BLOOD INCANTATION - Hidden History of the Human Race
Wiecie, trochę głupio mi pisać o płycie, którą swoją premierę ma dopiero za ponad miesiąc. Co jednak poradzić, skoro dziś muzyka tak szybko trafia do rosyjskich wypożyczalni? A pokusa, by przesłuchać nowy materiał ekipy, która w tak krótkim czasie wyrobiła sobie zdanie jednego z najlepszych przedstawicieli współczesnej sceny deathmetalowej, jest tak wielka? W odróżnieniu od, chociażby, takiego Tomb Mold, wszelki hype ma w tym przypadku uzasadnienie. Premiera "Starspawn" w 2016 roku była wydarzeniem, to samo mamy w roku bieżącym z "Hidden History of the Human Race". Zwolennicy spiskowych teorii, interwencji Obcych(w tym ich wpływu na budowę egipskich piramid) i płaskoziemcy będą zachwyceni; panowie z Blood Incantation wiedzą, jaką tematykę tygryski lubią najbardziej. Co ważniejsze, wiedzą jednak, że album w tym stylu powinien trwać 30 minut z kawałkiem - jak za starych dobrych czasów Death czy Atheist, gdy nagrywanie odjechanego death metalu było na topie - by w całość nie wkradła się nuda i monotonia.
Lubię, gdy od dosłownie pierwszej sekundy słyszane przeze mnie dźwięki pozwalają poznać, że mam do czynienia z tym zespołem, a nie innym. Styl wypracowany przez BI - choć to dopiero ich drugi długograj - ta specyficzna mieszanka charakterystycznego riffowania Morbid Angel, progresywności Death i atmosfery Timeghoul, jest już na dzień dzisiejszy nie do podrobienia, moim zdaniem. To spore osiągnięcie jak na zespół z tak niewieloma materiałami na koncie. Ale do rzeczy :) "Hidden History of the Human Race" to cztery utwory klimatycznego i na maksa oldschoolowego death metalu. Płyta ta mogłaby wyjść w 1993 roku, gdzie takiego grania było sporo, i nikt by nie zauważył różnicy. Wiadomo, że pewne trendy brzmieniowe się zmieniły, ale nie - goście nagrywają w pełni w analogu i to słychać. Cudowna odmiana po dziesiątkach nasterydowanych klonów z Nuclear Blast.
Blood Incantation para się tematyką science-fiction, uogólniając, i po raz kolejny wspaniale malują przy pomocy muzyki kosmiczne wizje. Co najfajniejsze, robią to bez jakichkolwiek wspomagaczy i pozametalowych środków - wokal z krypty, dwie gitary, bezprogowy bas i zestaw bębnów. Koniec. Najbardziej niszczą mnie tu riffy. Gitarowo jest to płyta cholernie bogata i przepełniona specyficzną ornamentyką, ale nie przegadana. Z braku lepszych słów powiem, że riffy są wyjebane w kosmos. To ten sam rodzaj odjazdu i nieziemskiej kreatywności, jaki prezentował Trey Azaghtoth na "Formulas Fatal to the Flesh". Tutaj obłędna technika i przysłowiowe "jeżdżenie po gryfie" ma sens i wspiera kompozycje, nadając im sens i kierunek. Nie jest to epatowanie umiejętnościami dla samego epatowania, a coś, co wynika naturalnie. "Slave Species of the Gods" i ostatni utwór(o tytule długości dorównującej jego niecodziennemu czasowi trwania) są tak przepełnione pomysłami, zmianami tempa i różnorodnymi motywami, że słuchając tego w tle można się wręcz pogubić. Ale "Hidden History of the Human Race" to w żadnym wypadku nie jest płyta do słuchania w tle. Zwłaszcza, że jest krótka, więc warto poświęcić tę chwilę na wchłanianie tej muzyki pełnią siebie - nie pożałujecie. Bo tutaj naprawdę jeden wspaniały moment goni drugi i jesteście zaangażowani od początku do końca. No, przedostatni utwór jest lżejszą, przestrzenną chwilą wytchnienia(złośliwi powiedzieliby, że wypełniaczem), ale potem dostajecie w ryj 18-minutowym progresywnym kopem, więc nie ma co narzekać.
A nie wspomniałem jeszcze o utworze numer dwa, czyli "Giza Power Plant". Jego zdecydowaną większość wypełnia absolutnie genialny atmosferyczny pasaż, który - bez słowa przesady - jest najlepszym kawałkiem muzyki, jaki słyszałem w tym roku. Szczerze mówiąc, to Nile - zespół znany ze wplatania orientalnych motywów do brutalnego rdzenia muzyki - nie miał tak dobrych "klimatycznych wstawek" od co najmniej 15 lat(co jest nieco smutne). Bliskowschodnia melodyka, gęste partie perkusji nie pozwalające się nudzić nawet w najwolniejszych momentach, plumkający w tle bas i dryfowanie po przestrzeni kosmicznej, zwieńczone natchnioną solówką, gdzie emocje sięgają zenitu. Pół minuty dłużej i byłoby to przesadzone, ale NIE - ci goście i w tym aspekcie znają umiar, bo na koniec serwują piękny powrót do klasycznego deathmetalowego grzania. Właśnie te wyważenie aspektów - doskonały balans między techniką, agresją i klimaceniem - sprawia, że słucha się tego tak dobrze.
Powiem tylko tyle - jeśli takie utwory, jak "Nothing is Not", "Cosmic Sea" czy "Occurance on Mimas" wywołują u was drżenie rąk i niepohamowaną ekscytację, migiem badajcie ten album. Timeghoul nigdy nie raczył nas pełniakiem(wielka strata), ale na szczęście ma godnych spadkobierców. Mam wrażenie, że trzecia płyta wstrząśnie sceną na dobre i za 20 lat będziemy mówić o tym zespole w podobnym tonie co o Morbid Angel. Tego Blood Incantation życzę!
