Mógłbym zacząć ten wpis od tego, jakim to wielkim zespołem jest TEITANBLOOD, jakie kuku zrobiło wszystkim "Death"(a komu nie zrobiło, ten najwyraźniej słuchał za cicho albo w tle do robienia obiadu) i tak dalej; wszyscy to jednak wiemy, a ja nie chcę kierować swojej recenzji na tory sprowadzające ją do ciągłych porównywań i kontekstów. Chcę ocenić "The Baneful Choir" tak, jak na to zasługuje, czyli jako samodzielny, pełnoprawny album. I przyznam, że z żadną rzeczą w tym roku tak długo nie walczyłem, nie mogąc dojść do jednoznacznego wniosku. Wyzbyłem się oczekiwań, szukania podobieństw, poszukiwań, co na ten temat sądzą inni i zwyczajnie dałem ponieść się muzyce. I chyba zdałem sobie w końcu sprawę, że to trudne do określenia uczucie, które mi towarzyszy przy każdym odsłuchu tej płyty - więcej, ono ciągle narasta - nazywa się niedosytem.
Obiecałem brak porównań do "Death", ale poczynię jedno - wszak na polu stylistycznym, nie wartościującym. Tamten materiał otwierał istny huragan, miałeś wrażenie, że zostałeś wrzucony w sam środek szalejącego wiru. Nie ma zmiłuj, od samego początku dostajesz raz za razem cios za ciosem, na głowę sypie ci się lawina wulkanicznych skał. Jedno z bardziej bezkompromisowych, a już na pewno najmniej subtelnych wstępów w metalu. Tutaj zaś wita nas nie jedno, a dwa dość konwencjonalne intra, acz świetnie wprowadzające w klimat i stopniujące napięcie przed nieuchronną apokalipsą. Najpierw trzy minuty nieinwazyjnego dark ambientu, którego w sumie mogłoby nie być, ale kij w to, bo Hiszpanie inkorporują ten gatunek w swoją muzykę bardzo sprawnie; potem zaś marszowe trąby zagłady, wyjący, majestatyczny walec, masywny i w złowieszczy sposób zwiastujący, co nastanie już za parę minut. Od razu też rzuca się w uszy zmiana brzmienia - mam wrażenie, że gitary zostały wysunięte do przodu, by dobrze wybrzmiały te piekielne leady, a potęga sabbathowskiego riffu miażdżyła bardziej niż zwykle. Bębny zaś, choć nie zredukowane do zapewniania jedynie niezbędnego podkładu, są jednak trochę w tle, brzmią dość czysto, choć - jak szybko pokazuje następujące za chwilę "Leprous Fire" - wcale nie jakoś selektywnie.
Wraz z wybrzmieniem pierwszego tak po prawdzie pełnoprawnego kawałka zmagam się z pierwszym moim problemem z tym materiałem. O ile wiosła brzmią naprawdę potężnie, to przez to jak bardzo centrala zlewa się z werblem, najintensywniejsze fragmenty tracą na mocy. Czysto muzycznie płonie jednak ogień. "Leprous Fire" to sztandarowy utwór TEITANBLOOD, zawierający wszystkie charakterystyczne elementy, za które kochamy ten zespół. Świdrujące, slejerowskie solówki, nakładający się na siebie, rzygający potok bluźnierstw i kurewsko nisko zestrojone riffy. Znajoma jest też nieludzka aura całości, przywodząca na myśl zdeformowane abominacje. Następne dwa utwory podążają tą samą ścieżką, choć dodają do miksu fragmenty przywodzące na myśl mocno zbrutalizowany thrash metal. Tak, dobrze przeczytałeś, ale spokojnie, bo to akurat działa fenomenalnie. To, jak "Inhuman Utterings" wraca do tego motywu kruszy kości, a wszelkie jazdy w średnich tempach to najmocniejszy punkt płyty. Mocno mi się podoba, że panowie - wiedząc, że intensywności poprzedniego albumu przeskoczyć się po prostu nie da, by nie popaść w błazenadę - postawili na nieco bardziej bezpośrednie, jadące nieco pod Celtic Frost rozwiązania. Przeplatanie czysto war metalowego napierdolu ze wspomaganą podwójną stopą wylewającą się smołą działa zaskakująco dobrze, a kanonady na garach i krótkie, nabijane przejścia tylko potęgują precyzyjny atak, jakiego za chwilę doznasz. Apogeum tego podejścia to przedostatni i zdecydowanie najbardziej hiciarski "Verdict of the Dead", w którym jest nawet miejsce na chwytliwą, melodyjną solówkę. Po chwili mamy jednak kontrapunkt w postaci zażartego i dzikiego DOKURWU, jakże krótkiego, acz jakże satysfakcjonującego, więc wszystko jest na swoim miejscu.
Pochwalić muszę także ogólną strukturę albumu, która sprawia, że te 50 minut mijają jak z bicza strzelił. "The Baneful Choir" jest wyraźnie podzielony na dwie połowy, między którymi masz chwilę wytchnienia w postaci - a jakże - dark ambientu. Tak jak na debiucie te przerywniki wkurwiały i burzyły flow, tak tutaj są one zastosowane z wyczuciem, nie tylko wpasowując się w rytualny wydźwięk całości, ale i dając zwyczajnie zaczerpnąć oddechu. Bo już za chwilę zostaniesz pochłonięty przez prawdziwą bestię, pożeracza światów, jakim jest najdłuższy w zestawie utwór tytułowy. To istna, tocząca się przez świat kula infernalnego chaosu, z każdą sekundą nabierającą masy i impetu, gęstniejąca i coraz intensywniejsza. To rzecz oparta na jednym, zapętlonym, transowym motywie, zabierająca cię powoli w głąb piekielnych czeluści - z każdym poziomem wybrzmiewające w tle jęki potępionych dusz stają się coraz bardziej wyraźne i nieznośne. To zdecydowanie najbardziej klimatyczny i black metalowy utwór na płycie i trochę żałuję, że stanowi on jedynie pojedynczy akcent.
No właśnie, bo ta płyta generalnie nie do końca wie, czym chciałaby być. Z jednej strony mamy tradycyjne i jak zwykle na wysokim poziomie napierdalanie, które jednak mogłoby wywoływać jeszcze lepsze wrażenie, gdyby brzmienie perkusji było mniej zbite. Z drugiej wycieczki w bardziej rytmiczne rejony, a z jeszcze jednej próby budowania klimatu Dnia Sądu, którego mogłoby być więcej. "The Baneful Choir" nie osiąga swojego pełnego potencjału na żadnej z tych płaszczyzn. Kusi, obiecuje i chyba - przynajmniej dla mnie - nigdy tej obietnicy w pełni nie spełnia. Podgryza temat od kilku stron, jakby w niezdecydowaniu. Są tu momenty będące naprawdę prawdziwym zniszczeniem, głównie na stronie B, która ogólnie podoba mi się bardziej, przeplatane z fragmentami zawsze na poziomie bardzo dobrym, pozostawiające jednak... no właśnie, niedosyt. Zbyt na rozdrożu stoi ten materiał i dlatego mnie rozczarowuje. Pokazuje mi swe oblicze, mówi: "chodź, będzie fajnie", no to idę... a ona znika. Chcę więcej takich jeźdźców zagłady jak tytułowy albo więcej takich bangerów jak "Verdict of the Dead"! Słucha mi się tego bardzo dobrze, ale chcę więcej i tego nigdy nie dostaję. Jest mi z tego powodu bardzo przykro.
piątek, 27 grudnia 2019
piątek, 13 grudnia 2019
Recenzja STARGAZER - A Merging to the Boundless
Chciałbym, aby o niektórych płytach mówiło się więcej. Bo zwyczajnie na to zasługują. Czystą jakością prezentowanej na nich muzyki. Bez fajerwerków, bez efekciarstwa, bez podążania za trendem. Poznajcie "A Merging to the Boundless" australijskiego STARGAZER. Materiał, który nie kryje się ze swoimi inspiracjami, a jednocześnie przekuwa je w całkowicie nową jakość, czyniąc to... z wyczuciem i pieczołowitą wręcz wrażliwością? Nie wiem, czy te określenia powinny być pozytywnie odbierane w przypadku, bądź co bądź, technicznego death metalu - nie zmienia to faktu, że takie skojarzenia mi się nasuwają. Zastanawiam się też, czy uczeń nie przerósł mistrza. Jak się na to mówi? "Modern classic"? Jedziemy!
Obecne tu siedem kompozycji składa się na 37 minut muzyki, czyli w zasadzie optimum w przypadku takich dźwięków. Otwierający album "Black Gammon" bez jakichkolwiek wstępów wrzuca słuchacza w wir połamanych rytmów, będąc zarazem chyba najbardziej bezpośrednim utworem. Ot, taki strzał w pysk na dobry początek, nie przygotowujący jednak zbytnio na to, co nastąpi chwilę później. Bo już w drugim w kolejce "Old Tea" zaczynają się dziać rzeczy magiczne, odseparowujące Stargazer od rzeszy "zwyczajnych" zespołów chcących się parać zapierdalaniem na gryfie. To utwór nigdzie się nie śpieszący, z precyzją uderzający w każdy czuły punkt twojej duszy. Niesiony przez wspaniałą linię basu, która w dużej mierze będzie podstawą i dla całej płyty - podobnie jak w przypadku Atheist, będący tutaj chyba główną inspiracją. Tak jak jednak ekipa z USA niejednokrotnie uciekała w cieplejsze, jazzujące rejony, tak tutaj nad całością kładzie się jakiś cień i nuta niepokoju. Wracając jednak do samego utworu - wspomniany już motyw na gitarze basowej szybko zapadnie ci w pamięć, to mogę zagwarantować. To trochę taka wirtuozeria jaką raczył cię Steve di Giorgio na "Individual Thought Patterns", tylko tutaj jest to jakoś... lepiej wkomponowane? Ma się wrażenie, że współgra to z całością, tworząc zgrabny kontrapunkt, a nie tylko plumka na boku. No i końcówka - senna, cudownie rozmarzona, z zawodzeniem w tle, potwierdzająca, że panowie może i korzystają z wzorców ekstremalnego metalu, ale wykorzystują je jedynie na potrzeby tworzenia Muzyki.
