niedziela, 30 sierpnia 2020

Recenzja RITES OF DAATH - Doom Spirit Emanation

Jaki jest gruz, każdy widzi. Gdy posypie się na łby, nie ma czego zbierać. Niewątpliwie jest to skuteczny sposób odbierania życia śmiertelnikom. Finezji w tym jednak za grosz. Taki sposób zadawania śmierci bywa spektakularny i efektowny, aczkolwiek po pewnym czasie nudzi. Monotonia staje się groźniejszym przeciwnikiem niż siła grawitacji przyciągająca głazy. Krakowianie z RITES OF DAATH zdają sobie z tego sprawę i choć wykorzystują gruz jako mechanizm odbierania życia niepokornym słuchaczom, to przedtem szlifują bryły, nadają im różnorodne kształty, grawerują wzory, a potem jeszcze atakują w nieregularnych odstępach, przeplatając fale kolejnych lawin z wycieczkami krajoznawczymi, na przykład w głąb Hadesu.

Po bardzo obiecującej EPce "Hexing Graves", stanowiącej dowód na zaliczenie pierwszorzędnych egzaminów (między innymi znajomość fundamentalnych dzieł Incantation w stopniu zaawansowanym), panowie zaserwowali znacznie bardziej obfitą dawkę rzeczonego gruzu, aczkolwiek wciąż zamkniętą we względnie ciasnych, nie rozłażących się ramach. "Doom Spirit Emanation" to sześć kompozycji składających się na 38 minut muzyki. Muzyki cholernie ciężkiej i przytłaczającej, nadmieńmy - to naprawdę gęsty wywar, przyrządzony ze składników takich jak obskurny, jaskiniowy death metal oraz obślizgły, mający swe źródło w lovecraftowskich odmętach oceanu doom metal, do tego zakrapiany czarną polewką. Potrawa ta przyrządzana jest w czeluściach samego Belzebuba, mającego w rzyci, że z kotła kipi, a zewsząd unosi się odór spalenizny. Czasem wręcz przypomina on aktywny wulkan. Pomiędzy niedbałymi ruchami chochlą, demon ten czyni użytek ze swych strun głosowych, racząc obecnych dookoła wyziewem z najgłębszych odmętów infernalnych stepów. Okazjonalnie też krzyknie coś niezrozumiałego, acz noszącego znamiona gorejącego w nim fanatyzmu i dającego do zrozumienia, że to całe gotowanie to bardzo poważna sprawa.

Danie to bardzo syte, treściwe i obfite w wartości odżywcze, choć mówię temu skurwysynowi nieustannie, żeby dorzucił jakieś warzywo następnym razem, jako że mój żołądek niezbyt znosi nieurozmaiconą, mięsną dietę. Pomiędzy poszczególnymi kęsami trafia mi się czasem kawałek mięciutkiej marchewy, dając żuchwie wytchnienie od nieustannego przeżuwania pieczystego. Niestety nie potrafię powstrzymać się przed marzeniem o jakimś brokule, albo chociaż dobrze posolonym kalafiorze. Koniec końców doceniam jednak wkład i zaangażowanie kucharza, bo bynajmniej nie rzuca we mnie ochłapami. Jeżeli nie do końca jeszcze rozumiesz mojej idiotycznej kulinarnej metafory, to podpowiem, że "Doom Spirit Emanation" to materiał dosyć ograniczony pod względem oferowanej palety emocji, mogący jednak robić duże wrażenie swą dosadnością i monumentalną formą. 

Skupiony w jednej wiązce strumień negatywnej energii, wyzwalany z kreowanych na wiosłach riffach, z pewnością opęta tych, którzy w celu zaspokojenia wrażeń estetycznych udają się popływać w morzu tryskającej ognistymi jęzorami lawy. Najpierw czerpiąc perwersyjną przyjemność z oczekiwania na wzburzenie fal, by potem doznawać rozkoszy przebudzenia magmowego mamuta. Tak dzieje się w najlepszym na płycie "Shrines of Seclusion", konsekwentnie zmierzającym do swej eskalacji: "We're corruption/Taking a form/Of a woman, of a man/Of an animal and a child" - ten moment to istne otwarcie głodnej szczeliny w strukturze genealogicznej piekła, która najpierw pożre potępione dusze, a następnie dźwięcznie zamanifestuje swe zadowolenie. Odrywające się niczym flegma ścieżki gitar pochłaniają słuchacza i skutecznie oblepiają w swój obślizgły kokon - a struktura chemiczno-biologiczna niniejszego obrzydlistwa gwarantuje, że ten się nie uwolni. Pan V. K. naprawdę dobrze zakręcił gałkami, a wszechobecny pogłos wzmacnia jedynie wrażenie, że jest to muzyka prosto z pieczary bestii pałaszującej właśnie drugie śniadanie.

Produkcyjna maestria omawianego krążka pozwala także z pełną efektywnością wybrzmieć wszelkim piskom, sprzężeniom i urywkom solówek, dzięki którym uwydatnia się dochodzący zewsząd zaduch. W pełnej krasie objawia się to na najdłuższym w zestawie "Primeval Depths of Chaos", będącym prawdziwym death/doomowym monstrum, nieobojętnym na wszelkie rewelacje, jakie zachodziły w trzydziestoletniej historii gatunku. Począwszy od klasycznych, huraganowych, bezlitośnie przewiercających mózg riffów, poprzez kanonady na podwójnej stopie kłaniające się diSEMBOWELMENT, takoż i ociężałe, miażdżące niczym walec gitary kontrastowane nieubłaganymi blastami, aż po jęki i ognie piekielne jakby wyjęte rodem z legendarnego "Upon Infinite Twilight/Majesty of Infernal Damnation". To utwór kompletny, dosadny, w swojej klasie będący małym dziełem sztuki, choć oczywiście subtelnością nie grzeszący - gruz ma przytłaczać, a nie zachwycać strukturą konturów. Nieśpieszne rozwijanie się tej kompozycji robi nielada wrażenie - czujesz, że siódma pięczęć właśnie zostaje aktywowana, pojawiają ci się mroczki przed oczami, a legioności rozpoczynają swój marsz, by zatopić świat w zepsuciu. Wiesz, że jesteś bezradny, tak naprawdę wiedziałeś o tym od początku - tylko niezmordowany fatalizm kazał ci zapuszczać się w głębie tego pandemonium. Gdy wybrzmiewają dwie ostatnie minuty, nie ma już czym oddychać. Tracisz świadomość.