środa, 16 października 2019
piątek, 11 października 2019
Recenzja BLUT AUS NORD - Hallucinogen
BLUT AUS NORD - Hallucinogen
To, że Blut aus Nord ma bogatą i różnorodną dyskografię wie każdy, kto choć trochę czasu poświęcił temu projektowi. Nie będę zresztą się powtarzał, bo temat ten omówiłem już w dwóch wpisach jakiś czas temu, do lektury których serdecznie zachęcam :)
To w zasadzie jeden z zespołów mojego życia, więc premiera nowego albumu nie mogła przejść mi koło nosa. Przyznam jednak, że po wydanym dwa lata temu "Deus Salutis Meae" miałem pewne obawy - wszak album ten sprawiał wrażenie jedynie recyklingu starych i znanych już patentów. Vindsval chyba sam dobrze zdał sobie sprawę, że z mroczno-industrialnej twarzy swojego dziecka nie wydobędzie już nic przełomowego czy chociaż kreatywnego - zresztą kojarzę post na FB sprzed paru miesięcy, w którym było coś o "nowej drodze". "Hallucinogen" faktycznie zdaje się otwierać nową furtkę w katalogu BaN, bo w takim stylu jeszcze panowie nie jechali. A i przyznam, że obrania takiej ścieżki się nie spodziewałem. Bynajmniej nie jestem rozczarowany!
Co my tu mamy? W najprostszym ujęciu sprawy jest to duchowy spadkobierca "Memoria Vetusta II", acz zdecydowanie mniej leśno-pogański, zaś bardziej mistyczny i rozmarzony. Black metalu w tradycyjnym sensie tego pojęcia jest tu mało - najwięcej w samej strukturze utworów, która zostaje hipnotyczna i transowa. Sprawa generalnie ma się tak, że jest tu sporo autocytatów, kilka zagrywek jest podejrzanie znajomych, a jednocześnie Blut aus Nord nigdy w ten sposób nie grał. Całość jest zaskakująco wręcz świeża i pełna życia. Tak, to zdecydowanie najbardziej "normalna" płyta zespołu i najbardziej ze wszystkich czuć na niej dzieło ludzkich rąk. To zasługa nie tylko analogowej perkusji(zastosowanej dopiero po raz drugi, jeśli patrzeć na długograje), ale i kapitalnej dynamiki riffowania. W zasadzie po raz pierwszy ktoś mógłby mi powiedzieć, że płytę nagrało czterech kolesi stanowiących zespół i bym w to uwierzył. To także pierwszy raz, kiedy BaN tak bardzo zbliżył się do klasyki gatunku - dużo jest tu zagrywek utrzymanych w duchu heavy metalu, solówki są przebojowe i zagrane z aroganckim wigorem(jakże typowym dla lat 70 i 80), ale co ciekawe, jest tu też sporo progresywnego thrashu spod znaku Coronera czy Voivod. Gitarowo jest to bardzo urozmaicona płyta, czerpiąca garściami z różnych źródeł. Vindsval chciał chyba zresztą to podkreślić, bo przeważająca część materiału jest instrumentalna - w tle wybrzmiewają tylko chórki(dobrze znane z poprzednich albumów), które jednak współgrają i zlewają się z resztą.
Koncept zdaje się obracać wokół grzybowych wycieczek tu i tam(wspaniała okładka!). To, czy muzyka współgra z tą wizją(a przynajmniej jej stereotypową wersją), jest już kwestią dyskusyjną. Ja odbieram "Hallucinogen" jako bardzo rozmarzony, lekki album. Ma on dla mnie wręcz optymistyczny wydźwięk i pozytywnie nastraja mnie do życia. Na szczęście nie jest to rzecz rozwodniona i bez pazura, a im dalej w las, tym więcej grzybów - druga połowa albumu zdaje się zapowiadać powolny zjazd, a w ostatnim utworze ekstaza zastąpiona jest goryczą. Bardzo fajnie skonstruowana jest ta płyta - kolejność utworów idealnie oddaje tę dynamikę: na początku jest super, ale potem do umysłu wkraczają mroczniejsze, niepokojące myśli. Wyróżniłbym przede wszystkim "Sybelius" za genialny flow i najbardziej chwytliwe motywy na płycie, "Mahagma" za natchnioną i pełną uniesienia atmosferę i "Hallucinahlia" za psychodeliczne wjazdy na gitarach, ale słabego utworu tu nie uświadczycie. Jest tu też trochę ambientów, momentów wyciszenia, plumkania, lecz są to fragmenty dobrze wyważone i nie rozwleczone.
Co najpiękniejsze, słuchając "Hallucinogen", autentycznie czuję, że artysta miał radość z tworzenia tej muzyki. Czuję otwarty umysł, wolność i ocean niezliczonych możliwości. Nie jest to epokowe dzieło, ale jest niewymuszone i przepełnione kreatywną energią. Vindsval tu i ówdzie puszcza oczko do swoich starych materiałów(przede wszystkim do wspomnianej już MV II), ale całościowo serwuje słuchaczowi solidny powiew świeżości. Z pozycji laika, który takiego niebiańskiego klimacenia na codzień nie słucha, jest to rzecz co najmniej bardzo dobra. Kto wie, może jest to wtórne i odtwórcze? Tak czy inaczej, mam solidnego banana na twarzy, gdy zarzucam "Hallucinogen" na słuchawki, a co najlepsze, album rozsądnie dawkuje przebojowość i nie rzuca od razu wszystkich kart na stół, dzięki czemu nie obawiam się o jego żywotność.
niedziela, 6 października 2019
Dlaczego EVOKEN wspaniałym zespołem jest?
Dlaczego
EVOKEN wspaniałym zespołem jest?
W zalewie wszechobecnego szajsu pojawi się czasem
perełka. I wcale nie trzeba daleko szukać, bo Evoken to w gruncie rzeczy bardzo
dobrze znany, czołowy przedstawiciel pogrzebowego doom metalu. Gatunku obfitego
w całą masę solowych projektów, gdzie stojący na ich czele „artyści”
najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, że ślimacze tempo, dwa riffy na
30-minutowy kawałek i operowanie klawiszami bez krzty umiaru to nie jest
formuła na dobrą muzykę.
Od około 1993, kiedy narodził się ten nieszczęsny
funeral doom, powstało dość niewiele wartych uwagi krążków nagranych na tę
modłę. Amerykański Evoken, brytyjski Esoteric oraz australijski Mournful
Congregation to chlubne wyjątki(o tych drugich też zamierzam w nieokreślonej przyszłości
coś skrobnąć), po dziś dzień wypuszczające na świat wartą uwagi muzykę. Na
razie bierzemy na warsztat panów z New Jersey, którzy najwyraźniej do końca
świata(i jeden dzień dłużej) zamierzają raczyć nas miażdżącym walcem, by potem
dorzucić do pieca death metalowym przyśpieszeniem. Nie mam nic przeciwko.