Nie bez powodu rozwodzę się nad jednym instrumentem, bo tutaj naprawdę ma się wrażenie, że wiosła stanowią "jedynie" tło dla basu, który pcha te kompozycje do przodu. Lecz spokojnie, jest i tu miejsce na mięsiste riffy, tym razem naznaczone piętnem Morbid Angel - zresztą są tu momenty takiego spontanicznego nakurwu, rodem z debiutanckiego materiału tegoż zespołu. W ogóle fajnie skonstruowane jest "A Merging to the Boundless" - utwory prostsze i dynamiczne przeplatane są progresywnymi bestiami, zdradzającymi ciągotki do wychodzenia poza sztywne ramy gatunku. Jest w nich miejsce na momenty wyciszenia, czysto brzmiące gitary, melodyjne patenty - ale dobrze ważone, bez lukru, za to z elegancją godną Coronera. Ukoronowaniem tego jest kolosalny, 11-minutowy "The Grand Equalizer", stanowiący centralny punkt albumu. Ależ to jest wspaniały utwór! Ile tam się dzieje! Co najlepsze, jest to skonstruowane z niebywałą wręcz logiką i sensem, całość ma niezachwiany flow, a poszczególne patenty płynnie wynikają jeden z drugiego. Ta kompozycja to istna sinusoida nastrojów i barw, osiągająca swój punkt kulminacyjny wręcz dwa razy, raz przy okazji kapitalnego solo na basie, a drugi podczas końcówki poprzedzonej delikatnym meandrowaniem po morzu luźnych plam dźwiękowych. Za pierwszym razem może się to wydawać zbytnio wydłużone i "przepitolone", jednak potem docenisz, drogi słuchaczu, ten moment wyczekiwania na Ostateczne Uderzenie. Tu też materializuje się ta wrażliwość, o której wspomniałem na początku. Stargazer potrafi grać delikatnie, ale bez popadania w tanią ckliwość. To raczej przeżycie astralne, spoglądanie daleko, uwolnienie się spośród sztywnych ram ciała i szukanie Absolutu. Takie przestrzenne granie dobrze wpasowuje się w te klimaty.
No a na sam koniec dwa klasyczne, prące do przodu wygary. Jest miejsce i na ciężar, i na grobowe ryki przypominające mi wokale Sandersa w Nile. Nie sposób się nudzić, właśnie dzięki temu, że ta płyta tak dobrze umieszcza poszczególne akcenty w czasie. "A Merging to the Boundless" to jeden z najbardziej interesujących albumów metalowych ostatnich lat, poruszający się jednocześnie w miarę znajomych ramach, bez popadania w przesadną awangardę i jakieś dronowanie. To po prostu siedem piosenek - tak. Bo mimo operowania z dala od tradycyjnych zwrotkowo-refrenowych struktur, to całość nosi właśnie znamiona dobrych piosenek. Takich zapadających w pamięć, ale nie nachalnie. Ten album nie ma cię zmiażdżyć, pożreć i wyrzygać. Z drugiej strony, nie ma też wywrócić twojego światopoglądu do góry nogami i silić się na epokowe dzieło. Ma być po prostu kawałkiem niezwykle interesującej Muzyki, pomysłowej i kipiącej wręcz kreatywnością, bez nadęcia i próby przekraczania Rubikonu. Wie, co lubisz, zgrabnie miesza proporcje, dodaje dawkę trudnej do sklasyfikowania, magicznej atmosfery i voila! Wychodzi rzecz, którą nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Jak to możliwe? To trzeba chyba mieć po prostu w sercu.
Wspaniały album, który nie mógłby wyjść w złotej erze gatunku, ale gdyby wyszedł, to byłby stawiany na równi z dziełami Death, Atheist czy Pestilence. Potrzeba chwili, by "A Merging to the Boundless" przetrawić - jak mówiłem, tu nie ma nic efekciarskiego czy puszącego się. Jak ktoś potraktuje tę rzecz jako kolejną spośród niezliczonych do odsłuchu, biorąc rzutem na taśmę, to nie odkryje drzemiącego tu piękna. Ale jeśli naprawdę zechce dowiedzieć się, o co tu biega i poświęci płycie 100% swego czasu, nie pożałuje i z pozoru "nudnego" albumu (bo i takie głosy słyszałem) wydobędzie jego najpełniejszy sens. Ja tymczasem zastanawiam się - kiedy, do cholery, kontynuacja?! Bo tak jak z death metalem jestem ostatnio lekko na bakier, tak na nowe dokonanie tej ekipy czekam zawsze i wszędzie. Pełna rekomendacja!
Obecne tu siedem kompozycji składa się na 37 minut muzyki, czyli w zasadzie optimum w przypadku takich dźwięków. Otwierający album "Black Gammon" bez jakichkolwiek wstępów wrzuca słuchacza w wir połamanych rytmów, będąc zarazem chyba najbardziej bezpośrednim utworem. Ot, taki strzał w pysk na dobry początek, nie przygotowujący jednak zbytnio na to, co nastąpi chwilę później. Bo już w drugim w kolejce "Old Tea" zaczynają się dziać rzeczy magiczne, odseparowujące Stargazer od rzeszy "zwyczajnych" zespołów chcących się parać zapierdalaniem na gryfie. To utwór nigdzie się nie śpieszący, z precyzją uderzający w każdy czuły punkt twojej duszy. Niesiony przez wspaniałą linię basu, która w dużej mierze będzie podstawą i dla całej płyty - podobnie jak w przypadku Atheist, będący tutaj chyba główną inspiracją. Tak jak jednak ekipa z USA niejednokrotnie uciekała w cieplejsze, jazzujące rejony, tak tutaj nad całością kładzie się jakiś cień i nuta niepokoju. Wracając jednak do samego utworu - wspomniany już motyw na gitarze basowej szybko zapadnie ci w pamięć, to mogę zagwarantować. To trochę taka wirtuozeria jaką raczył cię Steve di Giorgio na "Individual Thought Patterns", tylko tutaj jest to jakoś... lepiej wkomponowane? Ma się wrażenie, że współgra to z całością, tworząc zgrabny kontrapunkt, a nie tylko plumka na boku. No i końcówka - senna, cudownie rozmarzona, z zawodzeniem w tle, potwierdzająca, że panowie może i korzystają z wzorców ekstremalnego metalu, ale wykorzystują je jedynie na potrzeby tworzenia Muzyki.
Nie bez powodu rozwodzę się nad jednym instrumentem, bo tutaj naprawdę ma się wrażenie, że wiosła stanowią "jedynie" tło dla basu, który pcha te kompozycje do przodu. Lecz spokojnie, jest i tu miejsce na mięsiste riffy, tym razem naznaczone piętnem Morbid Angel - zresztą są tu momenty takiego spontanicznego nakurwu, rodem z debiutanckiego materiału tegoż zespołu. W ogóle fajnie skonstruowane jest "A Merging to the Boundless" - utwory prostsze i dynamiczne przeplatane są progresywnymi bestiami, zdradzającymi ciągotki do wychodzenia poza sztywne ramy gatunku. Jest w nich miejsce na momenty wyciszenia, czysto brzmiące gitary, melodyjne patenty - ale dobrze ważone, bez lukru, za to z elegancją godną Coronera. Ukoronowaniem tego jest kolosalny, 11-minutowy "The Grand Equalizer", stanowiący centralny punkt albumu. Ależ to jest wspaniały utwór! Ile tam się dzieje! Co najlepsze, jest to skonstruowane z niebywałą wręcz logiką i sensem, całość ma niezachwiany flow, a poszczególne patenty płynnie wynikają jeden z drugiego. Ta kompozycja to istna sinusoida nastrojów i barw, osiągająca swój punkt kulminacyjny wręcz dwa razy, raz przy okazji kapitalnego solo na basie, a drugi podczas końcówki poprzedzonej delikatnym meandrowaniem po morzu luźnych plam dźwiękowych. Za pierwszym razem może się to wydawać zbytnio wydłużone i "przepitolone", jednak potem docenisz, drogi słuchaczu, ten moment wyczekiwania na Ostateczne Uderzenie. Tu też materializuje się ta wrażliwość, o której wspomniałem na początku. Stargazer potrafi grać delikatnie, ale bez popadania w tanią ckliwość. To raczej przeżycie astralne, spoglądanie daleko, uwolnienie się spośród sztywnych ram ciała i szukanie Absolutu. Takie przestrzenne granie dobrze wpasowuje się w te klimaty.