Budzisz się, czując w trzewiach palący żar. Po chwili zaczynasz żałować, że nie umarłeś, że te pływające w popielastych rzekach mackowate stworzenia nie wciągnęły cię w otchłań. Tak jak wcześniej Bestia nieśpiesznie napawała się twym cierpieniem, tak teraz wpadła w szał, czego przejawem jest buchający nieposkromionymi solówkami "The Chasm". Wspominałem wcześniej o kipiącym kotle? Ten utwór ostatecznie obryzguje wszystkim twarze wrzącą zawiesiną. Potem już tylko można posprzątać trupy, gdy już aktywność wulkaniczna wygaśnie - klimatyczne pociągnięcia za struny w finałowym "Mercurian Blood" pozwalają odetchnąć sprzątającym ten bajzel. Ci, którzy przeżyli, prawdopodobnie rzekną, że spektakularnie zaczęło być dopiero w trzecim rozdziale tego spektaklu, aktorzy grali w nieco jednowymiarowy sposób, a zakończenie pozostawiło pewne niedopowiedzenia, jednak w ostatecznym rozrachunku było na co popatrzeć. 

I taki właśnie jest debiut RITES OF DAATH. Myślę, że album ten nie położy cię prawdziwie na łopatki i nie zaserwuje niepowtarzalnego emocjonalnego rollercoastera. Z pewnością jednak odwrócisz głowę, gdy ten z pozoru ociężały tytan zacznie się przebudzać i postawi trzęsące podłożem kroki. Wreszcie, gdy z firmamentu poczną spadać przepotężne głazy, siłą rzeczy adrenalina zacznie ci buzować w żyłach, byś mógł wykonywać skuteczne uniki. Zapewniam jednak, że za którymś razem dostaniesz w czerep. Może i się podniesiesz, ale blizna zdobić będzie twe oblicze aż po kres pisanych ci dni. 

czwartek, 27 sierpnia 2020

Recenzja INCANTATION - Sect of Vile Divinities

 Pewne zespoły od zarania dziejów trzymają się wypracowanego przed laty stylu i ostatnią rzeczą, którą można się po nich spodziewać, jest nagranie niestrawnego, eksperymentalnego materiału, który podzieli grupę oddanych mu fanów. Niektóre z nich celują w drugie ekstremum tego spektrum, wypuszczając co pewien czas - mówiąc z przekąsem - ten sam album. Weterani nowojorskiego death metalu z INCANTATION na swoim dwunastym krążku kroczą pomiędzy tymi ścieżkami, gdzieś po środku. Nadal obracają się w ramach hermetycznej stylistyki, która od czasów ikonicznego "Onward to Golgotha" została przemaglowana przez młodsze hordy już tysiące razy. Przed laty niedoceniona, dziś ekipa Johna McEntee'ego udowadnia, że pod względem kompozycyjnym większość przedstawicieli współczesnej sceny może im buty czyścić, a ponadto - że w obrębie tradycyjnego, bluźnierczego śmierć metalu, jakiego od nich oczekujemy i się spodziewamy, wciąż potrafi nagrywać przepełnione świeżością (ekhm, to znaczy, ekhm, zgnilizną) płyty, co prawda nie tak dewastujące jak legendarny debiut czy "Mortal Throne of Nazarene", ale wciąż warte powstawienia na półce.

Na trwające 45 minut z hakiem "Sect of Vile Divinities" składa się dwanaście kompozycji. Na tym etapie możemy zwrócić uwagę na dwa aspekty, które będą istotne przy późniejszym omawianiu zalet niniejszego materiału. Po pierwsze, nie uświadczymy tu potężnego, kilkunastominutowego kolosa, które to potrafiły pojawiać się przy okazji poprzednich albumów, zwykle stanowiąc efektowną kulminację przypieczętowującą zejście do serca pandemonium. Po drugie, jakby w opozycji, mamy tu właśnie całkiem sporo krótkich, trwających zaledwie 2-3 minuty strzałów. Nie znając najnowszego dzieła Incantation, można z tego wyciągnąć pochopny wniosek, że panowie poszli tym razem w ekstremalnie szybkie, furiackie rejony, rodem z takiego "Dying Divinity" czy "The Blissful Bloodshower", odpuszczając pierwiastki doom metalowe. Tych, który spuścili już głowę i kiwają nią z niedowierzaniem, mogę uspokoić. Panowie widocznie rozkopali i sprofanowali sporo grobów przed sesją nagraniową, bo trupi odór aż unosi się nad tymi utworami. 

Rozpoczynający całość "Ritual Impurity (Seven of the Sky is One)" stanowi małą zmyłkę, będąc dynamicznym, prostym, utrzymanym w duchu starej szkoły numerem. Wraz z wybrzmieniem drugiego w kolejce "Propitition" następuje otwarcie skąpanego w piaskach pustyni grobowca. Wybrzmiewają zatęchłe melodie, wydobywają się opary duszącej siarki, w tle nekromanci dają drugie nie-życie upadłym legionistom. To dobra zapowiedź najbardziej klimatycznej płyty Incantation od dawien dawna. Wszechobecna zieleń prosto z okładki, kolor przegniłej twarzy dawno już przeżartej przez larwy , atmosfera nędzy i smutku, dopełniana przez niespotykaną do tej pory dawkę klasycznych, konwencjonalnych melodii, kojarzących mi się ze starą brytyjską szkołą death/doomu. Niczym na "Acts of Unspeakable", kontrastujące z patologiczną aurą muzyki eleganckie i wysmakowane wręcz sola tylko uwydatniają stężenie panującego tu choróbska. "Sect of Vile Divinities" to album z prawdziwie umiejętnie kreowanym nastrojem, przywodzącym na myśl marsz pośród gigantycznych skorpionów, będąc smaganym po mordzie przez pył Lut Gholein. Wokół szaleje szarańcza, kapłani zarazy wywołują egipskie plagi, a kultyści w swych kręgach odprawiają rytuały przywoływania Bestii.

Weźmy takie "Black Fathom's Fire", potencjalnego kandytata na tutejszy punkt programu. Kompozycja ta zawiera wszystko, co stanowi o sile niniejszego albumu. Oparty na niebanalnych, dynamicznie tańczących niczym plemię skandujące (nomen omen) inkantacje riffach z technicznym posmakiem, przechodzący wkrótce w kapitalny pasaż przywodzący na myśl powolny marsz przez krainę niegdyś tętniącą życiem, teraz zaś popadłą w ruinę. Partie gitary prowadzącej są wprost fenomenalne i tworzą pewną dozę orientalnego klimatu, skąpanego w sosie ludowych demonologii różnych kultur, co zresztą jest tematem przewodnim albumu. Pod tym względem mam wyraźne skojarzenia z wczesnym okresem Nile, tym najwspanialszym, pamiętającym jeszcze czasy EPki "Festivals of Atonement". 