1994
– Shades of Night Descending
O klasie tego zespołu niech świadczy fakt, że
wyróżniam demo(!) - tak, ci ludzie nie brali jeńców od samego początku. Niby
nie jest to pełnoprawny materiał, acz takich pełniaczków życzyłoby sobie wiele
innych zespołów. Mamy tu zawarte ponad 30 minut rasowego death/doomu, z
charakterystyczną dla tego gatunku topornością i nieporadnością, za to klimatem
najwyższej klasy. I bez typowej dla tego typu grania amatorszczyzny. Doskonale
tu widać, że panowie odrobili lekcje, biorąc najlepsze wzorce z diSEMBOWELMENT,
Thergothon, Incantation czy sceny brytyjskiej. Nie jest to granie tak
przytłaczające, posępne i melancholijne jak w późniejszym okresie – jest raczej
żywsze, nastawione na dynamiczne riffowanie, gdzieniegdzie podparte
„klimaceniem”. I baaardzo, ale to baaardzo unosi się tu duch takiego
„oldschoolu”, złotej ery death metalu. Pierwiastek ten nadal będzie widoczny w
późniejszych dziełach Evoken, ale już nie w takim stopniu. Cóż, młodym się jest
tylko raz. Podsumuję to tak - nie dajcie się zwieść, że to tylko demo. Jak dla
mnie jest to pełnoprawna pozycja w katalogu zespołu, a dzięki krótkiemu
kręceniu się w odtwarzaczu, da się jej słuchać „na codzień”, czego o późniejszych
70-minutowych kolosach powiedzieć nie można.
Najlepszy utwór:
„Shades of Night Descending”.
1998
– Embrace the Emptiness
Tam, gdzie kończy się powyższe demo, zaczyna się
rzeczywisty debiut zespołu. „Embrace the Emptiness” podąża ścieżką, na którą
panowie wkroczyli cztery lata wcześniej i NADAL, co najwspanialsze, unosi się
nad tym młodzieńczy duch i ogromne pokłady entuzjazmu. Jest tu wciąż zawarta ta
cząstka nieokrzesania i nieświadomości, która zaniknie trzy lata później,
pozwalając narodzić się zespołowi o skrystalizownej wizji. Wracając do samej
płyty, jest to granie spowite w aurę tajemniczności, lekko mgliste i oddalone,
okraszone lekką nutką „gotyckości”, na szczęście bez zjebanych damskich wokali
czy tego typu wynalazków. To, co rzuca się w oczy(uszy), to świetna perkusja –
zresztą tak jest i na kolejnych płytach. Funeral doom nie pozwala na zbyt
wielką kreatywność w kwestii poszczególnych aranżacji, a jednak Vince Verkay na
tyle urozmaica swoje partie, że muzyka ta nabiera odpowiedniego dynamizmu nawet
w najwolniejszych momentach. A cała reszta? Już tutaj Evoken wypracował
charakterystyczny dla siebie styl, z „plumkającą” gitarą przewodzącą całej
reszcie, głębokimi growlami(momentami śmiało przechodzącymi w blackmetalowy
skrzek) i okazjonalnym podkręceniem tempa, by potem zmiażdżyć słuchacza jeszcze
potężniejszym zwolnieniem. Podoba mi się też zastosowany tu pogłos, nadający
muzyce przestrzenności i monumentalizmu – momentami echa perkusyjnych tomów
wybrzmiewają jak w jakiejś opuszczonej katedrze.
Najlepszy utwór: nie potrafię powiedzieć, czy
„Tragedy Eternal”, czy może „To Sleep Eternally”. Pierwszy stanowi kwintesencję
charakteru tej płyty, drugi zaś jest kurewsko pięknie melancholijny.
2001
– Quietus
Wydany trzy lata później „Quietus” momentami brzmi
jak starszy, bardziej dojrzały brat „Embrace the Emptiness”. Gdyby ktoś mnie
zapytał, co to jest ten Evoken i z czym to się je, to chyba odpaliłbym mu
właśnie ten krążek. Przede wszystkim brzmieniowo jest to podobne do poprzedniej
– perkusja nadal pozostawia po sobie potężne echo i dominuje nad pozostałymi
instrumentami. Całość została jednak wzbogacona o takie smaczki, jak np.
wiolonczele – które, choćby w tytułowym kawałku, tworzą fenomenalną atmosferę
smutku i śmierci. Zespół mocniej zaakcentował właśnie ten depresyjny i
przytłaczający aspekt swojej muzyki, więc zwolennicy tego typu klimatów poczują
się jak w (hehe) raju. Płyta jest dość zróżnicowana – z jednej strony atakuje
przerażający, nawiedzony, wisielczy nastrój, z drugiej są inspirowane klasyką
riffy(celticfrostowy „Tending the Dire Hatred”), z jeszcze innej znowuż atakuje
tajemniczość debiutu. Co tu jeszcze można mówić? To w zasadzie kwintesencja
tego, czym jest Evoken, choć ja mam innego faworyta – patrz poniżej.
Najlepszy utwór: też trudny wybór. Otwierający "In Pestilence, Burning" albo tytułowy "Quietus".
2007 – A Caress of the Void
O. Kurwa. Jaki. To. Jest. Przepotężny. Dół. Dół,
pustka, wciągająca otchłań, czarna dziura. Takimi słowami opisałbym
zdecydowanie najlepszy album Evoken. Mrok, ciężar i napierające na siebie płyty
tektoniczne. Tak jak „Quietus” emanował głównie posępną, grobową atmosferą
tworzoną w dużej mierze dzięki klawiszom i orkiestracjom, tak tutaj mamy ważące
tysiąc funtów riffy przejeżdżające po słuchaczu jak traktor po szczurze.
Ponownie odwołam się do Celtic Frost, bo gitary brzmią tu jak dwukrotnie
spowolniona wersja tego zespołu, przepuszczona dodatkowo przez filtr
zasyfionego i brudnego Incantation. Ta druga nazwa to zresztą nie przypadek, bo
na czas nagrań do załogi dołączył tu Craig Pillard we własnej osobie – i mam
dziwne przeczucie, że dołożył tu ze dwie swoje cegiełki, dzięki czemu „A Caress
of the Void” jest tak kurewsko przytłaczające. Ten album dosłownie pożera cię
od środka, wysysając resztki ducha, nadziei i optymizmu, a następnie wypluwa i
gniecie butem. Tak widzę chociażby końcówkę - „Descend into Lifeless Womb” –
najpierw sącząca się niczym jad melodia, potem szept wokalisty, myślisz że to
już koniec twoich tortur i katusz, po czym JEB, jak młot, ponownie z całą siłą
uderza w ciebie poprzedni riff, tym razem zabijając cię na dobre. A co jest w
tym wszystkim najlepsze? Chcesz tego więcej, więcej i WIĘCEJ. Genialny
materiał. Jak dla mnie – nic lepszego w tej kategorii nie powstało.