No a na sam koniec dwa klasyczne, prące do przodu wygary. Jest miejsce i na ciężar, i na grobowe ryki przypominające mi wokale Sandersa w Nile. Nie sposób się nudzić, właśnie dzięki temu, że ta płyta tak dobrze umieszcza poszczególne akcenty w czasie. "A Merging to the Boundless" to jeden z najbardziej interesujących albumów metalowych ostatnich lat, poruszający się jednocześnie w miarę znajomych ramach, bez popadania w przesadną awangardę i jakieś dronowanie. To po prostu siedem piosenek - tak. Bo mimo operowania z dala od tradycyjnych zwrotkowo-refrenowych struktur, to całość nosi właśnie znamiona dobrych piosenek. Takich zapadających w pamięć, ale nie nachalnie. Ten album nie ma cię zmiażdżyć, pożreć i wyrzygać. Z drugiej strony, nie ma też wywrócić twojego światopoglądu do góry nogami i silić się na epokowe dzieło. Ma być po prostu kawałkiem niezwykle interesującej Muzyki, pomysłowej i kipiącej wręcz kreatywnością, bez nadęcia i próby przekraczania Rubikonu. Wie, co lubisz, zgrabnie miesza proporcje, dodaje dawkę trudnej do sklasyfikowania, magicznej atmosfery i voila! Wychodzi rzecz, którą nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Jak to możliwe? To trzeba chyba mieć po prostu w sercu.
Wspaniały album, który nie mógłby wyjść w złotej erze gatunku, ale gdyby wyszedł, to byłby stawiany na równi z dziełami Death, Atheist czy Pestilence. Potrzeba chwili, by "A Merging to the Boundless" przetrawić - jak mówiłem, tu nie ma nic efekciarskiego czy puszącego się. Jak ktoś potraktuje tę rzecz jako kolejną spośród niezliczonych do odsłuchu, biorąc rzutem na taśmę, to nie odkryje drzemiącego tu piękna. Ale jeśli naprawdę zechce dowiedzieć się, o co tu biega i poświęci płycie 100% swego czasu, nie pożałuje i z pozoru "nudnego" albumu (bo i takie głosy słyszałem) wydobędzie jego najpełniejszy sens. Ja tymczasem zastanawiam się - kiedy, do cholery, kontynuacja?! Bo tak jak z death metalem jestem ostatnio lekko na bakier, tak na nowe dokonanie tej ekipy czekam zawsze i wszędzie. Pełna rekomendacja!
czwartek, 5 grudnia 2019
Recenzja BÖLZER - Lese Majesty
Szwajcarski Bölzer szybko zasłużył sobie na miano jednej z najgorętszych nazw w podziemnym black/death metalu. Wydane w 2012 roku demo oraz dwie kolejne EPki, rok po roku, spośród których "Aura" uznawana jest powszechnie za opus magnum, tylko podsyciły oczekiwania na pełniaka. A tu jeb. Wolta stylistyczna. "Hero" okazało się dość unikalnym albumem, wynoszącym zespół na całkowicie nowe tory. Owszem, czyste, "wilcze" wokale pojawiły się już wcześniej, jakieś zalążki plemiennego grania również, dopiero jednak na debiutanckim longplayu uzyskało to taki rozmach i monumentalizm. Jedni się obrazili i poczęli utyskiwać na zmarnowany potencjał, innym spodobał się ten skok na głęboką wodę - w tym mnie. "Hero", mimo że nie do końca oszlifowany i momentami nieporadny, zrobił na mnie ogromne wrażenie i był czymś, czego jeszcze w metalu nie słyszałem. A to spore osiągnięcie. Dlatego też z wypiekami na twarzy czekałem na "Lese Majesty", licząc, że duet dalej będzie kroczyć obraną już ścieżką. A te dranie nie dość, że tak poczynili, to jeszcze z jaką klasą!
Kompozycje, tak jak już KzR i HzR zdążyli przyzwyczaić, są długie i rozbudowane, a przy tym skoncentrowane wokół jednego wyraźnego motywu przewodniego, który nadaje tym utworom konkretny kierunek. Tyczy się to zwłaszcza otwierającego płytę "A Sheppard in Wolven Skin" oraz absolutnie fenomenalnego zamykacza "Ave Fluvius! Danu be Praised!", który muzycznie brzmi równie entuzjastycznie jak jego tytuł. Właśnie, kipi to czystym ENTUZJAZMEM. Kapitalne wokale, naprzemiennie to zwierzęcy ryk kruszący skały, to mający moc przenoszenia gór melodyjny śpiew - działa to naprawdę obłędnie. "Heed the blood/It's voice furious/Pulse erupting/Invoke the flood/Render them spurious/Sky collapsing", w tle podwójna stopa i złowieszczy, nisko strojony riff - masz wrażenie, że przemawia do ciebie potężne bóstwo, a niebo faktycznie zaraz spierdoli ci się na łeb, taką to ma moc! Okoi rzeczywiście podszkolił się wokalnie, bo śmiem twierdzić, że wspina się tu na wyżyny możliwości. No i klasyczne "ugh!", nie dodawane ot tak, tylko zwiększające jeszcze siłę rażenia następującego po nim riffu. Riffu typowo bolzerowego, trudnego do pomylenia z czymkolwiek innym. Wspaniałe, subtelnie wplatane melodie, nuta melancholii pomiędzy miażdżącym black/death metalowym wyziewem. Romantyzm - tak! bo i miejsce na swojski gwizd tu jest, i jakieś nucenie w tle, zawodzenie niczym wilk do księżyca, i ciepły akord na wiośle - miesza się z ognistym, wściekłym zapałem, składając się na potężną dawkę emocjonalną.
Cieszy mnie też powrót do najwcześniejszych materiałów zespołu, zwłaszcza demówki "Roman Acupuncture", której echa przewijają się tu i ówdzie, zwłaszcza w dwóch ostatnich utworach. "Into the Temple of Spears", choć nieco mniej majestatyczny, prostszy w budowie i jednak trochę słabszy niż dwie czołowe kompozycje, i tak cieszy ucho, nie zwalniając obrotów ani na moment i co rusz atakując słuchacza kanonadą na bębnach oraz zawziętym piłowaniem na wiośle. Nawet dwuminutowy, rytualny przerywnik, jest warty uwagi i nie wybija z rytmu. Paradoksalnie, choć nie ma tam ani sekundy metalu, to dobrze podsumowuje on obecną inkarnację Bölzer - prymitywna esencja i czczenie Słońca na pogańską modłę, szamańskie obrzędy, wewnętrzny strumień energii przepływający przez ludzkie ciało, indywidualizm.
Totalnie trafiają do mnie te dźwięki. Jakby skrojone czysto dla mnie. Inspirujące. Chce się żyć! Jeśli panowie kontynuują obecną ścieżkę, zarówno w sensie stylistycznym i jakościowym, to drugi pełny album będzie prawdziwym trzęsieniem ziemi. Na to liczę i cierpliwie czekam. Proszę się nadal rozwijać, bo progres poczyniony od już wyróżniających się, acz jednak dość konwencjonalnych początków jest niesamowity! A tymczasem wyróżniam "Lese Majesty" do honorowej czołówki roku. Piękny strzał, niejako przypieczętowujący zajebistość roku pańskiego 2019. Ave!
niedziela, 24 listopada 2019
Recenzja ESOTERIC - A Pyrrhic Existence
Uwaga - objętość tej recenzji będzie wprost proporcjonalna do objętości płyt omawianego zespołu. Czyli - jeśli ktoś jeszcze nie wie, z czym ma do czynienia - spora. Rozsądek nakazywałby podzielić ją na dwie części, tak jak albumy Esoteric... Idź więc, drogi czytelniku, zaparzyć sobie herbatę, albo i dwie, rozsiądź się wygodnie i najlepiej zarzuć sobie jeszcze na słuchawki album będący tematem tego wpisu. Miłego!
Brytyjski Esoteric to zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. W przeszło 25-letniej karierze większość wydanych pod tą nazwą albumów to dwupłytowe kolosy, nierzadko składające się na około 100 minut(!) muzyki, i to muzyki przerażająco powolnej, ciężkiej i po prostu "siadającej na banię" niczym niezła dawka środków odurzających. Innymi słowy, nie są to dźwięki proste w odbiorze. Słuchanie Esoteric wymaga sporej dawki cierpliwości i zaangażowania, ale gdy już poświęci się im te kilka godzin, wynagradzają to z podwójną nawiązką. Testem wytrwałości był także czas oczekiwania na nowy materiał, bo przerwa między "A Pyrrhic Existence" a poprzednim "Paragon of Dissonance" wyniosła 8 lat. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że zdecydowanie warto było czekać.
Nie dziwi mnie, że zajęło to wszystko tak długi okres, wszak najnowsze dzieło Brytyjczyków - jak zwykle zresztą - jest przebogate pod kątem zawartości, obfite w niełatwo dające się wyłapać detale i wielowarstwowe. Zapraszam na kolejną wyczerpującą podróż po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Kontemplację bezsensu egzystencji czas zacząć.