Te echa zresztą przewijać się będą i w pozostałych utworach, potwierdzając że to najbardziej klasyczny i wysmakowany album Incantation od dawien dawna. Także i wszechobecna chwytliwość, łatwość zapamiętania poszczególnych patentów są tu obecne. John, Kyle i pozostali członkowie zespołu nie boją się ofensywy flirtującej z death/thrashem ("Fury's Manifesto"), tak samo nie brakuje tu momentów przywodzących na myśl bardziej rytmiczne, dociążone mielenie spod znaku Asphyx czy Obituary. A te obrzydliwe, zwielokrotnione wokale na tle zwyrodniałych, zdeformowanych riffów w końcówce "Chant of Formless Dead"? Myślę, że wiesz do czego jest to odwołanie. Całość nosi jednak oczywiste znamiona Incantation, tego jedynego, niepowtarzalnego, mimo mnóstwa epigonów. Kto inny spośród klasyków gra bowiem TAKIE miażdżące walce, zahaczające o funeral doom? Marszowy, będący jakby przerywnikiem "Ignis Fatuus", stanowi jedynie przedsmak prawdziwego konduktu pogrzebowego, akcentowanego nabiciami na tomach z potężnym pogłosem - "Scribes of the Stygian" to śmierć potencjalnego wybawcy, ostateczny upadek wszelkiej nadziei. Gloria rozkładu nadal będzie trwać, a chwilowe, piłowanie na tremolo przyśpieszenie to tylko podstępna pułapka. Za chwilę wybrzmi najbardziej melancholijna melodia na płycie, usankcjonowana późniejszym przybiciem gwoździ do trumny. 

Jak widzisz, dominują negatywne emocje i skojarzenia, co nie znaczy, że album ten jest ciężkostrawny czy przesadny w swej ponurości. Dzięki zmyślnemu rozłożeniu kompozycji względem siebie i odpowiedniemu balansowi "szybko/poooowoli", ani na moment nie następuje uczucie znużenia. Poza tym, John świeżakiem nie jest i na "Sect of Vile Divinities" udowadnia, że 30 lat bluźnierstwa nie poszło na marne. W trzyminutowym utworze potrafi zawrzeć całą esencję, przekazać pełną myśl przewodnią, nie rozciągając utworu o zbędne mostki czy niezbyt treściwe sprzężenia (choć oczywiście sprzężenia w wykonaniu Incantation uwielbiam). To są naprawdę "kompaktowe" kompozycje, prosto i na temat, mimo że panowie nie stroją od zmian konwencji w obrębie jednego utworu, zabaw rytmiką, niespodziewanych przyśpieszeń opartych na "świdrujących", piekielnych riffach, tak znanych z "Diabolical Conquest" czy "The Infernal Storm", tu i ówdzie wplatają też dość finezyjne, gitarowe zagrywki (acz bez zbędnej ekwilibrystyki!) czy wychodzący na pierwszy plan, ohydnie brzmiący bas ("Entrails of the Hag Queen" czy najdłuższy w zestawie, fenomenalnie dawkujący napięcie "Unborn Ambrosia", gdzie sekcja rytmiczna bryluje). Na sam koniec zaś mamy nie bierący już jakichkolwiek jeńców, stanowiący ostateczne dowalenie do pieca "Siege Hive". Cóż za demoniczna prędkość! Cóż za doskonała aranżacja wokali Johna! Tu już przeważa pędząca podwójna stopa i parcie do przodu z przerwą na kilkusekundowe, typowe dla zespołu zwolnienie. To bezsprzeczny hit, doskonały na zamknięcie koncertu. O odwołaniu do "Deliverance of Horrific Profecies" już nawet nie będę wspominał!

Byłoby to trochę nieuczciwe z mojej strony, gdybym nie zwrócił uwagi na łyżkę dziegciu w beczce tego miodu. Z pewnością nie psuje ona całego dania, ale nie stanowi też smakowitej, aromatycznej przyprawy. Z jednej strony to z deka "suche" brzmienie, z gitarami zahaczającymi o buzzsaw, całkiem pasuje do pustynnej atmosfery krążka. Z drugiej - przydałoby się więcej syfu w produkcji. Incantation nie powinno brzmieć aż tak klarownie. Wyraźnie kłuje w uszy też płaski werbel, nie mający odpowiednio wystarczającej mocy. W ostatecznym rozrachunku są to jednak drobne przytyki, nie przykrywające (perwersyjnej) przyjemności obcowania z tym albumem. INCANTATION udowadnia po raz kolejny, że gra w całkowicie własnej lidze, a ponadto nie musi silić się na cokolwiek, nagrywając utrzymaną w klasycznym duchu płytę. Tak, korzenie hordy Johna nadal tkwią w '91, ale nie oznacza to też taniego odgrzewania kotleta. Debiut nadal jest niepokonany, ten poziom bluźnierczej furii już nigdy nie zostanie przebity, ale dwunasty (!) już "Sect of Vile Divinities" to rzecz, która spokojnie trafi do górnej połowy najlepszych krążków zespołu. Jak na zespół z takim stażem jest to ogromny komplement. Naprawdę pozytywne zaskoczenie - spodziewałem się płyty co najmniej dobrej, dostałem zaś świetną, bynajmniej nie zwiastującą jeszcze złożenia zespołu do, hehe, grobu.

piątek, 14 sierpnia 2020

Recenzja SPIRIT POSSESSION - Spirit Possession

Jeżeli regularnie zatracałeś się w podróżach do dziewiątego kręgu piekieł, ale od czasu zawieszenia działalności przez wysłanników diabła na Ziemi (panów z niemieckiego Katharsis) nie jesteś już tam mile widziany, mam dla ciebie dobrą wiadomość. Wraz z debiutem amerykańskiego SPIRIT POSSESSION wrota pandemonium znów są otwarte, a rzesze wyznawców czekają na ponowne opętanie. Jeśli do tego uważasz, że mariaż ducha pierwszej fali black metalu z współczesnymi walorami kompozycyjnymi - wzorem Funereal Presence - to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ostatnimi czasy spotkała infernalną operę Lucyfera, to możesz już podpisywać cyrograf.


Celowo posługuję się mogącymi brzmieć śmiesznie i niedorzecznie dla osób spoza środowiska kliszami, bo o ile nie wątpię w autentyczność składającego się na bohaterów wpisu duetu - bo takiej muzyki nie można tworzyć, nie mając choćby szczątkowych koneksji z Szatanem - to panowie balansują na granicy komiksowej estetyki gatunku (w pozytywnym tego słowa znaczeniu; w końcu metal to od zawsze mniej lub bardziej zabawa konwencją, próba obrazowego przedstawienia pewnych, nieraz bluźnierczych idei), na co składa się zarówno doskonale oddająca zawartość muzyczną okładka, spora doza tradycyjnego, skąpanego w black/thrash metalowym sosie riffowania oraz solidna dawka kultowego "ugh!" i przepuszczonego przez krzywe zwierciadło "hey!". Słowem - stara szkoła kipi i wylewa się z tego obfitego w potępione dusze kotła. Wiedźmy tańczą na sabacie, a ich zwierzchnik zapewnia im z tego tytułu dobrą zabawę - w końcu kto powiedział, że gloryfikacja Pana musi być śmiertelnie nudna i nieustannie poważna?

