphogenesis" czy wreszcie wybitna końcówka, która brzmi, jakby filary ziemskiego świata właśnie się załamywały. Nie sposób opisać słowami, co dzieje się w tym utworze mniej więcej od 16 minuty. Sposób budowania napięcia; powoli wyłaniający się z ambientowego chaosu mistyczny motyw gitarowy, który za chwilę wybrzmi na tle riffu przywodzącego na myśl przesuwające się płyty tektoniczne, powodujące niszczycielskie trzęsienia ziemi; wreszcie ten sam motyw zanika, by po jakimś czasie pojawić się ponownie, nie pozostawiając ani strzępu nadziei ludzkości i zwielokrotniając niszczycielski wydźwięk całości. A to dopiero pierwsza z siedmiu kompozycji!



Prawdę mówiąc, "Circle" stawia poprzeczkę tak wysoko, że żaden z pozostałych utworów nie jest mu w stanie dorównać. Nie zmienia to faktu, że "Beneath this Face" z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem przechodzącym w furiackie blast beaty również robi ogromne wrażenie, tak jak i stonowany, nieco tajemniczy "Quickening" w dużej mierze oparty na klawiszach, z przepiękną końcówką; wreszcie zamykający pierwszy krążek "Caucus of Mind" - tak jak na dwóch pierwszych albumach będący odstępującym od konwencji deathmetalowym wyziewem w stylu Morbid Angel, ze świdrującą, chaotyczną solówką na czele. "Over and over and over again... over... over..." - istne zagłębienie się w umysł szaleńca. 

I znowu mamy kontrast, bo dysk drugi otwiera wręcz post-rockowy wstęp, którego można by się na płycie ESOTERIC nie spodziewać. "Silence" szybko jednak przechodzi w o wiele mroczniejsze i niepokojące tony, a przełamujący lekki i niebiański wstęp riff w piątej minucie jest jednym z najbardziej posępnych w karierze zespołu. "The Order of Destiny" zaskakuje nietypowymi beatami perkusyjnymi i świetnym, nieco bardziej konwencjonalnym solo, a najdłuższy w zestawie "Ignotum per Ignotius" to kompozycja zdecydowanie najbardziej przestrzenna i dochodząca jakby gdzieś z oddali, wieńcząca jednak dzieło w sposób niemal równie intensywny, co końcówka "Circle". Ma się wrażenie, że utwór ten jest perfekcyjnym kontrapunktem do pierwszego, a jednocześnie spaja się z nim, tworząc album mający początek i koniec w tym samym punkcie. Co zresztą fajnie odwzorowuje tematykę "The Maniacal Vale" - szaleńczą spiralę powtarzanych czynności, z których człowiek nie potrafi się wyzwolić.

Mówiąc krótko - 12/10. Zdecydowanie najbardziej różnorodny materiał zespołu, który w pełnej krasie pokazuje, na co stać tych panów, a do tego po prostu najbardziej kruszący emocjonalnie. Gdybym miał zostawić na półce jeden jedyny album ESOTERIC, zdecydowanie wybrałbym "The Maniacal Vale".

Najlepsze utwory: "Circle", "Beneath This Face", "The Order of Destiny"

2019 - A Pyrrhic Existence



A tu po prostu zachęcam przeczytać recenzję, którą skrobnąłem jakiś czas temu. Tl;dr - jest to rzecz najbardziej zbliżona wydźwiękiem do "The Maniacal Vale" właśnie, więc musi być zajebista. Kontynuuje też "progresywną" ścieżkę zespołu, zapoczątkowaną na poprzednim materiale ("Paragon of Dissonance" z 2011), ale jest moim zdaniem odważniejszy, obfity w arcyciekawe patenty i odjazdy, a do tego uderza w znacznie bardziej niepokojące i dysonansowe tony, co mnie osobiście odpowiada bardziej niż nieco "lżejszy" w wydźwięku poprzednik.