Najlepszy utwór: ten, którego w danej chwili
słucham. Najbardziej reprezentatywny dla płyty jest chyba „Of Purest Absolution”.
Prawdę mówiąc, spokojnie mógłbym na tę listę wrzucić
i „Antithesis of Light”, i „Atra Mors”, i zeszłoroczną „Hypnagogię”(o tej
jeszcze napiszę osobny tekst, bo na tle poprzednich materiałów dość mocno się
wyróżnia), bo jakościowo są to niewiele ustępujące materiały i oczywiście
gorąco zachęcam do ich słuchania. Wybrałem jednak te najlepsze z najlepszych,
stanowiące o wspaniałości zespołu, a przy okazji prezentujące dwa jego różne
oblicza – wszak pozycja z 2007 całkiem mocno różni się stylistycznie i brzmieniowo
od tego, co chłopaki grali na początku.
czwartek, 3 października 2019
Recenzja PRIMORDIAL - Exile Amongst the Ruins
PRIMORDIAL –
Exile Amongst the Ruins
Dziesiąta płyta Irlandczyków z
Primordial podobno rodziła się w bólach. To przynajmniej
podkreślał Alan Nemtheanga(wokal) w wywiadach. Mówił, że
nagrania były męczące, atmosfera też taka jakoś nie do końca.
Cóż, chciałbym mu wierzyć, ale jak, gdy słyszę taki materiał
jak „Exile Amongst the Ruins”? Utwory tak świeże, żywiołowe i
pełne pasji? Pozostaje mi tylko zastanawiać się, jak potężną
bestią byłaby ta płyta, gdyby była nagrywana w „normalnych”
warunkach...
Od czasów ikonicznej – dla zespołu,
jak i szeroko pojętego gatunku pogrobowców Bathory – „To the
Nameless Dead”, wszyscy mniej więcej wiemy, czego spodziewać się
po Primordial. Panowie są już na takim etapie kariery, że
doskonale znają siebie i swój styl. Wiedzą chyba też, że nikt od
nich rewolucji nie oczekuje i nie pragnie. Nagrywają po prostu
kolejne płyty na wypracowaną przez lata modłę. Nie jest to
odtwórcze odcinanie biletów, broń Boże! Każdy następny album,
poprzez zmianę proporcji w składnikach pod tytułem
black/pagan/heavy/doom/folk i chuj jeden wie co jeszcze(bo na muzykę
Primordial składa się cała gama zróżnicowanych elementów, stąd
też takie trudności z zaklasyfikowaniem ich do jakiegoś
gatunku...), zyskuje indywidualny sznyt i charakter. Tak
było z „Redemtpion at the Puritan’s Hand”, tak było i na
przedostatnim „Where Greater Men Have Fallen”. Pokusiłbym
się o stwierdzenie, że wraz z wydaniem „Exile...” Alan i spółka
wzbogacili się o najbardziej zróżnicowaną płytę w swojej
dyskografii. I wyraźnie – w jakiś tam sposób – odświeżającą
formułę, która po ostatnim – skądinąd świetnym – albumie,
mogłaby stać się już nieco skostniała.
Mamy więc trwające minutę intro –
bicie dzwonów, przyzwoicie wprowadzające w klimat. Wchodzą bębny,
chwilę potem nieśmiała, sprzężona gitara. Kilka sekund i jestem
atakowany tak klasycznym, ale i równie chwytliwym heavy/doom
metalowym riffem, że już czuję, jak dobrym otwieraczem będzie
„Nail Their Tongues”. Panowie z Primordial mają ogromny talent
do rozpoczynania swoich albumów absolutnie przezajebistymi
utworami(„Gods to the Godless”, „Empire Falls”, „No Grave
Deep Enough”, „Where Greater Men Have Fallen”...) i tak się
stało po raz kolejny. Żywiołowy, pełen świeżości początek,
niesamowicie lekki(przy czym nie w znaczeniu „miękki”!) i
niewymuszony refren, gdzie w tle pobrzmiewają
syntezatory/klawisze(?) rodem z Iron Maiden, by w drugiej połowie
utworu przejść w kompletną, black metalową jazdę. Te akcenty
pojawiają się oczywiście rzadziej, niż w pierwszych latach
działalności zespołu, ale zawsze cieszy mi się morda, gdy zarzucą
jakimś agresywnym momentem, bo posiadają do tego zajebisty talent.
A tu mamy, proszę państwa, jakieś 4 minuty intensywnego
blastowania i tremolo. Tak, to zdecydowanie najlepszy numer na
płycie, który moim zdaniem należy już do ścisłej czołówki
najlepszych utworów Primordial.
No to teraz odjazd w zupełnie inną
stronę, ha. Kolejny kawałek, zwący się „To Hell or the
Hangman”, to dla odmiany chyba najbardziej hiciarski w tradycyjnym
tego słowa rozumieniu utwór zespołu! Ba, spokojnie mogę go nazwać
piosenką! Kurwa, toż to w radiu mogłoby lecieć! Sprzedali się?!
No niezupełnie. To dla Primordial zdecydowanie eksperyment, lecz
bardzo udany i dobrze wpasowujący się w ich styl. Rzecz ta oparta
jest de facto na jednym, zapętlonym riffie, na tle którego
pojawiają się coraz to kolejne wariacje, motywy i solówki, całość
przy akompaniamencie prostej, post-punkowej niemal perkusji. Tworzy
to nieco „taneczny” charakter. Brzmi przerażająco? Pewnie tak,
ale działa. Czwarty akapit, a ja nic nie wspomniałem jeszcze o
wokalach? No oczywiście, że robią one ten kawałek i zresztą nie
tylko ten! Nie wiem, jak ten człowiek to robi, ale po raz kolejny
dostarcza on nam, słuchaczom, tak emocjonalny i pełen zaangażowania
performance, kradnąc show pozostałym członkom zespołu. To jeden z
niewielu zespołów metalowych, w których to instrumenty stanowią
tło dla wokalisty, a nie odwrotnie – przynajmniej w moim odczuciu.