Siedem kompozycji składających się na 35 minut muzyki urzekło mnie już samymi tytułami. "Deity of Knives and Pointed Apparitions", "Eleven Mouths" czy mój ulubieniec "Amongst Inverted Castles and Holy Laughter" - same nazwy wywołują już nie do końca zdrową dozę fascynacji, poczucie obcowania z groteskowym, nie dającym się objąć rozumiem zdeformowanym bytem, a na pewno już upewniają mnie w twierdzeniu, że mamy tu do czynienia z manifestacją powykręcanego we wszystkie strony - niczym kończyny osobnika poddawanego egzorcyzmom - koszmaru w postaci dźwiękowej. Liczne z zawartych tu gitarowych patentów brzmią, jakby dla muzyków sufit był podłogą, a ściany pokoju składały się z popękanych luster, od których nieustannie odbijają się przybierające postać zjaw fale dźwiękowe, razem przeobrażających się w demoniczną aberrację. Ten strumień negatywnej energii panowie A. i S. są jednak w stanie ujarzmić i skoncentrować w spójny, tradycyjnie blackmetalowy atak, a wirujące niczym w malstromie duchy skierować w konkretnym kierunku, by opętywały kolejnych i kolejnych potencjalnych kultystów.

Charakterystyczna atmosfera hymnicznej i majestatycznej podróży po 30 latach historii black metalu, którą tak zgrabnie kreuje p. Bestial Devotion (Negative Plane, wspomniane już Funereal Presence) jest tu wyczuwalna, choć całość ma inny wydźwięk - nie epickiej eskapady, a raczej zabłoconego i obdartego z jakiejkolwiek szlachetności zejścia w sam głąb hadesu. Towarzyszące temu wizje nie są jednak szare i jednowymiarowe, a obfite w feerię barw i spotkań. Wyrzygiwane z morderczą konsekwencją, zwielokrotnione wokale, momentami brzmiące jak jęki upadłych aniołów z frontu "Hell Awaits", wiązki mefistofelicznych, krótkich solówek - o ile można tak je nazwać - brzmiących jak błyskawiczny szturm wypuszczonych z magicznego pudełka upiorów i "kołyszące się" melodie, którym daleko do kanonu piękna - to chleb powszechni omawianego albumu. Inspirowane teutońską szkołą grania metalu riffy nieustannie zachęcają do rytmicznego kiwania głową, a jednak nigdy nie popadają w banał festiwalowego koncertu dla przeciętnego bywalca Oktoberfestu.

Spirit Possession czerpie garściami z czynników składających się na esencję metalu lat 80 i dodaje do tego coś, co wykiełkowało dopiero lata później - ortodoksyjne, zakrawające na religijny fanatyzm podejście do hołdowania Diabłu, w którym miejsca na zabawę już raczej nie ma. Przedostatni na płycie "Swallowing Throne" doskonale oddaje to podejście: fuzja inspirowanego Hellhammer/Celtic Frost napierdalania na tle nadających prędkości salw podwójnej stopy z maniakalnym, dewocyjnym wręcz podejściu Katharsis, transformującym black metal w stronę prawdziwie niebezpiecznego zjawiska. Aurę szaleństwa potęgują wszelkie wokalne czy gitarowe wstawki, kilkusekundowe wtręty, podsycające ogień piekielny falsety, nawiedzone przejawy spuszczenia Bestii z łańcucha. Ani na moment jednak słuchacz nie zostaje wciągnięty w bańkę jałowego mielenia dysonansów czy zbytecznego przeciągania struny. Utwory trzymane są w ryzach i nigdy nie oddalają się od rdzenia tejże muzyki; trwają tyle, ile mają trwać, by nieustannie i skutecznie zatruwać twój umysł. Skupiają się tylko na tym, w taki sposób, abyś po zakończeniu satanistycznego seansu wcisnął przycisk "repeat".

Płyta ta być może nie zrewolucjonizuje oblicza metalu, wypełni jednak część niszy, która nadal nie jest zbyt regularnie eksploatowana. Debiut Spirit Possession to opętane dziecko bezwzględnej, wczesnej Aury Noir, sypiącej z rękawa mięsistymi black/thrashowymi riffami oraz zelotów z Katharsis, momentami niańczone przez piewcę okultystycznych tradycji z Funereal Presence. Dziecko to nie jest rozwydrzonym bachorem, nie wiedzącym czego chce, a bezwzględną maszyną przeznaczoną do szerzenia chaosu i niczego więcej. Sama treść, bez zbędnych ozdobników czy mostków prowadzących do niezbyt satysfakcjonujących konkluzji. Recenzowany dziś debiut uświadamia mi, jak bardzo chciałbym, by takiego grania było więcej. Hails!

czwartek, 30 lipca 2020

Recenzja VOIDCEREMONY - Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel

Lubię, gdy w technicznym death metalu, prócz ponadprzeciętnych zdolności muzyków i instrumentalnej ornamentyki, jest jeszcze miejsce na pewien kluczowy element: dobrą muzykę, w której niecodzienne struktury i zmieniające się jak w kalejdoskopie palety dźwięków nie są celem samym w sobie. Czy tak właśnie jest w przypadku omawianego dziś debiutu amerykańskiego VOIDCEREMONY? Jeśli interesuje cię, drogi Czytelniku, opinia osoby zdolnej wymienić podobające jej się albumy z tej szufladki na palcach jednej ręki (mowa o wydawnictwach z obecnego millenium; lata 90 to nieco inna sprawa), to zapraszam do dalszej lektury niniejszej recenzji. Słowem, piszę to z perspektywy kolesia, któremu bliżej raczej do hermetycznych bluźnierstw Incantation niż kompozycyjnej maestrii Atheist.


Szczerze mówiąc, byłem nieco zdziwiony przeczytawszy, iż VoidCeremony wywodzi się z kraju dzikich rewolwerowców i gorączki złota, a nie wyspy kangurów i śmiertelnie niebezpiecznych parzydełkowców. Słysząc ten materiał po raz pierwszy, skojarzenia ze sceną australijską nasunęły mi się wręcz machinalnie. Nie chodzi tylko o jednego z bardziej charakterystycznych metalowych basistów w ogóle (Damon Good znany m.in. ze StarGazer oraz Mournful Congregation), ale także momenty lobotomicznie przeszywające synapsy w mózgu rodem z bandy szaleńców z Portal. Jeżeli miałbym krótko zarysować oblicze "Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" (nazwa wybitnie nie pudelkowo-tabloidowa, ale to akurat zaleta), to wskazałbym na mieszaninę kunsztu środkowych dokonań ekipy Chucka Schuldinera z niekonwencjonalnym podejściem do tematu death metalu wspomnianych już piewców lovecraftowskiego horroru. Jest to oczywiście daleko idące uproszczenie, wszak do czynienia mamy tu z muzyką prawdziwie niebanalną i nie dającą się sprowadzić do tak zdawkowego opisu. Zagłębmy się więc bardziej.