Najlepsze utwory: "Descent", "Culmination"

niedziela, 23 lutego 2020

ESOTERIC, czyli egzystencjalny rollercoaster w postaci doom metalu

Brytyjski ESOTERIC to w moim mniemaniu zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. Stanowiąc jednego z prekursorów funeral doom metalu, wypracował sobie w tej niszy całkowicie autonomiczne i unikatowe brzmienie, które daleko wychodzi poza utarte ramy gatunku. Jakościowo wyprzedzając prawdopodobnie każdą inną kapelę czy też projekt parający się pogrzebowymi marszami. A wreszcie będąc bezgranicznie bezkompromisowym w kwestii podejścia do potencjalnej grupy odbiorców. Jeżeli otwierasz swoje albumy utworami trwającymi circa 20 minut, to wiedz, że prawdopodobnie słucha cię jedynie garstka szaleńców. W końcu kto ma dziś czas na takie kolosy, kiedy tzw. attention span jest krótszy niż kiedykolwiek? Błogosławieni jednak ci, którzy przetrwają tę morderczą wspinaczkę, wszak na końcu drogi odnajdą nieopisaną satysfakcję z obcowania z Muzyką głęboką, sugestywną i poruszającą za serce - mimo skąpania w oceanie mroku i egzystencjalnego terroru.


Myli się jednak ten, kto odgórnie założy, że przeciąganie kompozycji do tak (pozornie) groteskowych długości jest jedynie celem samym w sobie. Utwory ESOTERIC zwyczajnie potrzebują tyle czasu, aby rozwinąć się i dotrzeć do - zwykle miażdżącej - kulminacji. Poszczególne motywy zyskują na sile rażenia, gdy płyną nieśpiesznie, w tle zaś następuje zagęszczenie wokaliz, efektów czy linii melodycznych. Dzięki temu muzyka ta jest mocno plastyczna, a postępujące szaleństwo da poczuć się na własnej skórze. Są to dźwięki zazwyczaj przerażająco powolne i ciężkie, do tego (zwłaszcza na wczesnych albumach) przepełnione jakby oniryczną atmosferą pomieszaną z narkotycznym letargiem. Słowem - prawdziwa przeprawa przez pole minowe. Dołóżmy silny nacisk na wszelkiego rodzaju efekty specjalne, szumy, hałasy, nakładające się na siebie wokale, syntezatorowe czy ambientowe tła. Z tych zespół słynął już od debiutanckiej "Epistemological Despondency", a gdy Greg Chandler postanowił uwolnić się od niepotrafiących zrealizować wizji zespołu producentów i wziął sprawy w swoje ręce, ten aspekt muzyki ESOTERIC jeszcze mocniej zyskał na sile. 


Od tego czasu każde kolejne wydawnictwo stanowi realizacyjny majstersztyk, który pozwala w pełni cieszyć się kompleksową aranżacyjnie i wielowarstwową muzyką. Bo badać i odkrywać te albumy na nowo można latami. Wydane w 2008 roku opus magnum zespołu ("The Maniacal Vale") nadal potrafi mnie zaskoczyć czymś, czego nie doszukałem się w żadnym z poprzednich odsłuchów. Przede wszystkim jednak MIAŻDŻY mnie pod kątem emocjonalnym. Słuchając ESOTERIC doświadczyłem i nadal będę doświadczać prawdopodobnie jedne z najsilniejszych muzycznych doznań w ogóle. Ich funeral doom to nie bezsensowne zamulanie oparte na mieleniu jednego riffu w nieskończoność i garach w rytmie 20 BPM, a prawdziwy egzystencjalny rollercoaster. Od horroru, lęku i pustki aż po triumf, wewnętrzny spokój i poczucie spełnienia. To dzięki tym kontrastom tak bardzo jeżą mi się włosy na skórze, gdy słyszę "The Secret of the Secret", "Circle" czy "Descent". A poza tym jest to zwyczajnie kurewsko ciekawe muzycznie, czerpiąc inspiracje od wykonawców często daleko wykraczających poza metal. A nawet w jego obrębie zdarzają się tu erupcje wściekłości i szybkości będące oldschoolową deathmetalową jazdą, czy - z drugiej strony - wycieczki w rejony post/sludge rodem z Neurosis. Nawet zważywszy więc, że przeważająca część materiału ESOTERIC to wydawnictwa dwupłytowe zawierające ~100 minut muzyki, to nie sposób się nudzić ani przez moment. To ogromne osiągnięcie.