Gość jest po prostu genialny, ale przecież wy – ci,którzy choć
trochę słuchali Primordial – dawno już to wiecie. Tym razem
operuje on jeszcze bardziej różnorodnymi barwami i tonacjami, od
skrzeków i charkotów, po momentami aż heavymetalowe falsety. No i
jak zwykle świetne teksty, tym razem mocno traktujące o obecnej
kondycji Europy i upadku moralności – polecam zresztą wywiady, w
których Alan wypowiadał się na te tematy, kawał dobrego
słuchowiska.
I tak powoli dryfujemy(bo całość
utrzymana jest w przeważających średnich tempach), meandrujemy po
różnych konwencjach, poprzez iście snujący się, epicki i
utrzymany w duchu Bathory „Where Lie the Gods”(ta końcówka to
wręcz hołd złożony Quorthonowi!), melancholijny utwór tytułowy,
w którym pobrzmiewają jednak i bardziej mroczne, niepokojące tony,
a także najbardziej klasyczny chyba w całym zestawie „Upon Our
Spiritual Deathbed”, który jest po prostu kapitalnym, sztandarowym
utworem Primordial, w drugiej połowie zamieniającym się w
szaleńczy galop i zwiastujący powrót do czasów „The Gathering
Wilderness”. A potem czeka na nas kolejny, drugi już
niestandardowy utwór. Niemal post-rockowe „Stolen Years”,
najkrótsze na płycie, to bardzo osobisty i emocjonalny popis
Nemtheangi, z długim build-upem do dwuminutowej konkluzji, w której
wyróżniają się świetne, melodyjne gitary. Powoli dochodzimy do
końca. „Sunken Lungs” to utwór o oceanach i morskich głębinach,
w którym nieustannie w tle towarzyszy słuchaczom odgłos fal
uderzających o brzeg, oparty na jednym patencie perkusyjnym
utrzymanym w bardzo nietypowym metrum, od którego wyszedł pomysł
na całość. Ależ niesamowicie by się tego słuchało, będąc na
morzu. Zwieńczenie następuje w postaci „Last Call”, bardzo
posępnym, ponurym utworze, w którym jeszcze bardziej niż zwykle
pobrzmiewają echa twórczości Neurosis. Utrzymany w zdecydowanie
ciemnych barwach, szarpiący słuchacza i wrzucający go w różne
stany emocjonalne, operując na zmianę wyciszonymi, stonowanymi
fragmentami, jak i tymi bardziej intensywnymi(nawiasem mówiąc –
kapitalne przejścia na garach!). Rzecz ta powoli odpływa i wycisza
się, zakończona dziwacznym chórem jakby duchów, wygnanych pośród
ruin...
Nie jestem zwolennikiem opisywania
albumów utwór po utworze, ale jak mówiłem – „Exile Amongst
the Ruins” to zajebiście zróżnicowany materiał, którego
poszczególne części składają się jednak na spójną,
zintegrowaną całość. Pominięcie czegokolwiek byłoby tu grzechem
nie do wybaczenia, chciałem też podkreślić, że każdy kawałek
muzyki, jaki tu znajdziecie, wyróżnia się na tle reszty. Solidną
dawką odświeżenia jest tu także i produkcja – całość brzmi
mocno selektywnie, co na szczęście bardzo pasuje do muzyki. Bębny
brzmią totalnie organicznie, nie są skompresowane, nie zlewają się
w ścianę dźwięku, słyszę każde uderzenie w werbel, centralę
czy tomy. Gitary natomiast nie mają miażdżącego brzmienia, ale
nie są też totalnie suche. Panowie osiągnęli złoty środek i
dopasowali brzmienie w taki sposób, aby jak najlepiej realizowało
ich zamysł i konwencję. „Where Greater Men Have Fallen”
brzmiało masywnie i monumentalnie, tutaj jest nieco „grzeczniej”,
lecz tego wymagały kompozycje.
To widać chyba od początku recenzji,
ale zdecydowanie nie podzielam poglądu, jakoby „Exile...” było
spadkiem formy(a takie opinie krążą momentami po necie). To album
nieco inny, w który wpuszczono masę przestrzeni i powietrza. Tak
moim zdaniem musiało być, coby Primordial własnego ogona nie
wpierdoliło. Nadal jest epicko, nadal krąży ta nutka bitewnej
aury, to nadal potężne pieśni o minionych czasach, ale i
nawiedzającym stary kontynent postępującym zepsuciu.
To album poruszający się na wielu
poziomach emocjonalnych, porywający nawet za 20-30 odsłuchem, mocno
zróżnicowany i nie będący jedynie odgrzaniem starych pomysłów.
Czysta rekomendacja.
niedziela, 29 września 2019
Dlaczego BLUT AUS NORD wspaniałym zespołem(zespołem?) jest. Część druga
Dlaczego Blut aus
Nord wspaniałym zespolem jest? Część druga
Wiecie co? W przerwie między
tą częścią a poprzednią zdążyłem nieco osłuchać się z “Hallucinogen”,
najnowszym wypustem niniejszego projektu. I siłą rzeczy, lista musi urosnąć do
7 pozycji... co poradzę? “Nie chcem, ale muszem!”...
Lecimy jednak po kolei.
2006 - MorT
Pierwsza dekada obecnego
stulecia to w dyskografii BaN niemal całkowita dominacja mechanicznej i
odhumanizowanej muzyki, mającej dużo wspólnego z industrialem. Tradycyjny black
metal poszedł w odstawkę, rozpoczęła się era eksperymentowania. “MorT” stanowi
apogeum tych poszukiwań i dla kogoś, kto niewiele zapuszczał się poza rejony
muzyki metalowej może stanowić wielkie awangardowe dzieło. Mamy tu do czynienia
z utworami opatrzonymi bardzo luźną formą, pozornie bez żadnej struktury, ładu
i składu. Muzycznie zaś jest to rozwinięcie wątków zapoczątkowanych na „The
Work Which Transforms God” i następującej po niej epce. Nie uświadczycie tu
klasycznie rozumianych riffów, jest za to dryfowanie po bezkresnych oceanach
gitarowych sprzężeń, dysonansów i pojedynczych pociągnięć za struny. Do tego
totalnie niezrozumiałe wokale, często przepuszczone przez przester, i stukający
w nieregularnym rytmie automat perkusyjny. Tworzy to niezły surrealistyczny klimat. To płyta ciekawa, ale nie za bardzo
wiem, kto i w jakich okolicznościach miałby jej słuchać. Dla ortodoksyjnego
metalowca jest zbyt „nienormalna”, dla kogoś poszukującego prawdziwego eksperymentu – mimo wszystko zbyt bezpieczna i zachowawcza. Bo po oswojeniu się z nietypową
formą zaprezentowanych tu utworów, okazuje się, że są one całkiem przystępne,
że czasem nawet jest na czym zawiesić ucho, a po piątym odsłuchu wyłania się tu
nawet pewien porządek. Tak czy inaczej, musiałem uwzględnić tę pozycję, bo jest
po prostu dość wyróżniająca się. Ale żeby tego słuchać? Tak średnio.