Zaprezentowane tu sześć kompozycji zamyka się w zaledwie 32 minutach i jest to pierwszy punkt programu, który muszę pochwalić. To idealna długość dla tego typu materiału. Zanim panowie zdążą wystrzelić się z pomysłów i zanudzić słuchacza ekwilibrystyką, płyta dobiega końca. Najlepsze albumy z tej bańki podążały właśnie tym wzorcem. Przyjemne jest także rozmieszczenie utworów: dajemy wielkogabarytowe, 9-minutowe monstrum w środku i obudowujemy je krótszymi numerami w formacie bliżej czegokolwiek, co nazwać można "piosenkowym". Co zaś składa się na samą treść? VoidCeremony proponuje muzykę rozbudowaną technicznie, pełną nieoczywistych podziałów rytmicznych, zagrywek w niestandardowym metrum, struktur dalekich od zwortkowo-refrenowych i obfitą w prześcigające się riffy, sola na basie i nagłe eskalacje perkusyjnego ostrzału. Gdybym nie osłuchał się już z omawianym albumem, uznałbym że to coś raczej nie dla mnie, a na pewno nie jeśli zalety kończą się na samym opakowaniu płyty w progresywnym pudełeczku. Domyślasz się jednak pewnie, że w tym przypadku stało się inaczej. Zespół dorzuca do tego bliskiego wybuchu kotła wyrazistą szczyptę emocji, polewa sosem z eleganckich, urodziwych melodii i nasącza zjadliwą dawką kosmicznego mistycyzmu. Dzięki temu otrzymujemy danie, które nie tylko nie zamieni naszej rezydencji w niedający się uprzątnąć sajgon, ale także będzie smaczne i nieobciążające dla żołądka.

"Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" to materiał, w którym udało się upchnąć zaskakująco dużo wpadających do głowy zagrywek, zarazem nie popadających w nachalnie narzucający się banał i każących chociaż pochylić głowę nad panującym tu zmysłem kompozycyjnym. Buszujące tu w co drugim krzaku finezyjne sola na basie stanowią płynnie wynikający z muzycznej logiki punkt odniesienia, przełamujące gitarowe labirynty zaskakująco piękne (w odniesieniu do tradycyjnego modelu estetyki) melodie pełnią funkcję katharsis po wywróceniu ci mózgu do góry nogami, a pojawiające się momentami dynamiczne, stojące w kontraście do powykręcanego kłębowiska, rozpędzone riffy sprawiają, że nigdy nie masz przesytu bądź co bądź wymagającą i skomplikowaną w odbiorze muzyką. Wyraźnie widać to na przykładzie czwartego utworu, rozpoczynającego się takowym właśnie patentem tuż po wybrzmieniu ostatnich czarujących harmonii z poprzedniego, majestatycznego "Empty, Grand Majesty (Cyclical Descent of Casuality)", w którym świetne pomysły i emocjonujące gitarowe pojedynki wprost buzują i prześcigają się wzajemnie. Po takiej dawce napięcia słuchacz pragnie bezpośredniego uderzenia i to właśnie otrzymuje. 

Fascynuje mnie bijąca zewsząd refleksyjno-filozoficzna aura, mądrość starożytnych bóstw przemawiających przez ten album, pokłon dla ogromu Wszechświata i doskonałości gwiezdnych konstelacji, astralna pielgrzymka ku samotnym świątyniom. Ten duch materializuje się zwłaszcza we fragmentach wolniejszych, czasem skąpanych w dysonansie, czasem przyodzianych w nie do końca prosty do rozszyfrowania manewr na basie. To mniej więcej te same rejony kosmosu, które eksplorował legendarny już Timeghoul; tam jednak natkąć się mogłeś na flotę obcych gotowych przebić twą duszę Ostrzem Czasu - tu zmagasz się z wszechogarniającą pustką, otchłanią myślowych konstruktów, równie groźną. Samo to skojarzenie z nieistniejącą już ekipą jest w moim mniemaniu ogromnym komplementem dla VoidCeremony.

Słodzę, słodzę, a jakichkolwiek wad nie stwierdzono? Być może niektórym z was nie będzie odpowiadać dość czysta produkcja z wyraźnie zdigitalizowanym brzmieniem bębnów - odpowiadam jednak, że jest to mimo wszystko techniczny death metal, w którym takowe rozwiązania bolą mniej, a dwa, iż naprawdę nie ma tu jakiejkolwiek tragedii i gary brzmią tak, jak zdążyliśmy się przez lata przyzwyczaić. Piszę to w zasadzie tylko po to, gdybym musiał do czegoś przyczepić się na siłę. Po prawdzie, nie mam jakichkolwiek problemów z niniejszą produkcją. Koniec końców, zamiata mną ten album dosyć porządnie, choć wymagało to uważnego odsłuchu ze słuchawkami na świeżym powietrzu - słuchając wcześniej po łebkach, dostrzegałem pojedyncze wyróżniające się momenty, acz nie łączyło mi się to w prawdziwie angażującą i łechtającą bębenki uszne całość. To samo polecam tobie - siądź i odpal "Entropic Reflections Continuum: Dimensional Unravel" w warunkach, jakie uważasz za optymalne i spróbuj dostrzec, jak kapitalnie łączą się ze sobą te elementy układanki, zarazem uderzając w bardziej subtelne struny ludzkiej duszy. Zaprawdę polecam. Dla mnie to chyba najlepsza rzecz z tych rejonów od czasu "A Merging to the Boundless". Jeżeli trójka StarGazer ujęła cię za serce, to z czystym sumieniem mogę polecić debiut VoidCeremony, bo brylują na tych samych polach. A nawet jeśli jest inaczej, to i tak koniecznie sprawdź ten materiał.

sobota, 25 lipca 2020

HATE FOREST - Purity, czyli wykładnia black metalu w siedmiu hymnach riffem

Istnieją pewne albumy, będące po prostu destylatem pewnej myśli przewodniej. Czystym, nieskażonym jakimkolwiek zbędnym pierwiastkiem ekstraktem. Gdy mówimy o black metalu, z łatwością da się wskazać kilka oczywistych przykładów - jeśli czytasz tego bloga to z dużą dozą prawdopodobieństwa wiesz, o jakich wydawnictwach mowa. Ze stanowczą pewnością siebie stwierdzam, że "Purity" ukraińskiego HATE FOREST to materiał w pełni zasługujący na miano wykładni black metalu, choć nie tak ikoniczny - po prostu wyszedł zbyt późno. Gdyby pojawił się w 1996, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.