Ten wpis chciałbym zadedykować moim ulubionym albumom tej brytyjskiej hordy. Zważywszy, że "ulubione" oznacza w tym przypadku aż pięć płyt może delikatnie zdradzać, że ESOTERIC uwielbiam :) Zalecam więc zaparzenie sobie herbaty, bo post ten długością dorównywać będzie czasowi trwania przeciętnej płyty omawianego zespołu. Jedziemy!

1994 - Epistemological Despondency

Już na pierwszym LP szóstka młodzieńców z Birmingham mogła pochwalić się niepowtarzalnym stylem, nawet w obrębie wciąż raczkującego jeszcze funeral doomu. To nagranie z muzyką jeszcze bardziej opresyjną i klaustrofobiczną niż ikoniczny debiut Winter. To także prawdopodobnie jedyna płyta, która potrafiła wywołać we mnie przerażenie. Do dzisiaj pamiętam, jak podczas jednego z nocnych odsłuchów z otępionego pół-snu wyrwałem się zlany potem. Jest to zdecydowanie najcięższy materiał zespołu, najbardziej surowy i toporny aranżacyjnie, aczkolwiek pod tym względem i tak o milę lepszy niż większość wydawnictw z ekstremalnym doomem w tym czasie. Już otwierający całość "Bereft" po kilku minutach obcowania z ważącym tysiąc ton riffem, zamienia się w graniczącą z noise kakofonię pisków, sprzężeń, elektroniki i szaleńczych wokaliz, gotową w mig odsiać każdego słuchacza z przypadku. Growl Chandlera jest potworny i odhumanizowany, do tego często zwielokrotniony czy przechodzący do maniakalnego krzyku. Co ciekawe, druga połowa płyty zawiera akcenty przywodzące na myśl stoner doom - są tam fragmenty charakterystyczne dla klasycznego grania, z chwytliwymi solówkami na czele. Jednak już wieńczący całość "Awaiting My Death" to ponowny skok w otchłań rozpaczy i depresji, nie pozostawiający ani promyka nadziei. Mocne cholerstwo.


Podobnie jak na następnym albumie, jest tu trochę niedostatków produkcyjnych i amatorszczyzny. Perkusja momentami brzmi jak przesypywanie kartofli, aczkolwiek ja należę do zwolenników brzmienia takiego "Failures for Gods", więc i w tym przypadku nie mam z tym żadnego problemu :D

Najlepsze utwory: "Bereft", "Lamented Despondency"