Najlepszy utwór:
wszystkie. I żaden. „V” miał najbardziej chwytliwe motywy, z tego co kojarzę.
2009 – Memoria Vetusta
II: Dialogue with the Stars
Vindsval postanawia po
latach powrócić do pierwotnej, “leśnej” formuły zespołu. Nie tak łatwo jednak
wyzbyć się wpływów tego, co grało się przez jakieś 10 lat, o nie. W rezultacie
powstaje coś, co – naturalnie – jest kontynuacją pierwszej „Memorii Vetusty” w
połączeniu z „Odinist”, najbardziej tradycyjną(tj. skonwencjonalizowaną pod
względem formy) płytą okresu eksperymentalnego. Generalnie jednak, wracamy na
łono natury, by – zgodnie z tytułem – wpatrywać się w gwiazdy. Bo jest to album
bardzo transcendentalny, pozwalający wznieść się w powietrze, przepełniony
magią i rzeczywiście taki „astralny”. Niektóre z zawartych tu melodii jest
naprawdę niesamowitych, zupełnie nie z tego świata. Słucha się tego naprawdę
lekko – posunąłbym się do stwierdzenia, że to najbardziej
relaksacyjno-kontemplacyjna płyta tego zespołu. Melodyjna, podparta licznymi
chórkami i klawiszami, ale bez takiej charakterystycznej przaśności, znanej
choćby z płyt wczesnego Satyricon. Są szyszki, ale nie ma wiochy. Pojawia się
też trochę surowizny i nieoczywistych zagrywek, będących – jak już wspomniałem
– rezultatem ścieżki, jaką podążał zespół przez lata. Ogólnie – jedno ze
szczytowych osiągnięć atmosferycznej odmiany black metalu i płyta, przy której
naprawdę można zapomnieć o rzeczywistym, często niefajnym świecie. Taki portal
do sennego świata marzeń, przynajmniej dla mnie.
Najlepszy utwór: Disciple’s Liberation(Lost in
the Nine Worlds). I dający najlepszy pogląd na to, jak brzmi cała płyta.
2012 – 777 – Cosmosophy
Dwie pierwsze pozycje w
„siódemkowej trylogii” traktuję raczej w ramach ciekawostki do okazjonalnego
odsłuchu – to solidne rzemiosło, któremu jednak brakuje boskiej interwencji.
Każda kolejna próbuje odejść nieco od rdzenia black metalowej muzyki, jednak
czynią to zbyt zachowawczo, boją się podjąć zdecydowanego kroku. Na
„Cosmosophy” w końcu Vindsval wyzwolił się z oków wypracowanego stylu i rzucił
się na nieznane wody. Powstał album znowuż bardzo atmosferyczny, zabierający
słuchacza w podobne rejony co opisywana powyżej „Memoria Vetusta II”, osiągając
to jednak przy pomocy dość odmiennych środków. Płyta to senna, leniwa, nigdzie
się nie spiesząca – perkusyjne beaty osiągają co najwyżej średnie tempo. Gitary
piłują w charakterystycznym dla tego projektu stylu, a w tle pobrzmiewają – w
jeszcze większej dawce niż zwykle – klawisze, nadające całości takiego
„niebiańskiego” tonu. Vindsval postanowił zaś pośpiewać i wychodzi mu to dość
nieporadnie, acz wpasowuje się w konwencję. Utwory są długie, transowe i
hipnotyczne, zbudowane trochę na modłę post rocka/metalu – długo zajmuje im
rozkręcenie się, acz zmierzają do satysfakcjonującej i emocjonującej
kulminacji. Malkontenci powiedzą, że „Cosmosophy” to rzecz rozwodniona i bez
pazura, moim zdaniem zaś to bardzo udany album, nie licząc jednego fragmentu, w
którym mamy do czynienia z czymś w rodzaju francuskiego rapu. Nie to, że nie
lubię francuskiego rapu, ale pasuje on tu trochę jak pięść do nosa.
Najlepszy utwór:
„Epitome XVI” – i chyba jedyny, w którym zachowały się jakieś strzępy black
metalu.
2019 – Hallucinogen
Za tę listę zabierałem
się od dość długiego czasu, i szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że
znajdzie się na niej coś z ostatnich lat. Prawdę mówiąc, po wydaniu dość
przeciętnego „Deus Salutis Mae” w 2017 zacząłem powoli spisywać ten projekt na
straty i mówić, że nic przełomowego się już w tych rejonach nie wydarzy. I w
sumie miałem rację, bo „Hallucinogen” wielkim przełomem nie jest. Jest za to
bardzo solidnym odświeżeniem formuły, a zarazem wpuszczeniem świeżego powietrza
w nieco już być może skostniałą muzykę zespołu. No i łączy w sobie najlepsze
cechy „MV II” i „Cosmosophy”, więc musi być dobry, nie?
O tym jednak w
pełnoprawnej recenzji, która – mam nadzieję – pojawi się już na dniach. A
tymczasem dzięki za pozostanie ze mną do końca. Te siedem albumów jest
odpowiedzią na postawione w tytule posta pytanie. A w ogóle co Ty tu jeszcze
robisz?! Masz tyle dobrej muzyki do nadrobienia, sio!
niedziela, 22 września 2019
Dlaczego BLUT AUS NORD wspaniałym zespołem(zespołem?) jest
Często zachwycam się francuską sceną black metalową. Trzeba jednak zauważyć, że ta ma dwa oblicza. Jedno melodyjne, utrzymane w duchu średniowiecza - a więc syf, kiła i czarna śmierć(peste nua, wiadomo), do tego nutka nacjonalistycznego zacięcia. Ja zwykle mam na myśli tę drugą stronę, mroczniejszą i odhumanizowaną. Chodzi mi o takie hordy, jak Aosoth, Deathspell Omega, Spektr czy wreszcie bohater dzisiejszego wpisu, Blut aus Nord.