Hate Forest może być kojarzony jako "poboczny projekt kolesi z Drudkh", choć w rzeczywistości powstał znacznie wcześniej. Dla mnie zespół ten to przede wszystkim dwie płyty, obie wydane w 2003 - omawiane dzisiaj "Purity" oraz o znacznie odmiennym charakterze, acz nadal co najmniej bardzo dobre "Battlefields", czyli zabarwione militarystycznymi akcentami, dość unikatowe spojrzenie na black metal - być może i o tej płycie pojawi się w przyszłości tekst. Oba te materiały cechuje pewna doza odhumanizowanej atmosfery oraz przeszywająca do szpiku kości dosadność przekazu i efektywność w sugestywnym przedstawieniu pewnych obrazów. Tak jak w przypadku "Battlefields" mamy wizję opuszczających dom rodzinny mężczyzn wyruszających na wojnę i walkę o wyznawane wartości, zarazem opłakiwanych przez zatęsknione żony i matki, tak "Purity" stanowi manifestację szarości, martwej natury, pustynnienia wszelkich aspektów życia, ale także przezwyciężenia śmierci. Zarazem tytuły obu tych płyt są niesamowicie trafne i precyzyjnie opisujące zawartość muzyczną. "Purity" to istotnie czysty, okrojony do samej esencji, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników BLACK METAL.

Składający się z siedmiu utworów (z czego ostatni "Cromlech" stanowi instrumentalne outro) album ten stanowi dobitny dowód, że nieziemski klimat da się stworzyć, używając w zasadzie jedynie gitar. Głębia każdego występującego na "Purity" riffu jest wręcz porażająca - to ten rodzaj strumienia negatywnej energii, przywodzący na myśl dziesiątki splecionych ze sobą gitarowych warstw tańczących w chaotycznym rytmie, składających się na sharmonizowany ideał. Słuchając takiego "Domination" czy "Elder Race" można wręcz zatopić się w tych dźwiękach: kryje się w nich coś nieprzeniknionego i pochłaniającego niczym czarna dziura, od której nie ma ucieczki. A przecież czysto aranżacyjnie nie ma tu jakichkolwiek fajerwerków. Ot, zaprogramowany na prostolinijne stukanie rytmów automat perkusyjny, swą mechaniczną bezdusznością uwydatniający tę uschniętą krainę będącą tematem albumu. Akcentujący riffy, wyraźnie zaznaczony w miksie klekoczący bas. Bestialskie, odhumanizowane growle tworzące wrażenie siły, której nie sposób się nie podporządkować - chciałoby się częściej słyszeć tak dobre wokale w black metalu. To wszystko stanowi jednak jedynie (i aż) dopełnienie doskonałych partii gitar.

Na całą tę destrukcyjną otoczkę przypada kilka fragmentów bardziej klimatycznych i nastrojem będących jakoby zapowiedzią tego, co już niedługo będzie grane pod szyldem Drudkh. Druga połowa "The Gates" to chyba najlepszy moment na płycie i motyw, który zostaje w głowie praktycznie od pierwszego odsłuchu. W ogóle uważam, że proporcje między namiętnie tremolowanymi riffami na tle blastów, a fragmentami wolniejszymi, przesyconymi typową dla atmospheric black metalu melancholią są wręcz idealnie wyważone. "Purity" to album z fenomenalną dynamiką i rozłożeniem poszczególnych kompozycji. Dwa pierwsze utwory nakreślają, z czym to się je; następnie mamy 11-minutowe, rozbudowane kolosy z wyraźniejszymi melodiami, przetykane rzeźnickim, króciutkim w porównaniu z resztą "Megaliths". Finałowy "Desert of Ice" zaś to utrzymany w tradycyjnym duchu utwór (norweskie wiatry dotarły na Ukrainę; szczególne wyraźne są echa Immortal), łączący oba te podejścia i będący najbliżej gatunkowych standardów. Nie ma tu słabszego numeru. To album monolit, przeznaczony do słuchania w całości - zresztą dzięki wymienionym czynnikom czas mija przy nim tak szybko, że obcowanie z jednym utworem natychmiast powoduje kaskadę i przykucie do fotela, aż wybrzmią końcowe nuty pogrzebowo brzmiącego "Cromlech". Ponadto główne kompozycje spięte są tajemniczo brzmiącym ambientem, przez co tworzą wrażenie nierozrywalnej całości w jeszcze większym stopniu.

"Purity" to sztandarowy album hołdujący minimalizmowi i wymowny w swojej prostocie. To album bezkresny, studnia bez dna, z której można czerpać garściami. Utwory te są na tyle nieskomplikowane, że da się je poznać na wylot po kilku zaledwie odsłuchach, a jednak i za -nastym razem przeszywają cię niczym rentgen i są jak niekończąca się czeluść bez horyzontu. Każdy obrót tego albumu w odtwarzaczu to zupełne oderwanie od rzeczywistości, do której potem ciężko powrócić. To materiał nieskalany, będący otchłanią od której nie możesz oderwać wzroku. Raz spojrzysz, a ona będzie patrzeć na ciebie. A co jest w tym wszystkim najlepsze, nadchodzący LP Precambrian (w składzie którego znajduje się większość obecnego składu Drudkh) zdaje się kontynuować obraną przed laty ścieżkę, tym razem w klimacie zderzających się ze sobą płyt tektonicznych i erupcji potężnych wulkanów - i jako wprowadzenie polecam sobie zapodać omawiany dziś album, choćby w ramach przypomnienia. Stawiam w jednym rzędzie z "Under a Funeral Moon", a to chyba wystarczająco dobra rekomendacja.

środa, 22 lipca 2020

Recenzja YGG - The Last Scald

Ostatnimi czasy sporo wędruję po krainach wschodniej Europy - co prawda odzwierciedla się to jedynie w płynącej z głośników muzyce, bo mój zad chwilowo grzeje duński fotel, ale istotnie pierwsze LP Białorusinów z Ljosazabojstwa podsunęła mi myśl kupna wizy i odwiedzin naszych prawosławnych sąsiadów. Muzyczne podróże to jest to. Po napisaniu tekstu o Drudkh, przypomniał mi się pewien ukraiński zespół, który prawie dziesięć lat temu jakoś tam zaznaczył się na liście prominentnych hord zza wschodniej granicy Bugu. YGG, długo milczący po wydaniu znakomitego debiutu, dosyć niespodziewanie uraczył nas "niedawno" (mój zapłon działa - tradycyjnie - z kilkumiesięcznym opóźnieniem, stąd lipcowa recenzja lutowego albumu...) drugim pełnoprawnym materiałem. Wiem, że co najmniej kilka osób pokładało duże nadzieje, że zespół ten jeszcze pokaże się na scenie. Czy warto było czekać? W gruncie rzeczy otrzymaliśmy kolejny klimatyczny black metalowy album, jakich wiele i w zasadzie nie ma tu żadnych rewolucji. Niektórzy powiedzieliby, że przeważają nuda i wtórność. Jest tu jednak kilka elementów sprawiających, że w moim katalogu "The Last Scald" nie ginie w zalewie mnożących się jak grzyby po deszczu atmospheric black metalowych projektów.