1997 - The Pernicious Enigma

Drugi album ESOTERIC, jeśli nie jest najlepszym w dyskografii, to zdecydowanie najbardziej potężnym i monumentalnym, a także najtrudniejszym do przebrnięcia. Niemal 2 godziny (!) muzyki równie przytłaczającej co na debiucie, z totalnie gęstym klimatem dającym się kroić nożem, samplami z Czasu Apokalipsy (arcydzieła równie opresyjnego) i utrzymanej w większości w ślimaczych tempach, acz uświadczyć można tu i blasty. "The Pernicious Enigma" jest jednak wydawnictwem znacznie bardziej atmosferycznym i, hmm, wielobarwnym. Wspomniany w drugim paragrafie oniryczny/narkotyczny klimat najbardziej daje się odczuć właśnie tutaj. Gitary potrafią brzmieć prawdziwie magicznie, przenosząc słuchacza do jakby całkowicie alternatywnej rzeczywistości i tworząc senne pejzaże. Czasem wręcz ciężko stwierdzić, czy to wiosło, czy już syntezator albo jakiś klawisz - tak niepowtarzalne są zastosowane tu efekty i modyfikacje brzmienia. Wystarczy posłuchać 4 pierwszych minut otwierającego album "Creation (Through Destruction") by całkowicie odpłynąć w jakieś nieopisane rejony ludzkiego umysłu. To już jest poziom wyżej niż utrzymany głównie w odcieniach szarości debiut. Zawarty tu materiał jest bardziej zróżnicowany i zwyczajnie ciekawszy. Wspomnieć warto o "NOXBC9701040", improwizowanym utworze przypominającym wręcz jakiś psychodeliczny jam, z sekundy na sekundę coraz intensywniejszy i gęściejący. Solidny lot w kosmos. Takich odniesień do space rocka jest tu zresztą więcej, np. w wieńczącym całość "Passing Through Matter", które w końcówce przenosi słuchacza w rejony mglistego niebytu. Niesamowita rzecz.


Zdecydowanie nie polecam tego albumu na pierwszy kontakt z muzyką zespołu, bo można się solidnie odbić. Na pewno nie jest to rzecz do codziennego słuchania - okej, to cecha chyba każdej płyty ESOTERIC, ale tutaj jest ona nasilona najbardziej. W żadnym wypadku nie powinno też lecieć w tle, bo to zwyczajnie nie ma sensu. Najlepiej położyć się, zgasić światło i powoli przejść przez portal do innego świata. Pod względem rozmachu jest to na pewno jeden z najpotężniejszych albumów metalowych ever i wymaga odpowiednio tyle cierpliwości. Zapewniam jednak, że po stokroć warto.

Warto wspomnieć, że jakiś czas temu wydana została zremasterowana wersja z tej pozycji. Brzmienie jest czytelniejsze i klarowniejsze, a do tego uwydatniono i podkreślono niektóre efekty, które wcześniej ginęły w miksie. Słuchałem tylko raz, ale udało mi się dostrzec kilka patentów, których nie wyłowiłem wcześniej. Chyba jednak wolę oryginalny sound - ta surowość i niedostatki realizacyjne jakoś wkomponowują mi się w to przytłaczające człowieka monstrum.

Najlepsze utwory: "Creation (Through Destruction)", "A Worthless Dream", "Passing Through Matter" (z fajną niespodzianką na końcu, mogącą przyprawić o nieoczekiwany zawał serca, hehe)

Z racji tego, że wpis ten zaczyna przypominać tasiemca, zakończę w tym momencie i pozostałe trzy pozycje zostawię na część drugą. Powinna ona pojawić się niebawem. Stay tuned!


wtorek, 18 lutego 2020

Recenzja MONASTERIUM - Church of Bones

Kiedy najwięksi epigoni gatunku nie spełniają wygórowanych oczekiwań, celebrując powrót oryginalnego wokalisty płytą zwyczajnie nieporywającą - chyba nie muszę mówić, kogo mam na myśli - z pomocą przychodzi krakowska ekipa kultywująca tradycyjny, epicki doom metal. Wraz z wydaniem "Church of Bones" nie powinno być wątpliwości, że uczeń przerósł nieco podstarzałego już mistrza.


Na drugim pełniaku MONASTERIUM zagłębia się w strefę sacrum, ale przy akompaniamencie ciemności i rozrzuconych wokół kości umarłych. Mamy więc charakterystyczną dla tego grania dawkę patosu (akceptowalną i nie wywołującą odruchu wymiotnego - żeby nie było), w tle słychać jednak płonące stosy, a w powietrzu roznosi się swąd spalonych żywcem heretyków. Dominują odniesienia do chrześcijaństwa oraz w mniejszym stopniu do mitologii, więc jeśli marzyłeś kiedykolwiek o wyprawie na Ziemię Świętą i wyrzynaniu niewiernych pogan, to byłby to świetny podkład muzyczny.