Otwierający album "Descent" bez zbędnych interludiów wrzuca słuchacza na głęboką wodę - a topić się będzie on przez ponad 27 minut, przez co pierwszy utwór na tej płycie oficjalnie stał się najdłuższym w dyskografii zespołu. Ostrzegałem, że nie będzie lekko. Od samego początku tempo jest iście funeralne, w tle pobrzmiewają kołyszące się szumy, melodyka wywołuje poczucie niepokoju niczym na bad tripie, a gdy wchodzą wokale - czas zdaje się stawać w miejscu, jesteś zawieszony w stanie nie-bycia, bezwładny i sparaliżowany. Takie wstępy lubię - nieprzystępne, będące istnym sprawdzianem dla odbiorcy: "pękasz, czy brniesz w to dalej?". Ja oczywiście wybieram tę drugą opcję, dzięki czemu po krótkim, łączonym ataku histerycznego wrzasku i zalewającego ze wszystkich stron hałasu w końcu wybrzmiewają nieco bardziej pozytywne tony. Brzdękająca gitara z pogłosem stanowi mostek do tej dynamiczniejszej części kompozycji, która porusza się w wypracowanym na ostatnich dwóch albumach standardzie. Nowością jest - i ten element będzie prawdziwy także dla kolejnych utworów - jakby nieco bardziej rytmiczne podejście do wokali Grega. Mam wrażenie, że nigdy jeszcze w takim stopniu nie współbrzmiały one z gitarami i perkusją.
W tym zaledwie pierwszym, niemal półgodzinnym monstrum, zawiera się tyle pomysłów, że można by nimi obdarzyć całe katalogi innych hord. Esoteric udowadnia, że pod kątem pisania rozbudowanych i progresywnych kompozycji nie mają sobie równych, jeśli chodzi o szeroko pojęty doom metal. "Descent" to jakby kilka numerów złączonych w jedność, spojonych momentami wyciszenia, skonstruowany niemal na miarę post-rocka. Ma się wrażenie, że pierwsze 20 minut było wielkim build-upem do fenomenalnej końcówki, zwieńczonej najwyższej klasy solówkami, tak charakterystycznych dla doszlifowanego w ostatnich latach stylu zespołu. Emocje sięgają zenitu, a całość nabiera niesamowitego, bombastycznego wręcz rozmachu, podkreślanego niepohamowanymi kanonadami na perkusji. Fenomenalnie skonstruowany utwór.
Na pierwszy z dwóch dysków składa się też - pomijając rytualno-ambientowy przerywnik w stylu ostatnich dokonań Urfaust - wspaniale nawiązujący do ikonicznego już opus magnum zespołu(mam na myśli "The Maniacal Vale" z 2008 roku) "Rotting in Dereliction". O ile "Descent" pozostawił mnie w swego rodzaju niepewności, w jakim kierunku podąży pozostała część materiału, tak następujący po nim kawałek rozwiał wszelkie wątpliwości - panie i panowie, mamy tu powrót do tych cudownie powykręcanych, skąpanych w surrealistycznej atmosferze, wywołujących egzystencjalny terror momentów. Groza, lęk, niepokój. Echa "Beneath This Face" ze wspomnianego już albumu, łącznie z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem, w którym dominują blast beaty i szaleńcze, świdrujące gitary, wwiercające się w twoją głowę niczym skalpel podczas lobotomii. Zwiastujące nadejście zagłady, apokaliptyczne melodie. Stopniowe podkręcanie tempa, budowanie napięcia, wybuch. Ale i stonerowe, wyluzowane niemal(!) partie gitary prowadzącej w końcówce, klasyczne w swoim wydźwięku, tym razem nawiązujące do najwcześniejszych lat zespołu, wręcz relaksujące, rozrzedzające gęste powietrze i wykreowaną wcześniej duchotę. Ogółem - geniusz, a zarazem Esoteric w pigułce.
Brytyjski Esoteric to zespół absolutnie jedyny w swoim rodzaju. W przeszło 25-letniej karierze większość wydanych pod tą nazwą albumów to dwupłytowe kolosy, nierzadko składające się na około 100 minut(!) muzyki, i to muzyki przerażająco powolnej, ciężkiej i po prostu "siadającej na banię" niczym niezła dawka środków odurzających. Innymi słowy, nie są to dźwięki proste w odbiorze. Słuchanie Esoteric wymaga sporej dawki cierpliwości i zaangażowania, ale gdy już poświęci się im te kilka godzin, wynagradzają to z podwójną nawiązką. Testem wytrwałości był także czas oczekiwania na nowy materiał, bo przerwa między "A Pyrrhic Existence" a poprzednim "Paragon of Dissonance" wyniosła 8 lat. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że zdecydowanie warto było czekać.
Nie dziwi mnie, że zajęło to wszystko tak długi okres, wszak najnowsze dzieło Brytyjczyków - jak zwykle zresztą - jest przebogate pod kątem zawartości, obfite w niełatwo dające się wyłapać detale i wielowarstwowe. Zapraszam na kolejną wyczerpującą podróż po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Kontemplację bezsensu egzystencji czas zacząć.
Otwierający album "Descent" bez zbędnych interludiów wrzuca słuchacza na głęboką wodę - a topić się będzie on przez ponad 27 minut, przez co pierwszy utwór na tej płycie oficjalnie stał się najdłuższym w dyskografii zespołu. Ostrzegałem, że nie będzie lekko. Od samego początku tempo jest iście funeralne, w tle pobrzmiewają kołyszące się szumy, melodyka wywołuje poczucie niepokoju niczym na bad tripie, a gdy wchodzą wokale - czas zdaje się stawać w miejscu, jesteś zawieszony w stanie nie-bycia, bezwładny i sparaliżowany. Takie wstępy lubię - nieprzystępne, będące istnym sprawdzianem dla odbiorcy: "pękasz, czy brniesz w to dalej?". Ja oczywiście wybieram tę drugą opcję, dzięki czemu po krótkim, łączonym ataku histerycznego wrzasku i zalewającego ze wszystkich stron hałasu w końcu wybrzmiewają nieco bardziej pozytywne tony. Brzdękająca gitara z pogłosem stanowi mostek do tej dynamiczniejszej części kompozycji, która porusza się w wypracowanym na ostatnich dwóch albumach standardzie. Nowością jest - i ten element będzie prawdziwy także dla kolejnych utworów - jakby nieco bardziej rytmiczne podejście do wokali Grega. Mam wrażenie, że nigdy jeszcze w takim stopniu nie współbrzmiały one z gitarami i perkusją.
W tym zaledwie pierwszym, niemal półgodzinnym monstrum, zawiera się tyle pomysłów, że można by nimi obdarzyć całe katalogi innych hord. Esoteric udowadnia, że pod kątem pisania rozbudowanych i progresywnych kompozycji nie mają sobie równych, jeśli chodzi o szeroko pojęty doom metal. "Descent" to jakby kilka numerów złączonych w jedność, spojonych momentami wyciszenia, skonstruowany niemal na miarę post-rocka. Ma się wrażenie, że pierwsze 20 minut było wielkim build-upem do fenomenalnej końcówki, zwieńczonej najwyższej klasy solówkami, tak charakterystycznych dla doszlifowanego w ostatnich latach stylu zespołu. Emocje sięgają zenitu, a całość nabiera niesamowitego, bombastycznego wręcz rozmachu, podkreślanego niepohamowanymi kanonadami na perkusji. Fenomenalnie skonstruowany utwór.
Na pierwszy z dwóch dysków składa się też - pomijając rytualno-ambientowy przerywnik w stylu ostatnich dokonań Urfaust - wspaniale nawiązujący do ikonicznego już opus magnum zespołu(mam na myśli "The Maniacal Vale" z 2008 roku) "Rotting in Dereliction". O ile "Descent" pozostawił mnie w swego rodzaju niepewności, w jakim kierunku podąży pozostała część materiału, tak następujący po nim kawałek rozwiał wszelkie wątpliwości - panie i panowie, mamy tu powrót do tych cudownie powykręcanych, skąpanych w surrealistycznej atmosferze, wywołujących egzystencjalny terror momentów. Groza, lęk, niepokój. Echa "Beneath This Face" ze wspomnianego już albumu, łącznie z maniakalnym, schizofrenicznym przyśpieszeniem, w którym dominują blast beaty i szaleńcze, świdrujące gitary, wwiercające się w twoją głowę niczym skalpel podczas lobotomii. Zwiastujące nadejście zagłady, apokaliptyczne melodie. Stopniowe podkręcanie tempa, budowanie napięcia, wybuch. Ale i stonerowe, wyluzowane niemal(!) partie gitary prowadzącej w końcówce, klasyczne w swoim wydźwięku, tym razem nawiązujące do najwcześniejszych lat zespołu, wręcz relaksujące, rozrzedzające gęste powietrze i wykreowaną wcześniej duchotę. Ogółem - geniusz, a zarazem Esoteric w pigułce.
A to dopiero połowa! Ja tam zacieram ręce, że jeszcze taaaaki kawał muzyki przede mną. "Consuming Lies" rozpoczyna drugi kompakt zdecydowanie najpiękniejszym - tak, i na takie emocje jest tu miejsce! - motywem na płycie, melodyjnym i melancholijnym na miarę Evoken. Szybko okazuje się, że i w tym pięknie jest nuta dysonansu, a do tego za chwilę znienacka wyskakuje deathmetalowe podkręcenie obrotów, z niespotykaną kiedykolwiek wcześniej w tym zespole dawką groove'u. To jeden z najbardziej chwytliwych i nośnych momentów w karierze Esoteric, napędzany chodzącą jak w zegarku podwójną stopą, no i nie po raz pierwszy zdradzający zamiłowane tej ekipy do eksperymentatorstwa z brzmieniem swoich instrumentów - takiego odjechanego efektu na gitarze jeszcze nie słyszałem! Wrażenie robi także masywna, sypiąca gruzem na głowę słuchacza końcówka, gdzie subtelne akcenty na hi-hacie podkreślają ciężar wieńczącego riffu.