Na 52 minuty muzyki składają się cztery długaśne - jak to w tym gatunku bywa - kompozycje. Nie bez kozery wspomniałem o ekipie Romana Saenki, bo dość oczywistym jest, że stanowi tu ona największą inspirację. Krzywdzącym stwierdzeniem byłoby jednak, iż Ygg rżnie z najbardziej rozpoznawalnego ukraińskiego zespołu i nic więcej się tu nie kryje. Punkt wspólny stanowią ogólne, marzycielskie, utrzymane w duchu natury i morskich podróży nastroje. Styl piłowania strun także bywa momentami podobny, kreujący melancholijną, pełną uniesienia atmosferę. Otwierający album, 17-minutowy kolos "Мертвые Топи" umiejętnie zarysowuje, z czym do czynienia będziemy mieli przez cały obrót krążka. Zagrany na tradycyjnym ludowym instrumencie z rejonów dalekiej Azji (to brzmiące jak odbijająca się od sprężyny kulka to drumla), nieco przydługi wstęp, poprzedza nawałnicę blastów i dość ekstremalnych, brzmiących jak zarzynane zwierzę wokali, którym niedaleko do chociażby wyczynów pana Rainera Landfermanna z dwójki Bethlehem czy innych kapel z nurtu depresyjnego black metalu. Przyznam, że nie jestem fanem tego typu wrzasków (choć struny głosowe Vikernesa uwielbiam), bo przywodzą mi na myśl wizytę w rzeźni i ogólnie rzecz biorąc nie do końca wpasowują się w kształtowaną na albumie dość subtelną i liryczną aurę. Doskonale rozumiem potrzebę skontrastowania "ładnej" muzyki "brzydkimi" wokalami, tu jednak nie do końca mi to zagrało. Do tego - w porównaniu do debiutu - są one umieszczone dość wysoko w miksie i przodują nad instrumentami. Na szczęście na "The Last Scald" gardło zdziera dwóch panów, z czego ten drugi charkocze już bardziej tradycyjnie, na modłę Drudkh właśnie - co niezmiernie mnie cieszy, gdyż wokale Thuriosa dla odmiany uwielbiam.

Nie chciałbym rozwodzić się jednak nad tym zbyt długo i zamiast tego przejść do rzeczy przyjemnych, a jest tu ich sporo. Pochwalić należy zatem ogólną jakość kompozycji, które mimo bycia opartymi - bez większego zaskoczenia - na powtarzających się i przeciąganych patentach, raczej nie nudzą i nie powodują nerwowego zerkania na zegar. Satysfakcjonujące są wplatane tu i ówdzie "dzwoniące" i jakby dobiegające z oddali melodie, z lekka zalatujące Mgłą czy najnowszym Misþyrming. Cieszą momenty, gdy na główny plan wysuwa się mięsisty riff podparty podwójną stopą, po uprzednim zwolnieniu czy wystukanym na tomach fragmencie przejściowym. Intryguje wykorzystanie instrumentarium nietypowego dla muzyki metalowej, wybrzmiewającego przez praktycznie cały czas trwania płyty, lecz bardzo subtelnie i jedynie dla podkreślenia linii melodycznych uskutecznianych przez gitary (nieuważny słuchacz zapewne nie wychwyciłby nawet, że gdzieś to w tle plumka), szczęśliwie nie tworzących niefortunnych skojarzeń z przaśnym folk metalem. Wyróżnia się także gra basisty, który niejednokrotnie - zwłaszcza, gdy panowie zwalniają obroty - raczy słuchacza swoistymi solówkami, bynajmniej nie będącymi surfowaniem po gryfie (Steve DiGiorgio to to nie jest), co zresztą zupełnie kłóciłoby się z przyjętą konwencją. To raczej wwiercające się w korę mózgową hipnotyczne zapętlenia linii basu, stanowiących kontrapunkt dla nostalgicznych brzmień pozostałych instrumentów. Te przywodzące na myśl doom, a czasem wręcz post metal momenty z wychodzącym na pierwszy plan basem są jednym z najsilniejszych aspektów "The Last Scald" i choćby dla nich warto posłuchać omawianego albumu. Jest to doskonale widoczne w drugim i trzecim utworze. Sekcja rytmiczna telegraficznie rzecz biorąc bryluje na tym albumie.

Moim faworytem jest ostatnia kompozycja, "Віса пробудження", z najbardziej wyrazistym i poruszającym motywem przewodnim, a także świetnym, pełnym tęsknoty akustycznym intrem, zarazem z sekundy na sekundę zagęszczającym napięcie, by w końcu pozwolić wybrzmieć esencjonalnemu, atmo-black metalowemu graniu. To jest dokładnie ten sam znajomy riff, który słyszałeś już tyle razy w tej szufladce, a jednak nadal nie masz go dość, bo pasuje jak ulał - szczególnie na zakończenie płyty. Nie jestem pewien, czy dwójka Ygg przebiła debiut, pakuje jednak większą dawkę emocji w bardziej kompaktowym formacie, co osobiście bardzo mi odpowiada. Są tu pewne mankamenty - wspomniana już część wokaliz czy pojawiające się momentami delikatne dłużyzny, w generalnym rozrachunku jednak album angażuje od początku do końca, będąc przede wszystkim ciekawym muzyczno-kompozycyjnie i wcale nie tak oczywistym jak to w tym gatunku bywa. "The Last Scald" nie rzuca wszystkich kart na stół w pierwszym rozdaniu i proponuje pewne nieoklepane rozwiązania, zarazem idące w parze z temperamentem całości. Nie będzie to moja płyta roku, ale jeśli szukasz całkiem nietuzinkowego albumu z klimatycznym black metalem - bingo.