Lecz BaN twarz ma niejedną i to jest w tym projekcie najlepsze. Mówię projekcie, bo tworu tego nigdy na żywo nie widziano(a przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo), a poza mastermindem Vindsvalem - śmiem wątpić, że ktokolwiek tam jeszcze ciągnie za sznurki, mimo że pewne źródła mówią inaczej. Przejdźmy jednak do rzeczy. Blut aus Nord wspaniałe jest, bo po pierwsze zajebiście mi się słucha wielu płyt z całkiem pokaźnej dyskografii, a po drugie dyskografia ta jest tak zajebiście zróżnicowana i bogata, że w tym poście(rozbitym na dwie części, nadmieńmy) zmuszony jestem pozachwycać się aż nad sześcioma(!) pozycjami. Przez te 25 lat funkcjonowania Vindsval i jego wyimaginowani przyjaciele flirtowali z wieloma nurtami czarnej sztuki, często zapuszczając się jednak poza hermetyczne rejony gatunku. I za to cześć i chwała. Jedziemy.
1995 - Ultima Thulee
"Ultima Thulee" jest po prostu podręcznikową definicją debiutanckiego albumu. To rzecz miejscami tak nieporadna, tak rozpadająca się w szwach, a jednocześnie mająca w sobie tyle uroku i młodzieńczego wigoru, że nie potrafię jej zwyczajnie nie kochać. Rzecz ma się tak. 15-letni(!) Vindsval zafascynowany jest zimowymi krajobrazami, nordycką mitologią, no i co dla nas najważniejsze, muzyką Burzum. Zgodnie z najlepszymi wzorcami, nagrywa gitary chujowym mikrofonem, nie stać go na garowego, więc programuje gary samemu, a do tej mieszanki dodaje ambientowe przerywniki brzmiące momentami jak grudniowe kolędy. Efekt? Jeden z najlepszych debiutów, a zarazem moim zdaniem najwspanialsza fuzja black metalu i dungeon synthu(nie licząc oczywiście wspomnianego już Burzum). No i perfekcyjne wręcz zgranie ogólnego konceptu(w tym okładki) z muzyką. Lodowaty chłód, zamieć, napierdalający po ryju śnieg, ty kroczący przez półmetrowe zaspy. Uwielbiam.
Najlepszy utwór: no "cienszka" sprawa, ale niech będzie "The Plain of Ida".
PS: ostatnie minuty ostatniego utworu - disco music jak się patrzy!
1996 - Memoria Vetusta I - Fathers of the Icy Age
Dobra. Koniec żartów. Tym razem na warsztat bierzemy, bo ja wiem, wczesne Bathory i Immortal? Dodajemy też szczyptę własnego charakteru, jakiś taki industrialno-chłodny, niepokojący pierwiastek, będący poniekąd zapowiedzią późniejszego kierunku. Rezultat jest taki, że powstaje album, przynajmniej dla mnie, ponadczasowy. Ale po kolei. Minął jedynie rok, a progres jest przepotężny. Utwory mają znacznie lepszą konstrukcję, są spójne i konsekwentne(tu partie nie-metalowe mają postać głównie intra i outra, brak tu pojawiających się z dupy ambientowych przerywników w środku kawałka :D), jeden riff płynnie przechodzi w drugi, a całość ma kapitalny flow. Jest to też znacznie bardziej żywiołowe, dynamiczne i przede wszystkim agresywne. Urzekają mnie też melodie na tej płycie. Kreują atmosferę nie z tego świata, będąc jednocześnie nieprzesłodzonymi. Są naprawdę unikalne, a do tego podkreślane przez genialny bas, grający w tle swoje własne partie, nienaśladujące jedynie gitar, jak to zwykle bywa. Unosi się nad tym pogański duch, dawka romantyzmu, pogoni za czymś nieuchwytnym, jest to też rzecz silnie złączona z naturą. Powiem tak - wstańcie sobie kiedyś w spowity mgłą wrześniowy brzask i przespacerujcie się po lesie, mając tę płytę jako soundtrack. Tak najprościej to skumać.
Najlepszy utwór: "Sons of Wisdom, Master of Elements". Jeden z najlepszych riffów w dziejach, powiadam.
2003 - The Work Which Transforms God
Załóżmy, że jest jeszcze era bez jutubów, torrentów i takich tam. Ktoś posłuchał sobie dwóch powyższych albumów, po czym przychodzi do niego stary kumpel i mówi "ej, na bazarze zgarnąłem nowego cdka BaN, dawaj posłuchamy". Wkłada płytę do odtwarzacza, po tym ten pierwszy śmieje się, że ruskie zrobili kumpla w chuja i nagrali mu jakiś inny zespół. Sprawa jest generalnie taka, że w 2001 roku dokonała się sroga wolta stylistyczna, która zaowocowała wydaniem "The Mystical Beast of Rebellion". Płyta dla zespołu ważna, choć prawdziwa burza nastała dwa lata później. Otóż skończyło się hasanie po lesie, zbieranie szyszek i sławienie Odyna. Teraz budzisz się w psychiatryku. Zewsząd 4 ściany i kurewski mrok. W głowie kotłują ci się przerażające wizje, a w uszach masz rój os. Za drzwiami słyszysz obłąkane krzyki, jęki i niezrozumiałe pomruki. Do tego miewasz sny, w których znajdujesz się w opuszczonym, post-industrialnym zakładzie pracy, po nim zaś goni cię biomechaniczna kreatura zaprogramowana, by zabijać. Pomiędzy tym horrorem, na jawie, dostrzegasz jednak strzępy światła. Dostrzegasz Piękno i Boga pokazującego ci swe oblicze, upajasz się w tej krótkotrwałej dozie mistycyzmu. I taka właśnie jest ta płyta. Absolutnie genialne arcydzieło, doskonale operujące potężnym narzędziem - kontrastem. Rzecz potrafiąca mrozić krew w żyłach, a za chwilę wzruszać. A czysto instrumentalnie? Człowieku, co tu się odpier... to nie są riffy, to luźne plamy dźwiękowe odpowiadające umysłowi szaleńca, do tego wspomagane bębnami z potężnym pogłosem i nieludzkimi samplami(te z "Inner Mental Cage" naprawdę napawają zgrozą). W tle echa, chóry potępionych dusz, co jakiś czas charkot i rzyg z ust wokalisty, sam już się zastanawiasz, czy z tobą jest coś nie tak, czy z twórcą tej abominacji, czy takie coś mógł nagrać zdrowy psychicznie człowiek? "The Work Which Transforms God" to dzieło zimne, bezduszne, odhumanizowane, a jednocześnie cholernie natchnione i utrzymane w duchu religijnego uniesienia. Taką płytę nagrywasz raz w życiu, ot co.