Przedostatni już w zestawie "Culmination" to chyba najodważniejsza i najambitniejsza z zawartych na "A Pyrrhic Existence" kompozycji, która podobnie jak środkowy utwór na pierwszym dysku czerpie garściami z wydanego w 2008 roku arcydzieła zespołu. Wygrywane tu dźwięki w bliźniaczy sposób zasiewają w umyśle nutę niepewności i zgrozy, tworząc momentami wizję upadającego gatunku ludzkiego. Mamy tu też - kolejne już! - przejście w rejony nie obce zespołom death metalowym, wykręcone solówki rodem z Autopsy, ale też luźno plumkające w tle szarpnięcia za struny, przypominające te rzekomo improwizowane momenty z "The Pernicious Enigma". A ostatnie minuty to już w ogóle odjazd, awangardowe riffy, istny skręt w stronę ambient metalu, psychodeliczny roller coaster. Wszystko powoli się wycisza, w tle słychać jęki rozpaczy... po czym wjeżdża finałowy już numer, którego pierwsza - optymistycznie brzmiąca! - część tworzy złudne poczucie radosnego triumfu, zwycięstwa, odzyskania kontroli nad swoim życiem i ponownego nadania sensu wszystkiemu, a potem JEB, dostajesz młotem przypominającym ci, że to wszystko fałsz i iluzja.
"With this endless weight, tied/Like an albatross around my neck/It never relents/I exist only for the sake of existence". Bębny wygrywają marszowy rytm, a ty uczestniczysz w procesji idącej na zatracenie. Rytuał samounicestwienia. I dużo Neurosis.
O brzmieniu nie będę się rozpisywał, bo i po co. Jest najwyższej klasy i doskonale współgra z samą muzyką. Czyste, selektywne, organiczne, naturalne, nieco "suche", acz nieprzesadnie. Pod tym względem mamy kontynuację z poprzedniego albumu. Najważniejsze, że wszystkie te szczegóły, detale na drugim i trzecim planie nie giną w miksie, a jednocześnie prym wiedzie metalowy rdzeń, gitary i perkusja. W ogóle pana garowego muszę pochwalić, bo chyba nigdy partie tego instrumentu nie były tak ciekawe i urozmaicone - a to funeral doom, gdzie nie ma zbyt wiele pola do popisu pod tym względem. A jednak, patrzcie - da się. O wokalach nawet nie będę wspominał - Greg Chandler to w tej kwestii klasa sama w sobie i tak jest praktycznie od debiutu. Niesamowicie kreatywne podejście do sprawy.
"A Pyrrhic Existence" to wspaniałe dopełnienie i tak już bogatej dyskografii zespołu, które zręcznie odwołuje się do wcześniejszych jego dzieł - narkotycznych początków(głównie "The Pernicious Enigma"), monumentalnej ścieżki dźwiękowej do kończącego się świata("The Maniacal Vale") i wpuszczającego nieco światła oraz progresywnych akcentów "Paragon of Dissonance". Tak jak jednak ten ostatni był jak dla mnie nieco zbyt lekki i dryfujący po morzu przestrzennych pasaży, tak tutaj proporcje są po prostu idealne. A jednocześnie nie jest to jedynie sprawne połączenie elementów składających się na poprzednie płyty - najnowszy Esoteric ma swój indywidualny charakter, a niespotykanych wcześniej zagrywek jest tu pod dostatkiem. Powiedziałbym, że to najdynamiczniejsza pozycja tych gości jak do tej pory - manipulowania tempami czy zmian konwencji w obrębie jednego utworu nie uświadczyliśmy jeszcze na taką skalę. Równie doskonale album ten operuje zróżnicowaniem emocji - istna sinusoida nastrojów, dobrze reflektująca zresztą warstwę tekstową. Podsumowując - dzieło kompletne, całkowicie wynagradzające długi czas posuchy w zespole. A że przesłucha je zaledwie garstka masochistów? To dla odmiany nic nowego :) Może to i dobrze.
Przedostatni już w zestawie "Culmination" to chyba najodważniejsza i najambitniejsza z zawartych na "A Pyrrhic Existence" kompozycji, która podobnie jak środkowy utwór na pierwszym dysku czerpie garściami z wydanego w 2008 roku arcydzieła zespołu. Wygrywane tu dźwięki w bliźniaczy sposób zasiewają w umyśle nutę niepewności i zgrozy, tworząc momentami wizję upadającego gatunku ludzkiego. Mamy tu też - kolejne już! - przejście w rejony nie obce zespołom death metalowym, wykręcone solówki rodem z Autopsy, ale też luźno plumkające w tle szarpnięcia za struny, przypominające te rzekomo improwizowane momenty z "The Pernicious Enigma". A ostatnie minuty to już w ogóle odjazd, awangardowe riffy, istny skręt w stronę ambient metalu, psychodeliczny roller coaster. Wszystko powoli się wycisza, w tle słychać jęki rozpaczy... po czym wjeżdża finałowy już numer, którego pierwsza - optymistycznie brzmiąca! - część tworzy złudne poczucie radosnego triumfu, zwycięstwa, odzyskania kontroli nad swoim życiem i ponownego nadania sensu wszystkiemu, a potem JEB, dostajesz młotem przypominającym ci, że to wszystko fałsz i iluzja.
"With this endless weight, tied/Like an albatross around my neck/It never relents/I exist only for the sake of existence". Bębny wygrywają marszowy rytm, a ty uczestniczysz w procesji idącej na zatracenie. Rytuał samounicestwienia. I dużo Neurosis.
O brzmieniu nie będę się rozpisywał, bo i po co. Jest najwyższej klasy i doskonale współgra z samą muzyką. Czyste, selektywne, organiczne, naturalne, nieco "suche", acz nieprzesadnie. Pod tym względem mamy kontynuację z poprzedniego albumu. Najważniejsze, że wszystkie te szczegóły, detale na drugim i trzecim planie nie giną w miksie, a jednocześnie prym wiedzie metalowy rdzeń, gitary i perkusja. W ogóle pana garowego muszę pochwalić, bo chyba nigdy partie tego instrumentu nie były tak ciekawe i urozmaicone - a to funeral doom, gdzie nie ma zbyt wiele pola do popisu pod tym względem. A jednak, patrzcie - da się. O wokalach nawet nie będę wspominał - Greg Chandler to w tej kwestii klasa sama w sobie i tak jest praktycznie od debiutu. Niesamowicie kreatywne podejście do sprawy.
"A Pyrrhic Existence" to wspaniałe dopełnienie i tak już bogatej dyskografii zespołu, które zręcznie odwołuje się do wcześniejszych jego dzieł - narkotycznych początków(głównie "The Pernicious Enigma"), monumentalnej ścieżki dźwiękowej do kończącego się świata("The Maniacal Vale") i wpuszczającego nieco światła oraz progresywnych akcentów "Paragon of Dissonance". Tak jak jednak ten ostatni był jak dla mnie nieco zbyt lekki i dryfujący po morzu przestrzennych pasaży, tak tutaj proporcje są po prostu idealne. A jednocześnie nie jest to jedynie sprawne połączenie elementów składających się na poprzednie płyty - najnowszy Esoteric ma swój indywidualny charakter, a niespotykanych wcześniej zagrywek jest tu pod dostatkiem. Powiedziałbym, że to najdynamiczniejsza pozycja tych gości jak do tej pory - manipulowania tempami czy zmian konwencji w obrębie jednego utworu nie uświadczyliśmy jeszcze na taką skalę. Równie doskonale album ten operuje zróżnicowaniem emocji - istna sinusoida nastrojów, dobrze reflektująca zresztą warstwę tekstową. Podsumowując - dzieło kompletne, całkowicie wynagradzające długi czas posuchy w zespole. A że przesłucha je zaledwie garstka masochistów? To dla odmiany nic nowego :) Może to i dobrze.
środa, 20 listopada 2019
Recenzja THE DEATHTRIP - Demon Solar Totem
To zadziwiające, jak bardzo pierwsze wrażenie może wywieść kogoś na manowce. I jak bardzo pewne utwory zyskują, gdy słuchane są w kontekście całego albumu, a nie w odosobnieniu. Jeszcze bardziej zdumiewająca jest sytuacja, gdy rzecz "nie mająca podjazdu do debiutu" zaczyna się z nim zrównywać... a może nawet przewyższać. Poznajcie moją przygodę z THE DEATHTRIP, który kilka dni temu wypuścił w świat swój drugi pełnoprawny longplay.
"Deep Drone Master" to fenomenalny album z jednymi z najlepszych wokali w historii black metalu w ogóle - i mówię to bez słowa przesady. Zasługa to niejakiego Aldrahna, postaci znanej i zasłużonej dla sceny, potrafiącej sprawić, że z wypiekami na twarzy sięgam po każdy materiał z jego nazwiskiem we wkładce. Niesamowita ekspresja i zdolność do nadawania utworom płynnej narracji - czujesz, jakbyś faktycznie był w jakimś spowitym mgłą lesie, a po jego najskrytszych zakamarkach oprowadzał cię jakiś zakapturzony gość i opowiadał zajmujące historie(podobnego porównania użyłem już w recenzji "Belus"; taka to muzyka i takie skojarzenia wywołuje). Dlatego gdy wydało się, że na nowej płycie tegoż osobnika zabraknie, już zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Potem zespół udostępnił dwa single. Momenty przypominające debiut zlewają się z przeciętniactwem nie zapadającym w pamięć, a w tle jeszcze jakieś czyste zaśpiewy... co to ma być, do cholery?