wtorek, 14 lipca 2020

Recenzja LJOSAZABOJSTWA - Głoryja Śmierci

Białoruś nie jest szczególnie znaczącym ani rozpoznawalnym krajem, jeśli chodzi o scenę metalową. Przy okazji przygotowań do tej recenzji trafiłem na wywiad z LJOSAZABOJSTWA - bohaterami dzisiejszego wpisu - gdzie padło kilka wartych zanotowania rekomendacji, wcześniej jednak nie słyszałem o żadnym z wymienionych zespołów. Twórcy "Głoryji Śmierci" mają chyba na dzień dzisiejszy największy potencjał, by przykuć uwagę międzynarodowej publiczności do białoruskiego metalu - zresztą już demem "Starażytnaje Licha" oraz świetną EPką "Sychodzannie" wbili sporej wielkości pinezkę na tablicy gatunkowego podziemia. Duża w tym zasługa trafienia pod skrzydła naszego rodzimego Hellthrashera, który zadbał o odpowiednią promocję, ale materiały te same w sobie wyróżniały się przede wszystkim fenomenalnym, upiornym, prymitywnym klimatem opuszczonej białoruskiej wsi, gdzie po przypadkowym wejściu do piwnicy wita cię przeżarta larwami martwa twarz, a odór stęchlizny jest nie do zniesienia. Operując zaś w terminach już czysto muzycznych: jeśli tęsknisz za czasami, gdy ciężko ustalić było granicę między thrash, death, doom czy black metalem - bo wszystko to składało się po prostu na metal ekstremalny - to bez obaw, bo na omawianym dziś pełnoprawnym albumie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Ljosazabojstwa to zespół cudownie archaiczny, gloryfikujący nie tylko Śmierć, ale i ducha lat 80, gdzie nie istniały jeszcze wyraźne podziały, najważniejszy zaś był sugestywny klimat i autentyczne brzmienie.


"Głoryja Śmierci" nie zawiera może sampli czy nie-metalowych wstawek, jak to bywało na poprzednich materiałach LSZB, tworzy jednak równie immersyjną atmosferę i to w sposób najbardziej mnie przekonujący - używając standardowego, gatunkowego instrumentarium. Muzyka Białorusinów oparta jest na nieskomplikowanych patentach i death/black metalowym rdzeniu, a wciąż nadal szczególnie wyraźna jest tu ta cmentarna aura, spowite mgłą bagno, smród trujących oparów śmierci i stare baby-topielice wyciągające ku tobie swe zasuszone, ohydne dłonie. Trwające przeważnie około 9 minut utwory to nie żadne progresywne suity, a całkiem proste kompozycje oparte na kilku dominujących motywach. Mimo że pozornie taka długość nie idzie w parze z pierwotnym napierdalaniem, to w żadnym wypadku nie można tu mówić o sztucznym rozciąganiu. Panowie z LSZB nieustannie dbają, by słuchacz się nie nudził, zwinnie przeskakując między powolnymi, opartymi na posępnych, zgniłych, doomowych melodiach fragmentami, a podpartymi blastami i nisko zestrojonymi gitarami momentami bezkompromisowej black/death metalowej jazdy. Nie boją się też przełamywać konwencji i wplatać w to wszystko rytmicznych, inspirowanych thrashem breakdownów. Sposób, w jaki operują zmianami tempa, nadaje muzyce znacznej świeżości i nieprzewidywalności, dzięki czemu nie sposób nudzić się ani na sekundę. 

Duże wrażenie robią właśnie te przeszywające zgrozą zwolnienia, gdzie prym wiodą zapleśniałe gitarowe dysonanse, a w tle wybrzmiewają mrożące krew w żyłach dźwięki organów. Atmosfera śmierci staje się zaiste namacalna - to naprawdę są hymny rozkładu. "Głoryja Śmierci" nie jest jednak albumem szczególnie przytłaczającym, którego nie sposób słuchać inaczej niż o trzeciej w nocy na słuchawkach. Przeciwnie - jest tu sporo chwytliwego riffowania, nakazujących poruszać łbem d-beatowych rytmów czy przykuwających ucho, niebanalnych solówek ("Imia mnie - Lehijon"). Ponownie zwrócę uwagę na świetne wyczucie w kwestii odmiennych nastrojów w obrębie jednego utworu - nie ma nic lepszego, gdy po takim przygnębiającym zmniejszeniu obrotów chłopaki wyskoczą z niespodziewanym wybuchem death/thrashowej ofensywy z wirującym solo na czele. Dowód tego zręcznego lawirowania znajdziesz już na otwierającym płytę "Pachawalnyja śpiewy" - mogę się pokusić, że utwór ten to LSZB w pigułce, choć pozostałe w żadnym wypadku od niego nie odstają. Numer ten potwierdza także spore zamiłowanie do europejskiej szkoły DM - charakterystyczna szwedzka motoryka, podlana fińskimi melodiami i brytyjskim ciężarem rodem z Bolt Thrower aż wylewa się z tego numeru. Te skojarzenia zresztą przewijać się będą i w kolejnych.

Ogromnym atutem debiutu Białorusinów jest opętany, momentami psychopatyczny wręcz wokal, nadający muzyce horrendalny charakter. Co najlepsze, liryki rzygane są w ojczystym języku - ma się wrażenie, że przemawia ożywiony i wyjęty z grobu dawny kaznodzieja, w jednej ręce trzymający maczetę, w drugiej rozpadającą się księgę z ludowymi inskrypcjami i czarami, wylewający w twoim kierunku najgorsze plugastwa i trucicielskie inkantacje. Zresztą pod względem wykonawczym wszyscy spisali się na medal. Cieszy szczególnie całkiem niebanalna perkusja - podziały rytmiczne robią wrażenie ("Zniscany boh"), intryguje urozmaicona gra na talerzach, uwagę przykuwa zagęszczenie przejść, wszystko to jednak z umiarem i gotowe ustąpić atawistycznemu, topornemu wybijaniu prostolinijnych rytmów, by podkreślić wylewającą się gitarową smołę na modłę Archgoat. Jeśli chodzi o realizację to jest bezbłędnie - profesjonalnie, a zarazem z wyczuciem pozwalającym zachować wspomnianą już specyfikę lat, gdy w kotle ekstremalnego metalu srogo buzowało. Chropowate gitary z dużą ilością dołu w brzmieniu, mięsisty, ponury bas i surowe, barbarzyńskie bębny - doskonale współgra to z przyjętą przez zespół konwencją. Wszak Śmierć nie lubi być przedstawiana w lateksowych spodniach i kolorowej czapeczce, prawda?

Pierwszy duży album Ljosazabojstwa potwierdza, że nie zaprzepaścili oni swego unikalnego, wypracowanego na poprzednich materiałach stylu, a jedynie zamierzają rozwijać się i szlifować kompozycyjnie - wszystko to nadal z jedną nogą w krypcie, a drugą w zielonym, morowym jeziorze. Grać anachronicznie i obskurnie to jedno, ale tworzyć w obrębie tego zasyfionego nastroju dobre i rozpoznawalne utwory i jeszcze przemycać lokalną atmosferę miejsc dawno opuszczonych przez Boga, to już znaczne osiągnięcie. Białorusinom ta sztuka jak na razie udaje się bezbłędnie. Liczę, że na następnym swoim wydawnictwie utrzymają formę i zaserwują kolejną dawkę starożytnych wyziewów, kompletnie nie przystających do epoki.