Najlepszy utwór: kurwa... wszystkie. "The Choir of the Dead" dla tej schizofrenicznej części, "Our Blessed Frozen Cells" dla tej pięknej. Zwłaszcza ten drugi to po prostu nieopisane przeżycie.
Aha, czysto historycznie, jest to pozycja ważniejsza niż cokolwiek nagranego pod szyldem Deathspell Omega, aczkolwiek tu narażam się na gniew purystów :D
Część druga: KLIK
Część druga: KLIK
poniedziałek, 16 września 2019
Recenzja MGŁA - Age of Excuse
MGŁA - Age of Excuse
I jest. Czuję się tak samo, jak 4 lata temu. W podobnym momencie roku wyszło "Exercises in Futility" i zdominowało moją playlistę na dość długi czas. Potem w obozie pana M. nastała cisza, przerwana ubiegłoroczną trójką Kriegsmaschine, która niestety mnie rozczarowała. Darkside po raz kolejny wzniósł się poziom wyżej w kwestii aranżacji bębnów, jednak zabrakło ikry na pozostałe aspekty tej muzyki, a kilka utworów zmierzało donikąd, bez wyraźnej kulminacji. "Age of Excuse" na szczęście wynagradza mi tę małą wpadkę. Ale zaraz, zaraz, przecież zewsząd dochodzą słuchy, że to jedynie kalka poprzedniej, że brakuje innowacji, że wkrada się stagnacja, że jest profesjonalizm, ale nie ma pasji. To jak to w końcu jest?
Nie da się ukryć, że tegorocznej pozycji zdecydowanie najbliżej do poprzedniego pełniaka Mgły, choćby ze względu na brzmienie, które zmieniło się bardzo niewiele. Mam jednak wrażenie, że co niektórzy jegomoście, deklarujący manifesty o "Exercises 2.0", przesłuchali ten materiał dwa razy na krzyż, i to z zaangażowaniem co najwyżej jednego ucha. Zgrzyt(dosłownie!) otwiera nowy album, chwilę później wchodzi znajomy wstęp, od pierwszej sekundy poznajesz, że to ta ekipa, a nie inna. A jednocześnie każdy riff niszczy dwukrotnie bardziej, niż ostatnio. Motyw przewodni "I" jest po prostu wspaniały, a lepszego początku nie było na żadnej poprzedniej płycie Mgły. Kto wie - może to efekt aury za oknem, która idealnie wspiera takie, a nie inne dźwięki? W każdym razie - ta dawka melancholii, te specyficzne, gorzkie i jakby przepełnione rezygnacją melodie, zwłaszcza w połączeniu z charakterystycznym uderzaniem w ride'y, robią kapitalną robotę. To niby wszystko już było, ale jest po prostu świeższe, lepsze, dopracowane w każdym calu. Faktycznie kontynuacja EiF, co? To dopiero początek, idźmy dalej.
Zarzucającym hipsteriadę i pedalskie melodyjki polecam wsłuchać się w kawałki nr III i IV, a potem puknąć się w łeb. Śmiem twierdzić, że w szczególności na pierwszym z nich Mgła prezentuje słuchaczom chaotyczną jazdę, jakiej do tej pory nie było na żadnym z poprzednich materiałów. Mega jest ten utwór - ma tak przekurwiste flow, tak dynamiczne tempo, a sposób piłowania na gitarze mocno przypomina twory takie jak Aosoth(oraz ich poboczny projekt VI) czy późniejszy Leviathan. Ma to pazura i to potężnego - dla wielu będzie to pewnie faworyt. Ja się wyłamię i wskażę piąteczkę, będącą genialnym hołdem dla czasów WHTN - cieszy powrót charakterystycznych "mówionych", jakby zza ściany, wokali oraz wolniejszego, mięsistego riffowania. Zastosowane w tym numerze patenty są kurewsko chwytliwe, a "NOT. JUST. YET." z każdym kolejnym razem wykrzykuję wspólnie z Mikołajem. Zamykający utwór zaś to już klasyczny, esencjonalnie mgłowy wygar, z świetnym mostkiem łączącym pierwszą i drugą połowę oraz doskonałym refrenem.
Po tych ~20 odsłuchach jestem przekonany, że formuła na tę muzykę jeszcze się nie skończyła, nie w tym przypadku. "Age of Excuse" rewolucji nie czyni, ale czy ktokolwiek się tego spodziewał? Myślę, że nie, a wszelkie rozczarowania są według mnie efektem niedorzecznych oczekiwań. To chyba oczywiste, że Mgła nie zacznie grać jak Antaeus. Jednocześnie na najnowszym albumie panowie zaprezentowali na tyle dużo niespotykanych wcześniej smaczków i zagrywek, że "Age of Excuse" spokojnie broni się jako pełnoprawna pozycja w ich dyskografii. Bez kontekstów, bez odwołań do poprzednich płyt. W zasadzie jedyne, co mi lekko zgrzyta, to dwójeczka. Jest bardzo dobra, ale cały czas mam wrażenie, że to odrzut z "Exercises in Futility" - w tym sensie rzeczywiście mógłbym przyznać malkontentom rację. Jednak cała reszta to zaskakujący wręcz powiew świeżości, a kawałki o nieparzystych numerach śmiało dołączyły do panteonu najlepszych utworów tego zespołu.
Podsumuję to tak - ja co najmniej do końca roku wiem, że mam czego słuchać. I jestem niemal pewien, że AoE będzie żywotną porcją muzyki. Mam też wrażenie(i nadzieję?), że na kolejnym albumie usłyszymy pewne zmiany, inaczej - mimo wszystko - może się to zacząć przejadać. Póki co było lepiej i lepiej, a myślę, że tu mamy do czynienia ze szczytem. W swojej niszy Mgła osiągnęła niemal perfekcję. A rosnąca popularność i ogólny sukces tylko mnie cieszy, zwłaszcza że idzie w parze z "ideałami black metalu", ot co :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)