Pierwszy pełnoprawny odsłuch wywołuje lekkie zaciekawienie, ale generalnie jasne jest, że jest sporo gorzej. Magia nazwy sprawia jednak, że tak łatwo nie odpuszczam. Załączam "Demon Solar Totem" po raz drugi i trzeci, tym razem zwracając uwagę na podobieństwo stylistyczne w kwestii riffowania. Przecież tu się wcale wiele nie zmieniło - gitary to wciąż klasyczna Norwegia, w najlepszym tych słów znaczeniu. Wokale też całkiem zgrabnie naśladują manierę Aldrahna momentami, pomijając chóry i podniosłe deklamacje, generalnie jest dobrze. Jakieś takie inne te kompozycje, mniej bezpośrednie i hiciarskie, bardziej nastawione na klimacenie chyba...
A potem czwarty odsłuch, już w otoczeniu drzew, a nie czterech ścian. O kurwa! Tym razem weszło na dobre. Okazuje się, że "Demon Solar Totem" to zwyczajnie album stosujący nieco inne środki wyrazu niż poprzedni. To już nie jest zbiór genialnych piosenek, to zwarty monolit, nieco mniej oczywisty i zawierający niewiele jawnych punktów zaczepienia, lecz całościowo znów zabierający mnie we niezapomnianą podróż. Skąpany w psychodelicznym sosie, w oparach szamańskiego uniesienia, gęsty i hipnotyzujący. Niejednokrotnie wolniejszy, snujący się bez pośpiechu, konsekwentnie kreując narkotyczno-grzybową atmosferę. Po wsiąknięciu w te dźwięki, nawet odmienny styl śpiewania zdaje się bezbłędnie wpasowywać w konwencję - a zawodzenie niczym jak w "En Ring Til A Herske" legendarnego Burzum pozwala poczuć prawdziwą magię. Skoro już wspomniałem tę nazwę, to idźmy za ciosem - "Surrender to a Higher Power" to przecież "Jesus Tod" anno domini 2019, tu wszystko się zgadza, nieustanna kanonada na podwójnej stopie, podobnie zapętlony cudowny riff, 7 minut mija nie wiadomo kiedy, istne zakrzywienie czasoprzestrzeni. W drugiej połowie atakuje minimalistyczny na modłę "Transilvanian Hunger" i najwścieklejszy przedostatni już na płycie utwór, by chwilę potem ustąpić wieńczącym dzieło rozbudowanemu zamykaczowi. A nie wspomniałem o "Angel Fossils", osiągającym w pewnym punkcie wspaniałą, bezpretensjonalną podniosłość, czy kapitalnie wprowadzającym w klimat albumu utworze tytułowym z silnie wpadającym w pamięć refrenem...
"Demon Solar Totem" to nadal hołd złożony klasykom lat 90, hołd absolutnie najwyższej klasy, który podobnie jak w przypadku pierwszego albumu, doskonale oddaje i rozumie ESENCJĘ tego grania. Tym razem uderza w nieco inne aspekty, te bardziej uduchowione i mistyczne, ale przecież to właśnie jest nieodłączny element sprawiający, że ta muzyka tak bardzo oddziaływała(i wciąż oddziałuje) na naszą wyobraźnię. "Vintage Telepathy" to absolutnie zjawiskowy przykład w tej kwestii i nie wiem, czy nie najlepszy na płycie utwór.
A przede wszystkim mamy tu potęgę riffu. Album ten gitarami stoi, po prostu. Bierze najlepsze wzorce z Darkthrone, Burzum i Ulver i dodaje szczyptę - w sam raz - indywidualnego sznytu, tych eterycznych, charakterystycznych melodii, błąkających się niczym widma na granicy nocnego mroku i porannego blasku. No i ten album oddycha. Jest w nim przestrzeń. Nie ma zbitej papki i miliona zbędnych ozdobników. Sam rdzeń, dużo miejsca, w które mogą wsiąknąć te fenomenalne gitarowe pasaże.
Całkowicie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że od pozycji typu "sprawdzę, bo muszę, ale nie jestem pozytywnie nastrojony" urośnie to do rangi potencjalnej płyty roku. I jeszcze raz - potwierdza to, że szeroko pojęty pierwszy kontakt jest niezbyt reprezentatywny dla tego, z czym mamy do czynienia. "Demon Solar Totem" to rzecz z kategorii, która musi się przetrawić, ale jak już pójdzie to jest tylko lepiej i lepiej. I trzeba odrzucić uprzedzenia, że będzie tak samo jak w 2014, bo nie będzie. A przynajmniej stylistycznie, bo jakościowo jest to spokojnie ta sama półka. Geniusz!
"Deep Drone Master" to fenomenalny album z jednymi z najlepszych wokali w historii black metalu w ogóle - i mówię to bez słowa przesady. Zasługa to niejakiego Aldrahna, postaci znanej i zasłużonej dla sceny, potrafiącej sprawić, że z wypiekami na twarzy sięgam po każdy materiał z jego nazwiskiem we wkładce. Niesamowita ekspresja i zdolność do nadawania utworom płynnej narracji - czujesz, jakbyś faktycznie był w jakimś spowitym mgłą lesie, a po jego najskrytszych zakamarkach oprowadzał cię jakiś zakapturzony gość i opowiadał zajmujące historie(podobnego porównania użyłem już w recenzji "Belus"; taka to muzyka i takie skojarzenia wywołuje). Dlatego gdy wydało się, że na nowej płycie tegoż osobnika zabraknie, już zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Potem zespół udostępnił dwa single. Momenty przypominające debiut zlewają się z przeciętniactwem nie zapadającym w pamięć, a w tle jeszcze jakieś czyste zaśpiewy... co to ma być, do cholery?
Pierwszy pełnoprawny odsłuch wywołuje lekkie zaciekawienie, ale generalnie jasne jest, że jest sporo gorzej. Magia nazwy sprawia jednak, że tak łatwo nie odpuszczam. Załączam "Demon Solar Totem" po raz drugi i trzeci, tym razem zwracając uwagę na podobieństwo stylistyczne w kwestii riffowania. Przecież tu się wcale wiele nie zmieniło - gitary to wciąż klasyczna Norwegia, w najlepszym tych słów znaczeniu. Wokale też całkiem zgrabnie naśladują manierę Aldrahna momentami, pomijając chóry i podniosłe deklamacje, generalnie jest dobrze. Jakieś takie inne te kompozycje, mniej bezpośrednie i hiciarskie, bardziej nastawione na klimacenie chyba...
A potem czwarty odsłuch, już w otoczeniu drzew, a nie czterech ścian. O kurwa! Tym razem weszło na dobre. Okazuje się, że "Demon Solar Totem" to zwyczajnie album stosujący nieco inne środki wyrazu niż poprzedni. To już nie jest zbiór genialnych piosenek, to zwarty monolit, nieco mniej oczywisty i zawierający niewiele jawnych punktów zaczepienia, lecz całościowo znów zabierający mnie we niezapomnianą podróż. Skąpany w psychodelicznym sosie, w oparach szamańskiego uniesienia, gęsty i hipnotyzujący. Niejednokrotnie wolniejszy, snujący się bez pośpiechu, konsekwentnie kreując narkotyczno-grzybową atmosferę. Po wsiąknięciu w te dźwięki, nawet odmienny styl śpiewania zdaje się bezbłędnie wpasowywać w konwencję - a zawodzenie niczym jak w "En Ring Til A Herske" legendarnego Burzum pozwala poczuć prawdziwą magię. Skoro już wspomniałem tę nazwę, to idźmy za ciosem - "Surrender to a Higher Power" to przecież "Jesus Tod" anno domini 2019, tu wszystko się zgadza, nieustanna kanonada na podwójnej stopie, podobnie zapętlony cudowny riff, 7 minut mija nie wiadomo kiedy, istne zakrzywienie czasoprzestrzeni. W drugiej połowie atakuje minimalistyczny na modłę "Transilvanian Hunger" i najwścieklejszy przedostatni już na płycie utwór, by chwilę potem ustąpić wieńczącym dzieło rozbudowanemu zamykaczowi. A nie wspomniałem o "Angel Fossils", osiągającym w pewnym punkcie wspaniałą, bezpretensjonalną podniosłość, czy kapitalnie wprowadzającym w klimat albumu utworze tytułowym z silnie wpadającym w pamięć refrenem...
"Demon Solar Totem" to nadal hołd złożony klasykom lat 90, hołd absolutnie najwyższej klasy, który podobnie jak w przypadku pierwszego albumu, doskonale oddaje i rozumie ESENCJĘ tego grania. Tym razem uderza w nieco inne aspekty, te bardziej uduchowione i mistyczne, ale przecież to właśnie jest nieodłączny element sprawiający, że ta muzyka tak bardzo oddziaływała(i wciąż oddziałuje) na naszą wyobraźnię. "Vintage Telepathy" to absolutnie zjawiskowy przykład w tej kwestii i nie wiem, czy nie najlepszy na płycie utwór.
A przede wszystkim mamy tu potęgę riffu. Album ten gitarami stoi, po prostu. Bierze najlepsze wzorce z Darkthrone, Burzum i Ulver i dodaje szczyptę - w sam raz - indywidualnego sznytu, tych eterycznych, charakterystycznych melodii, błąkających się niczym widma na granicy nocnego mroku i porannego blasku. No i ten album oddycha. Jest w nim przestrzeń. Nie ma zbitej papki i miliona zbędnych ozdobników. Sam rdzeń, dużo miejsca, w które mogą wsiąknąć te fenomenalne gitarowe pasaże.