Brakowało mi płyty utrzymanej w ryzach podniosłego doom metalu, zawierającej zarazem porządną dawkę mroku i posępnego wydźwięku. Oczywiście uwielbiam klasyczne albumy Candlemass z Marcolinem w składzie, tam jednak dominuje dostojność i wręcz rajskie piękno. Tu zaś tańczymy ze Śmiercią i jest to odwzorowane także w warstwie muzycznej. Kiedy słucham takiego "Embrace the Void", rzeczywiście czuję, że umiera ostatnia nadzieja. Podlane jest to pewną dawką dramatyzmu, podbijaną głównie przez manierę wokalisty. Przyznam, że zwłaszcza gdy wchodzi on w wysokie rejestry, jest tu pewne pole do poprawy, jednak ogólnie wokalizy są całkiem nienaganne i dobrze wpasowują się w konwencję zespołu. Za to same refreny to mistrzostwo świata. W praktycznie każdym utworze znajdą się chwytliwe wersy, które można nucić praktycznie bez końca. Co najlepsze, mimo że "Church of Bones" jest łatwo przyswajalne i szybko wchodzi do głowy, to wcale nie wylatuje z niej po dwóch tygodniach. To są po prostu świetnie napisane kompozycje, w których bez przerwy jest na czym zawiesić ucho. Teksty zaś są na tyle dobrze zarysowane, że wcale nie trzeba być profesorem filozofii, by podchwycić ogólny vibe i wsiąknąć w płytę jeszcze bardziej.

Mimo że dominuje ciemność, a same utwory osiągają tempa co najwyżej średnie, to w żadnym wypadku nie można powiedzieć o zamulaniu. A to pojawi się świetna solówka dla przełamania nastroju (i znowuż - casus praktycznie każdego numeru, naprawdę), a to wjazd na podwójnej stopie czy też nieco bardziej heavy metalowe akcenty. Moim absolutnym faworytem jest trzeci na płycie "Liber Loagaeth", nieco balladowy (?), ze wstępem przywodzącym na myśl... religijny black metal w stylu Deathspell Omega, z okresu "Si Monumentum...". Pobrzmiewają mi tu też echa Primordial. W każdym razie, praca gitarzystów jest tu fenomenalna. Wyróżniają się także dobrze nakreślający atmosferę utwór tytułowy, sugestywny i dynamiczny "La Danse Macabre", powoli rozwijający skrzydła "Ferrier of the Underworld" z rewelacyjnym motywem przewodnim czy też najbardziej rozbudowany i epicki "The Last Templar", będący dialogiem między ostatnim wielkim mistrzem templariuszy a skazującym go na śmierć królem. Do tego utworu zespół zaprosił zresztą gościnnego wokalistę (Leo Stivala z Forsaken), co doskonale kreuje narracyjne zabarwienie całości. Słowa wypowiadanej klątwy zdają się być autentyczne.

W warstwie aranżacyjnej oraz produkcyjnej nie mam nic do zarzucenia. Gitary są solidnie dociążone, co jest w zasadzie najważniejsze w tego typu graniu. "Church of Bones" to świetna płyta w niszy, w której pozostało jeszcze sporo do wyeksploatowania, więc tym bardziej cieszy mnie, że zupełnie przypadkowo zapoznałem się z tym materiałem. Co mogę jeszcze powiedzieć? Zostaje zarzucić ten krążek po raz kolejny i szarżować z okrzykiem "Deus vult!" na ustach. Czysta rekomendacja, zwłaszcza dla fanów Candlemass oraz Solitude Aeturnus, szukających jednak wycieczki w pustkę i ognie piekielnie, aniżeli niebiańskie zastępy.