Całkowicie pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że od pozycji typu "sprawdzę, bo muszę, ale nie jestem pozytywnie nastrojony" urośnie to do rangi potencjalnej płyty roku. I jeszcze raz - potwierdza to, że szeroko pojęty pierwszy kontakt jest niezbyt reprezentatywny dla tego, z czym mamy do czynienia. "Demon Solar Totem" to rzecz z kategorii, która musi się przetrawić, ale jak już pójdzie to jest tylko lepiej i lepiej. I trzeba odrzucić uprzedzenia, że będzie tak samo jak w 2014, bo nie będzie. A przynajmniej stylistycznie, bo jakościowo jest to spokojnie ta sama półka. Geniusz!
niedziela, 17 listopada 2019
Recenzja KRIEGSMASCHINE - Apocalypticists
Recenzję ostatniej Mgły zacząłem od stwierdzenia, że najnowszy album bohaterów tegoż wpisu mnie rozczarował. Ot tak, dla małego porównania i żeby móc z radością powiedzieć, że M. i Darkside się zrehabilitowali. Pomiędzy kolejnymi odsłuchami "Age of Excuse" omawiane dzisiaj "Apocalypticists" nie dawało mi jednak spokoju. Coś kazało mi wracać do tej płyty - ta pochłaniająca jak czarna dziura atmosfera przyciągała mnie jak magnes. I tak w sumie teraz myślę, że muszę nieco pobić się w pierś, bo choć do doskonałości poprzedniczki trochę w tym przypadku brakuje, to i tak jest bardzo dobrze. Mimo, że wciąż chciałbym, aby panowie bardziej wyrównali proporcje "nihilistyczna atmosfera-interesujące kompozycje".
Od czasu splitu z Infernal War, Kriegsmaschine wypracowało unikalny styl grania black metalu, polegający głównie na zrewolucjonizowaniu podejścia do roli perkusji. Zamiast oparcia szkieletu kompozycji na blastach czy galopadach na podwójnej stopie, Darkside postanowił powiedzieć "takiego wała!" i udziwnić swoją grę, jak tylko się da, a zabawę rytmiką uczynić środkiem i celem zarazem. Utwory na "Apocalypticists" brną do przodu i rozwijają się dzięki stopniowemu zagęszczaniu partii bębnów, podczas gdy progresje riffów są bardzo subtelne i często wręcz niezauważalne. W kwestii gitar, jest to materiał dosyć oszczędny - zbyt wielu fajerwerków tu nie uświadczycie. Początkowo narzekałem, że to pójście na łatwiznę i zarzucenie rozwoju przez M., jednak z biegiem czasu zrozumiałem, że luźne dryfowanie po morzu dysonansów w końcowym rozrachunku dobrze współgra z szarym charakterem całości.
Bo jest to album szary, ponury, przepełniony pustką i beznadzieją. A jednocześnie na swój sposób chwytliwy, choć w żadnym wypadku nie silący się na jakiekolwiek łatwe do zapamiętania fragmenty. Po prostu gary tworzą niesamowity - nie unikajmy tego określenia - groove. Stosowane przez Darkside'a patenty w jakiś osobliwy sposób bujają. Doskonałym tego przykładem są dwie pierwsze kompozycje, najżywsze i najżwawsze spośród całego zestawu. Lecz ta perkusja potrafi także wrzucić słuchacza w głęboki trans, stan odosobnienia, powoli zanurzając go w smolistej otchłani, tak jak ma to miejsce w następnym "Lost in Liminal", w którym znacznie zwalniają obroty. Końcówka tego utworu jest kwintesencją tego, jak budowane jest napięcie na tym albumie - poprzez intensyfikację poszczególnych części składowych. Nieco dynamiczniejszy jest kawałek tytułowy, z charakterystyczną plemienną jazdą na bębnach(podczas tego fragmentu zawsze dewastuję łapami wyimaginowany zestaw perkusyjny...) i rytualnymi zawodzeniami na pierwszym planie. Wyróżnić muszę koniecznie także jedyne w pełnym tego słowa znaczeniu przyspieszenie na płycie w drugiej minucie "The Other Death", gdzie chłopaki w końcu dorzucają trochę do pieca, zamiast łamańców jest proste tłuczenie w werbel w standardowym rytmie, a atmosfera staje się naprawdę jadowita. Duża w tym zasługa wokalu Mikołaja, który brzmi, jakby się nieźle wkurwił. Ale potem znowu jest zjazd w mrok, w obślizgłe, sączące się niczym trucizna pasaże, robi się duszno jak skurwysyn i powoli się wszystko rozpływa w nihilistycznym zatraceniu.
I naprawdę ciężko o tym pisać w oderwaniu od partii perkusji właśnie, bo to one definiują kształt, kierunek i ostateczny wydźwięk tych kompozycji. Cała reszta jest - jakby nie patrzeć - jedynie(i aż) niezbędnym tłem. Mamy tu po prostu do czynienia z odwróceniem tradycyjnego schematu.
Muszę przyznać, że musiało upłynąć naprawdę sporo czasu, zanim zaakceptowałem naturę tej płyty. Nadal uważam, że końcowe momenty trochę się już wleką, a piłowanie jednej struny przez parę minut to nie "umiejętne kreowanie atmosfery", tylko zwyczajne nużenie, ale generalnie udało mi się w końcu wsiąknąć w "Apocalypticists". Tak jak na początku wspomniałem - jest w tym jakiś pierwiastek, który powoduje nieustanną chęć zbadania tego potwora jeszcze raz, może w próbie znalezienia jakiegoś drugiego dna. Ja tego drugiego dna nie znalazłem, album ten nie wywrócił mojego światopoglądu na drugą stronę, ale jest to bardzo dobra rzecz, jeśli ktoś pragnie zaciągnąć się oparami Ciemnej Strony Mocy.
Od czasu splitu z Infernal War, Kriegsmaschine wypracowało unikalny styl grania black metalu, polegający głównie na zrewolucjonizowaniu podejścia do roli perkusji. Zamiast oparcia szkieletu kompozycji na blastach czy galopadach na podwójnej stopie, Darkside postanowił powiedzieć "takiego wała!" i udziwnić swoją grę, jak tylko się da, a zabawę rytmiką uczynić środkiem i celem zarazem. Utwory na "Apocalypticists" brną do przodu i rozwijają się dzięki stopniowemu zagęszczaniu partii bębnów, podczas gdy progresje riffów są bardzo subtelne i często wręcz niezauważalne. W kwestii gitar, jest to materiał dosyć oszczędny - zbyt wielu fajerwerków tu nie uświadczycie. Początkowo narzekałem, że to pójście na łatwiznę i zarzucenie rozwoju przez M., jednak z biegiem czasu zrozumiałem, że luźne dryfowanie po morzu dysonansów w końcowym rozrachunku dobrze współgra z szarym charakterem całości.
Bo jest to album szary, ponury, przepełniony pustką i beznadzieją. A jednocześnie na swój sposób chwytliwy, choć w żadnym wypadku nie silący się na jakiekolwiek łatwe do zapamiętania fragmenty. Po prostu gary tworzą niesamowity - nie unikajmy tego określenia - groove. Stosowane przez Darkside'a patenty w jakiś osobliwy sposób bujają. Doskonałym tego przykładem są dwie pierwsze kompozycje, najżywsze i najżwawsze spośród całego zestawu. Lecz ta perkusja potrafi także wrzucić słuchacza w głęboki trans, stan odosobnienia, powoli zanurzając go w smolistej otchłani, tak jak ma to miejsce w następnym "Lost in Liminal", w którym znacznie zwalniają obroty. Końcówka tego utworu jest kwintesencją tego, jak budowane jest napięcie na tym albumie - poprzez intensyfikację poszczególnych części składowych. Nieco dynamiczniejszy jest kawałek tytułowy, z charakterystyczną plemienną jazdą na bębnach(podczas tego fragmentu zawsze dewastuję łapami wyimaginowany zestaw perkusyjny...) i rytualnymi zawodzeniami na pierwszym planie. Wyróżnić muszę koniecznie także jedyne w pełnym tego słowa znaczeniu przyspieszenie na płycie w drugiej minucie "The Other Death", gdzie chłopaki w końcu dorzucają trochę do pieca, zamiast łamańców jest proste tłuczenie w werbel w standardowym rytmie, a atmosfera staje się naprawdę jadowita. Duża w tym zasługa wokalu Mikołaja, który brzmi, jakby się nieźle wkurwił. Ale potem znowu jest zjazd w mrok, w obślizgłe, sączące się niczym trucizna pasaże, robi się duszno jak skurwysyn i powoli się wszystko rozpływa w nihilistycznym zatraceniu.
I naprawdę ciężko o tym pisać w oderwaniu od partii perkusji właśnie, bo to one definiują kształt, kierunek i ostateczny wydźwięk tych kompozycji. Cała reszta jest - jakby nie patrzeć - jedynie(i aż) niezbędnym tłem. Mamy tu po prostu do czynienia z odwróceniem tradycyjnego schematu.
Muszę przyznać, że musiało upłynąć naprawdę sporo czasu, zanim zaakceptowałem naturę tej płyty. Nadal uważam, że końcowe momenty trochę się już wleką, a piłowanie jednej struny przez parę minut to nie "umiejętne kreowanie atmosfery", tylko zwyczajne nużenie, ale generalnie udało mi się w końcu wsiąknąć w "Apocalypticists". Tak jak na początku wspomniałem - jest w tym jakiś pierwiastek, który powoduje nieustanną chęć zbadania tego potwora jeszcze raz, może w próbie znalezienia jakiegoś drugiego dna. Ja tego drugiego dna nie znalazłem, album ten nie wywrócił mojego światopoglądu na drugą stronę, ale jest to bardzo dobra rzecz, jeśli ktoś pragnie zaciągnąć się oparami Ciemnej Strony Mocy.
piątek, 15 listopada 2019
Recenzja EHLDER - Nordabetraktelse
Ależ zaskoczenie! Prosto z mostu powiem, że debiutancki album EHLDER ma szansę okupować ścisłą czołówkę najlepszych płyt tego roku, choć nie wróżę mu powszechnego aplauzu - listy będą dawno pozajmowane przez gigantów. Kto dotrze do tego materiału, ten dotrze, i będzie miał okazję spędzić niesamowicie przyjemne 52 minuty. Nie jest to bynajmniej dzieło jakiegoś świeżaka, bo stojący za wszystkim Graav katował już swoje gardło i kończyny w takich hordach jak Armagedda czy LIK. I to słychać, bo pomimo dość generycznej okładki(aczkolwiek stylistycznie pasującej do muzyki jak ulał), wcale nie mamy tu do czynienia z przeciętnym leśnym graniem.
To znaczy las tu jest, i to w ogromnym stężeniu, ale taki do którego chcę się zapuszczać. I mimo że wydeptałem co nieco już ścieżki, bo od swojej premiery "Nordabetraktelse" regularnie wybrzmiewa w moich głośnikach, to nadal odkrywam w nim nowe szyszki do zebrania, kolejną dziuplę, w której mogę się schować i niewidzianą wcześniej wiewiórkę. Słowem - jest to album wielowymiarowy i nie puszący się od razu przed słuchaczem. Początkowo wydaje się monotonny, a wręcz nudny(!), lecz nie dajcie się zwieść temu pozornemu wrażeniu. Odpalcie go drugi raz, najlepiej nie skupiając się na niczym innym. To rzecz z gatunku: albo poświęcasz mi całego siebie, albo tracisz to, co we mnie najlepsze. Hipnotyzujące, wwiercające się w czaszkę gitary tworzą niesamowity, rzekłbym pierwotny trans, po wsiąknięciu w który człowiek zatraca poczucie czasu i przestrzeni. Wyrwać z tego dziwnego, acz przyjemnego stanu mogą nieoczekiwane przyspieszenia czy po prostu przełamanie dotychczasowego motywu - nie spodziewałeś się ich, ale czujesz, że tak właśnie musiało być, nie wyskakują one jak, nomen omen, Filip z konopi.
Tak, zadziwiająco spójny i przemyślany jest to album. Podoba mi się zwłaszcza, jak otwierający płytę "Stridskall" posiada wspólny mianownik z przedostatnim "Tagen" - to jedyne utwory, na których pojawiają się podniosłe, wygłaszane czystym głosem deklamacje(tak bardzo charakterystyczne dla sceny skandynawskiej), przypominające wyczyny Fenriza w Isengard. Tworzy to poczucie wręcz kompozycji klamrowej, czegoś, co ma wspólny początek i koniec. Owszem, na końcu wybrzmiewa jeszcze czysto perkusyjne, rytualne wręcz outro, ale stanowi ono nie więcej jak kropkę nad i. A wszystko, co jest pomiędzy nimi, to czyste złoto. Każdy utwór wyróżnia się na swój sposób. Niech będzie to wyważony, mistyczny momentami "Andlos", któremu nie brakuje jednak - nie bójmy się tego określenia - rockowego pazura. A co powiecie na thrashowe podkręcenie tempa w "Doden i en doende kropp", iście przypominające Voivod(albo - zostając w Europie - Aura Noir)? A może najbardziej wściekły i atakujący blackmetalową zaciekłością "Gammelmod"? Podejrzewam zresztą, że każdy znajdzie tutaj swojego faworyta. "Nordabetraktelse" to materiał naprawdę równy, a jednocześnie nie na tyle równy, żeby całość zlewała się w jednostajne mielenie.
Pochwalić wypada ten album także od strony wokalnej - jest tu naprawdę sporo charyzmy i takiej fajnej zadziorności, którą da się uzyskać tylko śpiewając w swoim rodzimym języku, czyli w tym przypadku po szwedzku. Pojawiające się momentami, nieco nieporadne, wysokie okrzyki tylko dodają autentyczności i swojskiego uroku - podoba mi się ta nieskrywana spontaniczność. Bardzo robi mi też wyważona produkcja, umieszczająca bębny nieco z tyłu. Nacisk położony jest tu zdecydowanie na gitary i dobrze, bo to one grają tu pierwsze skrzypce. Brzmienie jest organiczne i naturalne, takie, jakie powinno być w przypadku tej konwencji.
Co tu jeszcze można dodać? Chciałbym się do czegoś przyczepić... ale w zasadzie nie mam do czego. Kapitalny, żywotny materiał, wyrastający na cichego bohatera roku 2019. Jeżeli uwielbiasz "Transilvanian Hunger", ale chciałbyś doznać mniej mizantropijnego transu, a w większym stopniu wydobyć z siebie pierwotne instynkty - załóż słuchawki, zarzuć EHLDER i pobiegaj po najbliższej puszczy. Sio!
To znaczy las tu jest, i to w ogromnym stężeniu, ale taki do którego chcę się zapuszczać. I mimo że wydeptałem co nieco już ścieżki, bo od swojej premiery "Nordabetraktelse" regularnie wybrzmiewa w moich głośnikach, to nadal odkrywam w nim nowe szyszki do zebrania, kolejną dziuplę, w której mogę się schować i niewidzianą wcześniej wiewiórkę. Słowem - jest to album wielowymiarowy i nie puszący się od razu przed słuchaczem. Początkowo wydaje się monotonny, a wręcz nudny(!), lecz nie dajcie się zwieść temu pozornemu wrażeniu. Odpalcie go drugi raz, najlepiej nie skupiając się na niczym innym. To rzecz z gatunku: albo poświęcasz mi całego siebie, albo tracisz to, co we mnie najlepsze. Hipnotyzujące, wwiercające się w czaszkę gitary tworzą niesamowity, rzekłbym pierwotny trans, po wsiąknięciu w który człowiek zatraca poczucie czasu i przestrzeni. Wyrwać z tego dziwnego, acz przyjemnego stanu mogą nieoczekiwane przyspieszenia czy po prostu przełamanie dotychczasowego motywu - nie spodziewałeś się ich, ale czujesz, że tak właśnie musiało być, nie wyskakują one jak, nomen omen, Filip z konopi.
Tak, zadziwiająco spójny i przemyślany jest to album. Podoba mi się zwłaszcza, jak otwierający płytę "Stridskall" posiada wspólny mianownik z przedostatnim "Tagen" - to jedyne utwory, na których pojawiają się podniosłe, wygłaszane czystym głosem deklamacje(tak bardzo charakterystyczne dla sceny skandynawskiej), przypominające wyczyny Fenriza w Isengard. Tworzy to poczucie wręcz kompozycji klamrowej, czegoś, co ma wspólny początek i koniec. Owszem, na końcu wybrzmiewa jeszcze czysto perkusyjne, rytualne wręcz outro, ale stanowi ono nie więcej jak kropkę nad i. A wszystko, co jest pomiędzy nimi, to czyste złoto. Każdy utwór wyróżnia się na swój sposób. Niech będzie to wyważony, mistyczny momentami "Andlos", któremu nie brakuje jednak - nie bójmy się tego określenia - rockowego pazura. A co powiecie na thrashowe podkręcenie tempa w "Doden i en doende kropp", iście przypominające Voivod(albo - zostając w Europie - Aura Noir)? A może najbardziej wściekły i atakujący blackmetalową zaciekłością "Gammelmod"? Podejrzewam zresztą, że każdy znajdzie tutaj swojego faworyta. "Nordabetraktelse" to materiał naprawdę równy, a jednocześnie nie na tyle równy, żeby całość zlewała się w jednostajne mielenie.
Pochwalić wypada ten album także od strony wokalnej - jest tu naprawdę sporo charyzmy i takiej fajnej zadziorności, którą da się uzyskać tylko śpiewając w swoim rodzimym języku, czyli w tym przypadku po szwedzku. Pojawiające się momentami, nieco nieporadne, wysokie okrzyki tylko dodają autentyczności i swojskiego uroku - podoba mi się ta nieskrywana spontaniczność. Bardzo robi mi też wyważona produkcja, umieszczająca bębny nieco z tyłu. Nacisk położony jest tu zdecydowanie na gitary i dobrze, bo to one grają tu pierwsze skrzypce. Brzmienie jest organiczne i naturalne, takie, jakie powinno być w przypadku tej konwencji.
Co tu jeszcze można dodać? Chciałbym się do czegoś przyczepić... ale w zasadzie nie mam do czego. Kapitalny, żywotny materiał, wyrastający na cichego bohatera roku 2019. Jeżeli uwielbiasz "Transilvanian Hunger", ale chciałbyś doznać mniej mizantropijnego transu, a w większym stopniu wydobyć z siebie pierwotne instynkty - załóż słuchawki, zarzuć EHLDER i pobiegaj po najbliższej puszczy. Sio!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







